LASKI

PISMO REHABILITACYJNO–SPOŁECZNE
Z ŻYCIA DZIEŁA
BŁOGOSŁAWIONEJ MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI
LASKI

ROK XXVIII, Nr 5-6 (169-170) 2022

ISSN 1425–3240

Wydawca:

Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Stowarzyszenie Laski, ul. Brzozowa 75
05–080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 22 752 32 21
Centrala: tel. 22 752 30 00
fax: 22 752 30 09

Redakcja:

Sekretariat: 22 752 32 89

Konto:

PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
– z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

Zespół redakcyjny:

Władysław Gołąb
Anna Pawełczak‑Gedyk
– sekretarz redakcji
Józef Placha – redaktor naczelny

Korekta:

Zespół redakcyjny

Okładka: Szopka betlejemska wykonana przez mieszkańców Domu dla Niewidomych Mężczyzn w Niepołomicach

Skład i łamanie:

www.anter.waw.pl
00–372 Warszawa, ul. Foksal 17
biuro@anter.waw.pl

Drukarnia:

P.H.U. Impuls, ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20–706 LUBLIN, tel. 81 533 25 10
impuls@phuimpuls.pl www.phuimpuls.pl
Nakład 500 egz.

Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów oraz skracania przekazanych materiałów.


SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI

Józef Placha - Z nadzieją na lepsze jutro

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Paweł Kacprzyk - Pierwsze miesiące nowego roku szkolnego w Laskach

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA

matka Judyta Olechowska FSK - Placówki misyjne w Indiach i Rwandzie

JUBILEUSZE SIÓSTR FRANCISZKANEK SŁUŻEBNIC KRZYŻA

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht - Bóg w moim życiu duchowym

ks. Jacek Mroczkowski - W oczekiwaniu na Narodzenie Jezusa w nas

NIE SAMYM CHLEBEM...

ks. Zygmunt Podlejski - Od Adwentu do Bożego Narodzenia

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha - Znaczenie samowychowania w procesie integralnej rewalidacji osób z niepełnosprawnością

PIELGRZYMKA DO LOURDES

Szymon Dederko - Wspomnienia pielgrzymkowe

ZE WSPOMNIEŃ

Tadeusz Mazowiecki - PAN ZYGMUNT Z LASEK

Krzysztof Morawski - PAN RUSZCZYC

W ZACISZU IZDEBKI

Ludwika Amber - Tęsknimy do Wigilii

NA TRUDNY CZAS

Ludwika Amber - Sierpniowa Róża

Józef Baran - Rozmowy o niczym

ZNAKI (NIE)POROZUMIEŃ

ks. Zygmunt Podlejski - Wstęp

- Agnostycyzm

- Ateizm

- Braterstwo

- Cywilizacja

- Duch czasu

ODESZŁY DO PANA

s. Alverna Dzwonnik FSK - Śp. Siostra Matea - Bożena Kuśniewska

s. Alverna Dzwonnik FSK - Śp. Siostra Anuncjata - Maria Piech

Henryka Kwiatkowska - Wspomnienie o Siostrze Anuncjacie

INNE WYDARZENIA


OD REDAKCJI

Z nadzieją na lepsze jutro

Z tym numerem LASEK wkraczamy w rok liturgiczny A. Rozważajmy tę jego część, która obejmuje okres Adwentu i Bożego Narodzenia. Podobnie jak w poprzednich rozważaniach, zastanówmy się, do czego inspiruje nas Boże Słowo, a co wyrażone zostało modlitewnymi wezwaniami do Boga podczas przeżywania zarówno najbliższego Adwentu, jak i świąt Bożego Narodzenia - aż do Niedzieli Chrztu Pańskiego włącznie.

* * *

- Przewrotnie do słów Izajasza, świat dzisiejszy skłonny jest bardziej do przekuwania lemieszy na miecze i sierpów na włócznie. Prośmy więc tym bardziej, aby współczesny świat, borykający się wciąż z hekatombą lęku i wojny - nie tylko w Ukrainie - nieustannie odkrywał wartość nauki Jezusa; aby żaden naród nie występował przeciw innemu narodowi, a żaden człowiek nie był dla drugiego wrogiem;

- Niektóre ludzkie oczekiwania są biernym niedoczekaniem. Prośmy, aby Adwent stał się czasem aktywnego włączania się i pełnego zaangażowania w nasze obowiązki i zadania;

- Być w pogotowiu, to znaczy nieustannie czuwać i otwierać się na potrzeby innych - bez kalkulacji i wyrachowania - tam, gdzie posyła nas Bóg. Prośmy o ducha wspaniałomyślności dla osób powołanych do bezinteresownej służby Bogu; o dobre powołania zakonne, kapłańskie i osób świeckich;

 

- Módlmy się słowami błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej, by w Dziele Lasek „być tylko narzędziem - i to narzędziem posłusznym w ręku Boga”;

- Aby przeżywany przez nas okres Adwentu był szczególnym darem i szansą na większe otwarcie się na Jezusa, traktując Go nie tylko jako ostatnią deskę ratunku, ale jako wszechogarniającą, osobową Miłość, obecną we wszystkich naszych codziennych wydarzeniach i wzajemnych relacjach, nadając im pełniejszy sens;

- Przywrócenie wzroku niewidomym, słuchu głuchym i sprawności fizycznej chromym, to rezultat działania Bożej Mocy. Módlmy się w intencji tych, którzy swoim egoizmem i niezdrowymi ambicjami stają się niewidomymi, głuchymi i chromymi na duszy; by zwłaszcza w okresie Adwentu otworzyli swoje serca na Boże wezwanie i na nowo zobaczyli i usłyszeli zaproszenie Jezusa do przyjaźni z Nim;

- O cierpliwość w oczekiwaniu na przyjście Pana, zwłaszcza wówczas, gdy wydaje się nam, że Boże Plany rozmijają się z naszymi oczekiwaniami. Chcemy ufać i prosić, aby - być może w dalszej perspektywie - nasz doraźny smutek, poprzez spokojne pogodzenie się ze swoim losem i całkowite oddanie się w ręce Bożej Opatrzności, przerodził się w radość i szczęście;

- Odpowiednie przygotowanie do Bożego Narodzenia to również lepsze zrozumienie samego siebie i bardziej przyjazne zwrócenie się ku innym. Panie Jezu, spraw, abyśmy życzliwym wzrokiem spoglądali na siebie, wzajemnie siebie słuchali i hojniej dzielili się z innymi swoimi dobrami;

- Prośmy, aby słowa błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej, skierowane do sióstr naszego Zgromadzenia, by „umiały rozróżnić, co prawdziwie ważne, a co nie ma wielkiego znaczenia”, stały się także naszą dewizą życia;

- O rozbudzenie w sobie autentycznego pragnienia zjednoczenia z Bogiem; abyśmy szeroko i bez lęku otworzyli swoje serca na zapowiedź bliskiego już spotkania z Nowo Narodzonym Jezusem w Betlejem, i podczas każdego naszego uczestnictwa w sakramencie Eucharystii;

- Aby odważnie pójść śladem Jana Chrzciciela, który do końca zrozumiał swoją przygotowawczą misję pod naukę Jezusa; byśmy i my w podobnej pokorze realizowali program ewangelizowania naszego otoczenia;

- Również postawa Józefa, któremu Anioł Pański polecił zabrać pod swój dach brzemienną Maryję, niech będzie dla nas przykładem wsłuchiwania się w Boży Głos; abyśmyniekiedy mimo wewnętrznego oporu - byli temu Głosowi posłuszni;

- By na wzór Józefa stopniowo odkrywać radość i promieniowanie ojcostwa - zarówno na etapie jeszcze brzemiennych matek, jak i już zrodzonego potomstwa;

- Aby radosne przeżycie wieczoru wigilijnego wniosło wiele Bożego Pokoju w nasze rodziny - zwłaszcza te, które przeżywają różnego rodzaju kłopoty lub nawet kryzysy;

- Aby szczególna noc pasterska narodzenia Jezusa rozświetliła nasze najgłębsze i mroczne nieraz zakamarki duszy;

- By proroctwo Izajasza o „Przedziwnym Doradcy” i „Księciu Pokoju” stało się dla nas realną obecnością w osobie małego Jezusa z betlejemskiej groty;

- Abyśmy - tak jak pasterze w Betlejem - pokonali w sobie bojaźń i strach przed przyjęciem tajemnicy Bożego Wcielenia;

- Po wielkim zauroczeniu wieczorem wigilijnym i pięknem kolęd podczas nocnej Pasterki prośmy, aby świąteczna radość w naszych sercach zagościła na dłużej;

- Abyśmy narodzenie Jezusa w Betlejem powiązali także z przesłaniem św. Pawła, że przez Nowo Narodzonego zostaliśmy „usprawiedliwieni Jego Łaską”, stając się tym samym „dziedzicami życia wiecznego”;

- By słowa o szczególnej roli Słowa z Prologu św. Jana uświa domiły nam nie tylko prawdziwy rodowód obecności wcielonego Boga wśród nas, ale także wielką odpowiedzialność za codzienną komunikację słowną między nami; &

- Z narodzeniem Jezusa pojawiła się również wielka Światłość; spróbujmy zapalić od niej i rozjaśnić także nasze wzajemne relacje, przezwyciężając wszelkiego rodzaju niedomówienia i napięcia między nami;

- Pokusy nihilizmu i braku wiary stają się drogą donikąd.

W świetle Bożego Narodzenia prośmy, abyśmy nie ulegali tym pokusom i całym sercem zawierzyli temu, co stało się ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem;

- Dziękujmy Matce Bożej, że na anielskie zwiastowanie o poczęciu z Ducha Świętego Zbawiciela Świata odpowiedziała swoim niezachwianym „tak”; prośmy, abyśmy także w swoim życiu naśladowali Ją w tej jednoznacznej postawie Bożego zawierzenia;

- By w chwilach ewentualnego zagubienia się naszych dzieci w zgiełku tego świata, nie tracić nadziei na ich odnalezienie się - w Bogu wiadomym czasie;

- By pełne zatroskania macierzyństwo Maryi było jednocześnie dla obecnych i przyszłych matek źródłem Bożego Pokoju;

- Módlmy się, aby przedstawiciele hierarchii kościelnej - z papieżem Franciszkiem na czele - poczuwali się do szczególnej odpowiedzialności za ewangeliczny przekaz o Wcieleniu Bożego Słowa;

- Abyśmy, często zagonieni i zapracowani, mając wciąż za mało czasu, odkryli pragnienie Bożego Słowa - poprzez lekturę Pisma Świętego, czytanie odpowiednich książek religijnych oraz kontakt ze swoimi duszpasterzami;

- Starajmy się dogłębnie zrozumieć znaczenie przekazu św. Jana, że naprawdę „Słowo stało się Ciałem”, kojarząc go zarówno z narodzeniem Pana Jezusa, jak i z mądrością, i miłością; abyśmy mądrze wcielali w czyn to ewangeliczne przesłanie;

- Módlmy się, „byśmy - jak pisze błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka - na każdy dzień obowiązki nasze spełnili bez względu na to, czy ciężko lub łatwo, czy spotykają nas upokorzenia czy zaszczyty”;

- Nie zawsze możliwe jest dzielenie się okazałymi darami. Prośmy zatem o to, co wydaje się być możliwe nawet w najuboższej rodzinie i najbiedniejszej wspólnocie: o dar obecności i trwania przy innych, zwłaszcza przy osobach cierpiących i osamotnionych;

- Trzej Królowie, nazywani również Mędrcami, oddali hołd małemu Jezusowi, w czym wyraziła się ich prawdziwa wielkość; pełniąc choćby najskromniejszą władzę lub kierując jakimś odcinkiem życia społecznego, nie wykorzystujmy swojego stanowiska do budowania fałszywej wielkości i wydumanego znaczenia;

- W sytuacjach trudnych przypomnijmy sobie słowa Matki Elżbiety Róży Czackiej: „Starania najmniej udane w oczach ludzi są najbardziej udane w oczach Boga”. Prośmy o wiarę i siły, aby ten przekaz Matki wniósł do naszego życia wewnętrzne uspokojenie;

- Abyśmy w poszukiwaniu swojego wewnętrznego Betlejem odnaleźli - w miarę swoich możliwości - sens codziennego zjednoczenia z Jezusem w Eucharystii, czerpiąc z niej siły do lepszego służenia innym;

- By wszyscy chrześcijanie na całym świecie - z papieżem Franciszkiem na czele - odkryli na nowo ten jedyny w swoim rodzaju niezatarty znak rozpoznawczy, jakim jest nasz chrzest;

- Aby przyjęty przez nas chrzest nie był tylko okazjonalnym i jedynie metrykalnym zapisem, lecz zobowiązywał do świadectwa w naszych codziennych relacjach z innymi;

- Módlmy się w intencji wszystkich dusz w czyśćcu cierpiących; szczególnie za naszych najbliższych: tych, których żegnaliśmy niedawno, i tych, których pożegnaliśmy bardzo dawno temu; prośmy, byśmy trwali w świadomości, że - jak ufamy - przez ich szczególną bliskość z Jezusem zostaliśmy wezwani do jeszcze większej więzi z nimi, prosząc ich o wstawiennictwo u Jezusa dla nas;

 

- Za życia błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej ludziom żyło się nie lepiej niż dzisiaj. Dlatego Założycielka Dzieła

Lasek napisała: „Coraz gorzej i coraz ciężej, bo ludzie nie znają

Pana Jezusa i nauki Jego w Kościele i ludzie odrzucają to, co jedynie może nauczyć ich żyć, i to, co jedynie dać może szczęście”; idźmy ufnie tą wskazaną przez Matkę drogą...

* * *

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia i Nowego

Roku, w imieniu redakcji LASEK składam gorące życzenia ewangelicznego wzrostu i nadziei na lepsze jutro. W ramach „zaliczki” na ten najbliższy czas załączam kolejną dawkę przemyśleń „w ramkach”; są to - podobnie jak w poprzednim numerze - fragmenty z książki Francesco Bersiniego pt. „MądrośćEwangelii” (Wydawnictwo OO. Franciszkanów „Bratni Zew”, Kraków 2015, www.bratnizew.pl).

Józef Placha

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Czyń dobrze tym, którzy cię nienawidzą; mów dobrze o tych, którzy mówią źle o tobie; módl się za tych. którzy cię prześladują, a otrzymasz wielką nagrodę (por Łk 6,27_28.35).

Tak nauczał Jezus i tak postępowali święci.

* * *

Większość tych, którzy cię obrazili, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, co uczynili, Podaruj im wyrządzone ci zło, traktując ich jako niewinnych. Twoje przebaczenie będzie tym większe, jeśli już ustały motywy, by je okazać. Umiej także przebaczać sobie samemu, nie przeżywając latami twych kompleksów winy. Bóg ci przebaczył. Umiej także ty przebaczyć sobie, a znajdziesz pokój ducha.

 

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Pierwsze miesiące nowego roku szkolnego w Laskach

Drodzy czytelnicy czasopisma „Laski”, za każdym razem, kiedy zaczynam pisać kolejny tekst, mam wrażenie, że poprzedni powstał tak niedawno. Towarzyszy temu również poczucie pędzącego czasu.

Ostatnio pisałem na początku września, na progu nowego roku szkolnego. Laski po letniej drzemce zaludniły się na nowo. Od września w laskowskich placówkach uczy się prawie dwustu uczniów. Sporą grupę stanowią uczniowie pochodzący z Ukrainy. Nie jest to sytuacja nowa, ale trwająca wojna zwiększyła liczbę osób zza naszej wschodniej granicy, niemal ją podwajając. Obecnie we wszystkich naszych placówkach uczy się prawie czterdzieścioro osób z Ukrainy.

Wrzesień i październik to również czas, kiedy internaty i część naszych placówek celebrują święta patronackie. W internacie dziewcząt - noszącym tytuł św. Stanisława Kostki - domownicy i goście mogli obejrzeć przedstawienie „Bal w piwnicy”. Obchody święta rozpoczęły się od wspólnej modlitwy na Mszy świętej w kaplicy Domu Dziewcząt. Ksiądz Jacek przypomniał w homilii postać patrona domu - św. Stanisława Kostki. Po liturgii udaliśmy się do „piwnicy” na świetlicę, gdzie warzywa urządziły prawdziwy bal.

Uroczystości w internacie chłopców pw. Świętej Teresy z Lisieux również rozpoczęła Msza św. koncelebrowana przez ks. Marka i ks. Kazimierza, po której przeszliśmy do internatu, by rozpocząć rywalizację... W tym miejscu oddaję głos gospodarzom święta:

„Następnie przystąpiliśmy do zapowiadanego i wyczekiwanego konkursu muzycznego, poprowadzonego przez wychowawców Domu. W tym kulturalnym starciu zmierzyły się drużyna chłopców: Łukasz, Kuba M., Kuba O., Marcin i Kacper, drużyna dziewcząt: Wiktoria, Ewa, Oliwia i Julka oraz ekipa dorosłych, która pod nazwą „Zgryźliwi Tetrycy” przystąpiła do rywalizacji w niepowtarzalnym składzie: p. dyrektor SP Dorota Gronowska, kierownik Domu Dziewcząt s. Marta, nauczycielka orientacji przestrzennej p. Ania Majewska, ks. rektor Marek Gątarz i p. prezes Paweł Kacprzyk. Zadaniem uczestników było m.in. odgadnięcie tytułów piosenek wybranych gatunków muzycznych oraz rozpoznanie unikatowych nagrań znanych „Laskowskich głosów”, spośród których serce publiki skradli m.in. p. Krzysztof Koc czy p. Jadwiga. Zaciekła rywalizacja, w której drużynom swojego wsparcia udzielali również widzowie, trwała do samego końca i poprzez niespodziewany rezultat ostatniej rundy zakończyła się idealnym i niewyreżyserowanym punktowym remisem wszystkich trzech drużyn. Dzięki temu wszyscy we wzajemnej zgodzie, pokoju i radości mogliśmy udać się na uroczystą Agapę na jadalni”.

Ostatnią odsłoną było święto Domu św. Maksymiliana. Podczas Mszy świętej ks. Jacek przybliżył postać patrona domu - św. Maksymiliana Marii Kolbego. Następnie goście zebrali się w holu domu przy relikwiach świętego. Warto dodać, że jesteśmy jedyną placówką jego imienia, która posiada relikwie pierwszego stopnia (włosy z brody świętego).

Wychowankowie przygotowali niesamowity koncert i słuchowisko, podczas którego, oprócz pięknie zagranych utworów muzycznych, mogliśmy posłuchać dialogu św. Franciszka ze św. Maksymilianem Kolbe.

Ważną i poruszającą chwilą było ogłoszenie bł. Matki Elżbiety patronką osób pracujących na rzecz i z osobami niepełnosprawnymi w Archidiecezji Warszawskiej. Stało się to w sobotę

8 października podczas Mszy świętej w trakcie Ogólnopolskiej Konferencji Katechetów Specjalnych.

„Przychylając się do prośby środowiska katechetów uczących w szkołach specjalnych oraz uwzględniając pozytywną opinię Matki Generalnej Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, mocą posiadanej władzy ustanawiam Błogosławioną Matkę Elżbietę Różę Czacką patronką dzieł i środowisk osób pracujących na rzecz i z osobami z niepełnosprawnością w Archidiecezji Warszawskiej” - czytamy w dekrecie kard. Kazimierza Nycza.

Jesień to także czas startów naszych sportowców. We wrześniu nasi reprezentanci brali udział w dwóch dużych ogólnopolskich imprezach: Pucharze Polski w Goalballu w Bydgoszczy, gdzie uczestniczyło osiem drużyn, a nasz UKS zajął trzecie miejsce i Parapływackich Zawodach Grand Prix Polski w Częstochowie. W zawodach pływackich wzięło udział ponad 100 zawodników. Wszyscy nasi reprezentanci znaleźli się na podium.

Listopad to kolejne starty. Nasi sportowcy brali udział w dwóch ważnych imprezach sportowych. Pływacy startowali w Zimowych Mistrzostwach Polski Osób Niepełnosprawnych w Szczecinie. Natomiast w Wiśle rozegrano Mistrzostwa Polski Młodzików, Juniorów i Kobiet w Goalballa.

W dniu 9 października 2022 roku w Laskach odbył się Doroczny Dzień Absolwenta. Dzień rozpoczął się Mszą świętą pod przewodnictwem ks. rektora Marka Gątarza w Kaplicy Centralnej w intencji żyjących i zmarłych nauczycieli, wychowawców, pracowników, wychowanków, przyjaciół i dobroczyńców Lasek. Następnie wspólnie odwiedzono laskowski cmentarz, po czym wszyscy przeszli na obiad do Domu Świętego Stanisława.

Pisząc do czytelników Lasek, nie mogę pominąć przykrej sprawy artykułu w „Gazecie Wyborczej”. Zostały w nim opisane zarzuty trójki byłych wychowanków Lasek w stosunku do kilku sióstr i wychowawców. Zarzuty dotyczą incydentów przemocowych wobec wychowanków w internatach w latach dziewięćdziesiątych.

Cała sprawa jest dla środowiska Lasek wyjątkowo trudna i przykra. Choć dotyczy czasów sprzed około 30 lat, to rzutuje na laskowskie „dziś”.

Zdecydowaliśmy się wyjaśnić całą sprawę oraz rozliczyć się z przeszłością, aby teraźniejszość i przyszłość była dla naszych wychowanków czasem rozwoju, profesjonalnej opieki oraz wsparcia w życzliwej i dobrej atmosferze, a także poczuciu bezpieczeństwa. W naszych placówkach nie ma zgody na sytuacje opisane w reportażu. Pracownicy zatrudnieni na etatach pedagogicznych muszą mieć przygotowanie pedagogiczne oraz ukończone przynajmniej studia podyplomowe z zakresu tyflopedagogiki. Nasze szkoły podlegają kontroli Kuratorium Oświaty. Współpracujemy z różnymi podmiotami odpowiedzialnymi za edukację dzieci. Chcemy zachować najwyższe standardy Ośrodka Szkolno-Wychowawczego we wszystkich wymiarach działalności.

Obecnie wdrażamy procedury sprawdzające przytoczone przypadki oraz mające na celu zwiększenie ochrony i bezpieczeństwa naszych uczniów. Kiedy piszę artykuł, jesteśmy na etapie organizowania szkoleń dla naszych pracowników oraz sióstr nt. dostrzegania sygnałów przemocy czy radzenia sobie z nienawiścią. Przeprowadzamy także rzetelną analizę dokumentów z przeszłości, która ma nam pomóc w wyjaśnieniu sprawy. Jesteśmy także otwarci na współpracę z mediami. Wszystkie prace zakończą się przygotowaniem końcowego raportu.

Na przestrzeni wielu nawet najlepiej wspominanych lat miały miejsce także sytuacje i wydarzenia, które mogły być trudne oraz mogły wpłynąć w ważny sposób na życie wychowanków i ciążyć do dziś. Dlatego jako Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi uruchomiliśmy telefon wsparcia. Dyżury przy telefonie pełnią psychoterapeuci z zespołu Pracowni Dialogu w Warszawie. Telefon działa w czwartki od 19.00 do 21.00.

12 października swoje święto obchodziła także Szkoła Muzyczna I stopnia im. Edwina Kowalika. Na zorganizowanych imieninach swojego patrona mogliśmy wysłuchać koncertu uczniów kształcących się w placówce. Dla niektórych z nich był to pierwszy występ przed publicznością, co tym bardziej zasługuje na uznanie. Na święcie nie mogło zabraknąć także absolwentów Szkoły Muzycznej, którzy również zaszczycili nas swoją obecnością i występami. Pomiędzy pięknymi występami muzycznymi mogliśmy posłuchać wierszy pani Elżbiety Harasiuk, która jest pracownikiem administracyjnym szkoły.

Piszę do Państwa w przededniu Święta Odzyskania Niepodległości. I choć do końca roku jeszcze ponad miesiąc, chciałbym, kończąc ten tekst, życzyć dobrych, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia. By ten czas był okazją do pojednania, zbliżenia się do siebie oraz wzajemnego zrozumienia. Życzę również, aby zbliżający się Nowy Rok był czasem spotykania dobrych ludzi na ścieżkach codzienności, czasem właściwych wyborów i trafnych decyzji.

Paweł Kacprzyk Prezes TOnOS

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Powstały z martwych wraz z Chrystusem szukaj tego, co w górze, gdzie Chrystus siedzi po prawicy Boga (por. Kol 3, 1nn). Oczekuj z niecierpliwością ostatecznego przekształcenia twego ciała, z nędznego w ciało uwielbione (por. Rz 8, 22; Flp 3, 10nn), gdyż odtąd posiadasz zadatek tego przyszłego stanu (por. Rz 8, 23; 2Kor 5, 5). Żyj w oczekiwaniu błogosławionej nadziei i objawienia się Syna Bożego (por. Tt 2, 13);

On nagrodzi cię według twych uczynków (por. Mt 16,27; 25,31-46). Jeśli dla ciebie życiem będzie Chrystus, śmierć będzie dla ciebie zyskiem (por. Ef 1,20-21).

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA

matka Judyta Olechowska FSK
Placówki misyjne w Indiach i Rwandzie

Kochani, dziś chciałabym podzielić się wrażeniami z moich podróży do Indii i Rwandy oraz wiadomościami o tamtejszych placówkach Zgromadzenia.

W Indiach przebywałam od 1 września do 1 października. Przy okazji tego pobytu do każdego domu wprowadziłam relikwie bł. Matki Elżbiety. Była to moja pierwsza wizyta w tym kraju. Podróżowałam z s. Sarą, która wcześniej 10 lat pracowała w Bangalore.

Indie, siódme co do wielkości państwo na świecie, drugie pod względem liczebności, ma ponad 1,3 miliarda mieszkańców. Według bardzo niedokładnych statystyk szacuje się, że żyje tu około 14 milionów osób niewidomych. Zastraszająca liczba dzieci, bo aż 40 tysięcy rocznie, traci wzrok na skutek niedożywienia i braku witamin. Popularne też są związki małżeńskie wśród bliskich krewnych, z których rodzą się niepełnosprawne dzieci. Jedynie około 2, 5 procent niewidomych stanowią osoby, które chodziły do szkoły lub obecnie się uczą.

Indie -widziane przeze mnie po raz pierwszy - to zupełnie inny świat. Świat kontrastów: biedy i bogactwa, różnorodności kultur i religii. Podziwiałam wielość owoców i kwiatów oraz piękne kolory.

Pierwsze nasze siostry wyjechały do Indii w 1989 roku, w 1991 nasze Zgromadzenie zostało zarejestrowane według prawa indyjskiego i przyjęło nazwę Jyothi Seva Society Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (Jyothi Seva w sanskrycie znaczy: Służba Światłu). Pierwsza placówka powstała w mieście Bangalore, stolicy stanu Karnataka, w południowej części kraju. Obecnie jest tam 17 indyjskich sióstr, 3 miejscowe aspirantki

% oraz około 100 niewidomych dzieci, młodzieży i dorosłych absolwentów naszego ośrodka. Prowadzimy własną szkołę podstawową od przedszkola do klasy VII, a w internatach mamy również młodzież niewidomą uczącą się w integracji z widzącymi rówieśnikami oraz grupę pracujących absolwentów ośrodka. Kadrę nauczycielską w szkole stanowi kilku nauczycieli świeckich, w tym dwie nasze absolwentki oraz siostry. Wychowawczyniami w internatach są siostry, w młodszych grupach mają do pomocy tzw. akki, pracownice fizyczne, które pomagają w pracach porządkowych i opiece nad dziećmi. Kilka sióstr pracuje zarówno w internacie, jak i w szkole. Wszystkie przedmioty wykładane są w języku angielskim. prócz tego dzieci uczą się języka kannada (to język stanu, w którym znajduje się szkoła) oraz języka hindi, obowiązującego w całych Indiach. Oprócz przedmiotów obowiązkowych dla wszystkich szkół, uczniowie mają dodatkowo naukę brajla, orientacji przestrzennej i samodzielnego poruszania się oraz czynności życia codziennego. Mają też możliwość rozwijania swoich talentów, dwie siostry

Wspólnota Sióstr i Dzieci Niewidome w Bangalore

 

 

prowadzą lekcje tańca, dwóch absolwentów uczy gry na tabali (rodzaj bębnów), inny absolwent wraz z dwiema siostrami ma lekcje chóru w dwóch grupach - dla młodszych dzieci i dla młodzieży. Wiele dzieci jest bardzo utalentowanych muzycznie i tanecznie. Dzieci pochodzą w większości z ubogich rodzin, otrzymujemy niewielką pomoc od państwa, ale nasze placówki utrzymują się głównie dzięki ofiarodawcom. Tym, czego brakuje nam najbardziej, jest miejsce, gdzie dzieci mogłyby się bawić, grać na świeżym powietrzu, miejsce na boisko szkolne.

Mają do dyspozycji jedynie małą uliczkę pomiędzy internatami a szkołą. Dzieci są bardzo samodzielne, pełne życia i chętne do podejmowania proponowanych im zajęć.

Wielką radością były dla mnie spotkania z absolwentami naszego ośrodka, którzy założyli rodziny, mają dobrą pracę i odnaleźli swoje miejsce w bardzo trudnej dla osób niepełnosprawnych indyjskiej rzeczywistości.

Podczas mojego pobytu miałam możliwość odwiedzenia Bazyliki Matki Bożej na Shivaji Nagar oraz kaplicy z bardzo czczoną figurą Maryi, która dwa razy w ciągu dnia ma zmieniane sari ofiarowywane Jej przez wiernych. Wraz z siostrami modliłyśmy się tam podczas nowenny przed świętem Matki Bożej oraz

8 września - we wspomnienie liturgiczne narodzenia

Maryi, dzień bardzo czczony w tym miejscu. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, że nie tylko chrześcijanie przychodzą, by prosić Maryję o łaski, ale Święto Matki Bożej

także hinduiści i muzułmanie. Wiele osób podczas nowenny ubiera się na pomarańczowo na znak oddania się Matce Bożej. Widziałam w oczach ludzi biednych i bogatych miłość i cześć, jaką mają do Matki Bożej. Wzruszające było, gdy podawali różańce czy inne przedmioty, aby dotknąć szyby, za którą jest figura Matki Bożej.

Kolejną uroczystością, w której mogłam w tym czasie wziąć udział, było keralskie święto żniw o nazwie Onam. Z tej okazji siostry przygotowały przepiękną dekorację z płatków kwiatów z lampą oliwną w środku, tradycyjny taniec oraz specjalne potrawy, które spożywałyśmy na liściach bananowca, oczywiście bez użycia sztućców!

Święto Onam - Żniw

Kolejną placówką, którą odwiedziłam było odległe o 400 km od Bangalore miasteczko o nazwie Kotagiri (1847 m n.p.m.), położone pięknie w dystrykcie Błękitnych Gór w stanie Tamil Nadu. Tu nasze siostry mają dom formacyjny dla kandydatek do Zgromadzenia oraz Dom Radości dla niewidomych kobiet z dodatkowymi niepełnosprawnościami. W drodze do Kotagiri odwiedziłam pałac maharadży w Mysore i kościół św. Filomeny, ale najciekawszym doświadczeniem był przejazd przez Park Bandipur, gdzie można spotkać zwierzęta żyjące na wolności. Miałam okazję zo

 

# baczyć kilka rodzin słoni, wiele stad danieli, kilka rodzajów małp (w tym tzw.kapucynki), pawie, bizona, a na drodze z trzydziestoma sześcioma ostrymi zakrętami także... niedźwiadka.

Miałam tam możliwość spotkań z siostrami, z niewidomymi dziewczętami, wspólnej z nimi modlitwy, a także obejrzenia pięknego programu artystycznego przygotowanego przez siostry i dziewczęta. Część dziewcząt wykonuje czapki i szaliki na warsztacikach dziewiarskich, ich wyroby cieszą się powodzeniem w tej chłodnej górskiej okolicy. Tuż obok naszych domów mamy własny ogród herbaciany.

Wspólnota Sióstr i Panie niewidome w Kotagiri

Kolejnym miejscem, w którym pracują nasze siostry, jest oddalona o ponad 3000 km od Bangalore wioska Nongbah leżąca w północno-wschodnich Indiach, w stanie Meghalaja, w dystrykcie Gór Jaintia. Tam leciałyśmy prawie 3 godziny samolotem.

W Szkole Matki Elżbiety uczy się około 50 niewidomych dzieci, wszystkie mieszkają w internacie i pochodzą z bardzo ubogich rodzin. Dzieci są niezwykle samodzielne, pracowite;

 

# starsze pięknie opiekują się młodszymi, wszystkie są ogromnie utalentowane w śpiewie, wiele też w tańcu. We wspólnocie jest siedem sióstr, w szkole kilku miejscowych nauczycieli, uczą też wszystkie siostry, które ponadto pracują w internacie. Dwie absolwentki naszej szkoły nadal mieszkają w internacie, kontynuując naukę w szkole parafialnej w wiosce. Dzieci bardzo się cieszą, że mogą się uczyć, a także otrzymywać trzy ciepłe posiłki, bo wiele z nich w domach rodzinnych ma w ciągu dnia tylko jeden bardzo ubogi posiłek.

Wspólnota Sióstr i Panie niewidome w Susaipalaya

Czwarta i najmłodsza z naszych placówek jest położona około godziny drogi samochodem z Bangalore w chrześcijańskiej wiosce o nazwie Susaipalaya (czyli Ziemia św. Józefa). Miejsce to dał nam w dzierżawę na 30 lat arcybiskup Bangalore. Są tu trzy siostry oraz niewidome panie, które wykonują swetry na maszynach dziewiarskich. Oprócz służby niewidomym, siostry podej

mują też pomoc w parafii - w zakrystii, prowadząc lekcje katechizmu dla dzieci z wioski, a także lekcje języka angielskiego. Niestety wielkim utrapieniem dla sióstr są małpy, które zjadają lub niszczą wszystko, co uda się siostrom wyhodować oraz bardzo niebezpieczne jadowite wężekobry.

Pragnę jeszcze napisać kilka słów także o naszej placówce w Rwandzie, ponieważ w lipcu odwiedziłam tam siostry.

Rwandajeden z najmniejszych krajów afrykańskich, położony w sercu kontynentu. Brak bogactw naturalnych i przemysłu, trudne ukształtowanie terenu i jeden z największych w Afryce wskaźników zaludnienia powodują, że większość mieszkańców Rwandy żyje w ubóstwie i jest niedożywiona. Ludzie spożywają tu jeden posiłek dziennie, a bywa, że jedzą co drugi dzień. Na trudną codzienność nakładają się także konsekwencje ludobójstwa, do jakiego doszło tu w 1994 r.

Wspólnota w Rwandzie

 

W Rwandzie jest około 64 tys. niewidomych, w tym 20 tys. dzieci. Naj częstszą przyczyną utraty wzroku są choroby genetyczne (katarakta), niedożywienie, alergia oczu, a także coraz częstsze choroby nowotworowe oczu i jaskra.

W kraju panuje przesąd, że ślepota wiąże się z przekleństwem ciążącym nad rodziną. Narodziny niewidomego dziecka rozumiane są jako kara za grzech lub zaniedbanie względem przodków, którego dopuścili się rodzice. Dlatego najczęściej niewidome dzieci są ukrywane przez wstydzące się ich rodziny aż do czasu, gdy będą już mogły utrzymać się z żebractwa.

Nasze Zgromadzenie pracuje w Afryce od 2006 roku, prowadząc Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych w Kibeho, w skład którego wchodzi: szkoła podstawowa, szkoła średnia i trzy internaty. Nie mamy żadnych stałych dotacji, Ośrodek utrzymywany jest jedynie z darowizn. W tym roku przebywa w nim 150 dzieci. Program nauczania jest taki sam jak w szkołach ^ powszechnych, z metodami pracy dostosowanymi do możliwości dzieci niewidomych. Dodatkowe przedmioty to: nauka alfabetu brajla, orientacja przestrzenna. W internatach dzieci uczą się czynności życia codziennego, by mogły powrócić do społeczeństwa jako osoby zrehabilitowane i samodzielne. Mamy dwa domy zakonne w Kibeho i Butare; we wspólnocie są cztery siostry z Polski, cztery siostry Afrykanki (z Rwandy i Kenii), jedna siostra z Indii, cztery nowicjuszki i sześć postulantek, w tym absolwentka naszej szkoły.

Kochani,

Na czas świąt Bożego Narodzenia życzę coraz większej wdzięczności za łaskę wiary, za poznanie Jezusa, za to, że chciał do nas przyjść i mówić nam o miłości Ojca - chciejmy na nowo zobaczyć i docenić łaskę przyjścia na świat Syna Bożego w ubóstwie, ciszy, pokorze - jako niemowlę, które jest zdane całkowicie na innych; za to, że On każdego dnia nas prowadzi, za to, że wybrał nas i ukochał jeszcze „przed założeniem świata”.

Niech przyjście Jezusa będzie dla nas zachętą, aby tak zaufać i oddać całe swoje życie Bogu, jak Bóg zaufał nam - ludziom. Przyjmijmy światło wiary całym sercem i nieśmy Go tam, gdzie nas posyła.

BŁOGOSŁAWIONYCH ŚWIĄT
matka Judyta Olechowska FSK wraz z siostrami Franciszkankami Służebnicami Krzyża

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Jeśli nie masz nic innego do dania potrzebującemu, daj mu przynajmniej twój uśmiech, który otwiera i uspokaja duszę.

Gdy ofiarowujesz jakiś dar, niech temu towarzyszy uśmiech; dar pozbawiony uśmiechu jest jak kwiat bez zapachu.

Pan kocha tych, którzy dają z radością (por. 2Kor 9,7).

* * *

Bądź skupiony, zważaj na twój postęp i nie pozwól rozpraszać się rzeczom zewnętrznym. Milczenie jest doskonałą fortecą dla tego, kto pragnie bronić pokoju ducha. Milczenie jest wielkim przyjacielem dla tego, kto nie ufa sobie i pokłada swoją nadzieję w Bogu. Świat próbuje cię rozproszyć, zabić wokół siebie milczenie, abyś nie miał czasu na refleksję i na zrobienie dogłębnego obrachunku z samym sobą. Szczęśliwy jesteś, jeśli Pan pozwoli ci usiąść, jak Marii, obok swoich stóp i w milczeniu słuchać swego słowa (por Łk 10,39).

JUBILEUSZE SIÓSTR FRANCISZKANEK
SŁUŻEBNIC KRZYŻA

LASKI 19 LISTOPADA 2022

25-lecie ślubów zakonnych s. Dobromiły, s. Ludmiły i s. Zdzisławy

50-lecie ślubów zakonnych s. Tarsycji.

Mszę św. dziękczynną, podczas której Siostry odnowiły swoje śluby, koncelebrowało trzynastu księży pod przewodnictwem ks. rektora Marka Gątarza. Homilię wygłosił rektor kościoła św. Marcina - ks. Andrzej Gałka.

Po uroczystości dalszy ciąg świętowania miał miejsce w Domu Rekolekcyjnym, gdzie spotkali się wszyscy goście, w tym Rodziny Sióstr.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht
Bóg w moim życiu duchowym

Bóg to wielka Tajemnica istnienia i działania. To także WZÓR do naśladowania: „Uświęcajcie się, więc i bądźcie świętymi, bo Ja jestem (święty), Ja Jahwe, Bóg wasz!” (Kpł 20,7). Podobnie stwierdza Jezus: „Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokornego serca (Mt 11, 29); „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48).

Święty Paweł Apostoł też zachęca do wejścia na tę „drogę” gminę chrześcijańską w Efezie, a więc i nas: „Bądźcie więc naśladowcami Boga jako dzieci umiłowane i postępujcie drogą miłości, Bo i Chrystus was umiłował i samego siebie wydał za nas w ofierze i dani na wdzięczną wonność Bogu” (Ef 5,1_2).

Bóg jest naszym WZOREM, do którego mamy się upodobnić i naśladować Go w swoim życiu.

To jest bardzo trudne zadanie, ale przy pomocy łaski Bożej możliwe: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia (Flp 4,13).

Owocem tego trudu jest podziw, a nawet zachwyt nad wielkością i świętością Boga:

O Ty najdroższy, wszędzie utajony,

Widny zza światów przejrzystych opony,

Wszech Ty przytomny, nieśmiertelny i święty...

(Zygmunt Krasiński)

Inny poeta tęsknotę za Bogiem wyraził w słowach, dając świadectwo wiary:

 

Kto szuka Cię, już znalazł Ciebie;

Już Cię ma, komu Ciebie trzeba;

Kto tęskni w niebo Twe, już jest w niebie;

Kto głodny Go, je z Twego chleba.

Nie widzą Ciebie moje oczy,

Nie słyszą Ciebie moje uszy;

A jesteś światłem mej pomroczy;

A jesteś śpiewem mojej duszy.

(Leopold Staff)

Teraz zwracam swoje oczy i serce na Tę, która jest Wzorem i Złotym Płomieniem Boga, na Maryję, Oblubienicę Ducha Świętego. To On sprawił, że Maryja stała się Matką Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa i naszą Matką oraz cichym wzorem - Wzgórzem Miłosierdzia.

To Ona uczy nas, że ofiarna miłość nigdy nie odchodzi w niepamięć. Ten, kto upodabnia się do Boga, odznacza się życzliwością, dobrą wolą, pobożnością i zachwytem:

„Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,46_47).

Opowiadanie ku przestrodze.

Pewien rabin miał dwie żony: młodą i starą. Jedna i druga sądziły, że są mądre i piękne. Usiłowały upodobnić swojego męża do siebie, aby i on był zawsze mądry i piękny pomimo upływających lat życia.

Stara żona uważała, że kiedy powyrywa mu wszystkie czarne włosy z głowy i brody, to on upodobni się do niej (jest bowiem siwa!).

Młoda zaś sądziła, że siwe włosy szpecą męża i oddalają od jej wzoru.

I zabrały się do pracy!

Wkrótce rabbi został pozbawiony tak włosów czarnych, jak i siwych.

Sąsiedzi, widząc go, zaczęli z niego drwić, ponieważ stał się niemiłosiernie brzydki, ale jako rozumny człowiek przemyślał dogłębnie swoją sytuację życiową i stwierdził:

„Kiedy człowiek upodabnia się do Boga, zyskuje, a kiedy do ludzi, często wiele traci”.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ks. Jacek Mroczkowski
W oczekiwaniu na Narodzenie Jezusa w nas

Zbliża się czas Bożego Narodzenia. Ma on dla chrześcijan znaczenie szczególne, a w Polsce ze względu na: przeszłość historyczną Narodu oraz rozwinięte tradycje bożonarodzeniowe - rodzime i zasymilowane, zapożyczone od innych - tym bardziej.

Wśród najważniejszych świąt roku kościelnego Liturgia Kościoła, zaraz po wspomnieniu Zbawczych wydarzeń Paschalnych:

Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, pod względem znaczenia na drugim miejscu umiejscawia Boże Narodzenie.

Dobrze przeżyć Boże Narodzenie to przede wszystkim zaangażować się duchowo w okres oczekiwania zwany Adwentem, podobnie jak miało to miejsce w życiu Maryi, kiedy oczekiwała narodzin Jezusa.

Słowo „Adwent” pochodzi z języka łacińskiego od czasownika advenio; oznacza „przybywać”, „przychodzić”. W kontekście religijnym to czas oczekiwania na Boga, który przychodzi na świat. Pierwsza część Adwentu - do 16 grudnia - jest zaproszeniem do czuwania ze względu na zapowiedziane ostateczne przyjście Mesjasza. Druga część w liturgii Kościoła katolickiego to oczekiwanie pamiątki przyjścia Jezusa; Boga, który narodził się w Betlejem.

W historii Izraela przyjście Boga do ludzi zapowiadali wybrani prorocy, jak Izajasz, Jeremiasz, Sofoniasz, Malachiasz i Jan Chrzciciel. Oni też przez zachętę do nawrócenia i przemiany życia przygotowywali Naród Wybrany - uciemiężonych i utrudzonych ludzi - na wyzwolenie, jakie Pan da w dniu swego przyjścia.

My również, śledząc teksty prorockie czytane w okresie Adwentu, jesteśmy zapraszani do radosnego, ale i twórczego oczekiwania na przyjście Dnia Pańskiego. Podobnie, razem z Maryją, chcemy oczekiwać na Jezusa zapowiedzianego Jej przez Anioła Gabriela. A także ze św. Józefem, do czego szczególnie jesteśmy zaproszeni w drugiej połowie Adwentu.

Maryja oczekiwała na narodziny Jezusa w skupieniu, w ciszy codziennej modlitwy, ale też przez dobrze i z miłością wypełniane obowiązki. Oczekiwała służąc innym, o czym rozważamy w tajemnicy różańcowej o nawiedzeniu św. Elżbiety. Oczekiwała z wielką tęsknotą na narodziny Tego, którego nosiła już w swoim matczynym łonie. Dlatego Adwent, okres wyznaczony przez cztery kolejne niedziele po wspomnieniu liturgicznym św. Andrzeja, jest okazją, aby wraz z Nią przygotowywać się na Święta Bożego Narodzenia.

Do owocnego przeżycia Świąt Bożego Narodzenia przygotowujemy się wraz z Maryją przez udział w Mszach św. o brzasku, tzw. Roratach poświęconych Maryi; wsłuchujemy się, tak jak Ona, w Słowo Boże, pełnimy uczynki miłości i miłosierdzia, bierzemy udział w adwentowych dniach skupienia i odnowienie w sakramencie pokuty, dążymy do czystości serca, którym zawsze cieszyła się Niepokalanie Poczęta.. Pomocą mogą być dla nas adwentowe pieśni, tak liczne i wyjątkowe a śpiewane tylko w tym czasie, jak: „Oto Pan Bóg przyjdzie” (XVI w.), „Archanioł Boży Gabryjel” (XVII w.), „Hejnał wszyscy zaśpiewajmy” (XVI w.), „Mądrości, która z Bożych ust wychodzisz” (XIX w.), „Niebiosa rosę spuście nam z góry” czy „Błogosławiona jesteś Maryjo”,

„Zdrowaś bądź, Maryja, niebieska lilija” (XVI w.), „Spuście nam na ziemskie niwy” (XVIII w.).

Istotnym warunkiem dobrego przeżycia Bożego Narodzenia jest też uwzględnienie pewnej ascezy chrześcijańskiej okresu Adwentu. Na czym mogłaby ona polegać? Na pewno na rezygnacji z takich zachowań i praktyk, które naruszałyby charakter i znaczenie okresu oczekiwania przedświątecznego. Jeżeli zaczniemy świętować przed czasem, skuszeni stylem otaczającego świata, podyktowanym przez ducha konsumpcjonizmu, marketingu i ciągłego dążenia do zaspokajania potrzeby posiadania, wygody, komfortu, przyjemności, kosztem pogłębienia osobistej relacji z Bogiem i troski o bliźniego, wtedy Boże Narodzenie, nie będzie przedstawiało dla nas większej wartości niż kolejny dzień podobny do tak wielu przeżywanych wcześniej. Nasze zaś świętowanie może sprowadzić się jedynie do bogato zastawionego stołu wigilijnego czy chwilowej radości z otrzymanych prezentów. Wpatrzeni zaś duchowo w żłóbek betlejemski odnajdujemy prawdę, że prawdziwe szczęście Boża Rodzina osiągnęła nie w zgiełku, hałasie i krzątaninie w gospodach i domach Betlejem, lecz z dala od nich w ciszy adoracji narodzonego Człowieka - Boga Jezusa. Nie przeszkodziło w tym nawet ubóstwo materialne - „...żłób mu za kolebkę dano...”, ale z woli Bożej nawet pomogło osiągnąć i docenić inne bogactwa, wartości duchowe, dary samego Boga, jak: wzajemna miłość, wspólne pokonywanie trudności, otwartość na przybywających pasterzy czy mędrców ze Wschodu. Przeżywane wspólnie trudności przez Świętą Rodzinę zaowocowały wzrostem zaufania do Boga, który kieruje losami człowieka, także w sytuacjach po ludzku bardzo trudnych. Dopiero w tej perspektywie możemy zrozumieć i właściwe wykorzystać symbole i znaki towarzyszące nam w kościołach, kaplicach i domach.

Okres Bożego Narodzenia to przepiękny znak przypominający o pokorze Boga, Jego uniżeniu, gdy z miłości do nas stał się człowiekiem, o prostocie i cnocie ubóstwa, które Bóg wybrał dla siebie, do naśladowania czego zaprasza. Zwyczaj żłóbka i szopki bożonarodzeniowej w XIII w wprowadził do Kościoła św. Franciszek z Asyżu, który tak bardzo pragnął uświadomić: „wszystkie trudności, z jakimi się spotkało Dzieciątko Jezus z powodu braku podstawowych rzeczy potrzebnych niemowlęciu. Jak było złożone w żłobie pomiędzy osłem i wołem, jak do tego miejsca przybyli pasterze”. Warto przypomnieć, że ten piękny zwyczaj wprowadził na Plac Świętego Piotra w Rzymie Jan Paweł II.

Kolejny obrzęd związany z Bożym Narodzeniem to tradycja wieczerzy wigilijnej - czyli czuwania wieczornego wraz z innymi członkami naszych rodzin i wspólnot, do których należymy - przy wspólnym stole przed dniem Bożego Narodzenia. Wigilia w Polsce ma szczególnie uroczysty charakter. Ten wyjątkowy wieczór ma jeszcze cechy Adwentu, czyli czuwania i oczekiwania, przeżywamy go przy zachowaniu postnych potraw. Podczas wigilii czytamy fragment Ewangelii o narodzinach Pana Jezusa i śpiewamy kolędy; pieśni, które nam przybliżają wydarzenia sprzed 2000 lat, które zawierają głębokie treści teologiczne, ale też i moralne. Bardzo istotnym w kulturze polskiej jest znak łamania się i dzielenia chlebem niekwaszonym - opłatkiem. Temu pięknemu zwyczajowi towarzyszą życzenia świąteczne, jest to również okazja do wzajemnych przeprosin i podziękowania za obecność drugiego człowieka. Tego wieczoru wspominamy nieobecnych członków rodziny, pamiętamy o samotnych, chorych i potrzebujących pomocy. To właśnie szczególnie tych ostatnich odwiedzamy w święta czy zapraszamy do naszych domów na uroczysty wieczór, aby nikt nie był sam. Stąd piękny zwyczaj wolnego nakrycia przy wigilijnym stole dla niespodziewanego gościa, jak również wyraz pamięci o tych, co przeszli do wieczności, a kiedyś zasiadali z nami do wspólnego stołu. Czuwanie w naszych domach odbywa się zwykle do północy, kiedy gromadzimy się w naszych kościołach parafialnych i kaplicach na pierwszej Mszy św. Bożego Narodzenia tzw. Pasterce.

 

Udział w nabożeństwach i Mszach św. czasu Adwentu i Bożego Narodzenia ma być zaproszeniem do nowego stylu życia, życia dzieci Bożych. To zaś jest darem samego Boga przychodzącego na świat. Czytamy i słuchamy, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia, początku Ewangelii św. Jana:

A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało wśród nas.

Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi. (J 1,11_12a)

Dobrze przeżyć Boże Narodzenie, to naśladować Maryję, która poczęła i porodziła Syna - Chrystusa. My też mamy począć i porodzić Jezusa we własnym sercu, wprowadzić Go w życie naszych rodzin i wspólnot. Dlatego możemy powtarzać w swojej modlitwie osobistej prośbę do Boga, jaką nam proponuje liturgia zaczerpnięta ze Mszy św. jeszcze okresu Adwentu: „...Niepokalana Dziewica poczęła Twoje odwieczne Słowo i przeniknięta światłem Ducha Świętego, stała się świątynią Boga, prosimy Cię, spraw, abyśmy za Jej przykładem pokornie wypełniali Twoją wolę”.

My też mamy zadbać, abyśmy na nowo, kolejny raz po chrzcie św., stawali się odnowioną Bożą świątynią, w której mieszka Bóg i tam jest oddawana Mu należna chwała.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

NIE SAMYM CHLEBEM...

ks. Zygmunt Podlejski
Od Adwentu do Bożego Narodzenia

Proroctwo Izajasza

Izajasz był postacią szczególną. Żył w VII wieku przed Chrystusem (765-701). Pochodził z zacnej jerozolimskiej rodziny, odebrał solidne wykształcenie, miał żonę i był ojcem dwóch synów. Udzielał się na niwie politycznej i religijnej. Był znakomitym literatem i wizjonerem. Został najprawdopodobniej zamordowany z rozkazu bezbożnego króla Manassesa, ostrzegał bowiem naród przed religijnym i moralnym marazmem, który pociągnie za sobą zniewolenie Izraela, co faktycznie nastąpiło. Marazm religijny i moralny zawsze prowadzi do katastrofy, czego tkwiący w nim nie dostrzegają. Prorocy natomiast dostrzegają niedobrą sytuację, upominają i ostrzegają, za co się ich przeważnie prześladuje i zabija, bo „psują zabawę".

Uważa się na ogół, że prorok jest kimś w rodzaju wróżbity, jasnowidza czy fachowca od horoskopów. Takie pojmowanie ich roli niedobrze świadczy o tych, którzy tak uważają, i mocno ubliża prorokom. Rola proroka jest bowiem rolą twórczą, poważną, konieczną. Jego głos jest głosem Boga, który kierując się miłością do ludzi, pragnie ich dobra. Bóg posługuje się wybranymi ludźmi, żeby prostowali Jego ścieżki. Prorocy widzą rzeczywistość o wiele głębiej - oczami Pana Boga - i oceniają swoje czasy Jego miarą. Wywołują wyrzuty sumienia, a tego zwykli zjadacze chleba nie lubią, stąd prawie zawsze ostry konflikt na linii: prorok - społeczeństwo. Rola proroków jest trudna i niewdzięczna. Wielu z nich próbowało uciec przed prorockim powołaniem. Znana jest spektakularna ucieczka proroka Jonasza, który miast głosić kazania pokutne w Niniwie, zaokrętował się na statku płynącym do Tarszisz, myśląc, że Pan Bóg o nim zapomni. Bóg jednak o nim nie zapomniał i Jonasz stał się ostatecznie Jego głosem w Niniwie. Mieszkańcy miasta pod jego wpływem posypali głowy popiołem i przyodziali się w worki pokutne. Nawet król tarzał się w popiele, ubrany w zgrzebny worek.

Nie wszyscy prorocy znaleźli u ludzi taki posłuch jak Jonasz, który nie był ze swojej misji zadowolony. Stanowczo opowiadał się za ukaraniem mieszkańców Niniwy. Pan Bóg miał jednak na szczęście inne zdanie. Jonasz był za sprawiedliwością, Pan Bóg - za miłosierdziem. Nawet prorok w pojedynku z Panem Bogiem nie ma szans.

Bywa, że prorok wysnuwa z aktualnej sytuacji wnioski na przyszłość lub głosi przyszłe wydarzenia z bezpośredniej inicjatywy Boga. Jest wtedy „głośnikiem" Pana Boga, choć sam nie zawsze ogarnia ciężar gatunkowy Jego przepowiedni.

Prorok Izajasz jest największym prorokiem mesjańskim. To on zapowiedział, że Mesjasz będzie potomkiem króla Dawida, że „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel". Król Achaz żądał od Izajasza znaku, na co ten powiedział, że Pan sam da narodowi żydowskiemu znak, a będzie nim właśnie Emmanuel, co znaczy „Bóg z nami". Proroctwo to spełniło się przeszło siedemset lat później w Nazarecie i Betlejem, kiedy to Panna Maryja z Nazaretu poczęła i porodziła syna Jezusa, oczekiwanego Mesjasza. Jezus, urodzony w Betlejem z Dziewicy, stał się „Bogiem z nami". Rocznicę Jego urodzin będziemy za kilka dni obchodzić z nabożną czcią, w każdym razie warto przypomnieć w całym tym przedświątecznym rozgardiaszu, o co w święta Bożego Narodzenia naprawdę chodzi, żeby właśnie było i pozostało uroczyście i nabożnie.

Istnieje bowiem w dzisiejszym konsumpcyjnym świecie wielkie niebezpieczeństwo, że nawet chrześcijanie zapomną o właściwym charakterze świąt Bożego Narodzenia, na czym określonym środowiskom bardzo zależy, skoro wszelkimi możliwymi środkami - zwłaszcza środkami masowego przekazu - próbują od dłuższego czasu rozmyć prawdę o narodzeniu Jezusa Chrystusa.

Ksiądz Andrzej Zwoliński w książce „Tajemne niemoce” (Warszawa 2000) napisał: A czyż nie jest rozmywaniem prawdy o chrześcijaństwie ukazywanie świąt Bożego Narodzenia w ornamencie zajączków, krasnali, elfów, sarenek i choinek z bombkami, tradycji i przyśpiewek ludowych, bez przypomnienia Tego, który dla nas stał się człowiekiem? Podobnym «przeróbkom» dla potrzeb zlaicyzowanych mass mediów podlegają też inne święta i wydarzenia religijne”.

Warto w ostatnią niedzielę Adwentu, w ramach adwentowego wyciszenia i skupienia, te dni tuż przed świętami Bożego Narodzenia spożytkować na bezpośrednie przygotowanie duszy na Jego przyjście, traktując cały ten nachalny, merkantylny rwetes tak, jak na to zasługuje.

Pójdźmy do Betlejem

Anioł zwiastował pasterzom „radość wielką", postanowili więc czym prędzej udać się do Betlejem, żeby się przekonać, co się wydarzyło, z czego mieli się tak ogromnie cieszyć. Mówili jeden przez drugiego: „Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił". Pasterze znaleźli malutkiego Jezusa, o którym anioł powiedział, że jest Zbawicielem, Mesjaszem. Pojęcie to było im znane, jako że cały naród żydowski od wieków czekał na Mesjasza, wiążąc z nim wielkie nadzieje. Byli tak podekscytowani spotkaniem z Jezusem, że nie mogli przestać mówić. Stali się pierwszymi heroldami Mesjasza. Pośpieszyli do miasteczka, żeby podzielić się nowiną i radością. Z relacji św. Łukasza wynika, że wrócili do Jezusa, wielbiąc i wysławiając Boga.

Słowa pasterzy brzmią dzisiaj jak zaproszenie, skierowane do nas wszystkich. Udajmy się teraz do Betlejem, żeby spotkać Maryję, Józefa i Jezusa. Dla nas, chrześcijan Betlejem jest wszędzie, gdzie ludzie prawdziwie wierzą w tajemnicę Wcielenia Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Tajemnica Wcielenia jest dla nas źródłem radości, którą najlepiej wyrazić miłością. Tamtej nocy została bowiem światu objawiona miłość Boża do ludzi. Uczucie to niekoniecznie trzeba wyrażać wzajemnym obdarowywaniem się rzeczami nikomu niepotrzebnymi, będącymi nie tyle wyrazem miłości, co w naszych warunkach gorączką konsumpcji stymulowaną już od września przez wielki biznes.

Człowiek potrzebuje przede wszystkim miłości. Kolejny krawat, pierścionek, plastikowy wóz strażacki, karabin szybkostrzelny czy koniak chętnie zamieni na odrobinę tego uczucia. Mąż chce być kochany. Żona marzy o miłości. Dziecko często tęskni za nią w zagraconym zabawkami pokoju, gdzie z ekranu komputera uczy się bardzo wielu różnych trików, skomplikowanych i brutalnych sposobów walki i wykańczania przeciwników, wojen gwiezdnych i innych podobnych historii, które nie sprzyjają miłości. Wręcz przeciwnie.

„Pójdźmy do Betlejem". Betlejem jest wszędzie tam, gdzie Jezus jest wśród ludzi. Jezus jest obecny wśród nas przez swoją Dobrą Nowinę - Ewangelię, i pod postacią chleba oraz wina.

Pragnie przy pomocy słowa i Eucharystii ulokować się w naszych sercach i stamtąd promieniować miłością na nasze otoczenie, na świat. Jezus chce się narodzić w naszych sercach, jak to słusznie i pięknie zauważył stary śląski poeta Johannes Scheffler, zwany Aniołem Ślązakiem. Poeta napisał: „Gdyby się Chrystus tysiąc razy urodził w B etlej em, a nie w tobie - byłbyś na wieki stracony".

Anioł Ślązak sugeruje, że każde ludzkie serce może i powinno się stać miejscem narodzenia Chrystusa, stacją przekaźnikową Bożej miłości. Miłości nie da się niczym zastąpić.

Ray Flynn, były ambasador USA przy Stolicy Apostolskiej, w książce „Jan Paweł II” (Warszawa 2002) opisuje ciekawy epizod, jakiego był świadkiem podczas spotkania młodzieży amerykańskiej z papieżem w 1993 roku w Denver. Podczas Mszy świętej zobaczył niepełnosprawnego chłopca, który z małą grupą kolegów w ogromnym skupieniu brał udział w nabożeństwie. Chłopak śpiewał, odmawiał modlitwy, nie starał się zwrócić niczyjej uwagi. Ray Flynn dostrzegł, że Jan Paweł II także go zauważył.

Przypuszczał, że Ojciec Święty prosił dyskretnie ceremoniarza, żeby dał chłopcu specjalną kartę, upoważniającą do otrzymania Komunii Świętej z rąk papieża.

Pan Flynn napisał: Patrzyłem, jak młodzieniec klęka przed Janem Pawłem II, by otrzymać komunię. Choć miał zamknięte oczy, łzy spływały mu po policzkach.

Młodziutki, nieznany, niepełnosprawny Amerykanin tak szeroko otworzył swoje serce przed Jezusem Eucharystycznym, że zwrócił uwagę papieża i siedzącego w pierwszym rzędzie przeznaczonym dla honorowych gości amerykańskiego ambasadora.

Betlejem jest wszędzie, gdzie człowiek otwiera swoje serce na Jezusową miłość. Ona zawsze jest źródłem autentycznej miłości do ludzi. Nie ma miłości człowieka bez miłości Boga, choć wielu myśli inaczej. Miłość człowieka bez zakotwiczenia w miłości do Boga przeradza się w podejrzany „humanizm", który między innymi lansuje tak zwaną cywilizację śmierci. Prawdziwa miłość rodzi i szanuje życie. Miłość i życie zaś są dwiema stronami tego samego medalu. Każda inna miłość nie jest nią, choć czasem robi wiele szumu i głosi szczytne deklaracje.

Każdy człowiek, a już na pewno każdy chrześcijanin, może się stać swego rodzaju Betlejem, w którym miłość Chrystusa znajdzie przygotowane dla siebie serce i dach nad głową. Będzie to pulsujące miejsce miłości, pojednania, pokoju, nadziei i radości. Prawdziwym źródłem radości jest wyłącznie miłość.

Zróbmy w naszych sercach miejsce dla Chrystusa. Będzie to najwspanialsze Betlejem; najlepszy i najpiękniejszy dar dla nas samych i dla naszego otoczenia.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha
Znaczenie samowychowania w procesie
integralnej rewalidacji
osób z niepełnosprawnością

Istotą pedagogiki personalno-egzystencjalnej jest respektowanie zasady podmiotowości i pomocniczości. W wyniku wdrożenia tych obydwu zasad w proces wychowawczego oddziaływania dochodzi do sytuacji, w której wychowanek - przy pomocy wychowawcy (rewalidatora pomocniczego) odkrywa swoje człowieczeństwo. S. Chrobak mówi o wzajemnym oddziaływaniu na siebie dwóch podmiotów: „Podmiotem działającym, podobnie jak i doznającym wychowania, może być tylko człowiek. Wychowywać znaczy wobec tego pomagać komuś w odkryciu własnych «możliwości», pomagać w zrozumieniu, kim człowiek powinien «być», aby naprawdę odpowiedział na swe powołanie. Człowiek bowiem jest istotą obdarzoną ogromnym potencjałem i w tym tkwią możliwości jego wychowania”1.

Perspektywa duchowego rozwoju sprzyja pełniejszemu dojrzewaniu człowieka - wręcz ten rozwój stymuluje: -„Podejmowanie przez wychowanka działań coraz bardziej ludzkich wiąże się z uznaniem obecności elementu duchowego, który stopniowo pobudza różne formy i rodzaje aktywności i umiejętności, rozszerzając się na nowe sfery właściwe dla człowieka”2.

Podmiotowe podejście do procesu wychowania prowadzi do samowychowania (samorewalidacji). Jest ono „zdolnością do świadomego i wytrwałego kierowania własnym rozwojem poprzez podejmowanie konkretnych działań w perspektywie rozpoznanego i wybranego projektu własnego życia, urzeczywistniania swoich możliwości”3.

Dochodzi więc do sytuacji, w której wychowanek niejako „staje na własnych nogach”. Wspierany przez Boga samego i wychowawcę bierze swój los w swoje ręce: „Stawanie się «wychowawcą samego siebie» jest jednym z podstawowych wskazań chrześcijaństwa. W chrześcijaństwie wysiłek uzasadnia kategoria «obrazu Bożego» (Imago Dei) oraz potrzeba własnego wysiłku w dążeniu do świadomego kształtowania własnego życia”.4

W przypadku osób z niepełnosprawnością ów proces samowychowania (samorewalidacji) nabiera szczególnego znaczenia. Zwłaszcza gdy trzeba uruchomić działania, mające na celu podniesienie ich na duchu poprzez danie im nadziei na lepsze życie. „Zatem - jak twierdzi Z. Matulka, na którą powołuje się S. Chrobak, konstruując swoją pedagogikę nadziei - «samowychowawczy wysiłek człowieka w rozwoju cnoty nadziei polega na usuwaniu wszelkiego lęku i obaw o sens własnego życia, którego niewątpliwy i realny cel stanowi ostateczne, pełne miłości zjednoczenie z Bogiem, udział w jego trynitarnym życiu. Cnota nadziei wyklucza zaistnienie w końcowej fazie życia tzw. zamkniętego horyzontu»”5.

Mamy więc do czynienia z osobą maksymalnie otwartą, która permanentnie usiłuje stawać się, „nigdy nie być definitywnie «spełniona», zawsze zdolna do uczenia się od innych. Wraz z postępującym rozwojem budzą się «dążenia», które są skierowane na miłość, prawdę, dobroć, piękno, pełnię życia. Jest to dynamizm «urzeczywistniania się człowieka, który jest osobą»”6.

S. Chrobak wysiłek człowieka w zakresie integralnego rozwoju widzi w kategoriach jedynej w swoim rodzaju przygody poznania i realizacji samego siebie: „Wchodzi tu w grę integralny rozwój człowieka, jego moralny postęp, ale też wiedza o świecie i umiejętność podporządkowywania go sobie. W perspektywie chrześcijańskiej natomiast jest to wysiłek «przetłumaczenia Chrystusa» w swoje życie i w aktualną rzeczywistość. Człowiek zatem staje w pewnej sytuacji, którą możemy określić jako «odkrywczą wyprawę» rozwijającą jego siły i umożliwiającą mu poznanie samego siebie”7.

Jednym z podstawowych celów rewalidacyjnych - w przypadku osób z niepełnosprawnością - jest doprowadzenie wychowanka do rozbudzenia w nim potrzeby samorealizacji, a tym samym samorewalidacji. Wiąże się to jednak z uprzednim uruchomieniem u niego mechanizmów prawidłowej samooceny i akceptacji swojej mniejszej sprawności, z jednoczesną wolą chociaż częściowej korekty - wobec funkcjonujących standardów - swoich mniejszych możliwości. Najkrócej można ten proces sprowadzić do kilku zasadniczych postulatów pedagogicznych: „l.Człowiek niepełnowartościowy, chcąc zrealizować postawione sobie zadanie przezwyciężenia swej «inności» w stosunku do ludzi zdrowych i przekształcenia swego «ja rzeczywistego» w «ja idealne», ma przed sobą nie tylko trudności normalne, zrozumiałe w związku z trudnościami, jakie nastręcza codzienne życie każdemu człowiekowi tak czy inaczej uszkodzonemu (np. trudności lokomocyjne w związku z porażeniem kończyn), ale ponadto musi w zakresie tworzenia własnej osobowości: a) zdobywać się na nieustanny wysiłek adaptacyjny zmierzający do stałego przezwyciężenia tych trudności; b) znaleźć w sobie wartości nietknięte (nieuszkodzone), na których musi oprzeć dążenie do równowagi osobistej i społecznej, a tym funkcjom, które zostały uszkodzone, musi stworzyć warunki - jeśli można - maksymalnego uczynniania (warunki psychiczne i fizyczne - własne pomysły zewnętrznej organizacji), dla zaspokajania swych potrzeb; c) odrzucić rozpowszechnioną hierarchię wartości (powszechnie przyjęte standardy), w której dominują wartości zdrowia fizycznego i fizycznej sprawności i znaleźć inne wartościowanie - z punktu widzenia wartości moralnych, kulturalnych i społecznie użytecznych, artystycznych itp.

2. W zakresie stosunków interpersonalnych musi swoją postawą przekonać ludzi, że jego brak, tzw. defekt, nie rzutuje na inne jego właściwości psychiczne, a więc swoim przykładem powinien przezwyciężyć to rozpowszechnione stereotypowe (najczęściej podświadome) stanowisko społeczeństwa polegające na łączeniu różnych ujemnych współzależności, np. ludzie są skłonni uważać, że człowiek zniekształcony garbem musi być złośliwy albo że brak wzroku zawsze łączy się z upośledzeniem umysłowym. Niektórzy badacze uważają, że jest to psychiczne zjawisko strukturalnego «zamykania» fragmentu obrazu w jeden całościowy schemat, choćby rzeczywistość przeczyła sensowi takiego «zamykania»”8.

O jednostce, która będzie w stanie przeprowadzić w sobie taki proces samorewalidacji, będzie można wówczas powiedzieć, że w pełni została przystosowana do życia w społeczeństwie, w którym nie liczą się tylko wartości związane ze zdrowiem, ale także z szeroko rozumianą kulturą - także duchową.

A. Kępiński w swojej „Melancholii” ten kierunek kształtowania postaw - oprócz takich kategorii jak „do” i „od” - nazwał kategorią „nad”, którą skojarzył z potrzebą twórczości: „Jedną z podstawowych tendencji człowieka - (jak streszcza poglądy A. Kępińskiego J. Doroszewska - przyp. J. P.) - jest dążenie do narzucenia własnego porządku otoczeniu: zmienić świat «na obraz i podobieństwo swoje». Jest to (...) postawa «nad», którą w przeciwieństwie do postawy «do» i «od», występujących także w świecie zwierzęcym, można uznać za swoiście ludzką. Dzięki niej powstaje kultura i dzięki niej człowiek wychodzi poza zakres swego konkretnego życia. Jego przeszłość i przyszłość rozciąga się daleko poza okres jego życia (dziedziczność kulturowa i transcendentne dążenia człowieka)”9.

Można zatem powiedzieć, że perspektywa rozwojowa człowieka sięga wartości, które są ważne także dla naszego, integralnego modelu rewalidacji, sięgającego do teologicznej koncepcji pedagogiki. A więc takiej, w której wartości duchowe są wręcz najważniejsze.

Zwracając uwagę na pominięcie tej szerszej i głębszej wizji rozwoju, A. Kępiński porusza zagadnienie konsekwencji ograniczenia rozwoju człowieka tylko do postawy «do» i «od»: „Niemożność realizacji postawy «nad» powoduje, że człowiek czuje się ciasno, jakby skrępowany, jego struktury czynnościowe pozostają niezrealizowane, z czasem ulegają atrofii, nie ma możności sprawdzenia siebie, jego dynamika życiowa stopniowo opada, gdyż nie ma właściwego ujścia; otoczenie, które nie pozwala na realizację własnych dążeń, staje mu się wrogiem, uczucia negatywne - w myśl prawa o przenikaniu uczuć przez barierę oddzielającą świat zewnętrzny od ja - promieniują do wewnątrz. Człowiek taki zaczyna sam siebie nienawidzić, co razem z obniżeniem dynamiki życiowej prowadzi do nastroju depresyjnego”10.

A. Kępiński podkreśla więc szczególnie ważną rolę otwartej przestrzeni psychicznej, w jakiej powinna przebywać jednostka - zwłaszcza ta, która narażona jest na różnego rodzaju nie zawsze pozytywne postawy otoczenia z powodu jej niepełnej sprawności. Przestrzeń taka umożliwia „realizację postawy «nad», człowiek w niej łatwo wchodzi w interakcję z otoczeniem, może je przekształcić i sam być przez nie przekształcony. Przestrzeń otwarta ma znak dodatni, przyciąga do siebie, w stosunku do niej wyraźnie dominuje postawa «do» nad «od». Jej koloryt uczuciowy jest jasny, atmosfera ciepła, człowiek czuje się dobrze i widzi w niej swoją przyszłość, gdyż przestrzeń ta umożliwia mu realizowanie własnych planów”11.

Reasumując, można powiedzieć, że otoczenie, „które umożliwia realizację postawy «nad», jest otoczeniem pociągającym, a to, które uniemożliwia jej realizację, jest otoczeniem odpychającym, od którego człowiek chce uciec lub je zniszczyć. Z kolei, aby móc przekształcić otoczenie według swych struktur czynnościowych, trzeba się do niego zbliżyć, postawa «do» musi przeważać nad postawą «od». W ten sposób postawy emocjonalne («do» i «od») wzajemnie na siebie wpływają i wiążą się ściśle z postawą twórczą «nad»”12.

Jakże bliskie są te stwierdzenia twórczyni pedagogiki specjalnej Marii Grzegorzewskiej, która z kategorii twórczości uczyniła fundament pracy rewalidacyjnej.

K. J. Zabłocki sugeruje, aby osoba rewalidowana miała wręcz udział w układaniu i realizacji programu jej przystosowania do samodzielnego życia. „Utarło się nawet twierdzenia - pisze wspomniany autor - że na wszystkich etapach rehabilitacji pracujemy «nie nad inwalidą», lecz «z inwalidą», że «inwalida nie jest rehabilitowany przez innych, ale że inni - zespół specjalistów - udzielają mu pomocy w rehabilitowaniu samego siebie» oraz że «należy pomóc inwalidom, aby mogli radzić sobie sami». Chodzi o to, aby program rehabilitacji i przedsiębrane środki nie były mu narzucane z zewnątrz, lecz żeby przyjmował je świadomie, brał w miarę możliwości udział w planowaniu tego procesu i czuł się współodpowiedzialny za jego realizację”13.

J. Szafraniec z kolei, analizując koncepcję Carla Rogersa, stwierdza, że zasadniczą „tendencją organizmu jest dążenie do realizacji swych możliwości, czyli samourzeczywistnienia, którego końcowym efektem jest stanie się pełną osobą. Każdy terapeuta winien mieć na uwadze fakt, że w życiu każdej osoby ma miejsce tendencja ku przodowi we własnym rozwoju, skłonność do samorozwoju”14.

Natomiast M. Nowak podkreśla szczególną rolę kategorii spotkania, nachylając ją w kierunku wartości religijnych, które pomagają wychowankowi także w nawiązaniu lepszych kontraktów z innymi: „Najpierw powiedzmy o samym wychowanku i jego aktualnym stanie, gdyż to on stanowi nie tylko punkt wyjścia, ale także podstawę zachodzącego w wychowaniu «spotkania».

Występujące u wychowanka poczucie braków i niedostatków - zauważa dalej M. Nowak - stanowi zarazem powód i źródło motywacji do wysiłku wychodzenia od siebie, jest mobilizacją woli do «spotykania się».

Wychowanek stoi zawsze w sytuacji, którą możemy określić jako «odkrywczą wyprawę» rozwijającą jego siły i umożliwiającą mu poznanie samego siebie”15.

Ten element wewnętrznego wysiłku nazywa się często „pracą nad sobą”, która jest daleka od kojarzenia czasem tego hasła z nadmierną koncentracją uwagi na sobie.

J. Doroszewska, powołując się na A. Kinney’a, osobę dobrze zrewalidowaną, która potrafiła wziąć swój los w swoje ręce, kojarzy z kimś, kto „na właściwej drodze rozwiązuje swe konflikty i zdąża ku dojrzałości psychicznej, której subiektywnym wyrazem jest dobre samopoczucie, a nawet - może - poczucie szczęścia”16.

Osoby z niepełnosprawnością w różny sposób dochodzą do tego typu dojrzałości. „Jedni z nich - jak zauważa J. Doroszewska - szukają źródeł siły w dążeniu do poczucia się użytecznymi, inni na drodze realizowania swoich uzdolnień, jeszcze inni dając swój wkład w budowę najwyższych wartości moralnych, społecznych i kulturalnych. Są i tacy, którzy te wartości najwyższe łączą z postawą religijną - niezależnie od tego, czy ta postawa jest połączona z określonym wyznaniem, czy nie. Dla tych ludzi religia jest źródłem ich siły i nikt nie ma prawa przeoczyć wagi tego źródła, lecz wręcz przychodzić im w tym z pomocą. Wszystko, co daje integrujące siły wewnętrzne ludziom tego potrzebującym, musimy traktować jako pomoc w naszej pracy rewalidacyjnej”17.

A więc chodzi o wartości, które dla integralnego modelu rewalidacji - zwłaszcza w środowisku wychowawczym Lasek - są fundamentem i zarazem najbliższym oraz ostatecznym celem.

Pamiętaj, że taką miarą, jaką ty mierzysz innym i tobie będzie odmierzone (por. Mk 4,24). Twoje przebaczenie jest warunkiem (por. Łk 11, 4) i miarą Bożego przebaczenia. Niech więc miarą twego przebaczenia będzie przebaczenie bez miary (por. Mt 18,22).

1 S. Chrobak, Podstawy pedagogiki nadziei, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2009, s. 400.Powrót do treści

2 Tamże, s. 410.Powrót do treści

3 Tamże, s. 419.Powrót do treści

4 Tamże, s. 420.Powrót do treści

5 Za: Tamże, s. 422; por..Z. Matulka, Samowychowanie w życiu chrześcijańskim, w: A. Rynio (red.), Wychowanie chrześcijańskie. Między tradycją a współczesnością, Wydawnictwo KUL, Lublin 2007, s. 175.Powrót do treści

6 S. Chrobak, dz. cyt. s. 423.Powrót do treści

7 Tamże, s. 427.Powrót do treści

8 J. Doroszewska, Pedagogika specjalna. Podstawowe problemy teorii i praktyki, tom I, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1981, s. 486.Powrót do treści

9 Za: Tamże, s. 487-488.Powrót do treści

10 Za: Tamże, s. 488.Powrót do treści

11 Tamże.Powrót do treści

12 Tamże, s. 488-489.Powrót do treści

13 K. J. Zabłocki, Wprowadzenie do rewalidacji, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 1997, s. 77-78.Powrót do treści

14 J. Szafraniec, Osobowość rozwojowa i psychohigiena, Szkoła Wyższa im. Bogdana Jańskiego, Warszawa 2009, s. 40.Powrót do treści

15 M. Nowak, Teorie i koncepcje wychowania, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2008, s. 304-305.Powrót do treści

16 J. Doroszewska, Pedagogika ... dz. cyt. s., 581.Powrót do treści

17 Tamże, s. 581.Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

PIELGRZYMKA DO LOURDES

Szymon Dederko
Wspomnienia pielgrzymkowe

Pielgrzymka jest obrazem życia w miniaturze. Całe życie idziemy do Boga. Pielgrzymka daje nam tę możliwość oczyszczoną z szumów dnia codziennego.

Miałem przyjemność, w dniach 15-23 września uczestniczyć w Pielgrzymce Osób Niewidomych do Lourdes.

Pielgrzymka zorganizowana przez Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych, księdza Andrzeja Gałkę, oraz siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, z nieocenioną s. Ludmiłą na czele. Nie pierwsza to pielgrzymka organizowana przez to znakomite grono, i nie pierwsza, w której biorę udział. Ta, tak jak i poprzednie, zorganizowana, zaplanowana i zrealizowana była naprawdę wzorowo. Celem głównym było nawiedzenie sanktuarium maryjnego w Lourdes, ale odwiedziliśmy też i inne miejsca związane z Matką Bożą.

 

Zaczęliśmy od Saragossy, bazyliki Santa Maria de Pilar. Miejsce ważne, ponieważ tu po raz pierwszy objawiła się Maryja, jeszcze przed jej zaśnięciem. Matkę Bożą ujrzał apostoł Jakub, który zwątpił o celowości prowadzenia ewangelizacji wśród Iberów, ale słowa Jezusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”, przypomniane apostołowi przez Maryję stojącą na kolumnie, dodały wątpiącemu Jakubowi sił do kontynuowania pracy apostolskiej i ewangelizacyjnej. Niesamowite było wrażenie, kiedy można było dotknąć wmurowaną w ścianę tę rzymską przydrożną kolumienkę, na której miało miejsce Objawienie. Następnie pojechaliśmy do kraju Basków. Zwiedziliśmy Pampelunę, uliczkę gonitw byków. Dzięki naszemu przewodnikowi poznaliśmy historię i style corridy.

Wieczorem, po długiej podróży autokarem, dotarliśmy do Lourdes. Następnego dnia rano mogliśmy uczestniczyć we mszy św. odprawianej przez księży Andrzeja i Jana, który nam towarzyszył, w samej Grocie Objawienia. Msza, kiedy nad ołtarzem z wnęki spogląda na nas łagodne oblicze Maryi z miejsca, gdzie się objawiła, wprowadziła nas w nastrój wewnętrznego wyciszenia i modlitwy. Następne cztery dni spędziliśmy w Lourdes, w czasie których każdy miał możliwość zarówno grupowego jak i indywidualnego uczestnictwa w mszach, nabożeństwach, procesjach - różańcowej i Eucharystycznej. Mogliśmy w ciszy indywidualnej modlitwy obmyć się w wodzie z cudownego Źródełka. Pojechaliśmy też na wycieczkę do pobliskiego do Lestelle-Betharram, gdzie w XV wieku Maryja podała gałąź tonącej dziewczynce. Odwiedziliśmy dom, w którym mieszkała święta Bernadeta Soubirous. Szybko minęły nam dni na modlitwie, rozważaniach i indywidualnym chłonięciu atmosfery świętego miejsca.

Następnie pojechaliśmy do Calella - miejscowości pod Barceloną. Jest to kąpielisko morskie. Tam mieliśmy więcej czasu na wakacyjne rozrywki. Długo będę wspominał kąpiel w Morzu Śródziemnym, czystym, o temperaturze 24 stopni. Drugiego dnia pobytu pojechaliśmy na wycieczkę do Montserrat. Jest to sanktuarium w klasztorze benedyktyńskim usytuowanym wśród wysokich wzgórz, które pionowo wyrastają z okolicznej ziemi.

W klasztorze jest wystawiona cudowna figura Czarnej Madonny, patronki Katalonii. Mieliśmy niezwykłą okazję uczestniczyć we mszy św. w kaplicy mieszczącej się w bezpośrednim sąsiedztwie Czarnej Madonny. W trakcie zwiedzania klasztoru ogromne wrażenie zrobiło na mnie miejsce, gdzie na ścianie krużganku jest dekoracja wykonana w technice sgriafitti, czyli wydrapywania wzoru na wielowarstwowym tynku, gdzie każda warstwa jest innego koloru. Dekoracja ta pokazuje listę sanktuariów Czarnych Madonn na świecie. Jest tam też zaznaczona Częstochowa.

Ostatniego dnia zwiedzaliśmy Barcelonę. Dzień zaczęliśmy mszą w dolnej krypcie Bazyliki Sagrada Familia projektu Antoniego Gaudiego. Później mieliśmy godzinę na indywidualne zwiedzanie górnego kościoła. Powiem tylko, że pierwszy raz widziałem świątynię, w której światło było „budulcem”, co najmniej tak samo ważnym, jak kamień.

Następnego dnia, rozpoczętego Mszą świętą w miejscowym kościele w Calelli, zaraz po mszy pojechaliśmy na lotnisko w Barcelonie i po kilku godzinach pożegnaliśmy się wszyscy na warszawskim lotnisku Okęcie.

Wspomnę tylko, że noclegi mieliśmy zapewnione w bardzo dobrych hotelach, wyżywienie takie, że kuchnię francuską oraz hiszpańską będziemy z tęsknotą wspominać przez długie zimowe miesiące.

Należą się wielkie i serdeczne podziękowania organizatorom pielgrzymki za przygotowanie tak urozmaiconego programu, pełnego atrakcji dla duszy, ciała, intelektu. Mieliśmy okazje poznać zarówno historię, jak i kulturę oraz współczesne zawirowania i kolory życia w niezwykle ciekawym rejonie świata.

Jeżeli Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych będzie jeszcze organizowało pielgrzymki, z chęcią wezmę w nich udział. I jeszcze raz, wszyscy głośno: DZIĘKUJEMY...

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ZE WSPOMNIEŃ

Mija 50 lat od śmierci Zygmunta Serafinowicza i Henryka Ruszczyca. Pozostali oni w trwałej wdzięcznej pamięci wielu wychowanków. Pan Serafinowicz zmarł 23 listopada 1971 roku, a pan Ruszczyc 3 stycznia 1973 roku. Mimo że odeszli do Pana w innym czasie, połączenie tych dwóch wspomnień wydaje się być uzasadnione szczególną więzią przyjaźni, jaka ich łączyła i emanowała na całe nasze środowisko.

Ten świąteczny numer LASEK jest okazją do oddania im hołdu i czci za wyjątkowy wkład w rozwój Dzieła błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej; równocześnie może być inspiracją w żmudnym procesie poszukiwania własnej, nie tylko środowiskowej, ale chrześcijańskiej tożsamości. Jest to również jakiś drogowskaz dla tych, którzy są bezpośrednio zaangażowani w Dziele; przypominając wszystko to, co wydaje się być najważniejsze w służbie osobom niewidomym.

W tym celu wykorzystaliśmy teksty Tadeusza Mazowieckiego i Krzysztofa Morawskiego, które zostały opublikowane w 2000 roku w książce pt. „Ludzie Lasek” (Biblioteka „Więzi”) - pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego.

Redakcja

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Staraj się bardziej przynosić pociechę niż jej szukać, bardziej kochać niż szukać miłości, bardziej przebaczać niż szukać przebaczenia, dawać niż otrzymywać. Kiedy poświęcasz się dla innych, nie myśl o twej ofierze, aby smutek nie zaciemnił radości daru.

 

Tadeusz Mazowiecki
PAN ZYGMUNT Z LASEK

Zygmunta Serafinowicza poznałem w Laskach już u schyłku jego życia. Któregoś dnia, w lipcu 1969 roku, na polanę koło „domu nad łączką" zaszedł starszy pan z laską i zaproponował mojej żonie i mnie spacer do warsztatów, które chcieliśmy obejrzeć.

Szliśmy ten kawałek drogi chyba ze dwie godziny, nie tylko z tego powodu, że pan Zygmunt był już schorowany i co krok przystawał, lecz dlatego, że cały czas gawędził i opowiadał. Od tej chwili rozmawialiśmy wiele razy; marzyłem o namówieniu go do spisania czy nagrania na taśmę magnetofonu wspomnień, ale do tego nie doszło; kiedy po swoim nieszczęściu wróciłem do tamtych namów, pan Zygmunt żył już właściwie od zawału do zawału, machał ręką na każdą wzmiankę o spisywaniu wspomnień, nie chciał nikomu głowy zawracać, skupiał się wewnętrznie przed czekającą go drogą, choć spacerował i żartował póki mógł, a teraz pewnie gdzieś tam z daleka się uśmiecha z lekką, zabarwioną ironią serdecznością, patrząc, jak zabieram się do pisania o nim. I - jak nieraz to bywa - została dziura, nie wypełniona słowem, po życiu barwnym i cie# kawym, intensywnym wewnętrznie i bogatym także mnóstwem kontaktów z ludźmi, po życiu dzielonym między niewidome dzieci, modlitwę oraz sztukę i literaturę, której był znawcą.

Żal więc dodatkowy z powodu tej próżni niezapełnionej przekazem najbardziej wartościowym, bo własnym, a przecież tak wartym utrwalenia i potrzebnym nie tylko tym, których spotykał przez przeszło cztery dziesięciolecia pracy w Laskach, lecz i tym, którzy go znali, tak ja, krótko. Została mi tylko jakby smuga cienia, utrwalony we własnym wspomnieniu przekaz uśmiechu i dowcipu starego pana, który był czymś w rodzaju laskowskiego Chestertona i laskowskiego Korczaka zarazem, a który nade wszystko miał wiarę - o której nie mówi się zbyt wiele, ale o której się wie, że wszystko w tej osobowości konstytuuje - oraz miał też ogromną życzliwość dla ludzi, dobroć ciągnącą się za nim poza granice tego brzegu, jaki przekroczył.

Czytam w luźnych notatkach kogoś mu bliskiego:

„Laski osnuła legenda, ale wtedy, gdy przyszedł Zygmunt, rzeczywistość była twarda: skrajne ubóstwo, podmiejskie piachy, pół kilometra za nędzną wsią, bez światła, kanalizacji, wodociągu, do Warszawy polna, wyboista droga. Decyzja pozostania tu była czymś, nad czym wzrusza się ramionami: przygoda? żart? ucieczka? Gdy jedna z sióstr, za którąś bytnością Zygmunta, przepowiedziała mu, że do Lasek przyjdzie, wpadł w gniew, nakrzyczał na nią: megalomania, jak zechcę Bogu służyć - dlaczego do Lasek? Jednak przyszedł, choć wydawało się, że nic mu tu nie może odpowiadać".

Przyszedł w roku 1928, przed Bożym Narodzeniem; pozostał do śmierci (23 listopada 1971) z przerwą na kampanię wrześniową i okupacyjny pobyt w bliźniaczym Żułowie, również wśród tych samych ludzi i takiej samej pracy. Był najpierw wychowawcą niewidomych dzieci, potem nauczycielem matematyki i polskiego. Brał udział w redagowaniu „Verbum" i w pracach „Kółka" ks. Władysława Korniłowicza. Po wojnie na prośbę Matki Czackiej został kierownikiem szkoły podstawowej i dyrektorem szkoły zawodowej Zakładu dla Ociemniałych w Laskach. W roku 1966 sam podjął decyzję przejścia na emeryturę, dyrektorstwo przekazał w młodsze ręce, pracując jeszcze dalej przez półtora roku jako nauczyciel. Był też członkiem Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.

Szmat czasu i jakże różnego czasu. Zabawne bywają zestawienia dokumentów. Kiedy pan Zygmunt starał się o emeryturę, przedłożył m.in. dwa dokumenty; jeden wydany 3 marca 1930 roku przez Rektora i Dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w którym mowa, iż „w latach 1919/20 i 1920/21 stosownie do przedstawionego wykazu wykładów i ćwiczeń w czasie swych studiów p. Serafinowicz Zygmunt uczęszczał na wyszczególnione drugostronnie wykłady i ćwiczenia i posiadał odnośne zaświadczenia panów wykładających"; drugi z 26 stycznia 1952 roku, w którym Zarząd Warszawskiego Okręgu Związku Nauczycielstwa Polskiego potwierdza, że „ob. Serafinowicz Zygmunt, kierownik w Laskach, złożył drugie kolokwium z zakresu wiadomości objętych programem samokształcenia ideologicznego z wynikiem dobrym".

W tych czasach różniących się przecież nie tylko stylistyką dokumentów, Zygmunt Serafinowicz pozostawał zawsze sobą. Podkreślanie tego jest może zbyteczne czy nawet żenujące, ale przecież każde dzieło jakiejś zbiorowości - to suma i synteza ludzkich postaw i wartości.

Pan Zygmunt opowiadał mi kiedyś bardziej szczegółowo, jak to polsko-katolicka anima naturaliter endeciana - tak to określał - rozbijała się o siłę wewnętrzną niewidomej kobiety, Matki Elżbiety Róży Czackiej i uważanego trochę za oryginała i niebezpiecznego eksperymentatora ks. Władysława Korniłowicza, który nie tylko nauczał otwartości i mówił o niej, lecz i ją praktykował. Fanatyzm, nacjonalizm czy antysemityzm był dla pana Zygmunta nie tylko czymś zgoła obcym, był dla niego także, podejrzewam, czymś z dziedziny zupełnie złego smaku. Obca temu była atmosfera wśród ludzi, którzy go otaczali i inne były przyjaźnie: Rafał Bluth, któremu bodajże zawdzięczał wiele w odkryciu wiary, siostra Teresa Landy, że wspomnę nieżyjących. W kręgu ludzi, z którymi się wówczas stykał, pozostawał też i Henryk Dembiński, i Władysław Broniewski, by użyć nazwisk symbolicznych. Zygmunt Serafinowicz dzielił więc wtedy wraz z całymi Laskami nie tylko trudy owej biedy, lecz i całą niełatwą praktykę otwartości.

Drugą, powojenną połowę aktywnego życia pana Zygmunta w Laskach znaczyły inne kłopoty i trudności. Zarówno te najbardziej elementarne, związane z organizowaniem na nowo warunków nauczania dla rosnącej liczby wychowanków w Zakładzie, jak i te, które rodziły się z niezrozumienia czy administracyjnych ograniczeń. Kierownik laskowskich szkól nie miał łatwego życia, by wszystko mogło funkcjonować; jednak zapewne budził szacunek u tych także, którzy nie byli życzliwi, skoro powołano go już w 1948 roku do komisji doradczej dla spraw oświaty niewidomych przy Ministerstwie Oświaty i skoro w późniejszych, bardzo trudnych latach wiele przeszkód pokonywał, łącząc stanowczość w obronie swoich racji z rzetelną robotą mimo wszystkich trudności. A przede wszystkim świadczyły o tym wizytacje i rezultaty osiągane przez szkołę.

Z tych czasów datuje się jedna jeszcze wielka przyjaźń, która na jego życiu wiele zaważyła - bliski kontakt z prof. Marią Grzegorzewską, twórcą Instytutu Pedagogiki Specjalnej, której fotografia do ostatnich dni stała na biurku pana Zygmunta.

Ale, gdy o tym wszystkim mowa, ktoś tak jak ja - oddalony, nie może powiedzieć więcej, niż zaledwie zakreślić ramy, w których to życie się obracało. Ludzie, którzy z nim pracowali, mówią, iż funkcje kierownicze przyjął niechętnie i uważał zawsze, że się do ich pełnienia nie nadaje. Bywał podobno czasem wybuchowy, ale od razu się reflektował. Pracował ponad miarę. I im dalej było od złożenia przez niego tych funkcji, tym bardziej wyraźny stawał się ślad wychowawczy, który za sobą zostawiał; był to ślad jakby korczakowski; zachował piękną, dziecięcą życzliwość dla ludzi i spraw.

Pan Serafinowicz - emeryt, którego poznałem, był taki sam. Zwłaszcza w kontakcie z dziećmi i w stosunku do ludzkiego cierpienia. Stary pan z laską, rozmawiający często z czteroletnim chłopcem, był tylko z pozoru „dziadzią", który wypełnia sobie w ten sposób wolny czas; w istocie powstawał w tym kontakcie jakby pomost ponad krzątaniną dorosłych, pomost między małym i starym człowiekiem, których perspektywy są prostsze. Miał też szacunek ogromny dla tego typu znoszenia przeciwności, jaki jest dzielnością. Dla zachowania się w chorobie. Szacunek milczący - dla milczącego cierpienia.

Zygmunt Serafinowicz był także człowiekiem piszącym; był pisarzem niespełnionym, ale był człowiekiem literatury i sztuki. Znalazłem w „Verbum" kilka zaledwie jego recenzji. Pozazdrościć można i pismu, i autorowi takich publikacji. Znakomita jest jego recenzja z tomu wierszy Iłłakowiczówny „Słowik litewski”. Potrafił być finezyjny i ostry, omawiając Iwaszkiewicza „Młyn nad Utratą”. A oto jakże głęboki fragment artykułu napisanego z okazji tomu wierszy Wojciecha Bąka, zamieszczony w I numerze „Verbum" z 1936 roku:

„Nie ma rzeczy wielkich i małych, ważnych i nieważnych, wszystko jest wielkie i ważne, bo wszystko w przedziwny sposób łączy nas z tym, co nieskończone. I zastygłby może człowiek w cichej, beznamiętnej kontemplacji świata, gdyby nie jakaś siła atrakcyjna, która tam tkwi, zdolna przyciągnąć i opanować serca ludzkie. I tak już jest, że ilekroć zatrzyma człowiek na czymkolwiek spojrzenie pożądliwej miłości, ilekroć położy na tym rękę swoją, aby powiedzieć - to moje - tylekroć od razu ta rzecz przestaje być dobrym przewodnikiem zaświata, a serce ludzkie kurczy się i umiera dla wieczności.

Gdyby nie ta dziwna właściwość «świata», nie byłoby może cierpienia, ale nie byłoby także ani poetów, ani świętych.

Nie byłoby poetów, bo któż by wtedy ulegał hipnozie rzeczy nieskończonych, kto by je pożerał oczyma łakomymi, kto by je kochał miłością samolubną i pogańską?

Nie byłoby świętych, bo kto by wtedy tak uparcie patrzył w jeden punkt, aby poprzez znikomość kształtów, barw, dźwięków i woni dotrzeć nareszcie tam, gdzie nic nie mija, a wszystko trwa bez końca.

I nie byłoby cierpienia, bo któż będąc poetą cierpiałby, że tak trudno być świętym".

Są ludzie, którym słowa leją się na metry. Dużo jest takich małych i większych Rubensów literatury; mniej Rembrandtów. Pan Zygmunt pozostał pewnie dlatego pisarzem niespełnionym, ponieważ odczuwał skrępowanie słowem, hamował go wyrafinowany smak i nadmiar wymagań. Dlatego pewnie i w późniejszym, końcowym okresie jego życia różne namowy do pisania wspomnień pozostały bez skutku.

Tkwił przyjaźniami i bliskimi kontaktami w świecie literackim. Był rodzonym bratem Jana Lechonia - Leszka Serafinowicza. Przeżył bardzo jego śmierć; kochał poezję brata, choć mówił o niej zawsze powściągliwie. Ostatnim, niezrealizowanym zamierzeniem jego życia było sprowadzenie zwłok Lechonia do Polski i złożenie w grobie rodziców, na leśnym cmentarzu laskowskim, zgodnie z życzeniem poety wyrażonym w jednym z wierszy.

[To, w co tak trudno nam uwierzyć, kiedyś się przecież stanie jawą,

Więc pomyślałem: chciałbym leżeć Tam, gdzie mój ojciec - pod Warszawą. (-)

I nagle widzisz: jest noc chmurna I niebo polskie ponad nami,

I stary ogród. A w nim urna Z naszego życia popiołami.

(To życzenie zostało spełnione; prochy Jana Lechonia złożono na laskowskim cmentarzu 11 maja 1991 r. przyp. red.)

Zygmunt Serafinowicz napisał niewiele, ale był smakoszem i znawcą. Pięknie recytował i miał znakomitą pamięć, z której zakamarków wydobywał ciekawe opowieści i anegdoty o ludziach. Sztuka była dziedziną, w której obracając się był w domu, jak w Laskach, ale nie ulegał sądom obiegowym, miał własne oceny i upodobania, oddzielające plewę od ziarna. Poprzez sztukę przemawiał do niego Ktoś większy. Poprzez nią łączył się także z innymi ludźmi. Wzruszająca była w ostatnich latach jego przyjaźń z ks. Jerzym Wolfem, z którym się przekomarzał i którego obrazy stanowiły jedyną ozdobę jego bardzo skromnego pokoju w infirmerii.

Nie podejmuję się mówić o tym, jaka była jego religijność. Jedno wiem, że był w tych sprawach gruntownie obcy wszelkiemu pozerstwu, dawnemu i nowemu. I że głęboko przeżywał Ewangelię.

Miał dystans i do Lasek, których „Dzieło” przecież współtworzył i kochał. Zaczynających pracę pytał po jakimś czasie: „No co, obrzydło Ci już to święte miejsce?" I nas też - moją żonę i mnie - kiedyś podobnie zapytał, po którejś rozmowie. Siostrze, która pielęgnowała go w chorobie, powiedział wesoło: „Posiedzi się w czyśćcu, posiedzi, ale nie będę tam sam. Będą siostrzyczki w habitach i prałaci też - he, he!"

Ale nie był wcale wesołkiem. Był w głębi smutny, jak powiedział kiedyś o swoim bracie: „do bebechów smutny”.

Ks. Władysław Korniłowicz i Matka Czacka najsilniej chyba oddziałali na jego życie. Wynotowałem sobie kiedyś zdanie napisane przez Matkę Czacką o Laskach: „Dzieło to z Boga jest i dla Boga. Innej racji bytu nie ma. Gdyby zboczyło z tej drogi, niech przestanie istnieć”. Zamyślałem się nieraz nad odwagą napisania takich słów.

Gdy rozmawiałem o Zygmuncie Serafinowiczu teraz, już po jego śmierci, wiem, że dla wielu jego młodszych współpracowników był kimś, kto przenosił w ich życie owe najpierwotniejsze, podstawowe założenia „Dzieła", ożywiał ich duchem czasu jego tworzenia i powstawania. Przekazywał, ale i po sobie pozostawiał ten sam ślad.

W pojęciach ludzi z zewnątrz Lasek i w ogóle w dzisiejszych pojęciach, życie takie, jak pana Zygmunta, jego wybory, decyzje i wierność im, jawić się mogą jako coś staroświeckiego. Czy takie „staroświeckie" wzory życia nie odtwarzają się jednak ciągle w zmieniających się formach po to, by coś nie zgasło? I czy nie ocalają czegoś większego w każdym, kto się z nimi zetknął?

O ludziach takich myślimy wszakże - dobrze, że byli.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

PAN RUSZCZYC

Rodzina szlachecka Ruszczyców pochodzi z Litwy. Jednak ta gałąź, z której wywodził się Henryk Ruszczyc, przeniosła się na południowe kresy Polski. Znani byli jako dzielni żołnierze od początków XVIII wieku walcząc z Turkami i Tatarami, odznaczani i obdarowywani przez królów polskich. Ojciec Henryka, Tadeusz (1861-1929), urodzony w Bugłajach na Podolu, studiował medycynę w Warszawie, po czym jako młody lekarz pracował w Cukrowni Chodorków na Ukrainie. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, córkę współwłaściciela cukrowni, Jadwigę Gnatowską (1871-1941). Po ślubie młoda para przeniosła się do Kijowa, gdzie doktor Ruszczyc długie lata ordynował i gdzie urodziły mu się dzieci - syn Władysław (1899-1967), a 5 maja 1901 r. bliźnięta - Henryk i Janina.

Henryk Ruszczyc miał najlepsze wspomnienia z miasta, w którym spędził osiemnaście pierwszych lat swego życia i aż do śmierci tęsknił do Kijowa i koniecznie pragnął jeszcze raz go zobaczyć. Nostalgia ta nie opuszczała go nigdy.

 

Mało mamy wspomnień o nim z dzieciństwa i czasów szkolnych. Wydaje się, że przechodził swoje dzieciństwo raczej niezauważany przez towarzyszy i kolegów. Wiadomo, że chodził do słynnego prywatnego gimnazjum rosyjskiego, Włodzimierza Pawłowicza Naumenki. Gimnazjum Naumenki należało do szykownych i najdroższych zakładów naukowych w Kijowie. Było to gimnazjum prywatne „z prawami". Uczęszczali doń synowie zamożniejszych rodzin rosyjskich, trochę bogatych Żydów i spora liczba Polaków. Gimnazjum było liberalne i na owe czasy bardzo postępowe. Szkoła postawiona była na wysokim poziomie naukowym, a dobór uczniów zapewniał wyższy poziom moralny i towarzyski.

Niestety, nie znamy wrażeń Ruszczyca z tej szkoły i nie wiadomo, jakim wpływom podlegał i jak kształtował własne ideały wychowawcze na tle doświadczeń młodości. Nie miał złych wspomnień ze szkoły. Posiadamy tylko przekaz chodzącego do tej samej szkoły, o dwie klasy wyżej kolegi, Włodzimierza Bartoszewicza: „Kolegowałem przez szereg lat z Władysławem Ruszczycem, bratem Henryka i z tego powodu byłem zapraszany na «Kinderbale», urządzane przez matkę Władzia, Henia i siostry ich Janiny, w mieszkaniu doktorostwa Tadeuszów Ruszczyców przy ulicy Włodzimierskiej 37 w Kijowie. Henryk Ruszczyc był wtedy niewysokim, dość chuderlawym blondynem. Nieśmiałym i raczej usuwającym się w cień, ale bardzo nerwowym i popędliwym, co sprawiało, że z nieoczekiwaną energią reagował na częste zaczepki kolegów i pomimo swej słabej kompleksji i chorowitego wyglądu, walczył z napastnikami bohatersko i nieustępliwie".

Dom Ruszczyców był zasobny, doktor dużo zarabiał. Polakom na dalekich kresach wschodnich powodziło się w owych czasach na ogół znakomicie, górowali fachowością i zaradnością życiową nad otoczeniem.

Jacy byli rodzice Henryka Ruszczyca? Wspomina o tym Zofia z Ruszczyców Pawełczyńska: „Jego ojciec, stryj Tadeusz, był znanym w Kijowie lekarzem. Odnosiłam się do niego z cichym uwielbieniem, choć nie zwracał na mnie uwagi. Stryj nie dostrzegał ludzi zdrowych w najbliższej rodzinie. Nie miał na to czasu; całą jego uwagę i cały czas pochłaniali chorzy. (...)

Matka Henryka, Jadwiga z Gnatowskich Ruszczycowa miała dla wszystkich czas. Kobieta głębokiej wiary i wielkiej dobroci, troszczyła się na co dzień o potrzeby najbliższych i o potrzeby całej rodziny. Na niej spoczywała codzienność, gdy stryj skoncentrowany na swoim celu nie dostrzegał bieżących, drobnych spraw".

Z fragmentarycznych okruchów wspomnień można odczytać, jaki „bagaż" odziedziczył Henryk po ojcu. Obaj mieli jednakową zdolność koncentracji swej działalności i całego integralnego wysiłku na wybranej pracy, a nie rozdrabnianie się i rozpraszanie w wielu dziedzinach. Ta „monomania" stanowiła siłę u ojca i później u syna. Wiadomo i z innych relacji, że stosunki ojca z Henrykiem nie były dobre. Może z tych dziecinnych lat i następnych doświadczeń wieku młodzieńczego wyniósł przeświadczenie o niezbędności w wychowaniu uczuć ojcowskich. Czułości, serdeczności i ojcowskich gestów nie skąpi później żadnemu niewidomemu. Po ojcu mógł odziedziczyć również wrażliwość na biedę ludzką i miłosierdzie.

Wpływ matki jest mniej wyraźny, ale niewątpliwie była ona źródłem podstawowych pojęć i zasad religijności Ruszczyca, religijności głębokiej, emocjonalnej i mało intelektualnej, ale przemyślanej i przetrawionej w różnorakich późniejszych doświadczeniach życiowych.

Mimo że Henryk przebywał w gimnazjum Naumenki około 8 lat, matury nie zdawał i nigdy średniego wykształcenia egzaminem końcowym nie uzupełnił. Dlaczego? - pytałem się znających go w tych czasach. „Bo mu się nie chciało" - brzmiała zwięzła odpowiedź. Musiał już w czasach gimnazjalnych wejść w epokę „burzy i naporu", która miała wypełnić następnych 10 lat jego życia.

Na wiosnę 1919 r. Henryk z matką opuszcza Kijów, aby nigdy do niego nie powrócić, mimo że tęsknił do niego, a nawet czynił starania o wyjazd do miasta swego dzieciństwa w ostatnich latach życia, będąc już ciężko chorym.

Pani Ewa Kołaczkowska tak relacjonuje swoje ostatnie widzenie z Henrykiem Ruszczycem (koniec 1969 r.). „Pan Ruszczyc zrobił na mnie wrażenie człowieka bardzo zmęczonego i starego, to co czasem uderza nagle u ludzi - rys oddalania się. Rys może chwilowy, ale wtedy odczuwamy własną bezsilność, bo przebywa się w odmiennych światach.

Tym razem zaczął mi zaraz mówić o Kijowie, że chciałby tam pojechać.

«Teraz wszystko jest tam inne» - powiedziałam.

«Ale rzeka została ta sama»".

W 1919 r. Henryk Ruszczyc wstępuje jako ochotnik do wojska, do ułanów. Dzieje jego służby wojskowej są mało znane, był prostym ułanem, niewiele fragmentów ze służby frontowej opowiadał swoim wychowankom. Wspominał zdobycie pociągu pancernego.

W roku 1921 zwolni się z wojska i zaraz przechodzi ciężką chorobę płuc na tle gruźliczym. Po wyleczeniu, nie mając ochoty na studia, a może nie mając i po temu warunków, zamierza się poświęcić rolnictwu, zawodowi wskazanemu, jak często mniemano, dla osób o nadwerężonych płucach.

Istnieją świadectwa z odbytych przez Henryka Ruszczyca praktyk i pierwszych posad w latach 1922-1929. Świadectwa, jak zawsze świadectwa z pracy, są dobre i pan Henryk był z nich bardzo dumny, z zadowoleniem je pokazywał. Pracodawcy chwalą jego energię i inicjatywę oraz podkreślają sumienność w pełnieniu obowiązków. Ruszczyc przeszedł praktyki i pełnił funkcję urzędnika gospodarczego w dobrych gospodarstwach, gdzie mógł się zawodu nauczyć. Niestety, wszędzie przebywał bardzo krótko, bo tam gdzie pełnił już obowiązki, a nie był tylko praktykantem, nigdzie nie pozostawał dłużej niż rok, co na poznanie warsztatu rolnego jest czasem stanowczo za krótkim. W ciągu lat 1924-1929 pięć razy zmieniał posady, przenosząc się z Lubelskiego do Poznańskiego i Kaliskiego. (...)

Młody Ruszczyc miał bujną naturę i kresowy temperament życiowy. Przez rok na przełomie 1926/1927 był bez posady w rolnictwie. Zatrudniony był jako akwizytor w Poznaniu w przedsiębiorstwie „Reklama Polska".

Jedyne świadectwo, rzucające pewne światło na właściwości jego charakteru, to zaświadczenie pani Marii Florkowskiej z gospodarstwa nasiennego Fajsławice koło Trawnik w Lubelskiem. „Jest wzorowo sumienny w wypełnianiu swoich zobowiązań, zna się dobrze na gospodarstwie rolnym, kombinuje i organizuje prace treściwie i oszczędnie. O ile wyrobi w sobie większą wiarę we własne siły, może stać się dzielnym pracownikiem i pożyteczną jednostką dla społeczeństwa, czego mu życzę z całego serca."

Brak wiary we własne siły. Oto nieprzewidziana cecha, ostatnia, o którą moglibyśmy go podejrzewać w świetle znajomości dalszych jego losów. Świadczy, że droga, którą szedł w dotychczasowym życiu, nie była jego drogą, nie czul się na niej dobrze.

W 1929 r. Ruszczyc, opuściwszy majątek Szczypiorno, znalazł się bez pracy w Warszawie.

Na początku 1930 Antoni Marylski, który go znał i był z jego rodziną spowinowacony, zaszedł raz na Czackiego, gdzie doktorowa Ruszczycowa mieszkała i zastawszy Henryka bez stałego zajęcia, zaproponował mu, aby przyjechał do zakładu dla niewidomych w Laskach jako tymczasowy lektor dla niewidomego dorosłego, który przygotowuje się do egzaminów. Niewidomym tym był p. Dolański. Ruszczyc przyjął to zaproszenie i dojeżdżał do Lasek. Tam zdarzył się wypadek, który, jak sam przyznał, zmienił tok jego życia. Idąc koło domu chłopców im. Świętej Teresy, spotkał niewidomego chłopczyka gorzko płaczącego. Zagadnięty, czemu płacze, odpowiedział, że zgubił zabawkę i nie może jej znaleźć. Ruszczyc znalazł upuszczony przedmiot i wręczył chłopaczkowi, który się rozpromienił. To zdarzenie wskazało dalszą drogę Henrykowi Ruszczycowi18. Pozostał na stałe w Laskach w służbie niewidomych i przetrwał w niej do końca swego życia, czterdzieści trzy lata.

Nagły szok psychiczny, jakiego doznał na widok zapłakanego dziecka, nie był bez historycznej analogii. Ruszczyc nie wiedział zapewne wtedy, że w październiku 1771 r. znakomity twórca nowoczesnej opieki nad niewidomymi, Walenty Hauy (1745-1822) doznał podobnego przeżycia, które zorientowało w nowym kierunku całe jego życie. Zobaczył na targowisku Sainte Oride grupę dziesięciu niewidomych, których tak dziwacznie poprzebierano, że stali się pośmiewiskiem tłumu. Widok ten tak nim wstrząsnął, że poświęcił się odtąd pracy dla niewidomych19.

WYCHOWAWCA

W 1930 r. został Henryk Ruszczyc na stałe w Laskach, poświęcając się wyłącznie sprawie niewidomych. Odnalazł nareszcie, w wieku lat 29, drogę życia. Nastąpił w nim pewien przełom, nawrócenie nagłe i niespodziewane, ale za to zupełne. Do końca życia nic poza sprawą niewidomych już go nie interesowało. Nie miał życia osobistego, wszystkie swoje siły witalne, a miał ich dużo, poświęcił obranej przez siebie sprawie. „Pan Ruszczyc nie interesował się, jakby nie widział widzących, wszystkie swoje zdolności i myśli skierował ku niewidzącym". Ta wyłączność, dobrowolne ograniczenie swojej działalności, ta - możemy powiedzieć - monomania, była wielką siłą Ruszczyca. In der Be schrankheit kennt man den Meister - mówi Goethe: „w ograniczaniu się poznajemy mistrza", a nie w rozpraszaniu myśli, uczuć i wysiłków na wszystkie strony. Zorganizowanie swojej pracy tylko w jednym kierunku mogło wydawać się zwężeniem osobowości, ale było celowe i dało niepospolite owoce.

Są świadkowie w Laskach, którzy pamiętają powrót Ruszczyca po rozmowie czy spowiedzi u ks. Korniłowicza, jak uradowany biegł do domu chłopców im. św. Teresy. Ta radość z poznania prawdy nigdy nie miała już go opuścić.

Najpierw był wychowawcą w domu chłopców. Od 1934 r. aż do wojny kierownikiem internatu.

Jakie były jego zasady wychowawcze i jakie cele sobie postawił? Nie miał ani praktyki, ani teoretycznej podbudowy w zakresie wychowywania. Kierował się intuicją, ale ta okazała się niezawodna. Miał wyjątkowy talent pedagogiczny i zamiłowanie w tym kierunku.

Pozostawił po sobie, prócz pomniejszych przemówień i pism poświęconych wychowaniu, mały zeszycik, gdzie notował wybrane myśli z lektur. Zeszyt ten jest sygnowany przez Ruszczyca i podaje datę - 1934 r. Ten wybór myśli, jakie nasuwa mu lektura, jest tak charakterystyczny dla właściciela zeszycika, że warto go tu omówić, gdyż stanowi jakby plan działania i zawiera zasady pedagogiczne, na których się opierał przez całe życie i wyrażał je w swych przemówieniach czy referatach. Lekturą, która przede wszystkim w tym roku zasilała myśl Ruszczyca, były rozważania o wychowaniu biskupa francuskiego Dupanloup (1802-1878). Książka ta była w owych latach szeroko kolportowana wśród wychowawców w Laskach. Myśli Ruszczyca o wychowaniu są ustawione w krótkich hasłach biegnących drabinkowo przez całość kartki zeszytu jak w wierszach Majakowskiego.

Zeszyt ten zaczyna się już w drugim akapicie 10 kwietnia 1934 r. od wyznania: „Strasznie długo nie czytałem - zajęcia, brak czasu - brak wytrwałości - lenistwo - oto przeszkody!

«Panie, uczyń mi możliwe przez łaskę, to co jest niemożliwe przez naturę». Człowiek jest użyty przez Boga, żeby zbawiać ludzi

- to jest najwyższe zadanie i chwała, którą Bóg może dać człowiekowi.

Ta chwała jest prawie zawsze bolesna: ratuje się ludzi tylko poświęcając się - dając im siebie - czasem umierając za nią.

Eleverl Podnosić.

Wychowanie więc formuje - podnosi, jakby tworzy. Główną zaletą wychowawcy jest umiejętność skłonienia wychowanka do chętnego i odważnego zabierania się do pracy.

W wychowaniu - to co robi wychowawca - to mało, prawie nic - to co powoduje - to wszystko.

Wychowanie rozwija - nie chowa, ale rozwija, sama treść wychowania to rozwój cech ludzkich.

Wychowanie kroczy za naturą i pomaga jej - nie powinno pośpieszać jej.

Człowiek rozwija się całe życie - nawet wtedy, gdy wydaje się, że już się kończy.

Wszystko, co się mówi, co się robi, co się rozkazuje, czego się zabrania - wszystko powinno się robić w celu pielęgnowania, pobudzania, rozwijania darów natury.

Wychowanie nie tylko rozwija, ale i wygładza. Wychowanie powinno upiększać naturę - zmiękczać brutalność. Wygładza umysł. Jeżeli wychowanie rozwija bez wygładzania, dziecko pozostaje gburowate i niekulturalne. Rozwijanie bez wygładzania

- to nie jest wychowywanie. Wychowanie musi być podnoszeniem. Umysł dziecka jest jeszcze giętki, przybiera tę formę, jaką chcemy mu nadać. Ale o ile trzeba przestrzegać, żeby wychowanie nie było za miękkie, to trzeba też myśleć, żeby nie było za twarde. Chwila przyjęcia dziecka bardzo ważna.

Nigdy nie wychowa się dziecka bez niego albo mimo niego; trzeba, żeby ono chciało się wychować, trzeba jednak mu pomagać, podtrzymywać. To, co robi wychowawca, to nic, to, do czego się przyczynia, to wszystko. Dzieło wychowania religijnego i moralnego nie może być nigdy dziełem sprzeciwu i gwałtu. Jeżeli chodzi o Boga, o religię, o człowieka, o sumienie - udawać, nakłaniać i szukać - to nie, żeby dzieci pokochały - trzeba doprowadzić je do miłości, ale dlatego trzeba samemu kochać".

W notatkach z 1934 r. natrafiamy na zdanie, które stanowi treść późniejszej pracy Ruszczyca: „sprawa niewidomych - skąpy wybór, zamiłowania normalne - temat do rozwinięcia. Instytut badania zdolności niewidomych - współpraca z widzącymi".

Z referatów czy przemówień Henryka Ruszczyca o wychowaniu najważniejsze jest chyba zatytułowane: „Przyczyna (bytu) problemu wychowawczego”.

„Wychowawca, obserwując dzieci powierzone jego opiece, powinien pamiętać, że skutki grzechu pierworodnego lada chwila zaczną się okazywać i wtedy właściwie zaczyna się jego praca nauczenia tego dziecka chcieć walczyć z ułomnością swej ludzkiej natury, skażonej przez grzech i wybierania dobra, a nie zła.

Tak bardzo to podkreślam, bo istnieją obecnie poglądy bardzo rozpowszechnione, że dziecko jest dobre i szlachetne, i nie zna w sobie zarodka zła, a zło to przychodzi do niego z zewnątrz, ze świata i psuje harmonię wewnętrzną tego dziecka. Takie mniemanie stwarza cały system wychowawczy, gdzie wiara w dziecko jest jego podstawą. Mylne zapatrywanie oparte na powszechnej, powierzchownej obserwacji dzieci, u których istotnie widzimy tyle prawdy, tyle cudownej prostoty i czystości, ale mylnie przypisujemy ją naturze tego dziecka, zamiast szukać przyczyny tego w Bogu, którego tchnienie jeszcze nie zostało starte i skalane, i tak cudownie nas zachwyca. W dziecku trzeba stanowić to, że jest stworzone na podobieństwo Boże, a było jest i będzie w myśli Bożej, że Bóg mu powierzył jakieś zadanie i że my mamy ten niezasłużony zaszczyt współpracy z Bogiem w urzeczywistnieniu tego planu Bożego. Musimy wierzyć w dobre chęci dziecka zasilane łaską Bożą, musimy o tę łaskę się modlić i tego rodzaju szacunek jest świętszy i wyższy niż wszystkie inne szacunki, skierowane do jego ludzkiej natury".

Istnieje też krótki referat pt. „Praca wychowawcza w czasie wakacji”. Oprócz teoretycznej podbudowy daje szereg wskazań praktycznych i odzwierciedla tok myśli autora i jego poglądy o roli wychowawcy. (...)

Zasadnicze cechy metod pedagogicznych Henryka Ruszczyca rozwijały się w nim w miarę wciągania się do pracy jako wychowawcy, a później kierownika internatu chłopców im. św. Teresy. Przede wszystkim zwrócić uwagę trzeba na jego niezwykłą uczuciowość i okazywanie serca wychowankom. Zdaje się, że z własnego doświadczenia życiowego wypływało poczucie, że wychowawca musi kochać swych podopiecznych i miłość tę okazywać.

Przede wszystkim, mawiał, ważny jest moment pierwszego spotkania z dzieckiem przybywającym do zakładu. Ta chwila pierwszego zetknięcia z wychowawcą pozostaje na zawsze w pamięci dziecka i temu pierwszemu kontaktowi poświęcał Henryk Ruszczyc wiele uwagi i pracy. Podkreślał również znaczenie pożegnań - czy to przy wyjeździe na wakacje, czy też przy opuszczaniu zakładu na drogę samodzielnego życia. „List Pański otrzymałem, za który najserdeczniej dziękuję. Po odczytaniu go, ojcu spłynęły łzy. Przypomniał sobie jak czule i serdecznie żegnał się Pan ze mną jak gdyby z najwierniejszym przyjacielem..." Tego, mówiąc po prostu, gorącego serca Ruszczyca nie mogą zapomnieć dotąd jego wychowankowie, a nawet ludzie, którzy przypadkowo się z nim spotykali. Działał przede wszystkim emocjonalnym podejściem do wychowanka, ta gorącość serca promieniowała i stwarzała klimat dla oddziaływania wychowawczego. Potwierdzają to wszystkie świadectwa jego wychowanków. Jednocześnie, przy tej wylewnej czułości dla drugiego człowieka, miał Ruszczyc głębokie przekonanie o konieczności zachowania autorytetu wobec wychowanków. Chciał uchodzić za człowieka „srogiego" i często podkreślał to słowo. Widocznie stwarzał jak gdyby pewną przeciwwagę swojej czułości. Nie chciał za nic rozmiękczać wychowanków. Na tę „srogość" jednak nie bardzo dawali się nabierać.

Drugą charakterystyczną cechą jego pracy pedagogicznej była niezwykła pomysłowość jego wychowawczych poczynań i różnorodność tych pomysłów. Był niewyczerpany w wymyślaniu nowych gier, zabaw, zajęć dla niewidomych dzieci. Osoby, które pamiętają jego pierwsze kroki w zakładzie wychowawczym w Laskach, podkreślają, że z chwilą jego przybycia powiał jak gdyby nowy duch w internacie, życie i młodość wstąpiły w te mury. Ruszczyc w pełni doceniał znaczenie radości, wesołości i zabawy w życiu dzieci, a przede wszystkim w życiu dzieci niewidomych. Dotychczas raczej cichy i spokojny dom im. św. Teresy zaczął rozbrzmiewać zgiełkiem i hałasem, a zabawy organizowane przez Ruszczyca w sposób nowy i dotąd niepraktykowany budziły zdumienie i podziw otoczenia. Te zabawy na korytarzach zakładu czy w lesie, podchody harcerskie, zabawy w wojsko, improwizowane orkiestry na naczyniach kuchennych, wesołość i hałas, różnorodność dźwięków - tak sugestywna dla niewidomych - były metodą pracy wychowawczej Ruszczyca, jego inwencją pedagogiczną. Działał intuicją pedagogiczną, która zastępowała w tym zakresie wykształcenie, ale intuicję miał i bogatą, i twórczą. Przy tym cechowała go w pracy wychowawczej szybka decyzja, jakieś wojskowe podejście i stałe dążenie do doprowadzenia każdego zamiaru do końca.

WOJNA 1939-1945

Początek wojny nie zastał już Henryka Ruszczyca w Laskach. Został zmobilizowany do 17. pułku ułanów w Lesznie Wielkopolskim. Do oddziału swojego już nie dojechał, gonił za nim po całej Polsce. Po krótkiej kampanii znalazł się w Małopolsce już w rękach Niemców, uciekł z sześciodniowej niewoli. Nie było to w owych dniach trudne, tym bardziej że był prostym żołnierzem, bez szarży. Od 27 września 1939 r. do 22 października 1939 r. był kierownikiem administracyjnym oddziału epidemicznego szpitala Czerwonego Krzyża w Łańcucie, gdzie pracował bezpłatnie jako ochotnik. Podobno oddział ten zorganizował zetknąwszy się z gromadą żołnierzy chorych na czerwonkę i inne epidemiczne choroby. W listopadzie był już z powrotem w Laskach.

Zakład w Laskach położony na samym skraju Puszczy Kampinoskiej był terenem ciężkich bitew w kampanii wrześniowej, tędy bowiem, u wrót Warszawy, przedzierały się oddziały Armii Polskiej dążące z kotła kutnowskiego do stolicy. W Laskach we wrześniu 1939 przebywało tylko 10 sióstr, resztę osób, w tym niewidomych, ewakuowano w części do Warszawy, w części do Żułowa w woj. lubelskim. Od 17 do 21 września toczyły się na terenie Lasek krwawe bitwy. Zakład był stale pod ostrzałem niemieckim. Sam zakład i okoliczne wsie poniosły ogromne straty materialne. Dom chłopców im. św. Teresy był zniszczony w 80%, dom dziewcząt im. św. Stanisława w 65%. Spłonęła bogata biblioteka tyflologiczna, częściowo archiwum, magazyny i liczne zabudowania gospodarskie. Placówka Towarzystwa - biura służące Zarządowi i warsztaty w Warszawie przy ulicy Wolność - została również we wrześniu 1939 r. zbombardowana, a przebywająca tam Matka Czacka i kilka sióstr odniosło rany.

Po kapitulacji Warszawy siostry wróciły do Lasek. W Laskach do końca roku znajdował się na terenie zakładu prowizoryczny polski szpital wojskowy. Widok osiedla zakładowego na jesieni 1939 r. był straszliwy. Wydawało się, że zakład nie podźwignie się prędko z gruzów. Stało się inaczej. W rekordowym czasie uporządkowano teren i przystąpiono do prowizorycznej odbudowy. Zakład znowu zaczął przyjmować dzieci. Liczba podopiecznych w czasie okupacji wynosiła 60-70 osób niewidomych i 30 dzieci widzących, zagubionych w czasie działań wojennych.

Do tej ruiny wrócił ze szpitala w Łańcucie Henryk Ruszczyc. W Laskach przeżył i przepracował czteroletni okres okupacji.

Ruszczyc nigdy nie wysuwał się na pierwszoplanowe stanowiska, był w swoim działaniu nadzwyczaj dyskretny. Najwięcej relacji jest z czasu powstania warszawskiego, mówią one o roli Ruszczyca wówczas w Laskach. Oddajmy głos siostrze Monice Bohdanowicz, świadkowi jego pracy:

„W strasznym dniu, kiedy Niemcy zamordowali naszego pracownika Marka Kowalskiego, Ruszczyca w Laskach nie było. W godzinę po odjeździe budy nie było w Zakładzie ani jednego widzącego mężczyzny. Budy miały nieprzyjemny zwyczaj wracać po raz drugi i wyłuskiwać lekkomyślnie pozostałych. Do opieki nad internatem chłopców wysłano mnie [mieścił się on wtedy w domu im. Św. Stanisława]. Pomagał mi Modest (Sękowski). Nadzór objął Ksiądz Profesor [późniejszy prymas Stefan Wyszyński]. Po dwóch dniach wrócił z jakiegoś objazdu Ruszczyc. Podziękował pięknie Księdzu i zakwaterował się w moim gabinecie. Błagaliśmy go, żeby zajął na razie jakieś pomieszczenie mniej eksponowane, gdzieś w głębi domu, skąd w razie nowego najścia łatwiej można było zwiać. Nawet słyszeć nie chciał. Do powrotu wychowawców, przez ponad tydzień, pozostałam w tym domu przy pracy. Wieczorami, obchodząc internat, spotykałam go zawsze w infirmerii. Z prawdziwą przyjemnością, przysiadłszy gdzieś w kątku, słuchałam, jak rozmawiał z chłopcami. Chociaż to byli chłopcy z młodszych grup [8-10-letni] mówił do nich zwykle bardzo poważnie. Opowiadał o tym, co się dzieje na świecie, jak ciężko jest ludziom, zwłaszcza tym, co się dostali do więzienia albo obozu. Mówił to wyjątkowo ciepłym, serdecznym głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałam. Namawiał ich do modlitwy w tych intencjach, zwłaszcza do modlitwy wspólnej w myśl zaleceń Pana Jezusa.

Z wybuchem powstania przystąpił do organizacji drugiego szpitala, okazało się bowiem, już po fatalnej potyczce na lotnisku, że pięknie urządzony i wyposażony przez AK oddział chirurgiczny, mieszczący się w Domu Rekolekcyjnym, nie może w tych warunkach sprostać swojemu zadaniu, nie mówiąc już o tym, że łóżek szpitalnych było za mało. Nie wszyscy pacjenci wymagali leczenia w chirurgicznym oddziale, ale dom ten nie posiadał żadnego zaplecza, gdzie można by było przebrać i umyć chorych, i przeprowadzić badanie wstępne. Na ten cel przeznaczono szpital w domu dziewcząt.

Zdaje się, że pomysłem Ruszczyca było pomieszczenie go na trzecim piętrze, które najmniej ucierpiało od pożaru w 1939 roku. Taka lokalizacja dawała większe bezpieczeństwo. Niemcy na ogół niechętnie wchodzili do dużych domów, a tym bardziej nie będą się zapuszczać do domu na wpół zrujnowanego i spalonego. Ujemną stroną była tylko konieczność pozostawienia kuchni i całego gospodarczego zaplecza na dole, co pociągało za sobą konieczność całodziennego wędrowania z trzeciego piętra na parter.

Można było wtedy podziwiać olbrzymi zmysł organizacyjny Ruszczyca. Nie mając żadnego przygotowania fachowego, w przeciągu dwóch dni zmontował mały szpitalik, który przez szereg tygodni zupełnie nieźle spełniał swoje zadanie w tych tak potwornie ciężkich warunkach. Mnie przydzielono stanowisko kogoś w rodzaju starszej siostry oddziałowej. Bez najmniejszego przygotowania teoretycznego, bez żadnego doświadczenia przystąpiłam do pracy, uzbrojona tylko w całą dobrą wolę i nadzieję, że w razie czego Ruszczyc mi pomoże. I pomagał, na ile mu czas pozwalał, często bardzo mądrze i praktycznie. Pracował wtedy bardzo intensywnie: starania o zabezpieczenie aprowizacji, porozumiewanie się z władzami wojskowymi, transporty rannych, ewakuacja tych, którzy już mogli się obyć bez naszej pomocy, zaopatrzenie w dowody osobiste tych, którzy nie mogli się posługiwać własnymi, wszystko to było na jego głowie.

Zagadnienie transportu rozwiązywał po mistrzowsku. Wszyscy chorzy i ranni z reguły byli przywożeni do nas. Ciężko rannych, wymagających zabiegu, przewożono do domu rekolekcyjnego. Odwrotnie, stamtąd do nas przenoszono pacjentów, wymagających dłuższego, stacjonarnego leczenia. Wszystko to odbywało się prawie na oczach Niemców, w obecności oddziału własowców, stacjonujących pod murem zakładu.

Gorzej było z transportem rannych z lasu; musiał odbywać się oczywiście w nocy, kiedy w zasadzie bez przepustek ruch był surowo wzbroniony, a naokoło byli Niemcy i własowcy. To wszystko musiało trwać dosłownie minuty. Wypracowanego przez Ruszczyca planu nie powstydziłby się żaden Sztab Generalny. Miejsca zatrzymania kolejnych furmanek, postój ludzi z noszami, trasy, po których każda para z noszami miała biec do szpitala, były dokładnie przestudiowane i wielokrotnie sprawdzone".

W tych ciężkich czasach okupacyjnych Ruszczyc wykazywał niepospolitą odwagę. Nie miał wielkiej umiejętności języka niemieckiego, ale od biedy mógł się porozumieć z okupantami, to mu pomagało zachować zimną krew i spokój. „W czasie powstania warszawskiego - wspomina Adolf Szyszko - na terenie szkoły w Laskach (...) któregoś dnia niespodziewanie (...) wkroczyły oddziały niemieckie. Ich generał zainteresował się szkoleniem niewidomych. W czasie zwiedzania był pełen napięcia dramatyczny moment. Niemiec (rozmawiając z Panem Ruszczycem) opierał się o drzwi, za którymi leżało 11 rannych partyzantów. Tylko zimna krew Dyrektora i szczęśliwy przypadek uratowały Zakład od zagłady".

Podobnie wspomina ks. Stanisław Piotrowicz: „W czasie powstania warszawskiego wracam z grupą chłopców ze spaceru (w tym okresie byłem wychowawcą). Widzę, jak własowcy prowadzą Pana Ruszczyca. Było to pod domem im. św. Stanisława w Laskach [wtedy mieścił się tam internat chłopców]. Oficer obejrzał się, popatrzył na grupę moich chłopców i machnął ręką na Pana Ruszczyca gestem wymownym. Pan Ruszczyc z całym spokojem i godnością, jakby przed chwilą zsiadł z konia i szedł do domu na należny odpoczynek, odwrócił się od własowców i wszedł do domu im. Św. Stanisława".

SURHÓW - GŁUCHÓW - JAROGNIEWICE

Po ukończeniu działań wojennych nastąpił w życiu Henryka Ruszczyca wielki przełom. Z wychowawcy i kierownika domu chłopców w Laskach, na skutek nowego narastającego zadania społecznego i potrzeby momentu historycznego, przeszedł do pracy w dziedzinie rehabilitacji niewidomych inwalidów wojennych. Zagadnienie rehabilitacji stało się od tej chwili dominującym w pracy, której poświęcił się niemal całkowicie.

Ruszczyc został w 1945 roku oddelegowany przez Laski do zorganizowania domu dla inwalidów wojennych poszkodowanych na wzroku, do odległego Surhowa położonego w powiecie krasnostawskim. Praca ta, tak w Surhowie - jak później przeniesienie z jego inicjatywy zakładu do Jarogniewic i Głuchowa w 1947 r., - zajęła mu całkowicie przeszło dwa, niezwykle czynne i pracowite, lata. Trzeba też podkreślić, że praca nad zorganizowaniem tych ośrodków „zjadła" siły Ruszczyca i właśnie w Surhowie stracił zdrowie, którego nigdy już nie miał w pełni odzyskać.

Jesienią 1944 PCK w Lublinie zwrócił się do s. Joanny Lossow, wówczas przełożonej domu w Żułowie - placówki Lasek w woj. Lubelskim - o zorganizowanie w sąsiednim dworze w Surhowie ośrodka rehabilitacji ociemniałych żołnierzy. W styczniu 1945 r. siostrze Lossow udało się przedostać do Lasek i przedstawić sprawę skierowania osób do prowadzenia tego domu. Matka Czacka wydelegowała Henryka Ruszczyca. O początkach pracy w Surhowie mamy relacje z ust samego Ruszczyca w wywiadzie przeprowadzonym przez Józefa Szczurka20.

„Dla zakładu dla ociemniałych żołnierzy wytypowano zabudowanie byłego dworu ziemiańskiego w Surhowie na Lubelsz czyźnie. Kiedy ośrodek ten doprowadziłem do porządku i umeblowałem, zaczęli się zjeżdżać pierwsi jego mieszkańcy. Początkowo trudności były olbrzymie.

Nie mieliśmy żadnych środków transportu. Często piechotą szedłem do Krasnegostawu, a tam przeważnie przesiadało się na jakiś najczęściej wojenny samochód jadący do Lublina, gdzie załatwiało się różne sprawy, jak przydział środków żywności, opału.

Często brakowało podstawowych rzeczy. Pamiętam na przykład, kiedyś był duży mróz, a my nie mieliśmy ani węgla, ani drewna. Pojechałem do Lublina. Udało mi się zakupić cztery tony węgla i załatwić przewiezienie go do Surhowa. Węgiel wprost z samochodów sypano do pieca. Jakaż była radość wśród przemarzniętych mieszkańców zakładu.

Polski Czerwony Krzyż sprawował nad nami opiekę przez rok, potem nasz ośrodek przejęło Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej. Powołano do życia Główny Urząd Inwalidzki, którego prezesem był Tadeusz Ćwik, a jego zastępcą Ludwik Szanomański. Obydwaj starali mi się pomagać w pokonywaniu kłopotów związanych z prowadzeniem zakładu. Wreszcie otrzymaliśmy własny samochód. To był wielki sukces".

Ośrodek w Surhowie miał całkowicie wykształcony od początku program działania. Ruszczyc zetknął się z ociemniałymi żołnierzami już w Laskach w 1939 r. Było ich tam kilku, a zakład przede wszystkim przeznaczony dla niewidomych dzieci, rehabilitował ich jedynie w miarę swoich możliwości. W Surchowie stworzył Ruszczyc już ośrodek rehabilitacyjny specjalny - przeznaczony tylko dla ofiar wojny. W 1945 r. były to pionierskie poczynania, a Surchów był wówczas jedynym polskim ośrodkiem rehabilitacyjnym dla ociemniałych, obejmującym wszystkie aspekty rehabilitacji: fizyczne (lekarskie), psychologiczne, społeczne i zawodowe. W Surchowie nauczycielami byli sprowadzeni przez Ruszczyca z Lasek; nauczyciel czytania i pisania brajlem i przedmiotów ogólnokształcących - Władysław Gryglas, niewidomy; początków pracy zawodowej, a mianowicie szczotkarstwa, uczył w tych prymitywnych warsztatowych warunkach Adolf Szyszko, również niewidomy z Lasek. Byli i inni niewidomi, którzy przeszli przez szkoły w Laskach i tutaj pomagali Ruszczycowi, ucząc ociemniałych żołnierzy techniki życia codziennego, ubierania się i jedzenia, poruszania się i orientowania w przestrzeni, odczuwania piękna otoczenia i przyrody, korzystania z pozostałych zmysłów w większej mierze niż to jest udziałem ludzi widzących.

„Prowadzona rehabilitacja - jak wspomina Adolf Szyszko - choć w skromnych warunkach dawała bardzo szybkie, pozytywne rezultaty. Dobrze zrehabilitowany personel, rekrutujący się spośród niewidomych, unaoczniał nowo ociemniałym praktyczne możliwości, zarówno w orientacji przestrzennej, nauce zawodu (wyplatanie wycieraczek, szczotki i koszykarstwo), jak i nauki czytania, pisania oraz przedmiotów ogólnokształcących systemem Braille'a. Instruktorzy pracujący pod kierunkiem Pana Ruszczyca mieli prawdziwą satysfakcję, gdy ociemniały żołnierz, początkowo poruszający się na czworakach, idąc za przykładem niewidomego instruktora, po kilku tygodniach samodzielnie chodził po całym domu i parku, a następnie w promieniu 2-3 km do okolicznych wsi. Miałem osobistą przyjemność być jednym ze wspomnianych instruktorów i z prawdziwym rozrzewnieniem wspominam ten okres w mym życiu. Przekonałem się wówczas bezpośrednio, jak ogromne znaczenie mają wzorce osobowe, z którymi inwalida ma kontakt na co dzień.

Dziś posiadamy znacznie lepiej wyposażone i zorganizowane ośrodki, dysponujące liczną kadrą fachowców i odpowiednim parkiem maszynowym. Mimo to, jednak mam wątpliwości, czy uzyskiwane wyniki są lepsze od otrzymywanych wówczas w Surhowie.

Instruktorzy wspólnie z inwalidami rąbali drzewo na opał i palili w piecach. Kierownik Ośrodka Henryk Ruszczyc często bezpośrednio zajmował się aprowizacją, przywożąc z Lublina lub Krasnegostawu potrzebne artykuły. Szczególnie utkwiła mi w pamięci «gwiazdka» 1945 roku, kiedy kierownik Ośrodka pojechał do miasta po prezenty oraz niezbędne artykuły świąteczne. W powrotnej drodze - 2 czy 3 km od Ośrodka - popsuł się samochód. Wówczas pan Ruszczyc, mimo że był zmęczony, przyniósł worek prezentów na plecach. Z wyczerpania przez kilka minut nie mógł słowa przemówić, ale promieniał radością, ponieważ wieczór wigilijny nie był pozbawiony paczek gwiazdkowych.

Jego bezpośredni stosunek do inwalidów, podobnie jak do dzieci i młodzieży, trafiał do ich serc i budził wzajemne uczucia głębokiego szacunku, przyjaźni i przywiązania. Trzeba było widzieć, z jaką radością ociemniali żołnierze, często pokiereszowani odłamkami pocisków, ludzie, którzy w walkach frontowych zwędrowali setki kilometrów, witali się ze swym kierownikiem, gdy wracał z dłuższej podróży. Wszystkich ściskał, całował, pytając o samopoczucie, wyniki w nauce i wiadomości od rodzin. Mimo woli instruktorzy, jego wychowankowie, czuli się dumni, że mieli takiego wychowawcę i nauczyciela".

Z powodu oddalenia od większego ośrodka, złej komunikacji i skromności urządzeń we wrześniu 1946 r. H. Ruszczyc postanowił przenieść ośrodek w Poznańskie. Wybór jego padł na dwa pałace blisko siebie położone i w dobrym stanie: Głuchów i Jarogniewice w powiecie kościańskim, 50 km od Poznania. Dwory nie były zniszczone, położone w ładnych parkach, przy szosie. Pałac Głuchowski, jako obszerniejszy, pełnił funkcję budynku flagowego i tu znajdowała się dyrekcja zakładu. Pałac w Jarogniewicach stał początkowo pusty i został włączony do użytku dopiero po przybyciu większej fali wychowanków, co nastąpiło w pierwszych miesiącach 1947 roku. Wtedy też dokonano podziału wszystkich wychowanków i zakwaterowano ich w Głuchowie lub Jarogniewicach zależnie od zawodu, jakiego mieli się uczyć... „Kiedy pierwszego dnia pan Ruszczyc osobiście przydzielał nam miejsca, byliśmy olśnieni przestronnością i dostatkiem nowego zakładu, tak odmiennymi od skromniutkich surhowskich warunków. Już nie drewniane prycze i ogrodowe krzesła, ale prawdziwe «unrrowskie» meble, tapczany z siatką i materacami, stoły i taborety, a nawet szafy, wszystko lśniące pod palcami nowością - wspomina Kazimierz Siedlecki. Zmiany dotyczyły także personelu, gdyż spośród osób, wywodzących się z Lasek, w zakładzie nikt nie pozostał. Przyszli ludzie nowi, z wyjątkiem państwa Bielajewów, z rehabilitacją ociemniałych zupełnie nie obeznani. Nic też dziwnego, że odbiło się to w sposób zasadniczy na stosunkach panujących w zakładzie, zwłaszcza gdy po pewnym czasie wizyty Pana Ruszczyca w zakładzie stawały się coraz krótsze, a dzielące je przerwy coraz dłuższe. Tę zmianę nastroju czuło się od początku, chociaż pan Ruszczyc robił wszystko, by w narzuconych warunkach tchnąć w nowe ciało dawnego surhowskiego ducha. Bo - mimo że usiłował to przed nami ukryć, chcąc nam oszczędzić przynajmniej na razie rozgoryczenia - stawało się coraz bardziej oczywiste, że odchodzi i to nie z własnej woli, że ma coraz mniejszy wpływ na sprawy dziejące się w zakładzie".

Ruszczyc zorganizował w nowym zakładzie chór, który dawał koncerty na miejscu i w powiatowym Kościanie oraz urządzał w zakładzie wieczorki taneczne w karnawale. Spraszano na nie okoliczną ludność, która chętnie i z uznaniem brała w nich udział. Sam Ruszczyc kierował tańcami.

Jednakże, niezupełnie dobrowolnie, powoli odsuwał się od swoich zakładów. W 1947 r. znany jako działacz na polu rehabilitacji inwalidów, doświadczony praktyk, oddany z zapałem tej pracy, był coraz bardziej ceniony jako ekspert w tej dziedzinie. Gdy powstał Główny Urząd Inwalidów, Henryk Ruszczyc został powołany na stanowisko radcy w Ministerstwie Pracy i Opieki

Społecznej. Organizuje kursy przysposobienia niewidomych do pracy w przemyśle. Odbywają się dwa kursy w Poznaniu, jeden kurs w Gdańsku i jeden w Katowicach. O działalności jego w Ministerstwie opowiada szczegółowo minister Janusz Wieczorek. „Cały kraj leżał wtedy w gruzach. Codziennie ze wszystkich zakątków świata napływały transporty byłych więźniów obozów koncentracyjnych, obozów jenieckich, demobilizowanych żołnierzy, ludzi okaleczonych wojną i hitlerowskim bestialstwem. Ludzi, którym trzeba było przywrócić cel życia, znaleźć dla nich należne miejsce w społeczeństwie i w jego działaniach podejmowanych dla odbudowy zniszczonego kraju.

Henryk Ruszczyc był właśnie konsultantem Ministerstwa. Oczekiwano od niego koncepcji organizacyjnych i podjęcia pierwszych konkretnych działań... On współtworzył w tych pierwszych powojennych latach zręby całego systemu opieki nad inwalidami. On współtworzył zasady opieki lekarskiej i socjalnej, organizował akcję szkolenia psów dla ociemniałych i akcje kształcenia opiekunów dla niewidomych. Jeździł po całej Polsce i jednał dla swojej idei dyrektorów fabryk i zakładów produkcyjnych, zarażał ich koncepcją tejże właśnie produktywizacji inwalidów i ociemniałych, tworząc zasady szkolenia, inspirował inżynierów i techników, którzy z jego inicjatywy podejmowali się przystosowania maszyn i urządzeń do możliwości pracy ludzi dotkniętych nieodwracalnym kalectwem. Był w swoich działaniach nieustępliwy i konsekwentny. Okazywał przy tym niezwykłą cierpliwość i takt, które jednały mu sojuszników.

Potrafił przekonać nie tylko swoich podopiecznych o tym, że żadne kalectwo nie stoi na przeszkodzie udziałowi w życiu zawodowym i społecznym, że jest to tylko kwestia stworzenia odpowiednich programów i stosowania odpowiednich metod. Potrafił przekonać do tego również kierownictwo ówczesnego resortu i działaczy. Budził Henryk Ruszczyc ludzkie sumienia i zarażał swoją wiarą.

Byliśmy więc zaskoczeni, kiedy pewnego dnia, po dwóch latach od rozpoczęcia pracy, postanowił opuścić Ministerstwo i powrócić do Lasek. Wydawało się, że tu ma więcej do zrobienia, że jest potrzebniejszy w organizowaniu kompleksowych działań niż tam na jednym wycinku działalności".

Opuścił więc Ruszczyc biurko w Ministerstwie (10 września 1949), przy którym niewiele chyba przesiadywał, jeżdżąc przeważnie po kraju, aby z powrotem wrócić do domu im. św. Teresy w Laskach. W roku 1947 od 17 września do 2 października odbył wycieczkę szkoleniową do Wielkiej Brytanii, biorąc udział w polskiej delegacji, która pod przewodnictwem ministra Kazimierza Rusinka zwiedzała szereg szkoleniowych zakładów inwalidzkich.

Opuszczenie przez Henryka Ruszczyca wysokiego stanowiska państwowego było zaskoczeniem dla szerszego otoczenia i jego bliskich współpracowników. Musiał mieć jakieś wewnętrzne powody do skrycia się ponownie w cień szarej pracy Laskowej, kierownika internatu i dyrektora szkolenia zawodowego, do pracy wychowawczej nad młodzieżą. Tutaj jednak nie przestawał dalej działać. Dojeżdżając do Warszawy, podjął pracę nad zorganizowaniem spółdzielni inwalidów.

SPÓŁDZIELNIE PRACY NIEWIDOMYCH

Myśl o zatrudnianiu niewidomych na warunkach normalnych widzących pracowników nigdy nie opuszczała Henryka Ruszczyca. Świadczy o tym najlepiej jego rozległa korespondencja z byłymi wychowankami Zakładu w Laskach. W listach bezustannie zapytuje podopiecznych, gdzie i na jakich warunkach pracują. Gdy nie mieli pracy, starał się usilnie, cierpliwie i wytrwale, aby ich zatrudnić bądź w zwykłych zakładach, bądź w spółdzielniach.

Grunt do spółdzielczej pracy niewidomych przygotowywał już w Zakładzie w Laskach. Hasłem jego było „przez samorząd internatowy do pracy samorządowej, spółdzielczej". Tym sposobem wyrobił kadrę, która współtworzyła później spółdzielczość niewidomych.

Rozległa inicjatywa Henryka Ruszczyca przyczyniła się do utworzenia spółdzielni niewidomych w Lublinie, Poznaniu, Łodzi, na koniec w Warszawie (1958). Pierwszą spółdzielnię utworzył jeszcze będąc w Surhowie - w Lublinie. Na pomocnika i wykonawcę wybrał znakomitego swego ucznia z Lasek, ukochanego przez siebie Modesta Sękowskiego, którego przeżył.

Modest Sękowski urodził się w 1920 r. w Luberadzu, w województwie ciechanowskim z ojca Stanisława, stelmacha folwarcznego i Czesławy z Wieszczyńskich. Początkowo ojciec pracował na folwarkach, w 1928 po teściach otrzymał kawałek ziemi i na niej osiadł. Matka umarła w 1925 roku, gdy Modest miał pięć lat. Gdy dożył lat jedenastu, uległ wypadkowi i stracił wzrok. Pozostało mu tylko poczucie światła. Przywieziono go do Warszawy, do szpitala oftalmicznego, tam odnalazł go ktoś z Lasek poszukujący niewidomych dzieci i przywiózł do Lasek. Musiał tu opanować alfabet Braille'a, czego z pewną trudnością dokonał i co umożliwiło mu ukończenie trzeciej klasy. Warunki domowe miał bardzo trudne, gdyż ojciec ożenił się po raz drugi i miał również dzieci z tego małżeństwa. Sękowski rozwijał się w klasie czwartej normalnie, wyróżniając się zwłaszcza w sporcie (w biegach osiągał doskonałe wyniki).

W 1934 r. umarł ojciec Modesta, chłopiec został więc zupełnym sierotą. Macocha zabroniła mu wracać do Lasek ze względu na brak środków na opłacenie nauki. Napisał brajlem list do Ruszczyca: „Nie wrócę do Lasek, bo macocha nie ma pieniędzy, żeby płacić; co to będzie?" Ruszczyc, otrzymawszy list, nie zwlekał ani chwili, pojechał sam do Bramina, gdzie mieszkali Sękowscy, i przywiózł do Lasek swego byłego wychowanka. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi ponosiło za niego wszystkie koszty. Zawiązało to między Modestem a jego wychowawcą więź szczególnie serdeczną, która trwała nieprzerwanie przez cały ciąg jego życia. Modest ukończył w Laskach szkołę podstawową i zawodową, wyróżniał się zdolnościami, charakterem i poważnym stosunkiem do tak bardzo dla niego trudnego życia.

W Laskach myśl dalszego kształcenia niewidomych, w średnich i wyższych szkołach dla widzących, była zawsze żywa. Tuż przed drugą wojną światową wytypowano grupę dzieci niewidomych, która przeszła kurs przygotowawczy i następnie uczęszczała do Gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Wśród nich był Modest Sękowski. W czasie okupacji przerabiał kurs licealny i zdał w 1944 r. maturę w ramach tajnego nauczania.

Można sobie wyobrazić, jak te studia dla niewidomego były uciążliwe i jakich wymagały heroicznych wręcz wysiłków woli i pracowitości, hartu ducha i wytrwałości, aby sprostać zadaniom, aby zrównać się z widzącymi kolegami, tym bardziej że były to eksperymenty wychowawcze bez precedensów w Polsce. Sękowski, a nie tylko on, sprostał im. Lata wojny były próbą dla całej polskiej młodzieży przebywającej w szkołach średnich, próbą, podczas której nie tylko zwalczała trudności nauki w czasie okupacji, ale również brała czynny udział w walce zbrojnej i konspiracyjnej. Miało to miejsce także w Laskach, gdzie praca konspiracyjna w Zakładzie dla Niewidomych osiągała duży zasięg i różnorodność działań, zwłaszcza w 1944 r. podczas powstania warszawskiego. Modest Sękowski, wraz z grupą kolegów, wykazał się wtedy niezwykłą ofiarnością w pracy w piekarni, gdzie trzeba było ręcznie - z powodu unieruchomienia elektrowni - przygotowywać wypiek chleba dla setek głodnych ludzi z Lasek i okolicy oraz dla rannych w nowo zorganizowanym, ściśle zakonspirowanym szpitalu. Nosił wraz z kolegami rannych, kopał groby, pomagał spełniać wszystkie prace, w których dotąd ludzie niewidomi nigdy nie brali udziału. Tym bardziej było to godne podziwu, że Sękowski nie miał dobrego zdrowia, od dzieciństwa cierpiał na owrzodzenie kiszek, a w 1943 r. poddał się ciężkiej operacji resekcji żołądka. Tylko dzięki opiece Ruszczyca, który wierzył w siłę woli i charakter swego wychowanka, nie szczędził dla niego sił i trudnych do zdobycia w czasie okupacji środków, udało się przywrócić mu zdrowie.

W 1945 r. Ruszczyc wysłał Sękowskiego do Lublina z zadaniem zorganizowania tam spółdzielni inwalidów wzroku. Miał jednocześnie chodzić na uniwersytet i próbować ukończyć wyższe studia.

Wybór Ruszczyca był nadzwyczaj trafny, ale zadanie okazało się niepomiernie ciężkie i pionierskie. Czasy były trudne. Żadnych precedensów tego typu zakładów produkcyjnych dla niewidomych, kierowanych przez niewidomych i mających służyć niewidomym, nie było w kraju. 2 października 1945 r. Modest Sękowski przyjechał do Lublina i zapisał się na uniwersytet. Miał wtedy 25 lat, ale Ruszczyc, gdy nabrał zaufania do któregoś z wychowanków, stawiał im już w młodym wieku wysokie wymagania. Na kierownika późniejszej spółdzielni w Warszawie „Nowa Praca Niewidomych" wybrał również swego młodego wychowanka, Kazimierza Lemańczyka, który objął prezesurę spółdzielni, gdy miał 22 lata. Wiek nie był dla Ruszczyca przeszkodą.

Sękowski przyjechał do Lublina z kilkoma kolegami, także wychowankami Lasek, którzy wspólnie z nim początkowo pod kierunkiem Ruszczyca podjęli trud zorganizowania środowiska niewidomych w województwie i zapewnienia im pracy oraz warunków życia.

Modest Sękowski wysunął się od razu na przodownika tej grupy niewidomych. Ktokolwiek się z nim spotkał, nie mógł nie ulec czarowi jego dynamiczności, gorącego serca, wszechstronnej życzliwości do ludzi. Rzucił się od razu w wir pracy. Warunki były nad wyraz ciężkie, gdyż grupa niewidomych przybyła do Lublina nie miała materialnego zaplecza na tym terenie, na którym opieka nad niewidomymi była dopiero w zalążku. Henryk Ruszczyc początkowo razem z Sękowskim obchodził władze, starając się o przydział mieszkania i lokalu. „Oparcie moralne stanowiło dla nich serdeczne koleżeństwo i zaufanie wzajemne." Była to dobra szkoła Ruszczyca i miała przynieść bogate owoce.

Henryk Ruszczyc był również inicjatorem spółdzielni w Warszawie pod nazwą „Nowa Praca Niewidomych", produkującej wyroby artystyczne w zakresie dziewiarstwa i tkactwa. Spółdzielnię tę stworzyli byli wychowankowie warsztatów w Laskach.

Geneza tej spółdzielni jest ciekawa i dobrze ilustruje metody pracy Ruszczyca. Około 1952 r. niewidomi pracujący w warsztatach w Laskach przy dziewiarstwie zbuntowali się i wyrażali głośno swe niezadowolenie z powodu ogłupiającej - ich zdaniem - i nudnej pracy. Ruszczyca zawezwano, nadszedł i zapytał, o co chodzi. „Chcą ciekawszej pracy" padła odpowiedź. Ruszczyc w odpowiedzi zorganizował w Laskach spółdzielnię uczniowską z własnym samorządem, księgowością, magazynami itp., w której to pracy młodzi wychowankowie przysposabiali się do spółdzielczego samorządu. Z tej grupy wyszli później pierwsi działacze spółdzielni w Warszawie. Odwaga Ruszczyca w eksperymentowaniu, wiara w możliwości niewidomych, brak wahania przy powierzaniu nawet bardzo młodym wychowankom odpowiedzialnych zadań, w pełni znalazła tu swoją realizację.

W 1956 r. założył Ruszczyc spółdzielnię w Warszawie. Miała ona za zadanie dostarczyć niewidomym pracę ciekawą, polegającą nie na najprostszych czynnościach, ale wymagającą inwencji i myślenia. Chodziło o estetykę wyrobów wykonywanych rękami niewidomych. Ruszczyc - jak wspominał po jego śmierci na apelu szkolnym Jerzy Romazewicz - był przekonany, że „w świecie niewidomego, który nam jest zupełnie nieznany, mogą istnieć cudowne możliwości, pomysły, wzory i plany, chciał koniecznie, i to za wszelką cenę, to z niego wydobyć, a więc pokazać, co kryje wnętrze tego człowieka".

W oparciu o wiarę w możliwości pracy, inwencji i zdolności organizacyjne niewidomych zainicjował nową spółdzielnię. Należało przede wszystkim przekonać „Cepelię", Centralny Związek

Spółdzielczości Pracy, Organizacje Inwalidzkie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Ministerstwo Oświaty. „I tu rzeczywiście zaczęła się droga istnej męki dla Pana Ruszczyca. Trzeba było wszędzie jeździć osobiście; przekonywać, dyskutować. Trzeba było tych ludzi do Lasek przywozić, trzeba było organizować pokazy. Ileż to razy Pan Ruszczyc - wspominał na tymże apelu Kazimierz Lemańczyk - skrzyknął nas po południu: «Przyjeżdżajcie szybciutko, bo musicie zrobić jakieś wzory. Przyjechała komisja i musicie im pokazać, że możecie to zrobić, możecie, potraficie to wykonać!»

Wspomnę też o jednym fakcie. Otóż gdy widzieliśmy wysiłek, gdy widzieliśmy trud, gdy widzieliśmy to serce Pana Ruszczyca, tę miłość, postanowiliśmy przy pierwszym podziale dywidendy w naszej spółdzielni, a było to na wiosnę 1958 roku, i to wszyscy niewidomi zatrudnieni w spółdzielni, było nas wtedy trzydziestu paru, wszyscy jak jeden, nie było najmniejszego sprzeciwu, wszyscy z jednakowym zapałem postanowili złożyć się i kupić samochód Panu Ruszczycowi po to, żeby mógł dalej działać dla dobra niewidomych. Wiedzieliśmy jedno, że jeżeli będzie nadal jeździł autobusami, to jego i tak już nadwątlone siły, bardzo słabe zdrowie, nie pozwolą mu na dalszą dla nas niewidomych działalność.

Wielu ludzi pracuje dla niewidomych. U Pana Ruszczyca nie było widać, że pracuje dla niewidomych. Pan Ruszczyc pracował z niewidomymi, współpracował z niewidomymi. To jest o wiele trudniejsze i ma o wiele większą wartość, bo trudniej jest współpracować niż dla kogoś pracować".

Spółdzielnia niewidomych inwalidów w Lublinie rozwinęła się po śmierci swego pierwszego prezesa Modesta Sękowskiego i rozwija aż do dziś. Obie spółdzielnie niewidomych, do których powstania najwięcej się Ruszczyc przyczynił w Warszawie i Lublinie, stoją obecnie na mocnych podstawach ekonomicznych. Dzisiaj może odchodzimy już nieco od idei zakładów specjalnych dla inwalidów, nawet inwalidów wzroku. Ewolucja idei rehabilitacyjnej skierowana jest raczej na integrację inwalidów do zakładów ogólnych, w których zawsze się znajdzie część zadań, które mogą spełniać i spełniają z pożytkiem własnym i społeczeństwa. Ale trzeba uprzytomnić sobie poglądy sprzed lat trzydziestu, kiedy zatrudnienie inwalidów w pracy było nowością mało uznawaną. Zakłady specjalne pracy chronionej były wtedy jedyną drogą włączenia ludzi ciężko poszkodowanych w produkcję i pracę społeczeństwa. Dlatego Ruszczyc tak się przejmował ideą spółdzielczości i tyle trudu włożył w jej inicjowanie. Ale jednocześnie starał się o zatrudnienie niewidomych w zakładach ogólnych, przekonując dyrektorów przedsiębiorstw o takich możliwościach wszelkimi sposobami (np. przez sporządzenie odpowiedniego filmu). Tak było, gdy kierował zakładami w Głuchowie i Jarogniewicach i później w Warszawie. Dostrzegał więc dwie równoległe drogi - integrację niewidomych w zwykłym przedsiębiorstwie wśród widzących i inicjowanie specjalnych zakładów, w których niewidomi stanowili większość załogi. Obie drogi okazały się właściwe i prowadzące do celu.

WARSZTATY SZKOLENIOWE W LASKACH

Warsztaty szkoleniowe istniały od początku Zakładu w Laskach, ale rozbudowę swoją i rozkwit zawdzięczają przede wszystkim Ruszczycowi, który poświęcił im wiele pracy. Jego zasługą jest rozszerzenie branżowości warsztatów. Wcześniej ograniczano się do tradycyjnego szczotkarstwa uzupełnianego dziewiarstwem i tkactwem. Rozszerzenie warsztatów o wyroby z drewna, meblarstwo, a zwłaszcza przedmioty metalowe, powstało z inicjatywy Ruszczyca i było szczególnie ukochanym przedmiotem jego zainteresowań i przemyśleń. Ruszczyc zastał w Laskach szkoleniowe zakłady szczotkarskie. Pierwszym jego sukcesem na tym polu w latach przedwojennych było otrzymanie dużego zamówienia ze strony Wojska Polskiego na szczotki do koni. Ta tradycyjna praca niewidomych powoli zamierała na skutek konkurencji spółdzielni. Warsztaty po wojnie osiągały duże sukcesy na polu tkactwa artystycznego, wyrabiając i ucząc podopiecznych tkania pięknych materiałów, nieraz o bardzo skomplikowanych wzorach. Zasługą Ruszczyca w latach 50. było wprowadzenie amputantów ręcznych uczących się tkania z pomocą dość skomplikowanych protez pomysłu Dyrektora, co cytuje dr Aleksander Hulek w swym dziele o rehabilitacji jako twórczo-racjonalizatorskie dzieło Ruszczyca21. Na skutek braku wełny, warsztaty szukały powoli innych form nauki niewidomych i ewoluowały w kierunku wyrobów drewnianych i ostatecznie metalowych, w którym to profilu dotąd są wydajne i czynne. „Henryk Ruszczyc zna z literatury specjalnej osiągnięcia Anglii, Niemiec Zachodnich, Holandii, Norwegii, gdzie zatrudniono tysiące ociemniałych żołnierzy w przemyśle. Zwiedza kilkadziesiąt fabryk w Polsce, usiłuje wytypować przyszłe stanowiska pracy dla niewidomych. Obdarzony jest wielką intuicją w tym kierunku. Nieraz można się o tym było przekonać w Laskach, np. niespodziewanie zabraniał pracy na jakiejś obrabiarce, na której niewidomi dotąd pracowali, gdyż uważał ją za niebezpieczną. Później słuszność takiej decyzji potwierdzała się w pełni. Również odrzucał prace, które okazywały się zbyt łatwe, nudne i mało kształcące”22.

Pod koniec 1955 roku zaangażował dwóch nauczycieli do obróbki metali i drewna. „W tym okresie - jak pisze Michał Żółtowski - było w ogóle w Polsce bardzo trudno o narzędzia. Do działu stolarskiego np. kupowano przeważnie z konieczności na «Kercelaku» narzędzia używane. Celowość większych nakładów na eksperymentowanie wydawała się wówczas problematyczna, toteż H. Ruszczyc rozpoczął nowatorskie prace, dysponując bardzo skromnymi środkami materialnymi”.

Największe sukcesy osiągały warsztaty w latach sześćdziesiątych, wykonując z metalu i drewna szereg zamówień na wyposażenie wnętrz kuchni, ambasad polskich i teatru w Gorzowie.

Jednocześnie uruchomił dział zabawek z drewna, które cieszyły się dużym uznaniem. Mimo uznania i osiągnięć dział ten nie był kontynuowany.

Z ówczesnych eksperymentów największą przyszłość wykazał dział elektroniki i w ogóle praca przy obróbce metalu. Ustalone przez Ruszczyca ogólne zasady, że niewidomi muszą się zawodowo, o ile to możliwe, szkolić dość wszechstronnie, przynajmniej dwubranżowo na rozmaitych maszynach, używając rozmaitych narzędzi, przeszły próbę czasu i okazały się celowe. Przekwalifikowanie wtedy uczniów w warunkach przemysłowych nie powoduje zbytnich trudności.

Warsztaty szkoleniowe w zamierzeniu Ruszczyca miały roz# maite cele. Przede wszystkim przekonanie samych niewidomych ^ o zakresie ich możliwości. Przekonanie to wpoiły. Również i sam Ruszczyc chciał się przekonać o zakresie możliwości inwalidów wzroku. Poza tym trzeba było o tych możliwościach twórczej inwencji, inicjatywy i zaradności niewidomych przekonać przedstawicieli miarodajnych instancji w zakresie produkcji.

Głównym celem, do którego zmierzał Ruszczyc, był wszechstronny rozwój niewidomego ucznia. Chciał, aby niewidomi pracowali pospołu z widzącymi w fabrykach, do tego przyuczał ich w warsztatach.

Metody jego pracy były swoiste, zaskakiwał nimi kierowników i cały personel. „Ruszczyc zwiedzał co dzień naszą pracownię - wspomina Michał Żółtowski - interesował się wszystkim, cieszył każdym usprawnieniem i każdym nowym osiągnięciem.

Równocześnie niecierpliwie stawiał ogromne wymagania, trzeba było wciąż szukać nowych modeli i nowej produkcji i wdrażać uczniów do jak najbardziej samodzielnej pracy”.

KORESPONDENCJA Z PODOPIECZNYMI

Henryk Ruszczyc zostawił po sobie ogromny blok korespondencyjny z wychowankami zakładu lub byłymi wychowankami, których dalsze losy śledził zawsze z wielką czułością i zaciekawieniem. Zebrane listy od wychowanków i do nich zawierają 811 nazwisk korespondentów. Są to listy krótkie, prośby o odezwanie się, rady i wskazówki. Razem jest 14 322 listów podpisanych przez Ruszczyca (zawsze z kopią pisanych), w tym 11 960 do niewidomych, a 2372 listy do widzących.

Nie prowadził żadnej kartoteki, odpisywał nieraz późno na listy, a wszystkich swoich korespondentów zachowywał w pamięci. Po tygodniach nieraz wracał niespodziewanie do korespondencji i dyktował odpowiedź. Wszystkie nazwiska miał uporządkowane w głowie: „jak nie mam wiadomości, to zawsze niepokoję się o Ciebie" (14 lutego 1957 do Henryka Karolaka). Odpisywał na wszelkie pytania, załatwiał sprawy nieraz bardzo trudne, stale interesował się wszystkimi szczegółami życia codziennego, troszczył się o zdrowie niewidomych, o ich zatrudnienie, zakwaterowanie w pracy, wyżywienie, pranie, przyjęcie do szkoły, wakacje dla dzieci. Podnosił niewidomych na duchu, stawiał przed nimi dalekie cele i wysokie zadania. Toteż odbierał często odpowiedzi, które świadczą o pełnym zrozumieniu jego intencji. „Drogi Opiekunie! Podczas bytności mojej w Laskach z narzeczoną, niestety nie zastałem Pana i nie mogłem jej zaprezentować. Mam nadzieję, że Pan będzie zadowolony z mojego wyboru. Bardzo byśmy prosili Pana o przybycie na nasz ślub..." (3 grudnia 1948, Henryk Karolak do Henryka Ruszczyca). „W tych tak trudnych chwilach raptem przychodzi myśl o Panu. O człowieku, który całe życie poświęcił dla niewidomych. O człowieku po prostu dobrym. Bo cóż znaczą te setki i tysiące niedobrych, którzy krzywdzą innych, jeżeli jest ktoś naprawdę dobry. Człowiek, który dzieli ze mną moje smutki i radości. Zawsze gotów przyjść z pomocą, dopóki wystarcza mu sił. Dla nas, laskowiaków, Laski to Pan: nasz wychowawca, opiekun i po prostu dobry człowiek. Spotkałem się kiedyś z wypowiedzią, że Laski są kącikiem nieba na ziemi, ale zamkniętym w sobie. Ja natomiast uważam, że Laski promieniują. Promieniują między innymi przez wszystkich wychowanków, porozrzucanych po całej Polsce" (tenże 1 lipca 1968).

„Myślami jestem bardzo często przy Panu. Myślę wiele, ale cóż, kiedy pomóc nie mogę w niczym. Dla nas niewidomych jest rzeczą trudną do pogodzenia się z tym, że chcemy coś dobrego zrobić, przyczynić się do czegoś. Cóż kiedy możliwości wykonania są skromne. Ja również chciałbym czymś się choć w minimalnej cząstce odwdzięczyć za ten dług zaciągnięty. Dług, trud włożony w wychowanie moje, za starania wszelkie, za tyle życzliwości, wsparcia, pomoc w czasie, gdy byłem w Poznaniu w szkole. Były to lata dla mnie bardzo ciężkie, serca i pomocy, którą mi Pan okazał, nigdy nie zapomnę. Nie zapomnieć to mało, ale coś zrobić, odwdzięczyć się czynem by tu należało. Co tu jest najważniejsze, to żeby ten promień serca przyjąć i nieść dalej, dawać go innym. Dziś nie wiem, czy dałbym radę ten promień wziąć i przekazać go innym. Niewidomy, gdy pracować nie może, czy nie ma warunków ku temu, gdy kłopoty z tym ciągłe, to ciężko jest na sercu. W trudnych chwilach myślę o Panu, ile Pan musiał pokonać ludzkiej nieufności, braku zrozumienia, ludzkiej płycizny, gdy walczył Pan o nasze sprawy, o nasze spokojne dnie, lata naszego życia" (Józef Penksa do Henryka Ruszczyca 16 lutego 1972).

A teraz kilka listów Ruszczyca do niewidomych. Nie ma listów szablonowych, każdy jest indywidualny.

„Laski, 2 sierpnia 1967 r. Droga Cesiu. Ciekaw jestem, co nowego u Ciebie. Najpierw jak z Twoim zdrowiem, czy już lepiej? Czy pracujesz nadal na 1/2 etatu? Ile zarabiasz obecnie i jaką masz robotę? A w domu, czy wszyscy zdrowi? Czy większych kłopotów i zmartwień nie mają? Czy korzystasz nadal z rozrywek kulturalnych? Czy bywasz od czasu do czasu w teatrze czy kinie? Pewnie dużo czytasz i korzystasz z biblioteki brajlowskiej?

Napisz mi możliwie jak najwięcej o sobie. Pozdrów ode mnie rodzinę. Ciebie też serdecznie pozdrawiam" (do Celiny Krzysztofiak - Gdańsk).

„...Rozumiem doskonale Twoje trudności i to, że obecnie warunki, w jakich jesteś, nie mogą zaspokoić Twoich pragnień. Rozumiem, że masz inne aspiracje niż Twoja mechaniczna praca. Droga, którą przeszedłeś, zanim doszedłeś do Poznania, była tego rodzaju, że jest całkiem naturalnym, że szukasz w życiu czegoś więcej niż to, co masz" (do Bronisława Krzeska w Poznaniu - 1951).

Poleca stale niewidomym, byłym laskowiakom przebywającym w mieście, w szkołach, aby się zajęli kolegami, innymi niewidomymi. Dba niesłychanie o tę więź między niewidzącymi, o ich dobrą opinię, pomoc wzajemną: „Dziękuję ci za stałe i dokładne wiadomości o swojej nauce. Dobrze sobie wszystko obmyślasz i organizujesz. A to takie ważne, by pogodzić obowiązki stałe, związane z pracą, z obowiązkami podjętymi dodatkowo. Widzę, że to rozumiesz i odpowiednio sobie układasz zajęcie. Najwięcej się cieszę z tego, że na naukę się zdecydowałeś i rozumiesz jej znaczenie dla swojej przyszłości i dla przyszłości niewidomych. Każdy niewidomy dążący do zdobycia coraz to dalszych możliwości życiowych, pracuje nie tylko dla siebie, ale pracuje dla sprawy niewidomych. Wierzę, że dopniesz celu i dojdziesz do osiągnięć, które pozwolą Ci potem twórczo pracować dla dobra niewidomych" (1 października 1970 do Włodzimierza Leśniaka).

Każdego podopiecznego traktował Henryk Ruszczyc indywidualnie. Podziw bierze, jak mógł się orientować w tych setkach osób o innych właściwościach charakteru, zdolnościach, potrzebach i zamiłowaniach.

W myśl wskazówek Matki Czackiej, że trzeba przede wszystkim wychować elitę niewidomych - wybierać najbardziej wyróżniające się jednostki, aby oni mogli w późniejszym życiu wpływać na życie innych niewidomych, pomagać im i kierować ich losami, Ruszczyc od początku swej działalności wyróżniał przede wszystkim wybrane przez siebie jednostki. Nic tak nie obrazuje jego pracy, jak korespondencja trwająca długie lata z wychowankiem, późniejszym mgr. inż. Józefem Penksą. Poznał go w Laskach w młodszej grupie w 1951 r.

W roku 1956 zgłosił się Penksa do Ruszczyca i zaproponował posłanie go do szkoły radiotechnicznej. Było to w wykształceniu niewidomych zupełne novum, ale Henryk Ruszczyc załatwił mu szkołę radiotechniczną w Poznaniu. Mimo oporu kierownictwa szkoły, wielu trudności i konieczności bezpośrednich interwencji Ruszczyca w zorganizowaniu pomocy, wyszukaniu instruktora itp. Penksa szkołę ukończył dzięki wyjątkowej swej wytrwałości i hartowi ducha. Korespondencja Ruszczyca z tym uczniem jest dowodem niecofającej się przed żadnymi trudnościami działalności Ruszczyca w stosunku do indywidualnego podopiecznego.

„Gdy przyjechałem na ferie zimowe do Lasek, pytał mnie: «Czy masz zamiar uczyć się dalej i czy wytrzymasz dłużej w tak niesprzyjających warunkach?» Moja odpowiedź na oba pytania brzmiała: «Tak». Słowa tego użyłem z całą świadomością, mimo że było trudno i ciężko. Po prostu tylko mnie tolerowano, byłem tam niepotrzebny. Henryk Ruszczyc, gdy usłyszał moją odpowiedź, powiedział «wiedziałem, że tak powiesz, ty twardy góralu»”. Ukończywszy szkołę w 1958 r. Penksa przeniósł się do Warszawy, gdzie mu Ruszczyc znalazł pracę. Wyrobił się nie tylko na fachowca, ale na racjonalizatora i wynalazcę.

Rozległa korespondencja z wychowankami, krótkie kartki i listy zwięzłe podawane w formie jasnej i treściwej są dowodem, jak Ruszczyc przejmował się wytycznymi Matki Czackiej: „Tak np. wykształcenie dziecka niewidomego bez zapewnienia mu w następstwie możliwości i warunków pracy oraz wprowadzenia w życie umiejętności nabytych może je wykoleić, zdeklasować i uczynić bardziej nieszczęśliwym, niż gdyby było pozostawione w warunkach domowych. Dlatego efektywna i odpowiedzialna opieka nad niewidomymi powinna im towarzyszyć przez całe życie”23. Stworzenie takiej instytucji, która by interesowała się dalszym życiem niewidomych było celem Dzieła Matki Czackiej w Laskach. Nikt tak nie przejął się tym zadaniem i nikt tak umiejętnie go nie realizował jak właśnie Henryk Ruszczyc.

ŻYCIE DLA NIEWIDOMYCH

Ruszczyc nie był naturą kontemplacyjną. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów w Laskach, współpracowników Matki Czackiej w dziele laskowym, nie był intelektualistą. Był człowiekiem czynu, aktywnym i stale dążącym do konkretnych rozwiązań nasuwających się możliwości działania w raz obranym kierunku. Natomiast był człowiekiem intensywnie myślącym i stały wysiłek myśli nie był mu obcy. Na zewnątrz robił wrażenie wytrwale myślącego, przetrawiającego wewnętrznie wszystkie problemy dnia i dalsze perspektywy na przyszłość. Tak jak listę nazwisk swoich wychowanków byłych i obecnych miał stale w pamięci, ciągle o nich myślał, tak też stale zastanawiał się nad problemami, jakich nastręczała mu praca dnia codziennego. Stąd wypływała jego niezwykła pomysłowość, ciągle nowe projekty i rozwiązania.

Przez ostatnich trzynaście lat Ruszczyc był ciężko chory. Już w 1920 roku, po wojnie, w której brał udział, zachorował na gruźlicę, co spowodowało chęć przeniesienia się na wieś. Z choroby tej podleczył się i przez następnych dwadzieścia lat wyglądał i czuł się raczej dobrze. Nawrót gruźlicy nastąpił na przełomie 1949/50 r. i w lutym 1950 r. stwierdzono w szpitalu na Płockiej gruźlicę gardła i jamę w płucach. Od tego czasu Ruszczyc, chociaż zaleczony, nigdy już do zdrowia nie powrócił. Z trudnościami, z godnym podziwu wysiłkiem ciężko i wytrwale pracował nadal z wielką ofiarnością i samozaparciem, ale przerywając ciągle pracę na okresy pobytu w szpitalu i w sanatoriach. Pod koniec 1950 r. założono mu odmę. Choroba otwartej gruźlicy była tym tragiczniejsza dla Henryka Ruszczyca, że izolowała go od podopiecznych i kontaktu z dziećmi. W 1951 r. przebywał czasowo w Państwowym Szpitalu Klinicznym w Warszawie przy ulicy Oczki i w Instytucie Reumatologicznym. W 1953 był w sanatorium w Szklarskiej Porębie. Po stwierdzeniu nieszkodliwości dla otoczenia mógł wrócić do swej pracy w Laskach, ale już w 1958 r. w lipcu i sierpniu przebywał w sanatorium w Nałęczowie. Od 1963 r. - do swej śmierci w 1973 roku - osiem razy przebywał zwykle przez miesiąc w sanatoriach w Nałęczowie i Świnoujściu; prócz gruźlicy chorował na serce i reumatyzmy. Przez ostatnich dziesięć lat był ruiną człowieka, ulegając atakom astmy, ciężko dysząc, wydawało się, że końca dnia nie dożyje. Mimo to przez wszystkie te lata był ofiarnie czynny, udzielający się i zawsze pełen inicjatywy.

W ostatnich latach, gdy zdrowie mu nie dopisywało, gdy duszność (astma) i niedomogi serca utrudniały mu ruchy i samodzielność, Ruszczyc nadal pracował, niezmordowanie zabiegał w sprawach niewidomych, jeździł po biurach, interweniował, sam potrzebując pomocy. Przemożne wrażenie wywoływane przez ciężko chorego Ruszczyca, gdy dusząc się i ledwo mówiąc wysiadywał po poczekalniach Ministerstwa czy biur opieki społecznej Warszawy, widok umierającego interwenienta opromienionego chwałą dotychczasowych osiągnięć, a mimo słabości zawsze czynnego, pomysłowego i przejętego gorąco sprawą, miało swą wagę i było... skuteczne.

Ostatnie lata życia spędził w szpitaliku, drewnianym baraczku w Laskach, gdzie mu dobudowano pokój i gdzie miał stałą opiekę. Obok w pokoju mieszkał jego najbliższy przyjaciel Zygmunt Serafinowicz.

Wesoły, mimo fatalnego samopoczucia i zastraszającego wprost wyglądu, takim pozostał do końca. Do końca też nie wystygło jego dobre serce. Ruszczyc nie tylko był miłosierny. Serdeczność, współczucie wobec swych wychowanków, było jego zasadniczą cechą, wielokrotnie podkreślaną przez piszących o nim wspomnienia. Ta uczuciowość jednała mu serca wszystkich podopiecznych. Staje się wzorem dla wychowanków. Gdy spiker radiowy wziął na kolana małego chłopca niewidomego i zapytał: „Kim chciałbyś być?", padła natychmiastowa odpowiedź: „Panem Ruszczycem”. Było to w 1936 r., zdarzenie relacjonował w swoich wspomnieniach Gerwazy Temeriusz. Ta czułość dyrektora dużego zakładu potęgowała się jeszcze, gdy miał do czynienia z niewidomymi amputantami lub umysłowo upośledzonymi. Dobrze opisuje jego osobisty wpływ Wincenty Mierzejewski, niewidomy od 11 roku życia z amputowanymi rękami. „W roku 1954 [miał wtedy 20 lat] otrzymałem wezwanie do Lasek na próbę tkacką. Wzywał mnie pan Ruszczyc. Kiedy przyjechałem do Lasek ze swoim wujkiem i zamieszkałem w hoteliku, przyszedł do mnie pan Ruszczyc. Pierwsze jego słowa były: «dzień dobry, moje dziecko». Uściskał mnie i pocałował. Wówczas uwierzyłem mocno, że już z tego uścisku się nie wydostanę, że jego ręce do czegoś mnie doprowadzą. Następnego dnia pan Ruszczyc wziął mnie pod rękę i zaprowadził do warsztatu tkackiego, który był specjalnie przygotowany. Zacząłem próbować robić. Kiedy utkałem 6 cm płótna, pan Ruszczyc klepnął mnie w ramię, pocałował w czoło i powiedział: «Będziesz dziecko pracował!...»"

Obok dobroci serca niewątpliwie drugim charakterystycznym rysem Ruszczyca była koncentracja swego działania i myśli. „Niewidomi - charakteryzuje Ludwik Stawski - to żywioł Dyrektora, w ich otoczeniu czuł się najlepiej. Jego stosunek do spotykanych niewidomych cechowała zawsze bezpośredniość, wielka wrażliwość, serdeczność i wyjątkowa życzliwość w załatwianiu najrozmaitszych spraw. A tych było mnóstwo i różnego rodzaju. Wszystkie były dla Dyrektora jednakowo ważne, ponieważ były to sprawy niewidomych lub niewidomego, były równocześnie jego kłopotami”.

Wszedł jako tak charakterystyczna postać również do literatury pięknej. W 1976 r. niewidomy pisarz Jerzy Szczygieł wydał powieść autobiograficzną, gdzie opisał szkołę w Laskach i postać Ruszczyca z pełnym nazwiskiem w otoczeniu niewidomych wychowanków. W tej ciekawej powieści Ruszczyc występuje jako rozumiejący psychologię niewidomych. Myślą jego jest integracja niewidomych w świat widzących, ułatwienie i postulat awansu społecznego niewidomych. „Dziwny wydał mu się ten człowiek mówiący łagodnym, schrypniętym głosem. Różnił się swoim zachowaniem od innych ludzi poznanych w Zakładzie, instynktownie budził zaufanie. Nawet uwagi o drodze, o krzakach i drzewach, wypowiadał w ten sposób, jakby uznawał Tadka (niewidomego bohatera powieści) za równego sobie, za kogoś, kto tak samo czuje, przeżywa i myśli"24.

Henryk Ruszczyc przejdzie do historii opieki nad niewidomymi w Polsce jako śmiały, całkowicie bez reszty oddany celowi, który przed sobą postawił, nowator w kierunku pełnej rehabilitacji niewidomego i włączenia go w świat widzących. Realizował skutecznie postulaty niewidomej Matki Czackiej. Wiara w człowieka, jego możliwości twórcze i możliwości odnowy i stałego poprawiania się, przyświecała mu przez całe życie. Wyniósł ją ze swego światopoglądu religijnego, z własnych doświadczeń życiowych. Aż do ostatnich chwil życia myślał o swoich podopiecznych, im bardziej byli przez los upośledzeni, tym bardziej stanowili jego stałą troskę.

Pani Ewa Bendych tak opowiada ostatnie widzenie z Ruszczycem, kilkanaście dni przed jego śmiercią: „Otóż kiedy 21 grudnia poszłam z kwiatami do Pana Dyrektora już bardzo ciężko chorego i składałam mu życzenia świąteczne w imieniu naszych dzieci, nauczycieli i wychowawców, życząc mu wszystkiego dobrego na święta, w momencie kiedy odchodziłam, Pan Ruszczyc zawołał: «Proszę Pani!», więc się wróciłam i wtedy powiedział: «Co się dzieje z Matysiakami?», a Matysiakowie to dwaj niewidomi, nie chodzący (amputanci), którzy w Rabce zostali zrehabilitowani. Ja mówię: «Wszystko dobrze». Wtedy Pan Ruszczyc powiedział: «Proszę Pani, tam trzeba pojechać, tam trzeba zobaczyć!» I nad tymi słowami będę długo myśleć, bo to były ostatnie słowa Pana Ruszczyca do mnie zwrócone i wyrażały właśnie to, co było takie ważne w jego życiu, a więc miłość i troskę o tych, którzy tej miłości specjalnie potrzebują”.

18 Por. Józef Szczurek, To jest moja droga, „Pochodnia" 1971 nr 9.Powrót do treści

19 Maurice de la Sizeranne, Les Aveugles, Paris 1912.Powrót do treści

20 Por. „Pochodnia" 1971 nr 9.Powrót do treści

21 Aleksander Hulek, Teoria i praktyka rehabilitacji inwalidów, Warszawa 1969.Powrót do treści

22 Michał Żółtowski, Materiały do historii warsztatów szkolnych w Laskach 1955-1974, maszynopis w Archiwum Zakładu dla Niewidomych w LaskachPowrót do treści

23 Matka Elżbieta Róża Czacka, Historia Triuno, w: Chrześcijanie, red. bp B. Bejze, Wydawnictwo ATK, Warszawa 1976, t. II.Powrót do treści

24 Jerzy Szczygieł, Po kocich łbach, Warszawa 1976.Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Jezus, przychodząc na świat, nie znalazł godniejszej szaty dla swego majestatu nad ubóstwo. Jeśli Jezus żąda od ciebie jakiegoś wyrzeczenia, nie odmawiaj Mu. W ubóstwie, razem z Nim, będziesz przeżywał wielką radość; w bogactwie, bez Niego, przeżywał będziesz wielki smutek (por. Mt 19,22).

* * *

Zrozum braki twego brata przez rozważanie swoich grzechów. Pokora jest nauczycielką miłości. Na tej drodze dojdziesz do wielkiej cnoty, jaką jest uznawanie innych za lepszych od siebie, a siebie za najgorszego ze wszystkich. Jeśli nawet od długiego czasu pełnisz obowiązki przełożonego, nie trać pokory i ducha służby.

Godność zajmowanego miejsca niech cię czyni większym i lepszym niż jesteś.

 

W ZACISZU IZDEBKI

Ludwika Amber
Tęsknimy do Wigilii

Drugi rok pandemii w Australii i na całym świecie - jesteśmy znużeni: tygodnie miesiące długie zamknięte i choć to jeszcze daleko czekamy już na Boże Narodzenie - jak dzieci wypatrujemy zabawek i zielonej choinki gwiazdy jasnej w oddali na niebie zmęczone serce szuka radości:

Bożego Dzieciątka w stajence na sianie obok sennego osiołka i owiec nieśmiałych.

Tak pragniemy odpocząć od siebie: z maską na twarzy niewidzialni dla bliskich - tęsknimy do Wigilii do rodzinnego stołu gdzie leżą kruche opłatki do blasku w szopce gdzie Maluśki wymachuje rączkami i próbuje uśmiechu do ludzi - albo śpi snem dziecinnym ukołysany cichą kolędą w ramionach Matki

>Sydney, wrzesień 2021

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

NA TRUDNY CZAS

Ludwika Amber
Sierpniowa Róża

poecie Wojtkowi Menelowi i sanitariuszce Jance

Róża w porannym sierpniowym słońcu ostatnia róża tej australijskiej zimy zaniosłabym ją wam młodzi z Warszawy chłopcy i dziewczyny podała tam -

przez wszystkie dalekie lata i morza 0 położyła na cichej ulicy warszawskiej Sadyby.

Ech! Te róże pamięci w nas kwitnące pokoleniami nadziei poezją z tamtych lat idące z nami idące w przyszłość za mgłą w rozbite dni tego roku w cieniu wojny.

I tylko róże - zapach róży sierpniowej tamten sen nieprześniony - Wasze imiona: w blasku słońca Mazowsza jak szklane róże Krzysztofa nierozbite - bliskie niezapomniane i żywe w tych dniach

Sydney, Sierpień 2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Józef Baran
Rozmowy o niczym

jak fajnie rozmawia się o niczym siedząc przy kawiarnianych stolikach i popykując z nic nie znaczących słów gdy nikt z przyjaciół jeszcze nie gada o wykrytym za późno raku omikronie lub innych gadach i o tym że Putin ukamienował kilka miast bo mu się sprzeciwiły zaś babuszka Ukrainka podała ośmiu dzielnym sołdacikom paszteciki na wieczerzę po zjedzeniu których ostał się jeden lecz i on po chwili wyzionął ducha za rodinu za putinu i że mamy siedem lat chudych a może dziesięć plag egipskich a świat wisi na jednym włosku dopiero teraz widać jak komfortowo nam się rozmawiało gdy nic „bombowego” się nie działo zdarzenia planowo truchtały przez losowe wertepy dzień za dniem miesiąc za miesiącem nudziliśmy się jak mopsy i narzekaliśmy na starą biedę

a kiedy wracaliśmy alejami do przystanku tramwajowego nie rzucała się w oczy czarnobrewa „diewuszka” której Ukraina cała z chłopcem na barykadzie w okamgnieniu wyparowała a ją trąba powietrzna wojny odrzuciła tysiąc kilometrów od domu przycupnęła z z plecaczkiem samotnie na ławce plantowej przytula się twarzą do słońca jedynego kochanka który jej się ostał

Kraków, 25 marca 2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Twoja mowa niech zawsze będzie zaprawiona łagodnością.

Mów z serca, a nawet głusi cię zrozumieją. W twych rozmowach dobieraj raczej słów pełnych miłości i łagodnych niż ostrych. Nie mów, gdy w sercu czujesz niepokój.

Niespokojne serce traci panowanie nad sobą.

* * *

Milczenie jest najpiękniejszym uwielbieniem, gdyż jest takim, jakie wyśpiewuje się w łonie Trójcy Świętej, Milczenie jest przedpokojem modlitwy, jest nieodzowne dla słuchania słowa Bożego i dla adoracji.

 

ZNAKI (NIE)POROZUMIEŃ

ks. Zygmunt Podlejski
Wstęp

Język jest instrumentem niedoskonałym. Nie każdą melodię można na nim perfekcyjnie wygrać. Pojęcia takie jak wolność, miłość, prawda, wieczność, człowiek, kultura czy sprawiedliwość, są workami straszliwie pojemnymi. Przeciętny Kowalski pakuje do tych worków najrozmaitsze treści, często bardzo dalekie od sygnalizowanej etykiety, stąd nagminne trudności w sensownym dialogu w jako takim porozumieniu. Pojęcia ogólne są z reguły faszerowane kondycją intelektualną rozmówcy, jego światopoglądem, wyznawaną ideologią, stopniem wiedzy, świadomości lub głupoty. Głupiec powtarza jak papuga zasłyszane wyroki i oceny dziennikarzy telewizyjnych, fragmenty reklam, wypowiedzi nieodpowiedzialnych polityków czy mądrości przemycanych w dennych serialach, typu „Moda na sukces”. Ludzie szastają słowami - pewni, że wiedzą, co mówią. Przeważnie nie wiedzą, co im nie psuje dobrego samopoczucia i przekonania, że mają rację

Georges Clemenceau, znany twardy premier Francji, wyraził kiedyś opinię o dwóch swoich ministrach. Powiedział: „Poincare wie wszystko, ale niczego nie rozumie. Briand nie wie nic, ale wszystko rozumie”. Dopiero wiedza i jej rozumienie są trampoliną do mądrości. Człowiek naprawdę mądry wie, że wie niewiele i rozumie jeszcze mniej Człowiek mądry odnosi się z szacunkiem, odpowiedzialnością i pokorą do słów. Człowiek mądry jest ostrożny i oszczędny w słowach. Wie, jak bardzo mogą zbliżyć do prawdy i od niej oddalić

Hrabia Sydney Sonnino, premier rządu włoskiego w latach pierwszej wojny światowej, był uznanym autorytetem, choć mało mówił. Jego milczenie było ważniejsze od słów. Gdy pewnego razu pogrążył się w myślach, zapytał go jeden z przyjaciół: „Założę się, że myślisz o tym, co jutro powiesz w parlamencie”. Sonnino odpowiedział: „Ależ nie, zastanawiam się nad tym, czego jutro nie powiedzieć”.

Słowa są ważne, ale nie przylegają często do rzeczywistości. Język jest instrumentem mało precyzyjnym, stąd tyle konfliktów, nieporozumień i niedomówień we wzajemnych ludzkich kontaktach. W ramach jednego języka funkcjonuje w każdej dziedzinie własny, odrębny język. Medyk nie rozumie informatyka, górnik nie rozumie piekarza, a ornitolog hydraulika. Na terenie neutralnym niewiele mają sobie do powiedzenia Słowami można w dodatku żonglować, manipulować, zamazywać, fałszować i okłamywać Stąd pilna potrzeba ciągłego zastanawiania się nad znaczeniem poszczególnych słów i pojęć, żeby w miarę możności jak najbardziej przylegały do rzeczywistości, do prawdy; żeby rozmówcy wiedzieli, o czym rozmawiają i jakie treści podkładają pod konkretne słowa . Inaczej można się w rozmowie mijać jak tramwaje, rozmawiać jak swego czasu dziad z obrazem lub z dialogu zrobić dwa równoległe monologi. Ustalenie pojęć jest istotnym warunkiem sensownego dialogu.

Przypomina się anegdota z czasów PRL-u, jak to agitator partyjny pojechał nawracać na marksizm Górali. Gadał godzinę o naukowym światopoglądzie, cytując z teki referenta wypowiedzi Marksa, po czym zamilkł i zachęcał obecnych do dyskusji. Cisza zaległa gęsta. Po dłuższej chwili odezwał się gazda z Poronina: „Jo sie chcioł dowiedzieć, cy na tym Marksie ludziska żyjom!”

Z głębokiego respektu dla prawdy trzeba koniecznie kontrolować emitowane przez siebie słowa i bardzo uważnie, z pewną zdrową dozą nieufności, przyjmować treści emitowane przez innych, zwłaszcza zawodowców od montowania opinii publicznej: dziennikarzy, publicystów i polityków, którzy prawie zawsze są przedstawicielami określonej ideologii, czyli sklepikarzami zachwalają cymi wybrany, wyselekcjonowany towar. Gdy się przy pomocy środków społecznego przekazu uparcie i nagminnie pierze mózgi odbiorców, wtedy można poważnie okaleczyć psychikę całego pokolenia . A nawet pokoleń. Klasycznym przykładem takiego prania mózgów jest obecnie Korea Północna, gdzie prywatne, alternatywne myślenie jest bezwzględnie tępione, co ostatecznie ludzi (Człowiek, to brzmi dumnie) zamienia w krzyczące i grożące imperialistom zaciśniętymi pięściami marionetki. Oglądając reportaże z masówek północno-koreańskich, ogarnia człowieka myślącego obrzydzenie, połączone z żalem, litością tudzież najczarniejszy humor

Na spotkaniu z grupą zaangażowanych katolickich młodych rodziców, referent obrabiał pojęcie wolności, tolerancji i demokracji . Po wykładzie rozpętała się dyskusja. Okazało się wnet, że prawie każdy z dyskutantów co innego rozumiał pod pojęciami wolności, tolerancji i demokracji. Temperatura dyskusji zbliżała się do punktu wrzenia i spowodowała zamęt, który dowodził, że przed tego typu imprezami należy ustalić, jaka poszczególna, konkretna treść kryje się pod takim czy innym pojęciem. Wszyscy przytaknęli . Aliści podczas następnego spotkania zamęt pojawił się zaraz na początku, gdy próbowano sprecyzować, co przez co się rozumie Zgromadzeni doszli ostatecznie do wniosku, że jednomyślności nigdy się nie osiągnie, co znaczy, że wiele pojęć, którymi na co dzień operujemy i uważamy, że same przez się są zrozumiałe, są wieloznaczne, elastyczne i znaczą przeważnie tyle, co w nie konkretny człowiek wpakuje Ktoś przypomniał historię budowy biblijnej wieży Babel i co z tego wynikło. Ktoś inny uściślił, że pycha jest główną przyczyną niemożności dogadania się ludzi. Jeszcze ktoś inny dodał, że dzięki internetowi ludzie się rozgadali na maksa i produkują przerażającą sieczkę słów, żeby zaistnieć. Młoda kobieta z włosami koloru sadzy zakomunikowała, że Internet stał się gigantyczną hałdą śmieci Zrobiło się nagle cicho Cisza sprzyja prawdzie

Najbardziej znanym filozofem, który zajmował się problemami języka, był Austriak Ludwig Wittgenstein, z wykształcenia inżynier budowy samolotów. Denerwował go brak precyzji mowy ludzkiej. Wiele lat spędził na próbie oczyszczenia i sprecyzowania pojęć mowy, ale w końcu skapitulował. Wittgenstein zainspirował grupę przyjaciół i uczniów do kontynuowania swych przemyśleń. W ten sposób powstał projekt Kręgu Wiedeńskiego (Wiener Kreis), który powziął karkołomne zadanie oczyszczania i precyzowania pojęć, żeby wszyscy filozofowie mogli się ostatecznie dogadać. Wiedeńczykom przyświecał cel wyłącznie naukowy. Doszli jednak ostatecznie do wniosku, że problem jest nierozwiązywalny. Szef koła wiedeńskiego - Moritz Schlick - został w 1936 roku zamordowany przez jednego ze swoich studentów, koło się rozsypało. Mowę ludzie nadal zaśmiecają i szalenie zaokrąglają. I nie ma na to rady.

Słowa są więc znakami porozumienia i nieporozumienia. Warto jednak i trzeba, gwoli pewnej przejrzystości, ciągle od nowa próbować zrozumieć, o czym nas chcą poinformować, żebyśmy mniej więcej wiedzieli, o czym dyskutujemy i po co Dyskusje mają wtedy sens, gdy ludzie uczciwie poszukują prawdy. Bez prawdy wszystkie inne ogólne pojęcia tracą wyraźne znaczenie i stają się osobistą rupieciarnią pomysłów, które z prawdą niewiele lub nic nie mają wspólnego. Max Thurkauf powiedział, że prawda jest powolna, bo nie musi uciekać przed czasem Kłamstwo natomiast jest szybkie, bo nie chce się dać złapać. Prawda jest zapisana w substancji wieczności i będzie trwać wiecznie, kłamstwo natomiast zawsze znika, nawet wtedy, gdy się je wykuwa w granicie.

Jezus powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. (J. 14.6). Jeśli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J. 8. 32)”. W Modlitwie Arcykapłańskiej, Jezus wołał do Ojca: „Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą (J. 17. 17)”. Tomas Halik podkreślił, że Jezus do deklaracji, że jest prawdą, dodał od razu, że jest drogą i życiem, co ma znaczyć, że prawda jest człowiekowi potrzebna jak powietrze, żeby mógł się rozwijać, udoskonalać i żyć - nie tylko tu i teraz. Dążenie do prawdy jest dążeniem do Boga.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Agnostycyzm

Stary Sokrates twierdził kiedyś, że nic nie wie, czym zademonstrował swój totalny agnostycyzm, nie wiedząc wtedy także, że stwierdzenie niemożności poznania słynny angielski biolog Thomas Henry Huxley nazwie kiedyś agnostycyzmem. Stwierdzenie Sokratesa nie wygląda na zabieg kokieteryjny ani pijackie bredzenie. Był, poza skłonnością do wzmożonej konsumpcji wina, człowiekiem zbyt myślącym, uczciwym i prostolinijnym, żeby się zgrywać.

Agnostycyzm poznawczy, czyli filozoficzny, reprezentuje pogląd, że poznanie rzeczywistości jest niemożliwe, dlatego człowiek o niej tak naprawdę nic nie wie, ani wiedzieć nie może. Sokrates był filozofem, który doszedł do takiego właśnie wniosku. Thurkauf twierdzi, że nauka może najwyżej objaśnić, jak to czy owo w świecie materialnym funkcjonuje, ale na pytanie, po co, jaki jest sens kosmicznego teatru, tego żaden naukowiec się nigdy nie dowie. Powstała specjalna dyscyplina filozoficzna zwana teorią poznania lub epistemologią, która zajmuje się kwestią poznania; jego możliwościami i granicami. Filozofowie wysnuwają różne hipotezy, ale po dziś dzień krążą w obrębie mniej lub bardziej prawdopodobnych domysłów. Sokrates załatwił to wszystko jednym zdaniem, w którym pobrzmiewa podziw dla rzeczywistości i pokora.

Agnostycyzm poznawczy nie koliduje z wiarą religijną. Jeden z najbardziej znaczących filozofów naszych czasów, osiemdziesięciotrzyletni filozof Robert Spamann zapytany, czy rzeczywiście wierzy w to, że Jezus urodził się z Maryi Dziewicy, działał cuda, zmartwychwstał i dzięki Niemu można zdobyć życie wieczne, odpowiedział: „Wierzę mniej więcej w to samo, w co wierzyłem jako dziecko - tylko że tymczasem więcej nad tym myślałem. Myślenie zawsze mnie umacniało w wierze”.

Gdy się dzisiaj używa pojęcia agnostycyzm, ma się na myśli przede wszystkim jego odmianę religijną, która słusznie twierdzi, że nie można poznać ani udowodnić istnienia Boga. Nie można udowodnić naukowo istnienia i nieistnienia Boga. Pan Bóg jest z innej parafii. Dlatego dyskusja teisty z ateistą na temat Pana Boga będzie zawsze przypominać kłótnię dwóch łysych o grzebień. Niewiara jest odwrotną wiarą. Tak zwany światopogląd naukowy, na jaki powoływali się komuniści, okazał się kolejną ideologiczną blagą. Nie ma bowiem żadnego naukowego światopoglądu. Jest tylko wiara lub niewiara. Wiedzy w znaczeniu nauk ścisłych, przyrodniczych na temat istnienia Pana Boga nie ma. Cytowany już profesor chemii fizycznej Max Thukauf, kwitował rzecz następująco: „Ponieważ ludzie nie mogą żyć bez wiary, wierzą, że nie wierzą; wierzą w naukę”.

Agnostycyzm jest w miarę uczciwą odmianą ateizmu. Ateista twierdzi, że Boga nie ma i często występuje w charakterze misjonarza swojej wiary, bo empirycznie nie jest w stanie udowodnić nieistnienia Boga. On wierzy, że Bóg nie istnieje, ale wmawia sobie i innym, że wie. Ateista nie wierzy i zaprzecza, agnostyk nie wierzy, ale dyplomatycznie milczy.

Kluczem do zaakceptowania istnienia Boga jest wiara, choć chrześcijańscy teologowie i filozofowie zebrali trochę poszlakowych argumentów za istnieniem Boga, które mylnie i niepotrzebnie nazywali dowodami. Gdyby istniał jeden empiryczny dowód za lub przeciw istnieniu Boga, odwieczna dyskusja na Jego temat upadłaby raz na zawsze.

Agnostyk wykazuje mało inicjatywy w kierunku poznania problemu istnienia czy nieistnienia Boga. Jest raczej obojętny na tego typu inicjatywy. Po co sobie zawracać głowę problemami, do których brak klucza. Skoro poznanie istnienia Boga jest niemożliwe, warto się zająć sportem lub zbieraniem znaczków pocztowych, tym bardziej, że wiara w istnienie Boga pociąga za sobą praktyczne konsekwencje w życiu.

Tomas Halik napisał, że oprócz tych, którzy wierzą w Boga i którzy Boga negują, istnieje niemało takich, których On w ogóle nie obchodzi. Niezależnie od tego, czy uważają się za ateistów, czy za „chrześcijan” (zostali przecież ochrzczeni i mocą rodzinnej tradycji „należą do klubu”), na pytanie, jakie jest ich wyobrażenie o Bogu, odpowiedzą, że na tego typu wyobrażenia nie mają czasu; kiedy rozmowa schodzi na tematy religijne, wolą raczej sięgnąć po piwo i włączyć telewizję, albo mówić o czymkolwiek - a to, co powiedzą, zawierać będzie bezsporne ślady tego, że nigdy się nad tymi sprawami nie zastanawiali

Francuski filozof, matematyk, fizyk i pisarz Blaise Pascal radzi wszystkim agnostykom, żeby w stosunku do Pana Boga zachowali się jak przewidujący kupcy. Skoro nie sposób dowiedzieć się, czy Bóg istnieje, warto pomyśleć, co się traci, a co ^ zyskuje, wylewając dziecko razem z kąpielą. Gdy człowiek próbuje żyć tak, jakby Bóg istniał, wtedy zyskuje to, co Bóg obiecał tym, którzy Go akceptują. Gdy odrzuca taką możliwość, wtedy ryzyko jest potężne, bo istnienie Boga oznacza życie wieczne.

Warto więc tu i teraz trochę się wysilić, żeby nie stracić wiecznej szansy. Gdy się okaże, że Boga nie ma, wtedy myśl o Jego ewentualnym istnieniu pomogła człowiekowi być człowiekiem porządnym, co na pewno nie jest żadną stratą. Akceptacja Boga przynosi same zyski.

Problem istnienia lub nieistnienia Boga jest dla człowieka problemem życia po życiu. Będzie zawsze budził wątpliwości.

Trudno przypuszczać, żeby ateiści i agnostycy byli od nich wolni.

Każdy, kto korzysta z możliwości samodzielnego myślenia, prędzej czy później zrozumie, że rzeczywistość razem z nim stanowi nieprzeniknioną tajemnicę, wobec której należy co najmniej zdjąć kapelusz, ewentualnie runąć na kolana.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Ateizm

Ateizm jest doktryną, która zdecydowanie neguje istnienie czegokolwiek, poza światem materialnym. Jest to brak wiary w istnienie jakichkolwiek sił nadnaturalnych, bo wszystko, co zdaniem ateistów nie jest materialne, wymierne, jest sprzeczne z rozumem, z naukowym doświadczeniem. Religia jest więc w oczach ateistów sprawą, którą trzeba między bajki włożyć. Karl Marks, który stał się najbardziej znanym guru ateistów, określił religię jako opium dla ludu. Tak zwani wolnomyśliciele towarzyszyli filozofii od jej zarania. Ktoś powiedział, że wolnomyślicielem jest ktoś, kto wolno myśli.

Pionierami ateizmu byli sceptycy, którzy zrazu nieśmiało, a z biegiem czasu coraz odważniej, krytykowali wierzenia religijne. W XVIII wieku cała ta lewica światopoglądowa przyjęła wspólną nazwę ateistów. Ateizm wypracował kilka koncepcji ideologicznych na użytek praktyczny, takich jak humanizm, naturalizm czy racjonalizm. Są to pojęcia nad wyraz elastyczne, do których można upchać wszystko, poza wiarą w Boga, duszą nieśmiertelną i życiem pozagrobowym.

Wiara i niewiara czyli ateizm, to dwa odrębne spojrzenia na tę samą rzeczywistość; to dwie interpretacje tej samej rzeczywistości. Wiara jest dla zdecydowanej większości ludzi (zdecydowanych, świadomych ateistów jest w skali świata około 2,3%) próbą znalezienia sensu własnej egzystencji, niewiara natomiast startuje z przeciwnego doświadczenia: jest nim brak sensu, milczenie świata materialnego i poczucie absurdu. Klasycznymi przedstawicielami takiego myślenia był Jean-Paul Satre i jego życiowa towarzyszka Simone de Beauvoir. Był to duet nad wyraz egzotyczny. Nieograniczona wolność czyli samowola (Drogi wolności) była ich życiowym mottem. Nie byli ludźmi szczęśliwymi. Byli przekonani, że życie, miłość, kultura ostatecznie sensu nie mają, skoro prędzej czy później trzeba wskoczyć w nicość. Pozostaje używać póki czas, ale takie używanie nie jest zażywaniem szczęścia, lecz rodzajem narkotyku. Po takim używaniu nie lubi się własnej gęby odbitej w lustrze. Można powiedzieć, że ateizm jest dzisiaj modnym, hałaśliwym opium dla ludu.

Tomas Halik powiada, że zarówno ateizm, jak i religijny fundamentalizm tudzież entuzjazm zbyt łatwej wiary, są w jakiś sposób do siebie podobne w tym, że potrafią się szybko uporać z tajemnicą, jaką jest Bóg. Prawdziwa wiara nie jest niecierpliwa. Wręcz przeciwnie. Z tajemnicą nie można się w ogóle uporać. Trzeba cierpliwie w niej trwać i czekać. Przechowywać ją w najgłębszych pokładach swego jestestwa i pozwolić jej tam dojrzewać.

Rozmowa z ateistą o Bogu jest nader trudna, nie wspominając już o próbie ukazania mu drogi do Tajemnicy. Rzecz w tym, że ateista już swego boga ma, w którego nie wierzy; którego odrzuca. Ateista neguje zazwyczaj wyobrażenie boga, jakiego sobie stworzył na własny użytek lub przejął w spadku po babci, rodzicach lub katechecie, którzy tak mówili o Panu Bogu, że trudno Go było zaakceptować. Ateista odrzuca najczęściej boga, który budzi trwogę, jest mściwy i przypomina bezdusznego ojca, pedantycznego kontrolera czy sadystycznego wychowawcę; boga, który zniewala i zaciera ręce, gdy człowiek przekracza jego nakazy, bo może się na nim wyżywać. Taki bóg nie jest Bogiem Jezusa Chrystusa. Takiego wyobrażenia o Bogu trzeba się koniecznie pozbywać. Ateista słusznie odrzuca takiego boga, ale niesłusznie na tym poprzestaje. Wybiera drogę na skróty i być może, nigdy nie dotrze do Tajemnicy Miłości.

Ateista kieruje się podwójną wiarą: wierzy, że nauka załatwi wszystkie jego egzystencjalne problemy, i wierzy, że nie wierzy w Boga. Niewiara jest wiarą. Wiary i niewiary nie można empirycznie udowodnić.

Ateizm od pewnego czasu w Europie i Stanach Zjednoczonych nadaje ton. Przesyca atmosferę duchową, w której ludzie wierzący czują się jak ryby pozbawione wody. Ateiści opanowali prawie wszystkie środki masowego przekazu. Telewizja, radio i prasa stanowią potężne ambony współczesnego ateizmu, z których nie dyskutuje się ze społeczeństwem w sposób merytoryczny na tematy światopoglądowe, ale atakuje wierzącego odbiorcę na zasadzie reklamy, przesyconej drwiną, kpiną i złośliwymi epitetami. Człowiek wierzący czuje się obywatelem drugiej kategorii, choć z ambon masowego przekazu trąbi się fortissimo na temat wolności, tolerancji i demokracji.

Biskup Egon Kapellari (Graz -Seckau) zastanawiał się nad zjawiskiem współczesnego ateizmu i doszedł do wniosku, że ateizm ateizmowi nierówny. Można jego zdaniem wyodrębnić co najmniej trzy rodzaje dzisiejszego ateizmu.

Ateizm zatroskany, smutny, beznadziejny. Tego typu ateistom usunął się fundament wiary spod nóg i nie są w stanie go odbudować. Brak im odczucia sensu i nadziei; brak im stabilnego punktu odniesienia, jasnego spojrzenia na prawdę i fałsz, dobro i zło. Płyną z porywającym nurtem aktualnej ideologii, która Boga wyeliminowała z repertuaru intelektualnego, nie dając im w zamian żadnego koła ratunkowego. Ateizm zmierza ku nihilizmowi, co nie napawa optymizmem.

Ateizm butny, krnąbrny, przekorny, hardy, uparty i agresywny. Przybiera formy ideologii. Grzeszy fundamentalizmem oświeceniowym, choć odżegnuje się od wszelkiego fundamentalizmu jak diabeł od święconej wody. Skłania się ostatnio do dyktatury tak zwanych wartości europejskich, wymyślanych na bieżąco, zakorzenionych z grubsza w hasłach rewolucji francuskiej. Rewolucja francuska już przed przeszło dwustu laty próbowała Europę uszczęśliwić przeważnie przy pomocy gilotyny. Ateiści fundamentalni uważają ludzi wierzących w Boga za ludzi wczorajszych, żyjących iluzją, którzy tracą energię i czas na najrozmaitsze daremne praktyki i marzenia. Wiara w Boga jest ucieczką od rzeczywistości, oznaką średniowiecznego ciemnogrodu. Ateiści fundamentalni też są zmartwieni. Nie z powodu braku przekonania o nieistnieniu Boga, ale z powodu religii, która dawno powinna ich zdaniem zniknąć, a nie znika. Walczą więc przede wszystkim z chrześcijaństwem. Przezornie nie atakują Islamu, bo Islam z ateistami się nie certoli. Do judaizmu podchodzą w zamszowych rękawiczkach, żeby się nie narazić na miano antysemitów. Chłopcem do bicia stał się więc przede wszystkim Kościół katolicki, który jest bezbronny, bo jego siłą nośną jest miłość Boga i bliźnich. Nastawia więc zgodnie z zaleceniem Jezusa drugi policzek, gdy obrywa w pierwszy. Fundamentalni ateiści żądają paradoksalnie od chrześcijan świętości. Biada, gdy na Kościele pojawi się plama. Wtedy uruchamiają wszystkie możliwe publiczne środki, żeby bić w Kościół jak w bęben. Wszyscy inni mogą grzeszyć, co należy zdaniem ateistów do dobrego tonu, bo wolność jest ich naczelnym hasłem, Katolicy jednak muszą grzecznie dążyć do świętości, inaczej zostaną wystawieni na pogardę i śmiech. „Dziwny jest ten świat” - zaśpiewałby Czesław Niemen.

Czekają więc walczący ateiści na definitywną śmierć chrześcijaństwa, żeby uroczyście móc obchodzić narodziny nowego społeczeństwa pozbawionego złudzeń; społeczeństwa nareszcie wolnego, równego, braterskiego. Tam zaś, gdzie fundamentalni ateiści zdobywają polityczną przewagę, pokazują, na co ich stać. Z całą przebiegłością, sprytem, a także siłą eliminują ludzi wierzących. Warto przypomnieć sprawę włoskiego wiceprezydenta Komisji Europejskiej do spraw porządku, wolności i bezpieczeństwa Rocco Butiglione, który nie robił ze swoich religijnych przekonań tajemnicy. Został przez specjalną komisję EU, powołaną do rozpatrzenia jego postawy, zmuszony do rezygnacji z funkcji wiceprezydenta. Ortodoksja fundamentalizmu ateistycznego nie jest tolerancyjna, choć trąbi, że jest wręcz przeciwnie.

Tomas Halik zwraca uwagę na pewien mechanizm kryjący się za hasłami tolerancji, wielokulturowości, obrony przed fundamentalizmem i barbarzyństwem, na pewne ukryte założenie, że ktoś, kto głosi „relatywizm wszystkich partykularnych prawd”, jest już przez to samo wolny od obowiązku zrelatywizowania także swojej prawdy. Zapytajmy, czy przypadkiem relatywista ów dla swojego relatywizmu i partykularyzmu nie domaga się wyjątku od reguły, którą głosi, czy swojemu partykularyzmowi i walce z uniwersalizmem nie przypisuje uniwersalnego charakteru. Ateizm fundamentalny w garniturze ideologii zmierza, jak każda ideologia, do dyktatury. Historia uczy, że tego typu zniewolenia ducha kończą się fatalnie.

Wreszcie ateizm zobojętniały, mający w Europie najwięcej wyznawców. Do jego klubu należą miliony ludzi zaprzęgniętych do szybko zmieniających się procesów produkcji i konsumpcji; ludzi bez określonego światopoglądu, bez Boga i bez modlitwy. Ludzie tego pokroju unikają myśli o śmierci. Przeraża ich fakt przemijania, starzenia się. Ich jedynym źródłem informacji jest dziennik telewizyjny, a styk z kulturą ogranicza się do seriali i filmów traktowanych wyłącznie jako rozrywka; coś do śmiechu lub krwawy kryminał. Ludzie ci są manipulowani przez ateistów fundamentalnych i wszędobylską reklamę pigułek, środków odchudzających, samochodów i ciągle nowych przedmiotów, bez których - zdaniem reklamowych zachwalaczy - życie jest niepełne i niegodne. Pochłania ich duch czasu, który jest raczej upiorem. Trudno ocenić, na ile ta masa ateistów jest świadoma swojej sytuacji. Pan Bóg jest cierpliwy i ingeruje w historię ludzi dopiero wtedy, gdy trzeba ich ratować przed zatraceniem. Czyni to w sposób dyskretny, nieprzewidywalny, zaskakujący.

Masowy ateizm ma swoje rozliczne przyczyny i owocuje rozlicznymi skutkami społecznymi, obyczajowymi, kulturalnymi i oczywiście moralnymi. Przyczyną ateizmu są między innymi błędy i grzechy chrześcijan popełnione na przestrzeni wieków. Pojęcie Boga zużyło się, zostało obciążone wieloma tragicznymi wydarzeniami, które ludzie dokonywali w imię Boga. Martin Buber napisał książkę pt. „Zaćmienie Boga”, w której stwierdza, że słowo Bóg jest najbardziej obciążonym, nadużywanym, splamionym i zniesławionym słowem na świecie. A jednak nie wolno ludziom z tego pojęcia zrezygnować. Trzeba je podnieść z błota, starannie oczyścić i ukazać w całym jego wspaniałym blasku.

Szklanka wody podana choremu jest ciągle znakiem Bożej dobroci. Gdziekolwiek na świecie ludzie cierpliwie zabiegają o miłość i prawdę, tam Bóg wkracza w ich życie i świat. Stara żydowska legenda opowiada o uczniu, który swego starego rabbiego zapytał: „Dlaczego dawniej ludzie widzieli Boga, a dzisiaj Go nie widzą?” Rabbi odpowiedział: „Ponieważ dzisiaj nikt nie chce się głęboko pochylić!”

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Braterstwo

Słowo „braterstwo” zrobiło karierę w czasie rewolucji francuskiej i zostało prawdopodobnie zainspirowane „Odą do radości” niemieckiego romantyka Friedricha Schillera. Oda ukazała się drukiem w 1786 roku, rewolucja rozgorzała na dobre dwa lata później. Utwór spodobał się między innymi Beethovenowi, który już w roku wybuchu rewolucji w Paryżu, utrwalił w nutach frazę partii chóru: „Złączcie ręce, miliony! Pokochajcie cały świat! Bracia - nad sklepieniem gwiazd mieszka Ojciec upragniony”. Beethoven myślał początkowo o uwerturze na chór i orkiestrę, ostatecznie włączył tekst Schillera do finałowej części swojej słynnej IX Symfonii. Piękne słowa o braterstwie milionów, o miłości całego świata i o Ojcu upragnionym w niebie zrobiły karierę, choć były i pozostały jak na razie pobożnym życzeniem.

Znana jest tragiczna historia biblijnych braci Kaina i Abla, która brzmi jak uwertura do ponurej, makabrycznej historii gatunku homo sapiens, którego mądrość polega między innymi na coraz sprawniejszym, szybszym i masowym, wzajemnym zabija niu się. Nawet wtedy, gdy Schiller pięknie pisał o braterstwie, a rewolucja wcieliła pojęcie braterstwa do swego rewolucyjnego szyldu, autorzy rewolucji masowo zabijali swoich rodaków, a potem siebie nawzajem. Hasła typu braterstwo ładnie brzmi, ale, jak dotąd, pozostaje marzeniem nielicznych idealistów. Narody zbroją się po zęby, prześcigają się w produkcji broni nuklearnej i obmyślają coraz bardziej skomplikowane i drogie parasole antyrakietowe, gdy jedna trzecia braci umiera z głodu, w szpitalach brakuje miejsc i lekarstw, a świat pogrąża się w ekologicznej zapaści. Jakiekolwiek zdrowe, trzeźwe, rozsądne propozycje wyjścia ze ślepej ulicy, jak choćby słowa encykliki dobrego papieża Jana XXIII „Pacem in terris”, trafiają na drewniane uszy polityków, generałów i ludzi, dla których wzajemna rzeź jest lukratywnym geszeftem.

Człowiek potrzebuje wzniosłych słów ubranych w przenikającą do szpiku kości muzykę, żeby na chwilę pomarzyć, ale potem wraca do domu i ogląda na telewizyjnym ekranie, jak kolejny hitlerek postanawia zniszczyć kawał świata. Z jego zacietrzewienia wynika, że jest to jedyne jego pragnienie, marzenie jego życia. Jest to nasz brat - człowiek - homo sapiens.

Wszyscy potencjalni agresorzy zapewniają, że zbroją się, żeby obronić swój kraj i naród. W języku polskim wszelkiego autoramentu środki zabijania noszą nazwę broni . Słowami często mydli się ludziom oczy. Gdyby wszystkie pieniądze, jakie świat wydaje na zbrojenia, przeznaczyć na naukę, służbę zdrowia i socjalną infrastrukturę, świat byłby prawie rajem. Świat zapewnia, że dąży do realizacji takiego programu, ale bez rakiet dalekiego zasięgu z głowicami nuklearnymi osiągnąć się tego nie da. I tu niestety ma rację. Braterstwa, jakie sobie wymarzył Schiller i jakie rewolucja francuska próbowała przy pomocy gilotyny uskutecznić, nie da się uzyskać przy pomocy dyktatury, nakazów administracyjnych, poezji i muzyki. Można sobie pośpiewać, wzruszyć się, ale na tym przeważnie braterstwo się kończy.

Czasem mowa była o bratnich narodach, czego doświadczyliśmy w czasach realnego komunizmu, co było bezczelnym picem i fotomontażem. Bratnie narody tamtego okresu łączyła wzajemna niechęć i nienawiść. Razem z komunizmem rozsypała się jak domek z kart. Niechęć lub nienawiść pozostały.

Młodzi ludzie bawią się czasem w braterstwo krwi. Wystarczy się lekko zaciąć, wymieszać trochę krwi z przyjacielem i już braterstwo krwi jest zawarte. Pomijając niebezpieczeństwo zarażenia się wirusem HIV lub inną dokuczliwą przypadłością, braterstwo krwi żadnego braterstwa nie gwarantuje. Przyjaźń, która jest piękną formą miłości, leży w sferze uczucia i woli. Gwarancji, że będzie trwać dzięki krwawemu zabiegowi, jest pobożną fikcją. Okazuje się, że żadne zewnętrzne formy i demonstracje wiecznej przyjaźni ani miłości nie gwarantują.

Pozostaje jeszcze braterstwo broni, które jest często zabiegiem propagandowym na użytek doraźny, jak to było 22 września 1939 roku, gdy w Brześciu wspólnie defilowali żołnierze Armii Czerwonej i Wehrmachtu z okazji wspólnego, zbrojnego rozbioru Polski. Braterstwo broni przyjmuje czasem ironiczne rysy, o czym Polacy wiedzą, bo w tym samym czasie służyli w trzech różnych armiach i w czasie I wojny światowej walczyli przeciwko sobie. Na podobnej kanwie powstał w 2004 roku południowo-koreański film „Brotherhood”, który pokazuje bezsensowną walkę dwóch braci stojących przeciwko sobie, bo znaleźli się przypadkowo w różnych miejscach podzielonej przez polityków ojczyzny. Walczą ze sobą wręcz, poznają się i w ogólnym bojowym zamieszaniu próbują sobie pomóc. Film jest dobrze zrobiony. Pokazuje cały bezsens wzajemnego zabijania się braci, bo przecież Koreańczycy z południa i północy są braćmi tego samego narodu.

Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, bo synami i córkami jednego Ojca. Schiller powiada: „nad sklepieniem gwiazd, mieszka Ojciec upragniony”. Święty Paweł napisał w liście do Rzymian, że „wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi” (Rz 8.14), z czego po głębszym zastanowieniu wynika, że synami i córkami Bożymi jesteśmy przez wiarę w jednego Ojca i przez ciągłą próbę kierowania się w życiu zasadą miłości, której On jest jedynym, prawdziwym źródłem, sensem i celem. Problemem człowieka jest jego względna wolność. Człowiek musi chcieć odpowiedzieć na Bożą miłość swoją synowską miłością. Anzelm Grun powiada, że „kto się udaje na drogę miłości, musi wiedzieć, że jest to droga prawdy; droga, na której odkryję moją prawdę i prawdę innych ludzi”. Bez akceptacji tej prawdy, droga do braterstwa jest drogą donikąd.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Cywilizacja

Pojęcie cywilizacji jest pojęciem ogromnie pojemnym. Jego granice są nietrwałe, rozciągłe, płynne, dość dowolne. Słowo pochodzi od łacińskiego słowa civilis. Stwierdza, że człowiek jest członkiem jakiegoś społeczeństwa czy państwa. Definicji cywilizacji jest wiele, co świadczy właśnie o bogactwie treści, jakie się temu pojęciu przypisuje. Na ogół przyjmuje się, że cywilizacja oznacza poziom rozwoju społeczeństwa w jakimś okresie historycznym. Chodzi o poziom materialny, stopień opanowania środowiska naturalnego i rozwój instytucji społecznych.

Przejawami cywilizacji są: zorganizowane życie miejskie, monumentalne obiekty budowlane - przeważnie sakralne, pismo, rozwinięty handel i struktury organizacyjne. Cywilizacja jest ciągłym, niedającym się zatrzymać procesem, nazywanym postępem. Pojęcie postęp jest także skomplikowane, budzi kontrowersje, wątpliwości i coraz częściej trwogę. Za proces cywilizacyjny, czyli tak zwany postęp, ludzkość twardo płaci. Wygodne i przyjemne życie kosztuje wiele ofiar. Wystarczy przytoczyć statystyki ofiar wypadków samochodowych, żeby sobie uświadomić, o jaką cenę chodzi. A wypadki samochodowe są tylko jednym z kawałków tego cywilizacyjnego tortu. Cywilizacja pociąga za sobą zanieczyszczenie ziemi, powietrza i wody. W dużych aglomeracjach nie ma czym oddychać. Ludzie zabrali się do poprawiania natury przy pomocy ingerencji w kody genetyczne roślin, zwierząt i siebie samych. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co z tego naprawdę wyniknie. Głowice nuklearne są hołubionym i upragnionym owocem postępu cywilizacyjnego. Plaga bezrobocia jest także dzieckiem, choć niechcianym, cywilizacji.

Pojęcie cywilizacji zazębia się z takimi pojęciami jak kultura, globalizacja, powstające ciągle i zamierające ideologie, moda, edukacja czy polityka. Określić wyraźne granice pojęcia cywilizacja wydaje się zajęciem mało skutecznym. Dlatego się go po prostu używa, zakładając, że wiemy o czym mówimy i wiemy, o czym mówią inni, gdy go używają. Jest to kolejne pojęcie - wytrych. Milcząca zgoda na skróty.

Najbardziej znaczącymi elementami współczesnej cywilizacji zachodniej czyli euro-atlantyckiej są: handy (telefon komórkowy), samochód, disco, prezerwatywa, narkotyki, galerie handlowe i zanik potomstwa. Zwłaszcza handy. Można rzec: Pokaż mi swój telefon, a ci powiem kim jesteś. Ryszard Kapuściński napisał swego czasu: „Telefon komórkowy zaspokaja nasze egocentryczne instynkty. Obserwuję to na lotniskach. Ledwie zaczynamy wysiadać z samolotu, już ludzie wyjmują z kieszeni telefony. Słyszę, jak kogoś zawiadamiają - już przylecieliśmy. Lot był bardzo dobry - teraz właśnie czekam na bagaż. Za chwilę - już jestem w hallu. Po co to wszystko mówią? Po co zawracają komuś głowę?

Trzy dziewczyny idą razem. Ale nie rozmawiają ze sobą. Każda przez komórkę rozmawia z kimś dalekim, nieobecnym”.

Cywilizacja zachodnia powstała na kanwie starożytnej kultury grecko - rzymskiej i chrześcijańskiej, choć dzisiaj próbuje się Europejczykom wmawiać, że cywilizacja zachodnia wystartowała razem z hasłami rewolucji francuskiej. Prawda dla ideologa jest nieważna. Ważna jest zmontowana na doraźne potrzeby polityczne, ideologiczne i propagandowe wizja ziemskiego raju, jaki jest celem domorosłych ideologów. Pojęcie cywilizacji zachodniej nie pokrywa się z pojęciem tak zwanego Pierwszego Świata. Pojęcie Pierwszego Świata jest także workiem, do którego wrzuca się dość dowolnie różne poziomy rozwoju ekonomicznego, kulturowego, społecznego i politycznego. Unia Europejska próbuje w tym tyglu ugotować strawne danie, przyprawiając je sowicie ideologicznymi przyprawami.

Wracając do sprzętu, jakim jest telefon komórkowy dla współczesnego człowieka: Człowiek albo dotyka pieszczotliwie swoje handy i specyficznie ściągając usta przesyła urbi et orbi SMS-y, albo przykłada je do ucha, żeby zapytać kogoś w Londynie lub Atenach, jaka jest u was pogoda? Pytam o pogodę, więc jestem!

Medioznawcy uknuli termin cywilizacja medialna, określający współczesną cywilizację, w której informacje i wszechobecność mediów są dominujące. Cywilizacja medialna, określana też jako eksplozja medialna, zmienia zasadniczo pojmowanie przestrzeni i czasu. Stwarza świat wirtualny, dla wielu ciekawszy i bardziej atrakcyjny od świata realnego. Człowiek epoki cywilizacji medialnej jest producentem i produktem mediów. Cała ta rewolucja medialna ma niewątpliwie swoje pozytywne strony, przynosi jednak z sobą zagrożenia, których moc i zasięg trudno przewidzieć. Trzeba ciągle bardzo uważać, żeby „tabakiera była dla nosa, a nie nos dla tabakiery” .

W 1975 roku zrodziło się określenie Cywilizacja miłości. Jej autorem był papież Paweł VI, a podjął je entuzjastycznie jego następca Jan Paweł II. Pojęcie cywilizacja miłości zakorzeniło się w teologii, filozofii i publicystyce. Oznacza tyle co ład moralno-społeczny, zakotwiczony w ewangelicznej hierarchii wartości, głoszący prymat etyki nad techniką. Program cywilizacji miłości jest propozycją dla wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcą swoje życie i życie społeczne budować na miłości, prawdzie, sprawiedliwości, wolności i solidarności. Tak pojęta cywilizacja miłości ma wymiar humanistyczny. Nie jest programem, który koniecznie potrzebuje wsparcia polityki, ale takie wsparcie może cywilizacji miłości być pomocne.

Program cywilizacji miłości jest sprowokowany tendencjami współczesnej cywilizacji, którą papież Wojtyła z bólem określił jako cywilizację śmierci. Jan Paweł II potępił aborcję, eutanazję, ludobójstwo, seks pozbawiony miłości i odpowiedzialności, tudzież produkcję ludzi w probówkach. Max Thurkauf powiedział, że współcześni naukowcy wiedzą coraz lepiej, jak się coś robi, ale często nie wiedzą, co robią. Nie wszystko trzeba robić, tylko dlatego, że coś jest możliwe do zrobienia.

Przyczyną tak zwanej nauki niezależnej od etyki jest odejście od Boga, co w praktyce oznacza odejście od norm Dekalogu i owocuje często czczym konsumizmem, moralnym nihilizmem i zagubieniem człowieka. Bez respektowania prawa Bożego następuje rozkład klasycznych struktur rodzinnych, hedonizm staje się naczelnym motorem myślenia i działania, spada reprodukcja gatunku, co prowadzi do poważnych komplikacji życia społecznego we wszystkich jego wymiarach, czyli do katastrofy.

Jan Paweł II był prorokiem. Prorok głosi prawdę, za co przeważnie obrywa. Papież z Polski podkreślał nieustannie, że niezbędnym nośnikiem cywilizacji miłości jest rodzina. Bez rodziny, czyli mężczyzny i kobiety zjednoczonych odpowiedzialną miłością i ich potomstwem, nie ma gwarancji przetrwania jakiegokolwiek społeczeństwa. Jan Paweł II doceniał zdobycze współczesnej nauki i techniki, ostrzegał jednak, że bez akceptacji ewangelicznej hierarchii wartości, mogą się one obrócić przeciwko człowiekowi. Należy pamiętać o tym, że „być jest ważniejsze od mieć”; miłość jest ważniejsza od sprawiedliwości, etyka jest ważniejsza od techniki, godność osoby ludzkiej bezcenna i nie wolno jej traktować instrumentalnie.

Szkoda, że oficjalne środki masowego przekazu stają zdecydowanie po stronie cywilizacji śmierci, bo taka jest dzisiaj poprawność polityczna, której służą. Są pełne hipokryzji, bo biado lą tygodniami nad matką, która zabiła swoje dziecko.

Równocześnie popierają i reklamują masowe zabijanie dzieci nienarodzonych, prawo do reprodukcji człowieka, co sprowadza człowieka do roli towaru, który można modyfikować, kupować, sprzedawać lub niszczyć, gdy jest uszkodzony lub niechciany.

Prawda przestała się liczyć. Liczy się ideologia.

Jan Paweł II napisał w encyklice Evangelium Vitae: „Bronić życia i umacniać je, czcić je i kochać - oto zadanie, które Bóg powierza każdemu człowiekowi, powołując go - jako swój obraz - do udziału panowania nad światem”.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Duch czasu

W językach starożytnych znane jest pojęcie ducha. W hebrajskim, arabskim, greckim czy łacińskim pojęcie to wiąże się z tajemniczą energią; z powiewem powietrza i gwałtownością wichru, z tchnieniem oddechu, z wyobrażeniem pierwotnego źródła życiowej energii i jej ekspansji. Pojęcie ducha ma i dzisiaj bardzo różne znaczenia. Oznacza ducha człowieczego, ducha narodu, ducha sportu, ducha sprzeciwu, ducha średniowiecza, baroku i tak można wyliczać do utraty tchu czyli ducha. Mówi się o złym duchu, o duchach zmarłych, o duchach nawiedzających stare zamki i ruiny; mówi się o napojach duchowych, u nas czysty alkohol etylowy nazywany jest spirytusem czyli duchem. Łaciński spiritus oznacza bowiem, jako żywo, ducha. Jest to czysta drwina i kpina z ducha ludzkiego, jako że spirytus potrafi go skutecznie obezwładnić, zawiesić a nawet przyprawić o tak zwane wyzionięcie. Gdy człowiek jest w sytuacji godnej pożałowania, mówi się, że jest opuszczony przez dobre duchy. Czasem mówi się o kimś, że razem z nim powiał nowy duch w szkole, teatrze, polityce a nawet w Kościele, gdzie Duch Święty jest na stałe zameldowany.

Jednym z najczęściej używanych dzisiaj pojęć związanym z duchem, jest pojęcie duch czasu. Jest to rzec można charakterystyczna atmosfera umysłowa, która zabarwia silnie dany okres historyczny i oczywiście okres, w którym właśnie tkwimy tu i teraz po uszy. Duch czasu daje o sobie znać przy pomocy znaków, które zwiemy znakami czasu. Jest ich wiele, są często nieuświadomione, czasem optymistyczne, częściej napawają lękiem przed przyszłością. Niektórzy mówią dzisiaj o upiorach czasu. Upiory przerażają i nie wróżą niczego dobrego.

Znakiem czasu jest dzisiaj wiara i kult bożków, jakim stały się mamona, materialny zysk i sukces. Zastąpiły prawie zupełnie Pana Boga. Powstała nowa kasta kapłanów, którzy oszołomieni złotym cielcem tańczą wokół swoich bożków, pogrążeni w transie, jak niegdyś wykołowani Żydzi na pustyni pod Synajem. Gdy ludzie zapamiętale, z zadyszką tańczą wokół złotego cielca, wtedy prawdę zastępuje fałsz, dobro zamienia się w egoizm, piękno w pośpiech, hałas, tandetę i brzydotę.

Kapłani od złotego cielca głoszą, że prawdy nie ma. Są tylko fakty. O prawdzie decyduje człowiek. Prawdą jest to, co człowiek za prawdę w danym momencie uznaje. Prawdą jest to, co człowiek w demokratyczny sposób uchwali i zatwierdzi, co prowadzi do absurdu. Jedna z zasad Talmudu powiada: „Jeśli wszyscy są zgodni, aby skazać oskarżonego, uwolnijcie go, musi być niewinny”.

Jednomyślność wśród ludzi prawie nigdy nie jest nośnikiem prawdy. Najczęściej jest wynikiem manipulacji. Tak było w jednogłośnych wyborach w krajach totalitarnych. Jezus powiedział, że prawda człowieka wyzwala, czyni go wolnym. Pośrednio dał do zrozumienia, że wszelki fałsz czy zakłamanie człowieka zniewalają. Kapłani od złotego cielca wmawiają współczesnemu człowiekowi, że jest wręcz przeciwnie.

Znać pojęcie wolności jest kolejną kością niezgody. Mówi się dzisiaj o dyktaturze relatywizmu, co w praktyce znaczy: dajmy sobie spokój z prawdą. Zajmijmy się konsumpcją, gromadzeniem rzeczy niepotrzebnych i używaniem życia, póki czas. Liczy się zysk, stan konta. Masz coś, jesteś kimś. Posiadanie jest ważniejsze od bycia. Człowiek zamienia czas na pieniądz. Nie można równocześnie mieć jedno i drugie. Bywa, że zdobywa mamonę, idąc, przenośnie i dosłownie, po trupach. Bywa, że z braku innych możliwości kradnie przewody trakcji elektrycznej, narażając pasażerów pociągu na tragiczną śmierć. Za odejście od prawdy człowiek płaci niewyobrażalną cenę.

Kult złotego cielca rodzi chciwość. Człowiek chciwy staje się zbieraczem. Zbiera pieniądze lub rzeczy, żeby je posiadać. Człowiek chciwy nie potrafi oderwać się od posiadanych zasobów. Staje się ofiarą swojej chciwości. Poświęci dla niej rodzinę i przyjaciół. Jedyną jego pasją jest nabywanie i posiadanie. Nawet inni ludzie mogą stać się przedmiotem jego chorobliwej manii kupowania. Człowiek chciwy jest człowiekiem chorym, ograniczonym i biednym, choć jest przekonany, że jest wręcz odwrotnie.

Człowiek współczesny zamienia wszelkie parametry na gotówkę. W telewizji podkreśla się przede wszystkim ile EURO lub dolarów jest wart taki czy inny piłkarz. Sport stał się gigantycznym geszeftem. Jedna sekunda Formuły Jeden kosztuje dla przykładu 150 milionów dolarów. Taka jest cena przyśpieszenia w tej dziedzinie sportu. O modelce nie mówi się, że jest ładna. Podkreśla się, ile zarobi w ciągu godziny. Gdy mowa o Gorbaczowie, który wygłosił wykład na temat polityki XX wieku w Paryżu, dziennikarz nie kwapi się przedstawić w skrócie wygłoszonych przez referenta tez, ale podaje sumę, jaką znany polityk zakasował.

Znakiem czasu jest redukcja człowieka do fizjologii, z hałaśliwą reklamą seksu. Szymon Hołownia („Tabletki z krzyżykiem”) napisał, że człowiek współczesny, na każdą wzmiankę o seksie reaguje dziwnym podnieceniem. Domaga się, by wszyscy dopieszczali, dowartościowywali tę sferę życia, tak jakby była ona skrzywdzonym dzieckiem. Newsem dnia nie jest to, że papież napisał stustronicową encyklikę o miłości Bożej i ludzkiej, ale to, że jedną stronę poświęcił właśnie cielesnej stronie miłości. „Kościół uznaje seks!” - ryknęły jak jeden mąż telewizje. Cóż, Kościół nie jest głupi i wie, że bez seksu nie byłoby chrześcijan. To bardzo ważna sfera życia człowieka, ale jednak nie powietrze. Przekonywał o tym już Pitagoras, którego współczesna szkoła lansuje dziś wyłącznie jako specjalistę od trójkątów prostokątnych, dyskretnie pomijając fakt, iż jest on także autorem innego doniosłego twierdzenia; zamiast uprawiać seks, lepiej jeść fasolę.

Znakiem czasu jest sukces. Człowiek współczesny jest przekonany, że sensem życia jest właśnie sukces. Sukces i sens to jednak dwie bardzo różne sprawy. Gros młodych ludzi marzy o karierze estradowej, sportowej; dziewczyny chcą być modelkami - bo sukces w tych dziedzinach jest widoczny, zauważalny przez masy, powielany przez telewizję, no i przynosi niewyobrażalną kasę. Sukces nie kojarzy się z sensem, ale z mamoną. Jest jej upragnionym owocem. Jest jedną z dróg do zdobycia wielkich pieniędzy. Czy tego typu sukcesy mają sens, trudno powiedzieć. Jeden z niemieckich socjologów, powiedział: „Bezsensowny sukces jest gorszy od pozbawionego sukcesu sensu”. I dodał: „Sens bez sukcesu ujawnia charakter człowieka - bezsensowny sukces niszczy jego charakter”.

Kult złotego cielca uśmierca kulturę i sztukę o czym już w latach siedemdziesiątych pisał Walter Nigg. Muzyka staje się hałasem, malarstwo i rzeźba są po to, żeby niepokoiły, literatura tak zwana piękna przestała nią być, bo używa języka, który z pięknem niewiele ma wspólnego. Film pławi się w okrucieństwach, morderstwach lub eksponuje wesołość, która zasmuca, współczesne sztuki teatralne prześcigają się w wulgaryzmach i eksploatowaniu ludzkiej fizjologii.

Gustaw Holoubek brzydził się współczesnymi tekstami. Napisał tuż przed swoją śmiercią: „Jestem aktorem akademickim, gdyż pewne wartości, w tym także klasyczną harmonię, piękno i rozum, uważam za nienaruszalne. Sztuka zajmuje się duchowym bytem człowieka, jego marzeniami, tragediami, lękami, trwogą, ale także śmiechem i błyskami radości. Nie zajmuje się natomiast całą sferą codzienności i fizjologii. Po co ma to robić? Współczesna sztuka robi to nagminnie, używając często słów rodem z rynsztoku”.

Syn Cezarego Wodzińskiego („Rozmowy o Dekalogu” - Kraków 2002) po obejrzeniu jednego z polskich filmów zapytał ojca, czy oni naprawdę tak klną, bo takiej ilości brzydkich słów nie słyszał nawet u podwórkowych chuliganów.

Wizytówką naszych czasów stał się Internet. Jim Forest powiada, że człowiek nie musi umierać, by poznać piekło. Może dotrzeć do niego właśnie przez Internet. Josef Ratzinger myślał podobnie, ale wyraził się bardziej dyplomatycznie. Napisał, że postęp spowodował wzrost naszych możliwości. Lecz nie wzrosła przez to nasza wielkość - ani moralność, ani człowieczeństwo.

Cywilizacja euro-atlantycka odeszła od Boga. Wymyśla własne humanistyczne zasady, przy pomocy których chce koniecznie stworzyć nowego, lepszego i szczęśliwszego człowieka. Stworzyła kolejną wielką ideologię, którą wtłacza przy pomocy wszystkich dostępnych środków administracyjnych, propagandowych i medialnych wszem i wobec nową, rzekomo jedynie słuszną i prawdziwą wizję przyszłości. Jest to przerażający znak czasu, z którym frontalnie zderzyła się Ewangelia; z którym będzie musiała się uporać.

Tomas Halik, który powiada w związku z powyższym: „Pierwszym wielkim wspólnym zadaniem, nad którym powinniśmy się zastanowić, ale także wprowadzić w życie, jest odpowiedź na pytanie, w jaki sposób wspólna łódź Europy zdoła przepłynąć między Scyllą religijnego i narodowego fundamentalizmu a Charybdą równie nietolerancyjnego sekularyzmu, który chce całkowicie usunąć religię z przestrzeni publicznej, stając się przez to samemu nietolerancyjną «religią»”. („Cierpliwość wobec Boga”).

Ideologie mają to do siebie, że stają się erzacem religii, co między innymi znaczy, że bez religii ludzkość na dłuższą metę funkcjonować nie umie. W miejsce Boga wymyśla bożki. Gdy Mojżesz rozmawiał na Synaju z Bogiem, Żydzi u stóp Synaju obtańcowywali bożka własnej produkcji.

Faryzeusze i saduceusze łazili za Jezusem i zaczepiali Go, bo nie chcieli przyjąć Jego wizji człowieka i świata. W pewnej chwili prosili, żeby im ukazał znak z nieba, żeby uwierzyli. Jezus im odpowiedział: „Wieczorem mówicie: «Będzie piękna pogoda, bo niebo się czerwieni», rano zaś: «Dziś burza, bo niebo się czerwieni i jest zasępione». Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie potraficie?”. Potem ich zbeształ, nazywając plemieniem przewrotnym i wiarołomnym. Powiedział, że da im Znak Jonasza, czyli swoją śmierć i zmartwychwstanie. Mieli niewyraźne miny. Jezus zostawił ich, żeby mogli się zastanowić.

Jest jeszcze wiele innych znaków czasu, które reprezentują ducha czasu, nad którymi warto i trzeba się ciągle zastanawiać, żeby się nie zagubić, nie dać się zmanipulować, ogłupić i zmobilizować do tańca wokół takiego czy innego bożka w takt muzyki ideologów, którym patronuje niezmiennie wąż rajski, pierwszy ideolog i wzór wszystkich następnych.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Szczęście nie polega na posiadaniu tego, czego pragniesz, ale na chceniu tego, co masz.

* * *

Szczęście jest niewyczerpalnym bogactwem. Im więcej je rozdajesz, tym masz go więcej. Jest jedyną rzeczą, o której możesz być pewny, że ją posiadasz już od chwili, gdy go dostąpisz. Jeśli znajdziesz swoją radość w szczęściu innych, odkryjesz sekret szczęścia.

 

ODESZŁY DO PANA

Dnia 24 września 2022 roku odeszła do Pana
Siostra MATEA
od Jezusa Ukrzyżowanego

W 62. roku życia, 43. roku powołania, 41. roku profesji zakonnej

Siostra Matea - Bożena Kuśniewska urodziła się 25 listopada 1960 roku w Markusach (obecnie województwo warmińsko-mazurskie). W kościele parafialnym w Zwierznie, oddalonym o około dwa kilometry od domu rodzinnego, przystępowała do kolejnych sakramentów: chrztu 8 stycznia 1961 roku, później Pierwszej Komunii świętej i wreszcie bierzmowania w roku 1972.

Była piątym z sześciorga dzieci Władysława i Marianny z domu Baczewskiej. Najstarszy brat zmarł, mając zaledwie pół roku. Miała trzech braci i siostrę. Tato pochodził z województwa lubelskiego, mama z łomżyńskiego. Po wojnie spotkali się na Żuławach, gdzie odwiedzali swoje rodzeństwo. Rodzice byli rolnikami. W pracy na dziewięciohektarowym gospodarstwie rolnym, w miarę dorastania i swoich możliwości, pomagały wszystkie dzieci. Z okazji jubileuszu 25-lecia profesji zakonnej w 2006 roku s. Matea dała piękne świadectwo;

Pamiętam stałą troskę Rodziców o zbiory, ich wspólne planowanie, ile, gdzie, co posiać. Potem zamartwianie się o pogodę, jakie będzie lato, czy pogoda dopisze, by plony były dobre. Wspólne kalkulacje i rozliczenia, ile zostało wydanych pieniędzy, jaki będzie zysk, co można kupić, co konieczne, co mniej, czy można coś odłożyć. Zapadło mi w pamięć to, że Rodzice wszelkie plany robili wspólnie. To Mama zawsze miała wiodące zdanie w domu i kierowała wszystkim, ale gdy chciała coś przeprowadzić zawsze rozmawiała z Tatą i choć Tato w pierwszym momencie był przeciwny, to ostatecznie się godził na propozycje Mamy. Ta harmonia między Rodzicami była dla nas żywym przykładem wzajemnego szacunku i prawdziwej miłości; dawała nam poczucie bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła.

Rodzina była bardzo zżyta ze sobą. Dzieci wyrastały w tradycji religijnej. Siostra Matea stwierdziła po prostu:

Byliśmy rodziną. Rodzice przekazali nam wiarę wraz z życiem. W takiej atmosferze wzrastaliśmy. Niedziela zawsze była dniem świętym, był to czas odpoczynku, nie wykonywało się żadnych prac niekoniecznych.

Gdy starsze rodzeństwo zaczęło pracę w Elblągu, pamiętam to oczekiwanie na sobotę, ich przyjazdy i niedzielne rodzinne rozmowy po obiedzie przy cieście upieczonym przez Mamę. W niedzielę wieczorem żegnałam odjeżdżające rodzeństwo, a z czasem dołączyłam się do wyjazdów razem z nimi.

Do szkoły podstawowej uczęszczała we wsi Zwierzno. Chodziła pieszo lub dojeżdżała rowerem. Siostra wspominała, że w tym czasie była bardzo płaczliwa i dlatego nazywano ją „mięczakiem”. Z czasem jednak zmężniała na tyle, że w klasie ósmej została wybrana na przewodniczącą samorządu szkolnego. A przecież każdy, kto poznał s. Mateę, mógł zobaczyć tę charakterystyczną dla niej wrażliwość, która wypływała z dobrego serca, delikatności, ciepła, współczucia. Zachowała ją do końca swego życia.

Po szkole podstawowej w 1975 roku, na podstawie „konkursu świadectw”, dostała się do liceum ekonomicznego w Elblągu, które ukończyła egzaminem dojrzałości w 1979 roku.

Mówiąc o swoim powołaniu, s. Matea zaznacza, że nie potrafi określić, kiedy zrodziło się w niej to pragnienie. Ale już pod koniec szkoły podstawowej starała się o dobre oceny, by później móc iść do szkoły średniej i zdać maturę, która wydawała się jej niezbędna do podjęcia życia zakonnego. Podczas pielgrzymki na Jasną Górę, dokąd pojechała w miejsce taty, który się pochorował, zawierzyła Bogu swoją przyszłość: ...pamiętam moją żarliwą modlitwę przed krzyżem obok Kaplicy Cudownego Obrazu i oddanie tam mego pragnienia służenia Bogu.

Do Lasek przyjechała w czerwcu 1979 roku na rekolekcje maturzystek wraz z dwiema koleżankami z klasy i absolwentką liceum ogólnokształcącego w Elblągu - obecną s. Eligią. Rekolekcje organizowała śp. s. Rafaela Nałęcz, uczestniczyło w nich osiem dziewcząt. Gdy po kilku dniach Bożena wyjeżdżała do domu, była już umówiona na próbę w lipcu.

Do Zgromadzenia przyjechałam 12 września 1979 roku z Mamą. Pamiętam, że w chwili gdy przekraczałyśmy bramę zakładu, biły dzwony na Anioł Pański. Byłam szczęśliwa.

Postulat rozpoczęła 4 października 1979 roku. Do nowicjatu została przyjęta 13 sierpnia 1980 roku. 15 sierpnia 1981 roku złożyła pierwsze śluby, a 15 sierpnia 1986 roku profesję wieczystą.

Po pierwszych ślubach s. Matea przez rok pracowała w najmłodszej grupie w internacie dziewcząt, a następnie trzy lata należała do wspólnoty św. Franciszka i posługiwała w Domu Rekolekcyjnym. W tym czasie ukończyła dwuletnie Studium Katechetyczne organizowane przy Kurii Warszawskiej. W sierpniu 1985 roku przeszła do domu w Rabce. Wtedy była to jeszcze mała placówka z ośmiorgiem dzieci przedszkolnych. Wykonywała tam prace administracyjne. Wiosną 1987 roku przez kilka miesięcy pomagała w domu w Szczawnicy, a już w sierpniu zaczęła pracę we wspólnocie w Parafii Laski. Był to czas budowy kościoła parafialnego i siostry mieszkały w „Maciejkach”. Siostra Matea pomagała przygotowywać posiłki dla robotników pracujących na budowie, katechizowała klasę pierwszą i grupę przedszkolaków dochodzącą w niedziele na lekcje do salki przy kościele.

W 1988 roku siostra została ponownie skierowana do pracy w Rabce, gdzie pełniła obowiązki przełożonej do sierpnia 1990. Następnie została przełożoną wspólnoty w Sobieszewie (19901992). Od 1992 należała do wspólnoty Domu Modlitwy w Szczawnicy. Najpierw przez rok pomagała w różnych pracach, następnie do 1995 roku, to jest do zamknięcia Domu, była przełożoną wspólnoty.

W kolejnych latach kilkakrotnie jeszcze była przełożoną: dwie kadencje w Domu św. Franciszka (1995-2001), osiem lat w Rabce (2002-2010) i trzy lata w Domu św. Teresy w Laskach (20102013, pełniąc w tym czasie również funkcję administratorki internatu chłopców). Pomiędzy kadencjami przełożeńskimi w kolejnych wspólnotach pełniła zadania administratorki: w Domu w Rabce (2001-2002) i w Domu św. Maksymiliana (2010-2013). Od 2016 roku należała do wspólnoty św. Pawła i odpowiadała za kuchenkę Domu Rekolekcyjnego. A w 2017 roku podjęła posługę refektarki w Klasztorze MB. Pocieszenia w Warszawie. Stamtąd w kwietniu 2019 roku odeszła do Domu św. Rafała, początkowo na rekonwalescencję po poważnych operacjach nowotworowych, a jak się z czasem okazało - na dalsze długie i ciężkie leczenie postępującej choroby.

Całe życie s. Matei było w cieniu tajemnicy, którą przyjęła przy ślubach zakonnych: drogą z Jezusem Ukrzyżowanym. Nie brakowało w jej życiu ciężkich doświadczeń. W styczniu 1989 roku uległa poważnemu wypadkowi - wpadła pod koła ruszającego pociągu, gdy wysiadała z niego w pośpiechu. Siostra zapamiętała wyraźnie te dramatyczne chwile:

Pęd pociągu wciągnął mnie między koła a peron. Przekoziołkowałam kilka razy pod pociągiem, myśląc tylko o tym, by zatrzymać się i przytulić do peronu. Udało mi się. Gdy pociąg przejechał wstałam przy peronie, sięgał mi do pasa. Spojrzałam na zegar - była godzina 4.20. Przez wszystkie te lata, od czasu wypadku, staram się 19 stycznia o godzinie 4.20 być w kaplicy. Jest to forma mojego dziękczynienia za życie i za wiele innych łask...

Po wypadku s. Matea dojechała jeszcze z Tczewa do Elbląga, gdzie trafiła do szpitala. Badania wykazały zmiażdżenie dwóch kręgów kręgosłupa. Z zaleceniem całkowitego leżenia trafiła na rekonwalescencję do Sobieszewa (od stycznia do sierpnia 1989 r.). Kolejne dramatyczne przeżycia miały miejsce podczas jej posługi przełożeńskiej w Sobieszewie.

Najpierw w listopadzie 1990 roku - pożar świetlicy. Prawdopodobnie nastąpił samozapłon składowanych materacy. Po kilku miesiącach, w marcu 1991 roku, spłonął budynek główny. [...] Ogień w bardzo szybkim tempie rozprzestrzeniał się i mimo stosunkowo sprawnej akcji straży pożarnej nie udało się uratować domu. Z wiosną zaczęły się prace przy odbudowie świetlicy, która spłonęła kilka miesięcy wcześniej. Zorganizowałyśmy tam kuchnię i jadalnię, by można było przyjąć turnusy rodzin niewidomych w czasie wakacji. Po wakacjach dom zakonny został zamknięty.

Z kolei na czas jej posługi przełożonej w Rabce przypadł jeden z etapów poważnego remontu całego budynku. W innych latach ciężary, które s. Matea dźwigała z Jezusem, miały wymiar bardziej duchowy i wynikały z odpowiedzialności za powierzone jej pieczy siostry. Ostatnie trzy lata życia s. Matei naznaczone były wielkim cierpieniem fizycznym. Siostra Anita daje świadectwo o pięknej postawie s. Matei:

Zmagała się z chorobą nowotworową od 2019 roku. Przeszła wiele trudnych doświadczeń związanych z kolejnymi etapami postępującej choroby. Pragnienie życia i przyjmowanie woli Bożej, także w chwilach najtrudniejszych, widoczne było w Siostry szczerej i ufnej postawie. W codziennych zmaganiach nie narzekała, nie miała pretensji, nie wymagała szczególnej dla siebie opieki. Do samego końca w tym, co mogła, bardzo chciała i była samodzielna. Była spokojna i pogodna.

Uśmiechała się, ośmielając często innych, kiedy nie było wiadomo, jak się zachować w trudnej dla siostry sytuacji. Dziękowała za każdą pomoc.

Ostatnie załamanie w chorobie przyszło około miesiąca temu.

Kiedy zaplanowane dawki chemioterapii były odwoływane z powodu złych wyników krwi, a kolejne transfuzje krwi nie przynosiły poprawy, Siostra została skierowana 19.09. br. na radioterapię do Centrum Radioterapii Onkologicznej w Radomiu. Została tam przyjęta z niezwykłą życzliwością. Była już coraz słabsza. W piątek mówiła z trudem i cicho, że mimo kolejnej transfuzji krwi jest coraz słabsza. W nocy z piątku na sobotę, o godz. 3 nad ranem nasza Siostra Matea odeszła do Pana. Pragnęła żyć i teraz już żyje pełnią życia z Panem Jezusem.

Tegoroczne imieniny s. Matea spędziła w szpitalu. Wspólnota nie zdążyła spotkać się z Siostrą, pozostał tylko kontakt telefoniczny. Wcześniej jednak s. Miriam przygotowała dla Soleni zantki imieninowy wierszyk. Napisała m.in. o wielu modlitwach zanoszonych w intencji Siostry:

Paciorków jest wiele, uśmiechnięte i szczere.

Skąpane w promykach słońca, wpatrzone w Niebo bez końca.

Z nadzieją, Miłością i wiarą, że aureolę dostaniesz ciekawą i w Niebie z aniołami będziesz chwaliła Boga razem z nami.

Siostra Matea dokończyła swój bieg i dotarła do mety - do swego Umiłowanego Jezusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. W pełni zrealizowała i w całym życiu pozostała wierna słowom, którymi zakończyła swoje wspomnienia jubileuszowe:

Za wszystko, co było, jest i co będzie - chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu. Amen.

Msza święta pogrzebowa była sprawowana w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach w środę 28 września 2022 o godz. 11.00. Po Eucharystii pogrzeb na miejscowym cmentarzu.

s. Alverna Dzwonnik FSK

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Nie unoś się pychą z powodu udzielonych ci przez Boga darów, ani nie chlub się tym, że ktoś je docenia. Postąpiłbyś wówczas jak osioł z bajki, który niosąc na swym grzbiecie relikwie uważał, że cześć oddawana jest jemu, a nie świętym.

22 września 2022 roku odeszła do Pana
Siostra Anuncjata
od Boga

W 88. roku życia, 70. roku powołania, 67. roku profesji zakonnej

Siostra Anuncjata - Maria Piech urodziła się 8 września 1934 roku w Dankowie Dużym, wiosce położonej pomiędzy Włoszczową a Kurzelowem (województwo świętokrzyskie). Jej rodzicami byli Jan Piech i Władysława z domu Skoczek. Ochrzczona została w rodzinnej parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kurzelowie 25 października 1934 roku i tam też po latach przyjęła I Komunię świętą, a następnie sakrament bierzmowania (w 1946 roku).

Dzieciństwo s. Anuncjaty przypadło na trudny czas drugiej wojny światowej. We wrześniu 1939 roku, gdy hitlerowcy spalili wioskę, rodzina straciła dach nad głową. Ojciec musiał się ukrywać przed okupantem, a matka z trójką dzieci i szwagierką zmuszona była szukać schronienia. Zimę przetrwali korzystając z gościnności naszej rodziny. Wiosną - już wraz z ojcem - zamieszkali w szóstkę w małym pokoiku u obcych ludzi w wiosce oddalonej o dwa kilometry od ich miejscowości. Mimo trudnych czasów i dramatycznych przeżyć z tego okresu, s. Anuncjata wspomina swoje dzieciństwo jako szczęśliwe i zachowała wielką wdzięczność wobec najbliższej rodziny. Z okazji 50-lecia profesji zakonnej w 2005 roku napisała:

Byliśmy szczęśliwą, kochającą się rodziną. Rodzice otaczali nas czułą troską. [...] Kiedy wracam myślami do tych lat, jestem pełna uznania dla rodziców i cioci, że w tym trudnym czasie okazali tak wiele taktu i zrozumienia. Jestem im głęboko wdzięczna za troskę, jaką otaczali naszą trójkę, aby ominęło nas zło i cierpienie. Dziękuję Bogu, że moje dzieciństwo i młodość upłynęły wśród ludzi o surowych, chłopskich zasadach, a jednocześnie pełnych piękna, dobra i miłości.

W roku 1947 Maria ukończyła czwartą klasę szkoły podstawowej w Dankowie, a następnie podjęła naukę szycia u krawcowej i zdobyła stopień czeladnika. Pisząc o tym po latach, s. Anuncjata zauważa, że nie przykładano wielkiej wagi do wykształcenia dziewczynki. Zdaniem cioci wystarczało: „żeby umiała się podpisać, no i może jeszcze. żeby umiała trochę czytać”.

Ze wspomnień siostry wynika, że po powrocie taty rodzina wróciła na swoje gospodarstwo i zaczęto odbudowywać spalone zabudowania. Ponadto od cioci, która mieszkała z nimi, rodzice otrzymali zadłużone gospodarstwo i j ego spłata wymagała od nich ciężkiej pracy i dodatkowego zaangażowania. Wychowaniem dzieci zajęła się ciocia (prawdopodobnie siostra taty), która straciła troje własnych dzieci, a następnie także i męża. Siostra Anuncjata zapamiętała, że ciocia, choć była osobą dość surową i nieznoszącą sprzeciwu, wywarła pozytywny wpływ na życie jej i rodzeństwa: .była osobą bardzo pobożną, szczególnie lubiła odmawiać różaniec. Pacierza uczyła nas właśnie ciocia, przy czym dzieci młodsze odmawiały pacierz skrócony, a dzieci starsze - pełny pacierz, z przykazaniami. Ciocia wpoiła nam też taką zasadę, że przed pójściem do spowiedzi trzeba było przeprosić każdą pokrzywdzoną osobę i pocałować ją w rękę.

Swoją mamę s. Anuncjata wspominała jako osobę cichą i wyrozumiałą, która pomogła swoim dzieciom zrozumieć, że szorstkość charakteru cioci ukształtowała się pod wpływem jej tragicznych przeżyć. Tato, choć bardzo kochający, był raczej surowy, wymagający.

Maria jako dziecko pomagała rodzicom w gospodarstwie. Jej zadaniem było pasanie krów. Od dziecka zachwycała się pięknem okolicy i zapamiętała jej urok:

Kocham te moje strony rodzinne, pola falujące łanami zbóż, zielone łąki pełne kolorowych kwiatów, lasy rozbrzmiewające śpiewem ptaków wiosną i zachwycające śniegową szatą w zimie, zagajnik brzozowy, w którym rosły piękne borowiki, dorodne koźlaki i inne smaczne grzyby.

Jako dziecko wrażliwa była nie tylko na piękno przyrody, ale też na różne interwencje Boga w jej życiu; gdy pomógł jej przetrwać groźną burzę na bagnach, gdzie wypasała krowy albo kiedy przeżyła upadek do studni. We wspomnieniach s. Anuncjata zapisała:

Kiedy myślę o tych wydarzeniach pełnych grozy, a jednak zakończonych szczęśliwie, to przychodzą mi na myśl słowa psalmu 135: Wiem, że Pan jest wielki, że nasz Pan jest ponad wszystkimi bogami.

Jako dorastająca dziewczyna zaczęła uczestniczyć w życiu towarzyskim młodzieży, chodziła na różne zabawy, ale nie znajdowała w tym radości. Źle się czuła w takich sytuacjach, męczyła ją próżność dziewcząt i chłopców. W 1951 roku zdecydowała się wziąć udział w rekolekcjach zamkniętych w Czerwonych Górkach. Odbywały się one w milczeniu i trwały trzy dni. Po powrocie Maria była rozdarta: z jednej pociągało ją życie zakonne i widziała w nim swoją przyszłość, z drugiej zaś - odstraszał widok zakonnic o spracowanych rękach i zmęczonych twarzach. Zwierzyła się z dylematu księdzu prefektowi. Bywał on czasem w Warszawie i spotykał tam franciszkankę z Lasek, s. Martę Jaworek, która, choć zapracowana, zawsze była pogodna. Poradził więc Marii, by zgłosiła się do Lasek. Pomógł napisać podanie i zgromadzić potrzebne dokumenty. Po kilku tygodniach otrzymała zaproszenie, by przyjechała do Lasek.

Do aspiratu została przyjęta 17 lipca 1952 roku. Postulat rozpoczęła 24 sierpnia 1952 r. Do nowicjatu została przyjęta 11 lutego 1954 roku. 15 sierpnia 1955 roku złożyła pierwsze śluby, a 15 sierpnia 1961 roku profesję wieczystą.

Po pierwszych ślubach, do 1962 roku, s. Anuncjata pracowała w przedszkolu, tylko w latach 1957-1960 pomagała w internacie ^ w grupie starszych dziewcząt. Po ślubach wieczystych, w 1962 roku, ^ przez 6 lat była w klasztorze warszawskim, gdzie pracowała w szwalni dziewcząt i szwalni zakonnej. W tym czasie, wraz z innymi siostrami, uzupełniała wykształcenie, uzyskując świadectwo szkoły podstawowej dla pracujących zorganizowanej w Izabelinie.

W 1968 roku siostra wróciła na cztery lata do Domu Dziewcząt do pracy wychowawczej. Następnie przez rok była znowu w Warszawie i pracowała w szwalni centralnej (1972/1973), a od września 1973 roku wróciła do Lasek do Domu Matki Boskiej Jasnogórskiej.

Podjęła pracę w siostrzanej westiarni, gdzie służyła niezmordowanie do końca życia, włączając się jednocześnie w różne prace domu.

Siostry z różnych wspólnot pamiętają s. Anuncjatę jako zawsze chętną do pomocy, dyspozycyjną i usłużną, realizującą prośby szybko i bez wahania. Świadectwa te mówią same za siebie:

Siostra Anuncjata miała subtelne poczucie humoru. Jej niestrudzona i pełna otwartości gotowość do przyjmowania reperacji i szycia naszych habitów, fartuchów itp. Nie tylko w zakresie naszej wspólnoty, ale i dla tych sióstr z innych wspólnot, które potrzebowały krawieckiej pomocy. Siostra Anuncjata była takim „Pogotowiem Krawieckim”, prace wykonywała natychmiast, na cito. Miała radość i satysfakcję, jak mogła uszyć, zreperować. To było widać. Robiła to po mistrzowsku, z klasą. [...] cieszyła się, że mogła być w tym roku w swoich rodzinnych stronach. Z radością przeżyła 70. rocznicę przyjścia do Zgromadzenia i 88. urodziny. Wierzę, że już jest w NIEBIE. [s. Patrycja]

Doświadczyłam od s. Anuncjaty dobra, życzliwości, otwartości serca i nauczyłam się autentycznej służby Panu Bogu w niewidomych i ludziach na co dzień spotykanych na laskowskich drogach. Śp. s. Anuncjata miała chyba dwa serca, ogarniała nim wszystkich; jeśli zobaczyła coś podartego od razu śpieszyła z pomocą: listwa od habitu, kieszeń - od ręki została naprawiona, mimo jej słabego samopoczucia nie zostawiała na następny dzień, świadoma, że może tego drugiego już nie być. Miała anielską cierpliwość w nauczaniu napraw, czego na sobie doświadczyłam. Polubiłyśmy się. Więź ta, ufam, przejdzie na drugą stronę, bo choć nie będzie urodzinowego tortu i herbaty, ciepłej i serdecznej rozmowy, ufam, że z drugiej strony będzie mnie wspierać duchowo, a ja swą modlitwą będę ogarniać. [s. Nikodema]

Tego aktywnego życia i pracy nie ograniczał wiek ani coraz słabsze zdrowie. Siostra do ostatnich swoich dni wstawała bardzo wcześnie i wykonywała ćwiczenia dla utrzymania kondycji fizycznej. Była zawsze na wspólnych modlitwach, rano i wieczorem. Tak samo była zatroskana o modlitwę indywidualną. Siostra Dobrosława, przełożona wspólnoty, widząc pracowitość s. Anuncjaty i to, że nikomu nie odmawia pomocy, czuwała, by nie brała na siebie zbyt wiele.

Zawsze gotowa do pomocy p. Henryce Kwiatkowskiej. Tak było i tym razem. W środę, 21 września, na prośbę p. Heni, s. Anuncjata pojechała do jej domu [...]. P. Henia tego dnia wychodziła ze szpitala z nogą w gipsie po operacji kolana. Potrzebowała pomocy. W czwartek, tj. następnego dnia, s. Anuncjata zadzwoniła do mnie (godz. 10.20), by przekazać informacje odnośnie stanu zdrowia p. Heni. Nic nie wspominała na swój temat.

Kolejny telefon był już od p. Heni (godz. 13) z informacją, że s. Anuncjata nie żyje. [s. Dobrosława]

W jubileuszowych wspomnieniach s. Anuncjata podzieliła się zdaniem usłyszanym podczas kazania: „Bóg kocha nawet strzępy człowieka, kiedy człowiek czuje się wewnętrznie porozdzierany przez trudności, które go przerastają”. Słowa te podniosły ją kiedyś na duchu i stały się światłem na trudny czas. Nauczyły wartości i mocy słowa, które może umacniać, ale też i ranić. Na koniec swych wspomnień Siostra wyraziła wdzięcz- ^ ność ludziom, którzy pomagali jej w licznych życiowych trudnościach i wspierali dobrym słowem i modlitwą. I dziękowała Bogu za Jego „hojne dary”, za to, że nie opuszczał jej w cierpieniu i radości. Swoje uwielbienie dla miłości i wielkości Boga wyraziła słowami pieśni Jana Kochanowskiego:

Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie.

Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.

Chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi, jedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twymi.

Mamy ufność w Bogu, że przygarnął pod swoje skrzydła naszą śp. Siostrę Anuncjatę, która cieszy się już oglądaniem Jego chwały.

Msza święta pogrzebowa była sprawowana w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach w czwartek 29 września 2022, o godz. 11.00. Po Eucharystii pogrzeb na miejscowym cmentarzu.

s. Alverna Dzwonnik FSK

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Wspomnienie o Siostrze Anuncjacie

Do Lasek przywieziono mnie w wieku niespełna trzech lat.

Ówczesne przepisy nie pozwalały na przyjęcie do przedszkola tak małego dziecka. Umieszczono więc mnie w infirmerii na kwarantannie. Traf chciał, że w tym samym czasie w infirmerii, w pokoju za ścianą leżała siostra Anuncjata. Ponieważ nam się nudziło, stukałyśmy do siebie przez ścianę. Podejrzewam, że to ja z nudów naprzykrzałam się chorej Anuncjacie. Takie były początki naszej znajomości. Ja oczywiście tego nie pamiętam; znam tę historyjkę z opowiadań s. Anuncjaty.

Podobno w przedszkolu zazdrościłam innym dzieciom, gdy wyjeżdżały na święta czy na wakacje. Chodziłam wówczas po przedszkolu i krzyczałam: chcę jechać, jak inne dzieci, nie chcę dłużej siedzieć w tym zakładzicu! Ja tego nie pamiętam, ale to jakoś chwyciło za serce moją Anuncjatkę i postanowiła zawieźć ^ mnie na wakacje do swojej rodziny na wieś. Później mi opowiadała, że myślała: znudzi się dziecko i nie będzie chciało więcej tam pojechać. Ale mnie bardzo interesowała przyroda. Wieś okazała się niewyczerpaną skarbnicą: na polach, łąkach i w lesie było tyle przeróżnych roślin i fascynujących kwiatów, które można było obserwować, jak rosną, kwitną i dojrzewają. No, i... zwierzęta gospodarskie, które można było karmić, głaskać, a nawet się z nimi bawić. Gdy byłam mała, pasałam gęsi, karmiłam kaczki, kury i gołębie, a podczas żniw zbierałam kłosy. Gdy wiek mi na to pozwolił, włączałam się w prace gospodarskie - chciałam być jak najbardziej przydatna. Pokochałam wieś i rodzinę s. Anuncjaty. Nowa rodzina mnie też pokochała. Anuncjatka z tego bardzo się cieszyła. Gdy byłam w przedszkolu, Anuncjatka osobiście zawoziła mnie na wieś. W tamtych czasach to była prawie całodzienna wyprawa. Jechało się pociągami z przesiadkami.

Podobno upierałam się, żeby zabierać w podróż mój ulubiony jasiek, bo bez jaśka nie chciałam nigdzie jechać. Anuncjatka, chcąc nie chcąc, musiała do solidnego bagażu dokładać ten mój jasiek.

Gdy byłam w szkole, s. Anuncjata powiedziała: chciałabym, żebyśmy były siostrami. Ale ja czułam się trochę niezręcznie i nie bardzo umiałam publicznie nazywać ją siostrą Anuncjatą, a prywatnie - Marysią. Udało się to dopiero, gdy byłam w szkole średniej. Marysia bardzo cieszyła się z moich osiągnięć sportowych i występów artystycznych. Żywo się tym interesowała i gdy tylko mogła, przyjeżdżała na moje popisy i gratulowała mi. Potem często zabierała mnie na lody, a czasem do ZOO.

Niekiedy w czasie wakacji Marysia przyjeżdżała do rodziny na urlop. Wtedy często chodziliśmy do lasu na grzyby. Marysia bardzo lubiła chodzić po lesie i zbierać grzyby. Pokazywała mi, gdzie te grzyby rosną, a ja je zrywałam i wkładałam do torby. Dopóki mogła, Marysia chodziła też po laskowskim lesie i zbierała grzyby. Czasem gotowała sos grzybowy, którym częstowała mnie, gdy przyjeżdżałam w odwiedziny.

Pewnego razu, gdy Marysia przyjechała na urlop, pojechałyśmy na jarmark do miasta. Marysia wpadła na pomysł, żeby kupić swojemu tacie żywego prosiaka. Poszłyśmy więc w miejsce, gdzie kwiczały świnie. Podeszłyśmy do gospodarza, który na wozie w słomie miał małe prosiaki. Ale ani ja, ani Marysia, nie wiedziałyśmy ile kosztuje prosiak, a o targowaniu się nie miałyśmy pojęcia. Kupiłyśmy małego wieprzka i wsadziłyśmy go do siatki. Nie przyszło nam do głowy, że świnkę należy umieścić co najmniej w mocnym pudełku, a najlepiej w jakiejś skrzynce. Prosiak oczywiście nas obsikał, a w dodatku porozrywał siatkę i o mało nie uciekł. Wzięłam więc prosiaka za tył a Marysia za przód i tak zataszczyłyśmy go do wujka. W końcu przyjechał tato Anuncjatki i zabrał naszego wieprzka. Potem drwił z nas, że dałyśmy stanowczo za dużo pieniędzy za tak lichego prosiaka. Jednak, gdy przyjechałyśmy na następne wakacje, okazało się, że ten lichy świniak wyrósł na wieprza całkiem słusznych rozmiarów.

Marysia miała całkiem sympatyczne podejście do przyrody. Laskowski las lubiła szczególnie jesienią, gdy na ziemi i na drzewach było mnóstwo kolorowych liści. Pewnego razu znalazłam niezwykle piękny, wyjątkowo duży, żółty liść klonu. Marysi tak się ten liść spodobał, że zasuszyła go między kartkami jakiejś książki. Ale jesień kojarzy się też z winogronami. Za domem dziewcząt rosły winogrona. Marysia zrywała dojrzałe winogrona dla sióstr, ale też dla mnie. Mile wspominam nasze wspólne zrywanie winogron. Czasem narwałyśmy ich tyle, że aż torba się rozrywała.

Marysia lubiła też kwiaty. Szczególnie upodobała sobie pelargonie. Co roku ozdabiała nimi balkon siostrzanej szwalni. Gdy gdzieś wyjeżdżała, albo z jakichś przyczyn nie mogła doglądać swoich pelargonii, prosiła którąś z sióstr, żeby opiekowała się jej ulubionymi kwiatami. Dbała też o to, żeby przez zimę pelargonie przetrwały w jak najlepszej kondycji, żeby na wiosnę znowu cieszyły oczy obfitym kwitnieniem.

W ogródku internatowym miałyśmy kilka grządek, na których uprawiałyśmy przeważnie kwiaty. Sprowadziłam z Warszawy śliwę, wiśnię, jabłonkę i gruszę. Drzewka się przyjęły, rosły, kwitły i owocowały. Śliwa ulena miała przepyszne, słodkie owoce, a grusza klapsa - bardzo soczyste gruszki. Ponieważ wtedy jeszcze pracowałam, podlewałam ogródek głównie w soboty, a w ciągu tygodnia podlewaniem zajmowała się Anuncjatka. Niestety, pewnego dnia drzewka wycięto, ogródek zrównano z ziemią, a na tym miejscu postawiono internatową kaplicę. Marysia i ja bardzo żałowałyśmy naszego ogródka. Już nie można było obserwować ptaszków, które w czasie podlewania przylatywały, żeby kąpać się w kroplach wody.

Marysia lubiła też obserwować ptaki. Zdarzało się, że gdy szłyśmy po laskowskich drogach, Marysia zatrzymywała się na widok przechadzającego się grzywacza czy kosa rozgrzebującego leśną ściółkę. Ze zdziwieniem mówiła: - One się wcale nie boją.

Pewnego razu na dolnych gałązkach cisu niedaleko domu dziewcząt kos uwił gniazdko, w którym pojawiły się jajka. Marysia bardzo się martwiła, że tak nisko, że na widoku, że kot może gniazdko zniszczyć. I rzeczywiście po kilku dniach z jajek zostały tylko skorupki, a po gniazdku nie został nawet ślad.

Od znajomej pani doktor Marysia dostała kiedyś cztery kolorowe papugi. Bardzo się nimi cieszyła, z oddaniem o nie dbała.

Papużkom też chyba było dobrze, bo ochoczo piszczały i skrzeczały. Pewnego dnia któraś siostra dała papużkom jeść, ale zapomniała zamknąć klatki. było ciepło, więc okno było otwarte i papużki uciekły. Marysia tak mocno to przeżyła, że nie chciała wziąć pod opiekę nowych papużek, które proponowała jej pani doktor.

Marysia lubiła też konie. Myślę, że gdy patrzyła na urodziwe koniki, czuła jedność ze swoim ojcem, który konie kochał i znał ^ się na nich.

Gdy Marysia przyjeżdżała do mnie na dłużej czy choćby na parę dni, zawsze mi pomagała. Razem sprzątałyśmy, gotowałyśmy i smażyłyśmy różne potrawy. Najbardziej ulubionymi potrawami były: zupa pomidorowa i placki ziemniaczane.

Bardzo lubię ptaki, więc w domu trzymam kanarki. Kanarkom co jakiś czas należy przycinać pazurki, bo przerośniętymi pazurkami ptaszki zaczepiają się o drążki i mogą połamać sobie nóżki. Pazurków przycinać nie mogę, bo do tego trzeba dobrego wzroku. Marysia brała kanarka w ręce i ostrożnie pazurki przycinała. Poza tym cerowała skarpetki i dobierała je w pary. Przyszywała guziki i wieszaki do ręczników, zszywała rozdarcia, a jeśli naprawa była większa, zabierała podartą rzecz do Lasek.

Anuncjatka była dyplomowaną krawcową, więc szyła sprawnie i dobrze. Lubiła swoją krawiecką robotę. Do ostatnich dni pracowała w siostrzanej szwalni. Szyła habity i welony, naprawiała siostrom podartą odzież. Ale Marysia oprócz sióstr służyła też innym osobom. Wystarczyło ją tylko o to poprosić.

Marysia miała wyrobiony zmysł estetyczny. Zawsze przed wyjściem z domu oglądała się w lustrze, czy na habicie lub szkaplerzu nie ma jakiejś plamki i czy welon nie jest przekrzywiony.

Lubiła rzeczy drobne, na przykład małe zegarki. Duży zegarek wydawał się jej brzydki, toporny, pasujący raczej do mężczyzny niż kobiety.

Gdy zainteresowałam się nagrywaniem ptaków, Marysia prosiła siostrę przełożoną, żeby pozwoliła mi nocować w pokoju gościnnym w domu dziewcząt. Wieczorem zostawiała mi klucz, a ja bardzo wcześnie rano (wiosną o czwartej rano) wymykałam się z domu, żeby słuchać śpiewu ptaków. Najlepsze nagrania udawało się zrobić przed wschodem słońca.

Od 2009 roku prawie co roku wyjeżdżałyśmy na wczasy do Ośrodka w Sobieszewie, głównie wiosną, bo wtedy miał kto zajmować się moimi kanarkami. O czwartej rano wychodziłam z Ośrodka na ptaki, a po śniadaniu szłyśmy nad morze. Wszyscy dziwili się, że Anuncjata dawała radę przejść z Ośrodka aż nad morze na własnych nogach. W Sobieszewie do morza jest naprawdę kawał drogi. Ale wiosna w Sobieszewie ma swój urok: bujna zieleń, kwitnące bzy i inne krzewy, śpiewające słowiki... Anuncjatka przywoziła z Sobieszewa do Lasek woreczek ziemi do swoich kwiatów, ponieważ miała przekonanie, że ziemia sobieszewska jest do kwiatów lepsza od tej laskowskiej.

Gdy jechałyśmy do Sobieszewa jesienią, Marysia przywoziła do Lasek pęk trzcin. Suszyła potem te trzciny i formowała z nich bukiet. W 2009 roku pojechałyśmy do Sobieszewa w lipcu. Po ośrodku chodziły wówczas całkiem już duże bocianięta. Anuncjatka lubiła się im przyglądać, jak majestatycznie chodziły po trawie, jak niecierpliwie wypatrywały swoich rodziców i jak dorosłe bociany przylatywały z pożywieniem. Od tego czasu co roku dopytywała się, czy w Sobieszewie są bociany.

Bardzo brakuje mi mojego dobrego ducha, mojej kochanej Marysi. Pewnie teraz siedzi na chmurce i z miłością spogląda na ukochane Laski.

Henryka Kwiatkowska

 

Nic bardziej jak niepokój nie pomnaża zła i oddala od dobra.

Kiedy masz w sercu niepokój, nie zachowuj go dla siebie, powierz go Temu, który może ci przyjść z pomocą.

* * *

Gdy chodzi o ciebie, niech nie wywołują na tobie wrażenia ludzkie pochwały ani niech nie sprawiają ci przykrości ich nagany. Zdążaj ku prawdziwej chwale, tej, która jest z aniołami przed obliczem Boga (por. Mk 6,1_5). Przywiązanie do zewnętrznej chwały gasi zapał wewnętrznej więzi z Bogiem.

Nie martw się tym, że ludzie cię nie znają. Wystarczy, że zna cię Ten, który będzie cię sądził.

* * *

Nie martw się tym, że ktoś chce ci odebrać cześć. Źródłem szacunku jest dobroć życia, i dopóki jest ona w tobie, może zawsze przynosić ci należny szacunek. Złóż twe poważanie w ręce Boga. Nie ma pewniejszego miejsca.

* * *

Szlachetne dusze i ci, którzy dążą do cnoty, nie troszczą się o zaszczyty. Ziarenko pokory więcej znaczy niż góra zaszczytów.

* * *

Cześć jest piękna, gdy ją przyjmujesz jako dar. Jeśli natomiast jej pożądasz, szukasz jej lub o nią żebrzesz, staje się tuzinkowa i bez wartości.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

INNE WYDARZENIA

Wrzesień

Warszawa - Laski

1.09. W 83. rocznicę wybuchu II wojny światowej, jak co roku, miała miejsce procesja na cmentarz wojskowy w Laskach przy ul. 3 Maja, podczas której modlono się za poległych w obronie naszej Ojczyzny oraz o pokój na świecie.

3.09. W kościele św. Marcina w Warszawie wieczorną Mszą św. o godz. 17:30 rozpoczęła się nowenna ku czci Matki Bożej Pocieszenia, podczas której ks. Andrzej Gałka prowadził rozważania o bł. Matce Elżbiecie Czackiej w ramach przygotowań do I rocznicy beatyfikacji.

5-10.09. Dom Rekolekcyjny gościł na posiłkach 34 osobową grupę młodzieży z pierwszej klasy nowo powstałego Liceum Artes Liberales (Sztuk wyzwolonych) z Warszawy. Pedagodzy z młodzieżą mieszkali Domu p. Dolańskiego, (młodzież początkowo w namiotach, a gdy nastąpiły chłodniejsze dni, uczniowie przeszli do budynku). Był to wyjazd integracyjny, w czasie którego zwrócono uwagę na pracę nad sobą, komunikację w grupie oraz zauważenie innych wokół siebie.

9-11.09. W Domu Rekolekcyjnym odbyło się spotkanie „Wędrówkowiczów” - starszego i młodszego pokolenia związanego z „wędrowaniem z Wujem”, czyli Ojcem Tadeuszem Fedorowiczem. Trzydziestu uczestnikom towarzyszył o, Marek Pieńkowski OP. Wszystkie spotkania odbywały się w pokoju Ojca, który ma dla tej grupy szczególne znaczenie. W pierwszym dniu spotkania o podzielenie się wspomnieniami o Ojcu poproszona została s. Bogumiła.

8.09. Siostra Daria wraz z s. Olgą wyjechała do Katowic, aby po raz czwarty uczestniczyć w pielgrzymce Apostolstwa Chorych Archidiecezji Katowickiej do Lourdes.

9.09. Siostry Emmanuela i Leona Franciszka gościły w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie, gdzie miało miejsce wprowadzenie relikwii bł. Matki Elżbiety Czackiej. Uroczystej sumie odpustowej przewodniczył abp Józef Górzyński, który w homilii nawiązał do tajemnicy Krzyża w życiu bł. Niewidomej Matki Niewidomych. Po Eucharystii można było nabyć różańce i publikacje poświęcone bł. Matce Elżbiecie. Siostry zostały zaproszone na plebanię na obiad, a w drogę powrotną wyruszyły hojnie obdarowane koszem z przetworami z chwalęcińskiej plebanii. W Olsztynie odwiedziły ks. Tomka Łukasiuka, który do niedawna posługiwał w kościele św. Marcina w Warszawie.

11.09. O godz. 11:00 w kaplicy MB Anielskiej w Laskach sprawowana była Msza św. dziękczynna w I rocznicę beatyfikacji. Głównym celebransem był ks. dziekan Grzegorz Jankowski, a homilie wygłosił ks. Paweł Gwiazda, proboszcz parafii św. Franciszka w Izabelinie. Po Mszy św. odbyła się gra terenowa: Bądź zimny - bądź gorący. Wędrówka przez życie od Róży do Elżbiety. Na koniec uczestnicy zebrali się na agapie w Kawiarence u Przyjaciół.

Tego samego dnia w kościele św. Marcina po Mszy św. o godz. 17:30 odśpiewany został Akatyst - starożytny liturgiczny hymn ku czci Bogurodzicy. Po nabożeństwie wierni wraz z siostrami spotkali się na wspólnej agapie na klasztornym wirydarzu.

14.09. Święto Patronalne Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża; w Kaplicy MB Anielskiej uczestniczyliśmy w całodziennej Adoracji Relikwii Drzewa Krzyża Świętego. W tym dniu z okazji imienin w sposób szczególny ogarniamy modlitwą Matkę Judytę, a także inne liczne Siostry Solenizantki.

15-23.09. Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych zorganizowało pielgrzymkę do Lourdes i Hiszpanii. Pod duchową opieką ks. Andrzeja Gałki i ks. Jana Szubki - niewidomi, przewodnicy i siostry - podążali szlakiem Sanktuariów Maryjnych Francji i Hiszpanii.

16-18.09. W Domu Rekolekcyjnym trzydniowe rekolekcje miało 12 osób z dysfunkcją wzroku i słuchu; towarzyszyło im 8 przewodników, prowadzącym był ks. Piotr Markiewicz, pomagała s. Radosława. Temat rekolekcji: „Muszę się zatrzymać w twoim domu”. Konferencje: „Namaszczenie Dawida na króla”, „Spotkanie Zacheusza z Jezusem”, „Faryzeusz i celnik”, „Rozmnożenie chleba”, „Magnificat”. Dla chętnych była możliwość zwiedzenia Muzeum i nawiedzenia sarkofagu bł. Matki Elżbiety. Można też było obejrzeć film „Wyszyński. Zemsta czy przebaczenie”.

18.09. W „Kawiarence u Przyjaciół” miało miejsce spotkanie po kanonizacji św. br. Karola de Faucould oraz beatyfikacji bł. Matki Elżbiety. Uczestniczyli w nim Mali Bracia: br. Kazek i br. Andrzej z Izabelina, grupa sióstr i osób świeckich. Spotkanie poprowadził ks. Rektor Marek Gątarz. Świadectwem podzielili się: Mali Bracia, s. Angelica Jose, s. Anastazja i osoby świeckie.

19.09. Adoracją w domowej kaplicy rozpoczęło się świętowanie w Internacie Dziewcząt z racji dnia Patrona św. Stanisława. 20 września w internatowej świetlicy obejrzeliśmy "Bal w Piwnicy" - przedstawienie typowo jesienne - o warzywach. Dziewczęta z gr. VII po mistrzowsku odegrały swoje role i razem z widownią świetnie się przy tym bawiły.

19-22.09. Spotkanie grupy osób z Ekumenicznej Wspólnoty Christoforus. Gościliśmy s. Johanne OSB z Alekxanderdorfu, br. Eberharda (ksiądz ewangelicki) z Markkleebergu, br. Georga (katolik) z Imshausen, Matka Ewa Korbut MSF, Pastor Grzegorz Olek. Gościom towarzyszyły s. Benita i p. Urszula Weber-Kusz. W tym roku było to spotkanie robocze, a w następnym roku w Laskach mają się odbyć rekolekcje ekumeniczne w większym gronie.

20-22.09. Siostra Drita uczestniczyła w sesji pod hasłem „Wierzę w Kościół Chrystusowy w Wyższym Seminarium Diecezjalnym w Częstochowie. Jej celem było przybliżenie siostrom pracującym w instytucjach kościelnych i domach zakonnych tematyki zbliżającego się nowego roku duszpasterskiego. Pierwsza, wprowadzająca w sesję Eucharystia miała miejsce w kaplicy przed Cudownym Obrazem na Jasnej Górze. Pozostałe Msze święte i konferencje odbywały się w budynku Wyższego Seminarium Duchownego. W poszczególnych dniach spotkanie prowadzili następujący prelegenci: o. Michał Legan OSSPE - „Posłuszeństwo Kościołowi osób konsekrowanych”, ks. Kazimierz Stasiak SAC - „Ikony biblijne wspólnoty zakonnej" oraz „Wprowadzenie w modlitwę adoracji”, s. Joanna Moś RSCJ - „Dynamika rozwoju wspólnoty zakonnej”, ks. bp Jacek Kiciński - „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

22.09. Siostry: Radosława, Agata, Angelica Jose, Maristella, Margerita i dwie niewidome panie: Jadwiga Borek i Ewa Domańska wyjechały do Nowych Skalmierzyc, by wziąć udział w III Festiwalu Świętych i Błogosławionych Polskich; tym razem o bł. Matce Elżbiecie Czackiej. Festiwal zorganizowany był przez Burmistrza Gminy i Miasta Nowe Skalmierzyce Jerzego Walczaka, przy współudziale naszego Zgromadzenia pod patronatem ks. bp Damiana Bryla, ordynariusza diecezji kaliskiej. Centralnym wydarzeniem Festiwalu była uroczysta Msza św. pod przewodnictwem ks. Biskupa i wniesienie relikwii bł. Matki Elżbiety. Następnie siostry prowadziły spotkania edukacyjne w szkole z dziećmi i przedszkolu, warsztaty z młodzieżą, w kościele wygłosiły prelekcje dla wiernych, a s. Margerita zaprezentowała recital wokalno-organowy. Mała też miejsce projekcja filmów o Matce i Laskach.

29.09. Siostra Leona Franciszka uczestniczyła w kościele Sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu we Mszy św. sprawowanej z okazji zbliżającego się wspomnienia św. Teresy z Lisieux, patronki misji. Mszy świętej przewodniczył ks. Tomasz Szyszka SVD, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Obecny był także ks. Maciej Będziński, dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych. Po Mszy św. niezwykle dotykającym serce świadectwem o pierwszych dniach wojny w Ukrainie podzieliła się s. Yana Chop, franciszkanka misjonarka Maryi. „Strach może zamknąć, ale może też otworzyć, zmobilizować do działania w solidarności i jedności. Jestem wdzięczna także siostrom z Polski, bo wiem, że angażując się w organizowanie pomocy, oddały nam niejedną bezsenną noc” - zapewniła misjonarka.

26.09. 76. rocznica śmierci Sł. Bożego ks. Władysława Korniłowicza. Wspólnota św. Pawła przygotowała rozważania do tajemnic radosnych różańca, korzystając z tekstów z Konferencji O. Władysława. Różaniec był odmawiany wspólnie w Kaplicy Centralnej.

27.9-2.10. Siostry: Agata, Iwona, Agnes i Leona Franciszka uczestniczyły w pierwszej Sesji Roku Odnowy Duchowej 2022/23 w Trzebini. W sumie było 60 uczestniczek ze zgromadzeń czynnych i klauzurowych z Polski, Słowacji, Litwy i Białorusi. Dyrektor kursu - ks. Daniel Banaszkiewicz SDB - przed kilkoma laty prowadził rekolekcje Lectio divina w Laskach.

29.09. rozpoczęły się Targi Książki. Uczestniczyły w nich s. Gabriela i s. Emmanuela promując nasze pozycje książkowe na stoisku TONOS, wymieniając się ze współpracownikami z Lasek, natomiast s. Ewa nabywała nowe książki dla Biblioteki Wiedzy Religijnej.

30.09-2.10. W Laskach weekendowa sesja „Lectio divina ze św. Franciszkiem”, którą prowadził o. Michał Deja OFM Cap. Zgłosiło się 20 osób. Rekolekcje odbywały się w milczeniu; medytacje nad fragmentami Ewangelii, adoracja, codzienna Eucharystia.

Rabka

1.09. Uroczyste rozpoczęcie nowego roku szkolnego: Msza św. o Boże błogosławieństwo dla uczniów i kadry pedagogicznej sprawowali ks. Andrzej Gałka i ks. Walenty Szymański. Następnie odbyło się spotkanie, podczas którego s. Irmina i p. dyr. Elżbieta Radiowska powitały uczniów i przedstawiły organizację nowego roku szkolnego.

3.09. Pani prof. Bogumiła Dunikowska poprowadziła dla naszych uczniów muzyczne spotkanie „Tajemnice muzycznego ogrodu”.

Po południu po raz kolejny włączyliśmy się w ogólnopolską akcję „Narodowe Czytanie 2022" pod honorowym patronatem Pary Prezydenckiej. W tym roku czytaliśmy „Ballady i romanse”.Adama Mickiewicza.

9-11.09. Delegacja dziewcząt z grupy III internatu wraz z wychowawczyniami i siostrami: s. Irminą i s. Dolores wyjechała do Lasek na uroczyste obchody I rocznicy beatyfikacji błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej. W sobotę zwiedzałyśmy Stare Miasto, nawiedziłyśmy kościół św. Marcina i katedrę, modliłyśmy się przy sarkofagu bł. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Spotkałyśmy się także z s. Janą Marią w Kąciku pod Wieżą. Było to radosne spotkanie przy pysznej kawie.

W niedzielę wzięłyśmy udział w pięknie przygotowanej grze terenowej „Bądź zimny - bądź gorący. Wędrówka przez życie: od Róży do Elżbiety”. Wędrowałyśmy po laskowskich ścieżkach, by przypomnieć sobie ważne momenty z życia błogosławionej Matki. O godz. 11:00 uczestniczyłyśmy w dziękczynnej Mszy św. Udałyśmy się również na chwilę modlitwy przy sarkofagu bł. Matki Elżbiety i odwiedziliśmy ekspozycję „Ślady Obecności".

12.09. W dniu I rocznicy beatyfikacji błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej ks. Dariusz Pacula odprawił Mszęśw. dla uczniów, pracownikówi sióstr. Jedenastu uczniów ze Szkoły Podstawowej wraz z nauczycielami wyjechało na „Zielone Lekcje” do Dołżycy w Bieszczadach. W dniu I rocznicy beatyfikacji bł. Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego byliśmy w Komańczy, a także u Matki Bożej w Kalwarii Pacławskiej, nad Zalewem Solińskim, skorzystaliśmy też z przejażdżki Bieszczadzką Koleją Leśną.

Październik

Laski - Warszawa

1.10. Pierwszy dzień II Pielgrzymkowej Sztafety Młodych Archidiecezji Warszawskiej. Kolejne dni to następne soboty października: 8.10, i 15.10. Młodzież z 25 dekanatów warszawskich pielgrzymowała do grobu Błogosławionej Matki Elżbiety Czackiej w Laskach. Młodzież przybyła w dwóch grupach na godz. 10 i godz. 13. Po Mszą św. w kaplicy Matki Bożej Anielskiej s. Angelica Jose przekazywała młodym informacje na temat życia i działalności Błogosławionej Założycielki Lasek. Każda grupa została podzielona na mniejsze grupki, by młodzi mogli nawiedzić sarkofag, muzeum, namiot, gdzie dowiedzieli się o funkcjonowaniu Ośrodka Szkolno-Wychowawczego oraz sklepik w Zakątku Matki.

W każdym z wymienionych miejsc młodzi mogli pogłębić swoją wiedzę o Matce i Ośrodku. Po spotkaniach z siostrami w wyznaczonych punktach każdy z młodych uczestników pielgrzymki zapisywał swoją obecność w specjalnie przygotowanej na tę okoliczność księdze Sztafety Młodych. Laski były pierwszym przystankiem na drodze do Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie. W sztafecie uczestniczyło około 500 młodych ludzi.

2.10. s. Radosława i s. Jana pojechały do Bydgoszczy z relikwiami bł. Matki Elżbiety Czackiej do siedziby PZN i Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niewidomych im Ludwika Braille’a. Siostry przybliżyły zainteresowanym pracownikom PZN, dzieciom i młodzieży postać Matki.

3.10. W wigilię Uroczystości Świętego Franciszka z Asyżu, zgodnie z wielowiekową tradycją, rodzina franciszkańska świętuje tradycyjne nabożeństwo Transitus (łac. przejście), które upamiętnia śmierć Biedaczyny z Asyżu. W kaplicy MB Anielskiej po Nieszporach i krótkiej adoracji, siostry z wszystkich domów uczestniczyły w tym nabożeństwie sprawowanym pod przewodnictwem ks. rektora Marka Gątarza.

4.10. W Domu Chłopców obchody Święta Patronalnego świętej Tereski od Dzieciątka Jezus rozpoczęły się adoracją Najświętszego Sakramentu w kaplicy inter natu. We wspólnej modlitwie towarzyszyła chłopakom delegacja dziewcząt.

Następnego dnia po Mszy św. w Kaplicy Centralnej zaproszeni goście udali się na wielki konkurs muzyczny czyli dobrą zabawę oraz na agapę.

6.10. O godz. 19:00 w internacie Domu św. Stanisława odbyło się ciekawe spotkanie z Matką Bożą z Guadelupy. Zgromadziła się spora grupa zainteresowanych, a spotkanie poprowadził ks. rektor Marek Gątarz oraz dwie panie: p Monika i p. Dorota, która przywiozła dużą płaskorzeźbię Matki Bożej. Wysłuchałyśmy ciekawej historii objawień w dalekim Meksyku, a dziewczęta dokładnie obejrzały wizerunek Matki Bożej. Na zakończenie był słodki poczęstunek, który przygotowały starsze grupy.

7.10. O godz. 16:00 w kościele Ojców Jezuitów MB Łaskawej była sprawowana Msza św. w intencji sióstr pracujących w Warszawie. Liczną grupę uczestników stanowili seminarzyści z Redeptoris Mater oraz klerycy jezuiccy, a także kilka sióstr ze wspólnoty klasztoru MB Pocieszenia i innych wspólnot posługujących w Stolicy.

8.10. Zjazd Absolwentów obejmujący roczniki z lat 80. i 90. W tradycyjnym spotkaniu z Zarządem Towarzystwa uczestniczyła s. Jeremia, a s. Samuela spotkała się z absolwentami w kawiarence. W niedzielę absolwenci po Mszy św. w kaplicy MB Anielskiej i spacerze na cmentarz spotkali się w Domu Dziewcząt na wspólnym obiedzie, a następnie w świetlicy na towarzyskim podwieczorku.

Tego samego dnia podczas Mszy świętej w trakcie Ogólnopolskiej Konferencji Katechetów Specjalnych kard. Kazimierz Nycz odczytał dekret ustanawiający błogosławioną Elżbietę Różę Czacką patronką dzieł i środowiska osób pracujących na rzecz i z osobami z niepełnosprawnością w Archidiecezji Warszawskiej.

Katecheci pracujący w szkołach specjalnych poprosili o ogłoszenie Patronką matki Czackiej, ponieważ sama doświadczyła niepełnosprawności i poświęciła się osobom niewidomym. Wieczorem dla uczestników tego spotkania s. Radosława wygłosiła konferencje o bł. Matce Elżbiecie Czackiej.

14.10. Dzień Edukacji Narodowej - Msza św. w intencji wszystkich pracowników pedagogicznych naszego Ośrodka. Na spotkaniu w Kawiarence u Przyjaciół, przy kawie, herbacie i słodkościach uhonorowano grupę pedagogów; były to Panie: s. Aleksandra, Anna Chojecka, Dorota Niedbała, Agata Skwirosz, Agata Wiśniewska, Beata Wróbel oraz pan Robert Michal- ^ ski.

15-23.10. Siostra Vera, s. Anna Maria i s. Angelica Jose uczestniczyły w autokarowej pielgrzymce do Medjugorie organizowanej przez biuro turystyczne Totus Tuus.

Droga wiodła przez Słowację, Węgry, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę. Pielgrzymka obejmowała: wejście na górę Podbrdo (Góra Objawień) i modlitwę różańcową, wejście na górę Krizevac, drogę krzyżową, spotkanie z s. Basią w Kaplicy Błogosławieństw i zawierzenie Maryi, spotkanie z Patrykiem i Nancy i ich świadectwo nawrócenia, odwiedzenie rodzinnego domu Vicki (jednej z „widzących”), świadectwo młodych ludzi z ośrodka Cenacolo (Ośrodek dla uzależnionych) oraz wyjazd na wodospady Kravica, do Mostaru i Surmanci, gdzie jest Ikona Jezusa Miłosiernego. Każdego popołudnia był tzw. blok mo dlitewny, czyli dwie części różańca, Msza św. i adoracja Najświętszego Sakramentu lub adoracja Krzyża.

16.10. Elżbieta i Grzegorz Konopkowie - Absolwenci Lasek - obchodzili swój Jubileusz;

35 lat temu w kościele św. Marcina, w obecności ks. Stanisława Hoinki złożyli przysięgę małżeńską. Po Mszy św. dziękczynnej, z prośbą o dalszą opiekę, spotkaliśmy się w Kąciku pod Wieżą na słodkim poczęstunku. „Państwo Młodzi” wspominali Laski i swoje pierwsze spotkania.

17.10. W internacie Dziewcząt odbyło się spotkanie z okazji Święta Pedagogów przygotowane przez Radę Internatu. Po życzeniach można było posłuchać bajek z morałem w wykonaniu starszych dziewcząt i posłuchać muzyki w wykonaniu dzieci. Następnie powołano dwie drużyny: Wychowawców i Nauczycieli, które stanęły do konkursu „Jaka to bajka”.

Na zakończenie odśpiewano „Odę do Wychowawcy” z przekazem, by wychowawczynie zdecydowanie później budziły, a śniadanie powinno być podawane do łóżka.

19.10. Dziewiętnasty dzień miesiąca; w kościele św. Marcina podczas Mszy św. o godz. 17:30 modliliśmy się za wstawiennictwem Błogosławionej Matki we wszystkich intencjach złożonych do skrzynki w kaplicy MB Pocieszenia. Po Mszy św. różaniec z rozważaniami bł. Matki Niewidomych poprowadziły siostry.

21.10. W przedszkolu wielka gala; Pasowanie na przedszkolaka poprzedzone zebraniem rodziców zaproszonych na tę ważną w życiu dziecka chwilę. Cała kadra i rodzice stanęli na wysokości zadania. Zaczynamy pracę dydaktyczno-wychowawczą na poważnie z poważnymi partnerami - przedszkolakami.

22.10. 146. rocznica urodzin bł. Matki Elżbiety Czackiej. Za Jej wstawiennictwem szczególnie tego dnia modliliśmy się o pokój w Ukrainie, na świecie i w każdym ludzkim sercu; Błogosławiona Matko Elżbieto, módl się za nami!

W klasztorze na Piwnej, w pokoju rekolekcyjnym odbyło się spotkanie imieninowe p. Ireny Koch z niewidomymi, którzy chcieli wyrazić jej swą wdzięczność za wszelką pomoc i wsparcie, którego udziela od wielu, wielu lat.

Swoje siódme urodziny obchodził Kącik pod Wieżą. Podczas zajęć kulinarnych trwały przygotowania do urodzin, których obchody zostały przeniesione na niedzielę, kiedy to śpiewy, tort i radość wspólnego spotkania zgromadziła wielu sympatyków i stałych bywalców Kącika. Najmłodszy uczestnik miał 3 miesiące. Nad przygotowaniami do tych urodzin i przebiegiem wydarzenia czuwała s. Jana Maria.

24.10. W kaplicy MB Anielskiej podczas wieczornej Mszy św. pod przewodnictwem bp Michała Janochy kilkunastoosobowa grupa młodzieży otrzymała sakrament bierzmowania. Za przygotowanie do tego wydarzenia odpowiedzialna była katechetka - p. Maria Pieńkowska (rodzona siostra o. Marka Pieńkowskiego), która od wielu lat spotyka się z młodzieżą w Domu Rekolekcyjnym.

25.10. Święto Domu św. Maksymiliana. W uroczystej Mszy św. sprawowanej przez o. Romana Soczewkę i ks. Tomasza Beka, uczestniczyli uczniowie nauczyciele i zaproszeni goście, w tym duża grupa dzieci z domu w Rabce.

W kościele w Babicach, o godz. 12:00 odbył się pogrzeb śp. p. Bogusi Sieradzkiej (lat 53), która od wielu lat pomagała w Laskach w różnych pracach i przychodziła do Domu św. Franciszka po obiad.

26.10. W „Zakątku u Matki” miało miejsce spotkanie dla pracowników i przyjaciół Lasek na temat naszej pracy w Indiach, połączone z pokazem zdjęć i filmików z ostatniego wyjazdu Matki Judyty i s. Sary.

Rabka - Wspólnota św. Tereski

1.10. Dzień św. Teresy od Dzieciątka Jezus - Święto Domu. Msza św. odpustowa w kościele św. Teresy w Rabce była koncelebrowana w niedzielę-25.09 pod przewodnictwem ks. biskupa Janusza Mastalskiego z racji wizytacji parafii. Wcześniej było spotkanie księdza biskupaz siostrami zakonnymi z sześciu zgromadzeń w parafii. Na spotkaniu i na Mszy świętej były obecne s. Dolores i s. Irmina.

Święto Patronalne naszej szkoły rozpoczęła uroczysta Eucharystia w intencji o Boże błogosławieństwo i obfitość łask, za wstawiennictwem św. Tereski, dla wszystkich Domowników, Absolwentów i Przyjaciół Szkoły celebrowana była przez ks. Andrzeja Gałkę. Tegoroczne Święto było połączone ze Zjazdem Ab solwentów z ostatniego siedmiolecia. Obecny był burmistrz - Leszek Świder i pani wizytator z Delegatury Kuratorium Oświaty w Nowym Targu - p. Alicj a Sienkowiec. Podczas spotkania została zaprezentowana gra przeglądarkowa: podróż śladami bł. Matki Elżbiety Czackiej pt. „Zguba Podróżnika”, której pomysłodawcą jest p. Adam Zięba.

4.10. W dniu św. Franciszka sprawowana była Msza św. odpustowa, którą odprawiali księża: ks. prof. Edward Staniek, ks. Józef Kapcia i ks. Józef Jakubiec. Tego dnia ks. prof. Edward Staniek wygłosił konferencję dla pracowników naszego Ośrodka, a po wieczornej Mszy Świętej dla sióstr ze zgromadzeń zakonnych.

7.10. Uczniowie szkoły wraz z wychowawcami z internatu i s. Fides wyjechali na wycieczkę do Centrum Edukacji i Filmu do Suchej Beskidzkiej i spotkali się z przedstawicielami Zespołu Muzyki Dawnej oraz zespołu dziecięcego „Słoneczko” z Suchej Beskidzkiej. W czasie koncertu zostały zaprezentowane piękne utwory muzyki dawnej i najstarsze pieśni polskiej muzyki średniowiecznej.

Tego dnia s. Irmina i p. Roksana Hajduk (niewidoma nauczycielka muzykoterapii w internacie w Rabce) zostały zaproszone na konferencję pt. „Bez wzroku - bez słuchu - bez barier”, która odbywała się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Limanowej. Podczas konferencji s. Irmina i Pani Roksana przedstawiły temat „Możliwości osób niewidomych - edukacja i codzienność”.

9.10. Grupa wychowanków z naszego Internatu wraz z wychowawczyniami i s. Irminą była w Myślenicach w Domu Katolickim im. ks. Prałata Józefa Bylicy na spektaklu pt., „Gość oczekiwany”, w reżyserii Piotra Piechy, według scenariusza opartego na dramacie Zofii KossakSzczuckiej.

14.10. W dniu 14 października obchodziliśmy w naszym Ośrodku Dzień Edukacji Narodowej. Świętowanie rozpoczęliśmy w kaplicy Mszą świętą sprawowaną przez ks. Szymona Janiczka w intencji wszystkich pracowników Ośrodka. Następnie udaliśmy się na na salę gimnastyczną, gdzie miało miejsce ślubowanie i pasowanie nowo przybyłych uczniów, a także rozpoczynających nowy etap edukacyjny. Uczniowie zaprezentowali program artystyczny oraz złożyli wszystkim życzenia.

16.10. „Blask Prawdy” - pod takim hasłem obchodzony był tegoroczny XXII Dzień Papieski. Jan Paweł II jest Patronem Małopolski, a zatem wraz z naszymi wychowankami z internatu udaliśmy się do Parku Zdrojowego, gdzie znajduje się pomnik Jana Pawła II. Po południu modliliśmy się wspólnie modlitwą różańcową w naszej kaplicy, odmawiając „Różaniec z Janem Pawłem II”, a następnie wysłuchaliśmy koncertu, który był transmitowany w tv.

23.10. W Niedzielę Misyjną różaniec odmawiany wspólnie z wychowankami z Internatu ofiarowaliśmy w intencji Misji i Misjonarzy, modląc się szczególnie za nasze siostry na Misjach.

25.10. Delegacja chłopców z internatu z grupy IV wraz z wychowawcami i s. Irminą uczestniczyli w święcie Szkoły św. Maksymiliana.

26.10. S. Fides towarzyszyła w wyjeździe do Warszawy dwom słabowidzącym Paniom z Ukrainy w celu odbioru międzynarodowych paszportów.

Żułów - Wspólnota Domu Matki Kościoła

2.10. Panie z „Domu Nadziei otrzymały z Lasek modlitewniki bł. Matki Elżbiety Czackiej w brajlu.

4.10. Uroczystość św. Franciszka z Asyżu - Wspólnota z Żułowa modliła się na porannej Mszy św. w intencji Sióstr, całego Zgromadzenia i o nowe powołania. Po Mszy św. mieszkanki i pracownicy złożyli Siostrom życzenia, wyrażając wdzięczność za bliskość i owoce pełnionej posługi. Jako symbol wdzięczności Siostry otrzymały własnoręcznie wykonane przez nasze mieszkanki upominki w postaci świeczek.

22.10. Delegacja z naszego Domu: ks. Kapelan, s. Józefa, s. Kinga i s. Barbara - w Krasnymstawie uczestniczyli w pogrzebie śp. dr. Tadeusza Wilczewskiego.

Sobieszewo - Wspólnota MB Gwiazdy Morza Wrzesień

1.09. Rozpoczęły się zajęcia dla przedszkolaków i dzieci z wczesnego wspomagania rozwoju w nowym roku szkolnym 2022/23. W tym roku szkolnym wczesnym wspomaganiem rozwoju jest objętych 85 dzieci.

W przedszkolu jest 23 dzieci a od drugiego semestru dojdzie jeszcze troje dzieci. Przedszkolaki są podzielone na 4 grupy - Słoneczka, Promyczki, Gwiazdeczki i Iskierki.

6-14.09. W turnusie „Naprawdę Można” brali udział niewidomi wraz opiekunami z Wałbrzycha i Wieliczki.

11.09. Przedszkolaki wyjechały busem na pole na wykopki. Wszyscy obowiązkowo byli w kaloszach. Pogoda dopisała, a zbiory były obfite. Dzieci mogły poczuć zapach pola i zobaczyć, jak rosną warzywa.

16-18.09. Weekend rekolekcyjny pod hasłem „Odpocznij ze Mną - i poznaj Ducha Świętego” zorganizowany przez Fundację „Radość Ewangelii” zgromadził 32 osoby.

19.-22.09. W rekolekcjach Cichych Ochotników Cierpienia, głoszonych przez ks. Stanisława Ładę uczestniczyło ponad 40 osób.

22.09. Najstarsze Przedszkolaki pojechały do TEATRU WYBRZEŻE do Sopotu na spektakl z audiodeskrypcją „Szelmostwa lisa Witalisa”.

23-25.09. Rekolekcje Wspólnoty „Światło Chrystusa” dla 33 osób.

24.09. Odbyło się uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego 2022/23. Przeżywaliśmy radość i dziękczynienie w rocznicę beatyfikacji Matki Elżbiety Czackiej, a także święto patronalne Domu Ojca Pio. Na naszą uroczystość z Lasek przyjechała p. dyr. Elżbieta Szczepkowska, p. dyr. Dorota Gronowska. Mszy świętej przewodniczył ks. proboszcz Maciej Kucharzyk Saletyn. Oprawę liturgiczną Mszy św. oraz występy dzieci przygotowała p. Elżbieta Przedmojska. Po Mszy świętej był poczęstunek i zorganizowane zabawy dla dzieci. Pogoda dopisała oczywiście jak każdego roku w święto patrona naszego domu św. Ojca Pio. Wrzesień był dla przedszkolaków czasem wycieczek na pole, do sadu i do lasu.

>Październik

1-2.10. Rekolekcje Wspólnoty Rodzin - małżeństwa z dziećmi, razem ok. 100 osób.

2-11.10. Odbywał się turniej szachowo-warcabowy Ociemniałych Ofiar Wojny z całej Polski.

3.10. Wspólnota sióstr uczestniczyła w nabożeństwie TRANSITUS w kościele Świętej Trójcy w Gdańsku u Ojców Franciszkanów Konwentualnych. Nabożeństwo odbywało się w najstarszej części kościoła. W tym samym czasie, s. Agnieszka uczestniczyła w nabożeństwie TRANSITUS w swojej rodzinnej parafii św. Antoniego w Gdyni, też u Ojców Franciszkanów Konwentualnych.

4-6.10. Z inicjatywy funkcjonariuszy Aresztu Śledczego w Gdańsku Przeróbce, grupa sześciu więźniów z dwoma opiekunami pomagała w pracach gospodarczych na terenie Ośrodka: malowanie barierek, zbieranie owoców w sadzie i ziemniaków w polu. Osadzeni mieli też możliwość zobaczenia pracy z niewidomymi.

4-12.10. Kolejny turnus „Naprawdę Można” zgromadził uczestników z Bydgoszczy, Inowrocławia, Świecia, Iławy i Gdańska.

14-16.10. W rekolekcjach dla kobiet konsekrowanych pod hasłem: „Rozeznawanie - jak słuchać Boga i siebie”, zorganizowanych przez Fundację „Radość Ewangelii”, brało udział 21 osób konsekrowanych - sióstr zakonnych z różnych zgromadzeń i instytutów życia konsekrowanego oraz dziewic konsekrowanych.

W Dniu Edukacji Narodowej w naszym przedszkolu dzieci dziękowały pedagogom za serce i trud włożony w ich wychowanie i naukę, obdarowując nauczycieli przygotowanymi niespodziankami i kwiatkami. Nauczyciele otrzymali też najnowszą książkę o Matce Czackiej.

17.10. W związku z „dniem wolnym od gości” pracownicy Ośrodka wyjechali na wycieczkę integracyjną do Lasek. O godz. 8:00 w Kaplicy MB Anielskiej sprawowana była Msza św. przez ks. Waldemara Kluza w intencji pracowników Ośrodka w Sobieszewie. Następnie udaliśmy się na śniadanie do Domu Rekolekcyjnego. O godz. 9:30 był czas na odwiedzenie Muzeum Matki Elżbiety i spacer na cmentarz. O godz. 11:00 przyjęła nas w Tyflologii s. Benita, prezentując nowinki techniczne usprawniające życie niewidomych. Korzystając z gościnności Domu Rekolekcyjnego, zjedliśmy obiad, ale z pewnym utrudnieniem: wszyscy uczestnicy dostali gogle i jedli pierwsze danie „w ciemnościach”. Dalszy ciąg zajęć tyflologicznych odbywał się w kawiarence Domu Przyjaciół. Tam uczestnicy wycieczki mieli kilka zadań do wykonania z zasłoniętymi oczami. Na koniec spotkaliśmy się przed Domem św. Franciszka z Matką, s. Hiacyntą i s. Pauliną. Następnie zmęczeni, ale w dobrych humorach udaliśmy się w drogę powrotną do Sobieszewa.

17.10. Obchodziliśmy w naszym przedszkolu Międzynarodowy Dzień Białej Laski, który przypada 15 października.

To szczególne święto osób z dysfunkcją wzroku. Z tej ^ okazji Panie przygotowały dla dzieci gry i zabawy. Roz- ^ mawialiśmy, do czego służy osobom niewidomym biała laska. Dzieci wzięły udział w zabawach i zagadkach dźwiękowych, smakowych, zapachowych oraz fakturowych. To była dobra zabawa, ale i ćwiczenie zmysłów.

Na koniec wszyscy otrzymali pamiątkowe dyplomy.

18.10. W czasie odwiedzin Matki Judyty w naszym domu, złożyłyśmy życzenia z okazji imienin. Matka podzieliła się wspomnieniami z wyjazdu do Indii, pokazując nam zdjęcia i filmiki.

19-27.10. W turnusie „Naprawdę Można” brali udział członkowie koła PZN w Żywcu, a także kilka osób z Nowego Dworu i Gdańska.

19.10. Dzieci zwiedzały gdański Teatr Miniatura. Nasze Przedszkole zostało zaproszone do projektu „Gdy widz nie widzi - poczuj teatr”. Mieliśmy okazję poznać teatr i jego pracowników od kulis.

21.10. Korzystając z zaproszenia koła PZN w Gdyni, s. Agnieszka udała się do Opery Bałtyckiej na spektakl baletowy „Sen nocy letniej” Wiliama Szekspira z audiodeskrypcją dla osób niewidomych, przygotowaną przez Mazowieckie Stowarzyszenie Pracy dla Niepełnosprawnych De Facto.

21-23.10. Odbywały się rekolekcje dla Fraterni MB Zwycięskiej (trzeci zakon św. Dominika) przy klasztorze oo. Dominikanów w Gdańsku, głoszone przez o. Aleksandra Kozę OP - opiekuna Fraterni.

24.10. Kolejna grupa więźniów z Aresztu Śledczego w Gdańsku Przeróbce pomagała w zbieraniu ostatniej już partii ziemniaków z naszego pola.

24-28.10. Odbywał się turnus rehabilitacyjno-wypoczynkowy dla osób z dysfunkcją wzroku z Wielkopolski, zorganizowany przez Fundację „Szansa dla Niewidomych”.

25-29.10. Sześciu kapłanów z Archidiecezji Warszawskiej odbywało w naszym Ośrodku swoje rekolekcje kapłańskie; znanych nam ks. Zygmunt Podstawka (brat ks. Józefa Podstawki) i ks. Andrzej Filaber (inicjator tego przyjazdu), który został u nas do 3 listopada.

27.10. W przedszkolu gościliśmy dzieci ze Szkoły Podstawowej w Świbnie. Drugo i trzecioklasiści przyjechali do nas na warsztaty. Dzieci miały okazję zobaczyć sprzęty i pomoce ułatwiające osobom niewidomym codzienne funkcjonowanie. Rozmawialiśmy, jak funkcjonuje osoba niewidoma i jak można jej pomóc.

INNE WYDARZENIA przygotowała Anna Pawełczak-Gedyk na podstawie „Karty z życia Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża” redagowanej przez siostrę Leonę Czech FSK, informacji placówek TOnO z Rabki, Sobieszewa i Żułowa oraz strony internetowej Lasek redagowanej przez Kamila Szumotalskiego.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Warunki prenumeraty czasopisma „Laski” na cały rok

Prosimy o przekazanie na adres:
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach,
Laski, ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin

– kwoty 50 zł (pięćdziesięciu złotych) z koniecznym zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

lub na konto:
PKO BP S.A. II O/Warszawa
Nr 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
również z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”
(w miejscu: rodzaj zobowiązania – na odcinku przeznaczonym dla posiadacza rachunku)

Redakcja

⤌ powrót na początek spisu treści