LASKI

PISMO REHABILITACYJNO–SPOŁECZNE
Z ŻYCIA DZIEŁA
MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI
LASKI

ROK XXVII, Nr 4 (162) 2021

ISSN 1425–3240

Wydawca:

Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Laski, ul. Brzozowa 75
05–080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 22 752 32 21
Centrala: tel. 22 752 30 00
fax: 22 752 30 09

Redakcja:

Sekretariat: 22 752 32 89

Konto:

PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
– z zaznaczeniem: na czasopismo Laski

Zespół redakcyjny:

Władysław Gołąb
Anna Pawełczak‑Gedyk
– sekretarz redakcji
Józef Placha – redaktor naczelny

Korekta:

Justyna Gołąb

Okładka: Błogosławieni – kardynał Stefan Wyszyński i matka Ełżbieta Róża Czacka

Skład i łamanie:

www.anter.waw.pl
00–372 Warszawa, ul. Foksal 17
biuro@anter.waw.pl

Drukarnia:

P.H.U. Impuls, ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20–706 LUBLIN, tel. 81 533 25 10
impuls@phuimpuls.pl www.phuimpuls.pl
Nakład 500 egz.

Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów oraz skracania przekazanych materiałów.

SPIS TREŚCI

BEATYFIKACJA KARDYNAŁA STEFANA WYSZYŃSKIEGO I MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

papież Franciszek – Uroczysta formuła beatyfikacyjna

kardynał Kazimierz Nycz – Słowo wstępne

OD REDAKCJI

Józef Placha – Beatyfikacja kontynuacją i początkiem nowego

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Paweł Kacprzyk – Codzienność w blasku beatyfikacji

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

m. Judyta Olechowska FSK – Beatyfikacja Matki Elżbiety Róży Czackiej znakiem dla Kościoła w Polsce i na świecie

s. Radosława Podgórska FSK – Matka Elżbieta Róża Czacka Apostołka ociemniałych i oddalonych od Boga

LIST

Władysław Gołąb – Na uroczystość beatyfikacji Matki Czackiej

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski – Światłością przemieniać ciemności

DZIĘKCZYNIENIE ZA DAR BEATYFIKACJI

Agnieszka Zamojska – Dzień Dziękczynienia sercem spisan

Z NAUCZANIA PRYMASA TYSIĄCLECIA

kard. Stefan Wyszyński – ABC Społecznej Krucjaty Miłości

SESJA SIERPNIOWA W LASKACH

s. Alberta Chorążyczewska FSK – Wpływ osobowości Matki Elżbiety na jej współpracowników. Kluczowa rola Matki w ich formacji ludzkiej i religijnej

Z ARCHIWALIÓW

Marcin Polkowski – O Matce i jej dziele w reportażu ks. Woutera Lutkie do prasy niderlandzkiej z 1923 r. (Wprowadzenie)

ks. Wouter Lutkie – Niewidomi w Polsce (I  i II)

W ZACISZU IZDEBKI

s. Bożena Anna Flak – Matce Czackiej

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht – Zaufaj! U Boga nie ma nic niemożliwego

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek – Wspólnota miejscem wzrastania ku celom ostatecznym

WARSZTATY MUZYCZNE W LASKACH

Jadwiga Borek – Warsztaty muzyki liturgicznej – Przez Krzyż do nieba

Hanna Pasterny – Pokój i radość

U PRZYJACIÓŁ Z BYDGOSZCZY

Krystyna Synak – Rekolekcje w ogrodzie

ks. Piotr Buczkowski – Uwolnić motyla

JUBILEUSZ OKRĘGU WARMIŃSKO­‑MAZURSKIEGO

ks. Ryszard Sawicki – 65 lat Polskiego Związku Niewidomych na Warmi i Mazurach

Z WAKACYJNYCH WSPOMNIEŃ

Małgorzata Karkula – Aktywne wakacje w Sobieszewie

BENEFIS KRZYSZTOFA ZANUSSIEGO

Władysław Gołąb – W gronie przyjaciół Jubilata

BEZ AUREOLI

ks. Zygmunt Podlejski – Rabindranath Tagore (1861–1941)

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha – Komunikacja przez dialog warunkiem dobrej współpracy z innymi

KOMUNIKAT

Nowy Rektor w Laskach

BEATYFIKACJA KARDYNAŁA STEFANA WYSZYŃSKIEGO I MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

papież Franciszek

Uroczysta formuła beatyfikacyjna

My, papież Franciszek,
Spełniając pragnienie Naszego Brata
Kazimierza Nycza, Kardynała
Świętego Kościoła Rzymskiego,
Arcybiskupa Metropolity Warszawskiego,
jak również wielu innych
Braci w biskupstwie
oraz licznych wiernych świeckich
za radą Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych
naszą Apostolską władzą zezwalamy,
aby Czcigodny Sługa Boży
STEFAN WYSZYŃSKI,
Arcybiskup Gnieźnieński i Warszawski
Prymas Polski, Kardynał
Świętego Kościoła Rzymskiego,
Pasterz według Serca Chrystusowego,
który poświęcił swoje życie
jedynemu Bogu
i był niestrudzonym obrońcą
oraz heroldem godności każdego człowieka,
a także Czcigodna Służebnica Boża
ELŻBIETA CZACKA
(w świecie Róża),
Fundatorka Zgromadzenia Sióstr
Franciszkanek Służebnic Krzyża,
która pozbawiona używania światła oczu,
oczami wiary
rozpoznała Chrystusa – światłość świata
i z miłującą wiernością świadczyła o Nim
wobec kroczących w ciemności
ciała oraz ducha,
byłi odtąd nazywani błogosławionymi
oraz, aby co roku ich wspomnienia
mogły być obchodzone w miejscach
i w sposób określony przez prawo;
mianowicie:
dla pierwszego dnia dwudziestego ósmego maja,
dla drugiej dnia dziewiętnastego maja.
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Dano w Rzymie, na Lateranie,
dnia piętnastego sierpnia,
w Uroczystość
Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny,
Roku Pańskiego 2021,
w dziewiątym roku Naszego Pontyfikatu

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Kardynał Kazimierz Nycz
Arcybiskup Metropolita Warszawski

Słowo wstępne

A cokolwiek mówicie lub czynicie, wszystko niech będzie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego.

Skierowana przez św. Pawła do Kolosan zachęta, o której czytamy w dzisiejszej liturgii Słowa, w pełni uświadamia nam sens przeżywanej obecnie Beatyfikacji. Po 40 latach od śmierci Kardynała Stefana Wyszyńskiego i po 60 latach od śmierci Matki Elżbiety Czackiej z radością dziękujemy Bożej Opatrzności za potwierdzenie przez Kościół świętości życia tych niezwykłych świadków Bożej miłości.

Akt beatyfikacji ma charakter radosnego święta. Nie smucimy się więc z odejścia zmarłych, bo jesteśmy pewni, że Kandydaci na ołtarze osiągnęli już chwałę nieba, co zostało potwierdzone przez wieloletni proces beatyfikacyjny. Dzisiejsza beatyfikacja jest powodem do radości dla całego Kościoła. Radość ta wynika także z faktu, że Prymas Tysiąclecia, mimo upływu czasu, nie stał się postacią tylko historyczną i zapomnianą. W Warszawie, a także w wielu kościołach naszej Ojczyzny można dostrzec zawieszone na ścianach zdjęcia, obrazy, lub wizerunki w witrażach przestawiające Prymasa, co świadczy o żywym kulcie Sługi Bożego.

Podobnie w Laskach, w Zakładzie dla Ociemniałych i we wszystkich dziełach prowadzonych przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, od lat trwa pamięć i modlitwa o rychłą beatyfikację Założycielki tego wielkiego dzieła stworzonego na chwałę Trójcy Przenajświętszej. Utrata wzroku przez Różę w latach młodzieńczych nie spowodowała załamania, ale wzbudziła ufność w Boże prowadzenie i odwagę w sercu, by pomagać tym, do których przez chorobę stała się podobna.

Żywe są wspomnienia o wielkim Pasterzu i heroicznej siostrze zakonnej, bowiem wielu ludzi, zwłaszcza ze starszego pokolenia, pamięta Prymasa nauczającego lub błogosławiącego swoje dzieci Boże. Żyją wciąż świadkowie przepełnionego cierpieniem życia Matki Elżbiety. Spotkanie z nią, a także z Jej dziełem zmieniło patrzenie na życie i Boga wielu pokoleń ludzi wierzących, którzy po dziś dzień poszukują w Laskach odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania.

To tutaj, w Świątyni Opatrzności Bożej – Wotum Narodu Polskiego za dar Niepodległości, pozostaną relikwie obojga Sług Bożych jako żywy znak Ich obecności w miejscu historycznej podwójnej beatyfikacji. Prymas Wyszyński i Matka Elżbieta Czacka są ludźmi, którzy tę niepodległość budowali i nauczyli ludzi, jak budować wspólne dobro, mimo cierpienia, krzyża i osamotnienia. Z tego miejsca patrzmy w przyszłość pełni zatroskania, ale i nadziei, bowiem dzisiejsza beatyfikacja to okazja do ukazania blasku wiary dwojga ludzi, będących wzorem wzajemnej pomocy w drodze do świętości.

Święty Jan Paweł II wypowiedział do kardynała Prymasa, po swoim wyborze na Stolicę Piotrowa, pamiętne słowa: Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża­‑Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności rozpoczyna nowy Pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei (…).

Dzisiejszy akt beatyfikacji jest potwierdzeniem przez Kościół heroiczności cnót Prymasa Tysiąclecia, czyli uznaniem, że był człowiekiem, który dzięki Bożej pomocy i łasce osiągnął wewnętrzną doskonałość życia chrześcijańskiego. Jego zjednoczenie z Chrystusem oraz całkowite oddanie się Maryi owocowało doskonałym wypełnieniem powołania chrześcijańskiego, kapłańskiego i biskupiego. W okresie II wojny światowej pozostawał blisko powierzonego mu ludu, także jako kapelan Armii Krajowej, właśnie w Laskach, niejako u boku Matki Elżbiety.

Tak wspominał założycielkę Lasek Prymas Tysiąclecia: Tu nic się nie kończy, wszystko jest pootwierane i ma iść dalej… A jaką drogą? Myślę, że najbardziej trzeba się lękać schematów, w które wchodzi się jak w żelazne tryby. Schematyzm w życiu społecznym i organizacyjnym, w służbie ludziom, prowadzi do biurokracji. Matka bardzo bała się biurokracji i wszelkich ustabilizowanych form działania. Każda sytuacja jest inna, nowa, każdy człowiek jest inny i zależnie od warunków zmieniają się jego potrzeby. Należy zrozumieć sytuację, aby zrozumieć człowieka. Trzeba zrozumieć człowieka, aby mu skutecznie pomóc. To wymaga wewnętrznej swobody i przede wszystkim miłości. Były to bodaj jedne z ostatnich słów Matki, gdy Powstanie już dogasało, a Warszawa płonęła….

Kardynał Wyszyński, wierny Bogu i ludziom, pomimo dotkliwego czasu internowania, był przez kilkadziesiąt lat niezłomnym pasterzem powierzonej mu owczarni. Dla Polaków, w czasach komunistycznego zniewolenia, był faktycznym interrexem, prawdziwym przywódcą Narodu, który widział w nim swojego rzecznika i obrońcę.

Matka Czacka z pewnością, także i dla nas, może być wzorem chrześcijańskiej doskonałości i niezłomności. Jej miłość i gorliwość życia konsekrowanego niech pociągają, szczególnie ludzi młodych, do życia gorliwie oddanego Bogu, człowiekowi, Kościołowi i Ojczyźnie.

Przyjmijmy ich beatyfikację nie tylko jako powód do prawdziwej radości, ale jako zaproszenie do wzrastania w chrześcijańskiej doskonałości, której pragnienie może przemienić nasze serca i umysły i stać się inspiracją do nadania współczesnemu światu nowej jakości - Chrystusowej cywilizacji miłości.

Przez Maryję, której Imię dzisiaj czcimy, a której wszystkie swoje dzieła zawierzali nowi Błogosławieni, oddajmy samemu Bogu, w tych niełatwych czasach, dotkniętych niebezpieczeństwem pandemii, nasze życie oraz prośmy o mądrość w dźwiganiu krzyża codzienności, byśmy mogli za matką Elżbietą powtórzyć: Przez krzyż do nieba.

Warszawa, dnia 12 września 2021 roku

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

OD REDAKCJI

Beatyfikacja kontynuacją i początkiem nowego

Józef Placha

Ten numer LASEK z pewnością dotrze do naszych czytelników najwcześniej w pierwszej połowie października br, a więc niemal miesiąc po beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia – Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Założycielki Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża – Matki Elżbiety Róży Czackiej.

Pewien dystans czasowy wobec jakichkolwiek uroczystości ma swoje pozytywne strony. Po wielomiesięcznych przygotowaniach i kulminacyjnym wydarzeniu, jakie miało miejsce 12 września br. w świątyni Bożej Opatrzności w Warszawie oraz Dziękczynieniu za dar beatyfikacji, do jakiego doszło w Laskach 18 września. br., nastąpiło swoistego rodzaju opadnięcie emocji; a po zrozumiałym zmęczeniu zmaganiami organizatorów uroczystości, pojawiło się poczucie wewnętrznego uspokojenia, i uświadomienia, że to, co najważniejsze, już się dokonało: mamy wśród nas dwoje bliskich nam Błogosławionych, którzy w przedziwny sposób stali się jeszcze bardziej obecni, nawet bardziej niż za ich doczesnego życia; są wśród nas niemal na wyciągnięcie ręki i o każdej porze dnia a nawet nocy. Analogicznie do olśniewającego doświadczenia apostołów na górze Tabor, tak i my w naturalny sposób zeszliśmy z wysokiego, emocjonalnego pułapu uniesienia do naszych codziennych zajęć, ale jakby już inni, bo przemienieni tym, co stało się w minionych dniach września.

Nawiązując do uroczystości w świątyni Bożej Opatrzności w Warszawie, na samym początku spotkania gospodarz miejsca kardynał Kazimierz Nycz wprowadził uczestników w charakter tego wyjątkowego święta, podkreślając heroiczność beatyfikowanych osób i możliwość ich naśladowania w naszym życiu. Całe wystąpienie publikujemy powyżej.

Fotografia: 12.09.2021 – Uroczystość beatyfikacyjna w świątyni Bożej Opatrzności w Warszawie

Eucharystii przewodniczył prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kardynał Marcello Semeraro, z udziałem kilkudziesięciu biskupów Konferencji Episkopatu Polski; byli wśród nich, między innymi, przewodniczący abp Stanisław Gądecki, prymas Polski – abp Wojciech Polak oraz kardynał Kazimierz Nycz. W celebrację Mszy świętej włączyło się również około 600 księży – wśród nich obecny był 68-letni ks. Loïc Gicquel des Touches, biblista, proboszcz parafii Notre Dame w Alençon w Normandii, wikariusz biskupa diecezji Sées. Ksiądz ten jest spokrewniony z francuską linią rodu Czackich, zapoczątkowanej przez córkę stryja Róży Czackiej, Władysława. Maria Czacka, we Francji zwana Miriam, wyszła za mąż za przedstawiciela rodu Gicquel des Touches, z którego pochodzi proboszcz parafii Notre Dame w Alençon. Ksiądz Loïc był kilka razy w Laskach. W 2004 r. wraz ze swymi francuskimi przyjaciółmi odbył pielgrzymkę śladami swojej wielkiej krewnej na Ukrainę, odwiedzając m.in. Białą Cerkiew, gdzie urodziła się Błogosławiona, oraz Poryck, gdzie mieszkała rodzina Czackich.

W eucharystycznym spotkaniu uczestniczyli również przedstawiciele korpusu dyplomatycznego na czele z nuncjuszem apostolskim w Polsce abp. Salvatore Pennacchio.

W uroczystości brali udział także przedstawiciele rządu RP – z prezydentem Andrzejem Dudą z Małżonką oraz premierem Mateuszem Morawieckim na czele.

Przed radosnym Gloria, w imieniu papieża Franciszka, kardynał Marcello Semeraro odczytał uroczystą formułę beatyfikacyjną w języku łacińskim, natomiast w języku polskim ten sam dokument odczytał biskup Michał Janocha. Wersję polską publikujemy również powyżej.

Połączenie uroczystości wyniesienia tych dwóch osób na ołtarze jest szczęśliwym zbiegiem Bożej Opatrzności, która w sposób wyjątkowy zetknęła Ich oboje jeszcze za życia. Nawet gdyby przyjąć ewentualność świętowania w dwóch różnych terminach i tak nie można byłoby oddzielić Ich wzajemnego oddziaływania na siebie. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z sytuacją, w której autentyczna świętość – złączona w jedno bądź oddzielona od siebie – będąc otwartą nie tylko na Boga, ale także na drugie ludzkie ja, doprowadziła Ich do pełni rozwoju człowieczeństwa; sprawiło to, że mamy do czynienia ze świętością o bardziej ludzkiej twarzy. Dlatego dobrze się stało, że prawda ta została w przedziwny sposób przybliżona nam na przykładzie łącznej beatyfikacji.

Podkreślił to również kardynał Kazimierz Nycz podczas wspomnianej uroczystości Dziękczynienia w Laskach w dniu 18 września, mówiąc: Bogu dzięki, że nam się to przydarzyło, że ta beatyfikacja była podwójna. Dziękujemy dziś za matkę Różę Czacką, ale dziękujemy także za prymasa Stefana Wyszyńskiego, razem z nią beatyfikowanego. Dziękujemy i nie chcemy rozdzielać tych dwóch postaci, bo dobrze się stało w życiu ich dwojga, że się spotkali.

Fotografia: 18.09.2021 – Dzień Dziękczynienia za Dar Beatyfikacji kardynała Stefana Wyszyńskiego i matki Elżbiety Róży Czackiej w Laskach

Kardynał zaznaczył również, że współczesne środowisko Lasek – oprócz podążania za najnowszymi tendencjami współpracy z niewidomymi – jest również wspólnotą otwartą na osoby niewidome na duszy, poszukujące prawdy i sensu w swoim życiu; a także jest to środowisko dbające o rozwój intelektualny swoich członków. Kardynał wskazał również na konieczność odwoływania się do Pisma Świętego, magisterium Kościoła i do rozumu, a więc odczytywania rzeczywistości w duchu Fides et Ratio – by podkreślić ścisły związek z jedną z najważniejszych encyklik papieskich Jana Pawła II.

Krajowy Duszpasterz Niewidomych Andrzej Gałka, w wygłoszonej przez niego prelekcji pod znamiennym tytułem: Dwie drogi, jedna świętość, jeszcze raz podkreślił jedność kategorii świętości, mimo jej dwóch odmiennych dróg.

Głównym celebransem w Laskach był kardynał Kazimierz Nycz, który sprawował liturgię między innymi razem z biskupem Romualdem Kamińskim – ordynariuszem warszawsko-praskim, arcybiskupem Edmundem Piszczem – seniorem metropolitą warmińskim, biskupem Andrzejem Dziubą – ordynariuszem łowickim oraz księdzem Sławomirem Oderem – postulatorem generalnym w sprawie beatyfikacji Matki Czackiej.

Podczas popołudniowego spotkania s. Alberta Chorążyczewska FSK w swoim wystąpieniu pt: Duchowa sylwetka błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej, nawiązując do świadków z życia Założycielki Dzieła Lasek, podkreśliła znaczenie jej ducha dla naszego zmagania się z codziennością; zakończyła swoje wystąpienie słowami poety Jana Lechonia – brata Zygmunta Serafinowicza, długoletniego kierownika pedagogicznych placówek w Laskach – Włącz nas wszystkich, i mnie także, do twego pacierza; słowa te wypowiedziane w olbrzymim namiocie, stanowiącym swoistego rodzaju katedrę błogosławionej Matki Czackiej – jak to określił ks. Andrzej Gałka – wybrzmiały jako zachęta do modlitwy uwielbienia, którą poprowadził pan Leopold Twardowski w formie koncertu instrumentalno-wokalnego – razem z uczestnikami warsztatów liturgicznych i uczniów Szkoły Muzycznej w Laskach. Cały zespół pod jego kierownictwem na zakończenie wykonał pieśń pt. Błogosławiona Matko Niewidomych – z powtarzającym się refrenem: Bądź światłem na naszych drogach, nasza Matko módl się za nami. Można powiedzieć, że ta pieśń autorstwa siostry Damiany Laske z naszego Zgromadzenia, z muzyczną oprawą Piotra Pałki, stała się już hymnem środowiska niewidomych.

Około 1400 osób (w tym blisko 1000 osób niewidomych z przewodnikami) zgromadzonych w tej jedynej w swoim rodzaju katedrze przeżyło wielkie modlitewne uniesienie, dziękując przede wszystkim Bogu za dar beatyfikacji, ale także wszystkim organizatorom spotkania, które było połączone z kolejną Krajową Pielgrzymką Osób Niewidomych i Słabowidzących

Kończąc tę refleksję, można powiedzieć, że to, co działo się we wrześniu br, zarówno w Warszawie jak i w Laskach, było z jednej strony kontynuacją dokonań całego życia błogosławionych Matki Czackiej i Prymasa Tysiąclecia, ale również wyraźnym zobowiązaniem do pójścia ich śladem i otwarciem na nowe wyzwania, jakie stawia przed nami codzienność.

Józef Placha

Zdjęcia: s. Leona Czech FSK

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Codzienność w blasku beatyfikacji

Czas od ostatniego tekstu był niezwykle bogaty w wydarzenia. Zarówno okres wakacyjny, kiedy odbyło się Zebranie Ogólne członków Towarzystwa, jak również wrzesień z kulminacyjnym momentem Uroczystości Beatyfikacji Matki Elżbiety Róży Czackiej.

Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem nie tylko ostatniego roku była Beatyfikacja naszej Założycielki. Przez okres przygotowujący do uroczystości można było dowiedzieć się wiele o charyzmacie Matki oraz poznać jej postać. Myślę, że dla większości z nas był to okres wyjątkowy, intensywny, ale również radosny. Od kiedy poznaliśmy datę uroczystości, w Ośrodku w Laskach zjawiało się coraz więcej zainteresowanych osób, grup oraz przedstawicieli mediów. Efektem tych spotkań stało się szersze poznanie myśli Matki oraz realizacja szeregu programów czy filmów.

Beatyfikacja dwójki wielkich przyjaciół: Matki Czackiej oraz Prymasa Stefana Wyszyńskiego była w pewnym sensie znakiem Opatrzności. Ich wieloletnia przyjaźń oraz wzajemne wsparcie sprawiły, że z łatwością można dostrzec, jak sylwetki tych dwóch postaci się uzupełniają.

O zaletach Matki Czackiej powiedziano i napisano wiele, o jej duchowości, pedagogice czy talentach przywódczych. Na pewno słyszeli Państwo także wiele wypowiedzi na temat, jaki przekaz ma dla nas nowo błogosławiona dziś. Dla mnie jedno z głównych przesłań, które jako zobowiązanie pozostawiła nam nasza Założycielka, streszcza się w Laskowskim pozdrowieniu Przez Krzyż – do nieba. Widzę tu zadanie, aby w codzienności nie zapominać o wymiarze duchowym. Żeby codzienne troski nie przysłoniły nam perspektywy nieba. Jest też w tym pozdrowieniu pewna obietnica, gwarancja, że spotka nas wiele wyzwań, ale również, że finał będzie optymistyczny.

Wszystko, co działo się wokół beatyfikacji, przyniosło laskowskiej społeczności wiele radości, ale i wyzwań. Kwestie związane z organizacją uroczystości, dystrybucja zaproszeń, logistyka dowozów… cała masa mniejszych i większych kwestii. Po radosnym 12 września nadszedł równie radosny 18 dzień września, a więc Święto Dziękczynienia za beatyfikację połączone z Pielgrzymką Niewidomych i Słabowidzących.

Tego dnia gościliśmy w Laskach ponad 1300 osób, modliliśmy się podczas Mszy św., której przewodniczył arcybiskup Kazimierz Nycz. Wielkim przeżyciem był koncert uwielbienia przygotowany przez uczestników warsztatów muzycznych i uczniów laskowskiej szkoły muzycznej.

Przygotowania do tego dnia zdominowały pracę wszystkich działów i pochłonęły wiele energii. Podkreślić należy pełne zaangażowanie sióstr i pracowników w przygotowania. Nie zawaham się napisać, że wszystko udało się tak, jak było zaplanowane. Z tego miejsca serdecznie po raz kolejny dziękuję wszystkim, którzy włączyli się w przygotowania, koordynację i pracę podczas tego święta. Jestem przekonany, że echa tak bardzo intensywnego września będą jeszcze długo do nas wracać. Wierzę także w bogate owoce tego czasu – zarówno duchowe, jak i skutkujące wymiernymi efektami dla codziennej działalności Towarzystwa.

Drugim istotnym, chronologicznie wcześniejszym, wydarzeniem było Zabranie Ogólne Członków Towarzystwa, podczas którego wybrano Zarząd na czteroletnią kadencję. Część członków ustąpiła, z kolei swój akces zgłosiło kilka nowych osób. Po procesie wyborczym ukształtował się Zarząd w następującym składzie:

Paweł Kacprzyk – Prezes Zarządu
s. Judyta Olechowska – I Zastępca Prezesa
Tomasz Wojakowski – II Zastępca Prezesa
s. Jeremia Zych – Skarbnik
Justyna Grochowska – Zastępca Skarbnika
s. Ludmiła Krajnik
Krystyna Marut
Włodzimierz Domański
Jan Gawlik
Damian Reśkiewicz

Wierzę, że nie zawiedziemy zaufania, którym obdarzyli nas członkowie Towarzystwa. Zapewniam, że wszelkie decyzje będą podejmowane z zachowaniem należytej staranności, z myślą o dobru całego Dzieła. Dziękuję za okazane zaufanie.

Wybrano również nową Komisję Rewizyjną, w skład której weszli:

Eugeniusz Wiśniowski – Przewodniczący
s. Anna Maria Sikorska
Stefan Dunin­‑Wąsowicz
Rafał Drzewiński
Michał Filochowski

Sprawozdanie z pracy Zarządu mogli Państwo przeczytać w poprzednim numerze Lasek, całe też zostało na zebraniu przedyskutowane. Wnioski z zebrania będą jeszcze przedmiotem analizy, natomiast trzeba napisać, że Członkowie Towarzystwa z mocą uchwały potwierdzili potrzebę remontu i rozbudowy Domu św. Stanisława na potrzeby internatu dla chłopców, pomimo wątpliwości związanych z kosztami inwestycji. Drugim wnioskiem było uaktualnienie regulaminów pracy Zarządu, Komisji Rewizyjnej i Zebrania Ogólnego.

Decyzje Zebrania Ogólnego, które jest najwyższą władzą w Towarzystwie, wyznaczają podstawowe kierunki pracy w kolejnych miesiącach, a nawet latach. Tak duża inwestycja jak nowy internat będzie kosztowała wiele wysiłku, zarówno organizacyjnie, jak też finansowo. Uważam jednak osobiście, że jest ona niezbędna.

Tymczasem, kiedy piszę ten tekst, rozpoczyna się październik. Uczniowie wrócili do naszych placówek. W samych Laskach uczy się ich 198, z czego 137 mieszka w internatach. W Rabce kształci się 32 uczniów, a w przedszkolu w Gdańsku Sobieszewie grupa 24 maluchów rozpoczęła rok szkolny. Oznacza to, że liczba uczniów w placówkach TONOS w zasadzie się nie zmniejszyła.

Myślę, że warto też wspomnieć o dużym projekcie edukacyjnym, który właśnie wdrażamy. W czerwcu postanowiliśmy aplikować do pilotażowego programu powołania Specjalistycznych Centrów Wspierania Edukacji Włączającej. Jest to program wspierania uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w szkołach masowych. Wielokrotnie zwracali się do nas rodzice takich uczniów, lub szkoły, z prośbą o wsparcie w procesie edukacyjnym. Cieszymy się, że w końcu dostrzeżono potrzebę wsparcia przez ośrodki specjalistyczne procesu edukacji takich uczniów. Wszak to w ośrodkach znajduje się najwięcej specjalistów i kompetencji. Edukacja włączająca, czy – pisząc inaczej – integracja, jest już faktem. Naszym zdaniem Towarzystwo powinno reagować na przemiany w polskiej oświacie i dostosowywać swoją ofertę do obecnej sytuacji tak, aby móc nadal pełnić swoją misję. Program na razie jest dwuletni, sądzę, że będzie jeszcze okazja wspomnieć o nim na łamach Lasek.

Kończąc, dziękuję wszystkim Państwu za życzliwość i wsparcie materialne oraz duchowe, którego na co dzień doświadczamy.

Paweł Kacprzyk
Prezes Zarządu TOnOS

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

Beatyfikacja Matki Elżbiety Róży Czackiej znakiem dla Kościoła w Polsce i na świecie*

Czesław Miłosz w wierszu Veni Creator pisze:

…Jestem człowiek tylko,
więc potrzebuję widzialnych znaków…
ale rozumiem, że znaki mogą być tylko ludzkie.
Zbudź więc jednego człowieka gdziekolwiek na ziemi…
i pozwól, abym patrząc na niego, podziwiać mógł Ciebie…
.

Takim znakiem na dziś dla nas wszystkich, którzy tworzymy Kościół, a już niedługo zostanie to potwierdzone w Kościele, są i mogą być dla wielu kolejni nowi błogosławieni: ks. kard. Stefan Wyszyński i Matka Elżbieta Róża Czacka

19 maja 1961 roku, na początku swej mowy pożegnalnej w czasie pogrzebu Matki Czackiej, Kardynał Stefan Wyszyński powiedział: Przedziwny jest Bóg w świętych swoich.

W tym krótkim przedstawieniu życia naszej Matki chcę oddać głos Jej samej, a także tym, którzy Ją znali;

We wspomnieniach o Matce o. Piotr Rostworowski pisał:

W momencie, kiedy się to życie na ziemi zakończyło – widzi się lepiej całość tej dziwnej drogi, którą Bóg prowadził tę wielką chrześcijankę. Ta, której tajemnicą było światło, której życie było światłem dla drugich w sensie zarówno duchowym jak i fizycznym, zostało najpierw pozbawione tego zewnętrznego światła, a oświecone obfitością tego wewnętrznego w stopniu rzadko spotykanym, a potem w ostatnim etapie zostało pogrążone w zupełną ciemność zewnętrzną i wewnętrzną, jakby dla ubłagania tego podwójnego światła dla ludzi, których tak bardzo ukochała.

Matka Elżbieta Róża Czacka, której całe życie było zanurzone w Bogu, przyjęła swoją ślepotę w całkowitym zaufaniu woli Boga i to pozwoliło Jej odczytać drogę, jaką Bóg chciał Ją prowadzić.

Matka modliła się:

Chcę żyć dla Boga. Trzeba Boga prosić, by wszystko było dla Boga. Od rana do wieczora(…) Żeby wszystko w nas i z nami służyło Bogu i żyło dla Boga. Wszystko w pełni dla Boga.(…).Pragnę żyć dla Ciebie, Boże.

W tych właśnie słowach widzę znak – znak dla Kościoła w Polsce i na całym świecie, to jest znak zostawiony nam wszystkim –Tym znakiem jest życie Matki – ks. kard. Stefan Wyszyński w dzień pogrzebu Matki powiedział: Pytacie o testament? – testamentem Matki jest jej życie.

Ukochanie i całkowite oddanie się Bogu, bycie posłusznym narzędziem w Jego ręku. Przypomnienie, że całe nasze życie należy i zależy od Boga, bo Bóg może czynić wielkie rzeczy także poprzez to, co małe i słabe w oczach ludzi – jeśli się damy Jemu poprowadzić. Bóg pragnie posługiwać się każdym z nas. Nie przeszkadza Mu to, że często jesteśmy narzędziami słabymi, bo właśnie wtedy najbardziej widzimy Jego działanie, dopiero wtedy może urzeczywistniać poprzez nas to, co zamierzył dla nas i poprzez nas – dla innych ludzi – do tych, do których nas posyła – tak jak Matka Czacka odpowiedziała. Dziś tak wielu ludzi szuka Boga. Tak często jesteśmy podzieleni, zagubieni pośród niepewności, zamętu czasem poruszamy się w mroku – nie widzimy tego, zaciera się nam to, co najważniejsze, tak! Potrzebujemy Boga – Światła, ukochania Go i podporządkowania się Prawu Jego Miłości.

Matka niewidoma, ale to Ona – niewidoma – pokazała nam swoim życiem drogę do prawdziwego Światła, do Boga.

Matka ciągle szukała Boga, pragnęła wypełnić Jego wolę. Jak odczytywała Jego wolę, wobec siebie, Zgromadzenia i całego dzieła? W liście do jednej z sióstr Matka pisze:

[…] Bóg tak cudownie swoimi drogami doprowadza człowieka do celu. Najczęściej nie rozumiemy na razie co Bóg od nas chce. Dopiero później okazuje się wielkie miłosierdzie i wielka mądrość Boża w tych trudnych i niezrozumiałych dla nas drogach. Ciągle się o tym przekonywam na sobie. Zwykle w trudnościach chowam się we wnętrzu własnej duszy, u stóp Boga i oddaję się Duchowi Świętemu, by mnie prowadził i wszystkich moich i rozwikłał trudności […] choćby mi się to wydawało po ludzku niemożliwe do spełnienia.
(Laski, 14 V 1932)

W jednej z konferencji mówi:

Szukanie Boga wyraża się także przez przyjmowanie takich warunków, jakie Bóg nam daje. Trzeba się nam wciąż utwierdzać w Bogu i mieć oczy otwarte na wszystko, co się w nas i wokoło nas dzieje. Jeśli umiemy wszystko przyjmować jako najlepsze środki uświęcenia, Pan Jezus może nas nauczyć, jak mamy się modlić, jak mamy żyć, cierpieć, pracować i jak korzystać z tych łask, które nam daje tak przeobficie. W tym wszystkim jest Bóg, który rzeźbi naszą duszę(…) Miejmy oczy otwarte na to, czego Bóg od nas chce, a wtedy życie nasze będzie pełne Boga, nawet choćbyśmy tego nie odczuwali.
(31XII1934)

Kard. Stefan Wyszyński w cytowanej już mowie pogrzebowej mówił:

Miała szczególny dar rozumnej służby Bożej. Starała się wszystko dobrze i starannie zrozumieć. Gdy czegoś nie rozumiała, pytała. Pytań miała zawsze mnóstwo. Ciągle się uczyła, ciągle czytała. Przedziwny był ten wysiłek, który prowadziła, chcąc poznać wiedzę katolicką, filozofię tomistyczną i teologię Kościoła. Dzięki tej pasji wiedzy Bożej wiele dała swemu Zgromadzeniu, Dziełu i swoim współpracownikom, którzy ją otaczali: bliższym i dalszym. Ale szczególnie wrażliwa była na ducha Kościoła świętego.

Matka była posłuszna i oddana Kościołowi.

Nauczanie Kościoła przyjmowała w pełni, było dla niej oparciem we wszystkich sytuacjach życiowych.

W Dyrektorium pisze:

…człowiek mający głęboką wiarę we wszystkie prawdy, których Kościół uczy, stoi nieustraszony wobec cierpień, które go spotykają.
[…] Wiara sprawia, że człowiek przyjmuje każde cierpienie z głębokim przeświadczeniem, że Bóg je dopuszcza dla uświęcenia jego. Rozumie wtedy rację cierpienia. Nie tylko przyjmuje je z poddaniem się woli Bożej, ale nawet z wdzięcznością. Chociaż cierpi bardzo, z miłością zwraca się ku Bogu, bo wie, że za tym cierpieniem jest miłosierna Opatrzność Boża, która chce jedynie dobra jego.
(23 II 1928)

Jej głębokie zjednoczenie z Kościołem ukazuje modlitwa, którą sama się modliła i zostawiła nam, pragnęła, aby ona stała się codziennym, na nowo oddawaniem Bogu trudu całego dnia. Do dziś co rano rozpoczynamy każdy dzień tą modlitwą. Dla mnie to kolejny bardzo ważny ZNAK dla Kościoła – zaufanie Bogu i przyjęcie tego wszystkiego, co Bóg daje na każdy dzień … na intencję Ojca Świętego, Kościoła…. to jest prosta droga do świętości.

Panie, Boże mój, Tobie ofiaruję krzyż mój całodzienny, z miłości ku Tobie, w zjednoczeniu z Męką Pana Jezusa, na większą cześć i chwałę Twoją, na intencję Ojca Świętego, Kościoła świętego i Ojczyzny, na zadośćuczynienie za grzechy moje, za grzechy całego świata, a w szczególności za duchową ślepotę ludzi. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Matka w Dyrektorium pisze:

Wszystko w tym życiu powinno płynąć z miłości Chrystusowej. Jedyną pobudką i jedyną racją wszystkich naszych myśli, słów i uczynków powinna być miłość czerpana bezustannie z Serca Jezusowego, a powracająca ku Niemu w aktach miłości i uczynkach miłosiernych.

Dzięki głębokiej wierze mimo codziennego cierpienia i trudu, wiernie trwała przy Bogu.

W Triuno – dokumencie niejako programowym dla Dzieła – pisała:

Jedynie religia Krzyża i Zmartwychwstania daje wytłumaczenie sensu cierpienia, uczy świadomego i twórczego przyjęcia go i uczynienia z niego narzędzia zwycięstwa nad złem i nad samym cierpieniem. Tylko ona daje możność przyjęcia w prawdzie tych ciężarów i tych ograniczeń, które narzuca ślepota, i tylko ona uczy przetwarzać je na wartość pozytywną. Jedynie niewidomy głęboko wierzący, posiadający pełnię życia Bożego, nie ugnie się pod ciężarem kalectwa, lecz przyjąwszy je w pełni, przemieni na swoją siłę.

Wiara w Boga i czynna miłość bliźniego to kolejne przesłanie Matki Założycielki dla nas. Jej wiara była głęboka i promieniowała na całe życie, na każdą jego chwilę. Prawdy wiary, dogmaty nie były dla niej martwą literą, ale samym życiem, rzeczywistością, znakiem realnej obecności Boga w świecie. Znała zagrożenie, jakie niesie płytka wiara, oparta bardziej na przyzwyczajeniu niż więzi z Bogiem żywym. Matka była zatroskana i przejęta losem nie tylko osób pozbawionych wzroku fizycznego, ale także niewidomych duchowo.

Dyrektorium:
Czym się to dzieje, że tak wiele ludzi skarży się, że im tak trudno, tak ciężko się modlić? Prawdy wiary są dla nich martwą literą, życie płynie swoim korytem, a praktyki pobożne, oderwane od życia, nużą i pozostają bez najmniejszego wpływu na życie człowieka.

(3 I 1929)

(….) Są one zwyczajne, martwe, mało znaczące, póki człowiek je czyta, ich słucha lub mówi o nich poza Bogiem. Gdy człowiek duszę swoją wraz z tymi prawdami Bożymi zanurzy w Bogu i w świetle Bożym je rozważa, wówczas zaczynają one żyć i im większe działanie Boże w duszy, tym prawdy nabierają większego życia, tym głębszego nabierają znaczenia, tym jaśniejsze są dla rozumu, tym łatwiejsze do zastosowania w życiu. Duch Święty martwą literę ożywia, otwiera przed duszą nieznane horyzonty, daje rozumieć wartość na pozór mało znaczących szczegółów, uczy kochać te prawdy Boże objawiające Boga na ziemi i daje szczęście, które tylko Bóg dać może.
21 III 1929

Największym pragnieniem Matki Elżbiety było dać niewidomym na duszy i na ciele to szczęście, które sama posiadała, czyli wiarę w Boga, bo dzięki wierze swoje kalectwo rozumiała, jako dar Boży i zadanie niesienia pomocy innym niewidomym.

W Triuno pisze:

Chcąc dać innym niewidomym to szczęście, które sama posiadałam – wiarę, której zawdzięczam przyjęciem ślepoty z poddaniem się woli Bożej, myślałam o stworzeniu instytucji umożliwiającej osiągnięcie tego celu.

Piękne świadectwo zostawił niewidomy wychowanek Lasek. Tak wspomina:

(…) spotkałem Matkę Czacką, Matkę dobrą, Matkę najlepszą, która poznawszy mój ból objęła moją głowę w tkliwym i serdecznym uścisku i drżącym od wzruszenia, pełnym miłości głosem rzekła: Władku, będziesz szczęśliwy. Ja też jestem szczęśliwa. Słowa te początkowo natchnęły mnie otuchą, po chwili jednak przemieniły się w zwątpienie: Jakżeż się to stanie: ja, kompletnie niewidomy, wytrącony poza nawias życia, ja będę szczęśliwy? (…) Lecz to zwątpienie nie trwało długo, bo mimo odrzuconego sensu słów, silniej niż same słowa, przemówiły do mnie niezmierna dobroć Matki, przedziwny pokój, niezłomna prawda tkwiąca w jej głosie i ogromna moc ducha emanująca z całej jej postaci. Wszystko to, na przekór zimnemu rozsądkowi kazało mi w pełni jej zaufać i odszukać w słowach: będziesz szczęśliwy tę treść, którą sama żyła, a którą również pragnęła mnie przekazać, a treści tej na imię BÓG, i za tę spuściznę, Matko, jestem Ci ogromnie wdzięczny
(1961 r.).

Jak Matka widziała Dzieło i swoje miejsce w nim? Ona zawsze miała absolutną pewność, że Dzieło to nie jest jej, ale że jest to Dzieło Boga.

W Dyrektorium pisze:

Dzieło to z Boga jest i dla Boga. Innej racji bytu nie ma. Gdyby zboczyło z tej drogi, niech przestanie istnieć […] Bóg sam powołał w miłosierdziu swoim to Dzieło do życia toteż w nim wszystko powinno oddawać cześć i chwałę Trójcy Przenajświętszej. […] Pan Jezus w Przenajświętszym sakramencie jest centrum całego Dzieła, z Niego powinno wszystko wypływać, wszystko do Niego zmierzać. Jest Królem i Ojcem, i Wodzem naszym, my zaś powolnymi narzędziami w Jego Przenajświętszej ręce. Od nas zależy tylko, żebyśmy się dali prowadzić i doprowadzić do wiecznej szczęśliwości.
(23.VII.1927)

Powrót do ideału Ewangelii –to kolejny znak dla nas na dziś, który widzę w życiu Matki. Miłość, pokora, prostota, cichość, spodziewanie się wszystkiego od Boga –ukochanie i wybranie św. Franciszka na patrona Zgromadzenia i całego Dzieła – dlaczego Matka poszła taką drogą, dlaczego wybrała drogę prostoty?

W Notatkach czytamy:

…Gdy poznałam lepiej św. Franciszka, zrozumiałam, że jest On jakby przeciwstawieniem obecnego rodzaju życia i że powrót do ideału Ewangelii jedynie uleczyć może świat z choroby, która go toczy. Powrót do prostoty w życiu, wyrzeczenie się siebie jako przeciwstawienie się żądzy używania, ukochanie cierpienia z miłości ku Panu Jezusowi jako przeciwstawienie się obawie przed chorobą, śmiercią. To wszystko skłoniło mnie do oddania się św. Franciszkowi w opieką. […]Tu ideałem nie jest jakaś urojona franciszkańska forma zewnętrzna, ale sama istota życia wewnętrznego. Starajmy się o miłość i o pokorę, bądźmy posłusznymi narzędziami w ręku Bożym, a wówczas Bóg pozwoli nam znaleźć tę formę, która pozwoli nam spełnić Jego wolę przenajświętszą.
(N. 4 X1927)

Jaka Matka była, jakim może być znakiem danym przez Boga na dziś, co możemy wziąć ze świadectwa jej życia?

Wszystko dla Boga!
ukochanie Go nade wszystko,
ukazanie miłości Boga do każdego człowieka,
posłuszeństwo Bogu i Kościołowi, życie według Jego nauki,
ofiarna służba bliźnim i wynagradzanie Bogu za duchow
ślepotę świata.
Powrót do ideału Ewangelii, prostota franciszkańska,
pokora – bycie posłusznym narzędziem w ręku Boga,
pokój i radość w krzyżu,
świadome przyjęcie wszystkiego, co Bóg daje na każdy dzień,
zawierzenie Opatrzności Bożej,
prawda – widzenie siebie i wszystkiego w świetle Bożym.

To jest droga, którą szła. Całe jej życie może być znakiem dla Kościoła w Polsce i na świecie – znakiem dla każdego z nas, którzy tworzymy Kościół.

Matka zaprasza nas na drogę bycia posłusznym narzędziem w ręku Boga, aby Bóg mógł dokonywać swoich dzieł poprzez tych, co Mu całkowicie zaufają i dadzą się Jemu poprowadzić.

Dyrektorium:
Jeżeli człowiek dobrze tę prawdę zrozumie, wówczas we wszystkich swoich cierpieniach, we wszystkich swoich trudnościach, będzie się z ufnością zwracał do Boga. Będzie rozumiał, że wyratowanie nas ze wszystkich trudności wewnętrznych lub zewnętrznych jest dla Boga igraszką. (…)Bóg wymaga od człowieka, by we wszystkim stosował się do Jego prawa, a wtedy Bóg sprawia, że wszystko obraca się na pożytek człowieka i że wszystko służy ku jego uświęceniu. Bez wiary w Opatrzność Bożą człowiek miotany jest przez tysiące sił, których nie rozumie.

(1 IX 1928)

Tak bardzo bliski rys duchowości znajdujemy w przemówieniu kardynała Stefana Wyszyńskiego. Podczas jubileuszu w Laskach powiedział:

Pedagogika Chrystusowa sprowadza nas ciągle do rozważań naszego dziecięctwa, małości, nieudolności. Zachęca, abyśmy nauczyli się stylu głębokiej pokory, jako warunku do wywyższenia […]. Nie jest powiedziane: kto się poniża, podniesie się, tylko: będzie podwyższony. Od nas zależy upokorzenie […], ale od kogoś innego podwyższenie. Od Tego, Który daje wzrost – zależy wywyższenie.
(6.01.1969)

Ks. Aleksander Fedorowicz o Matce Czackiej tak powiedział: Ona jedna widząca, a my wszyscy niewidomi.

Czy łatwo być narzędziem w ręku Boga? Czy łatwo całkowicie zaufać Bożemu prowadzeniu? Nie! Ale jest to możliwe, takiej drogi uczy nas Matka Czacka uczy, że jeśli otworzymy serce na miłość Boga, to On je wypełni, i Jego miłością będziemy kochać każdego człowieka, którego On postawi na naszej drodze. Bóg nie potrzebuje nas mocnych… Moc w słabości się doskonali, bo On słabość, brak, przekuwa w moc i siłę, a wtedy pójdziemy do innych w Jego mocy i sile. Matka niewidoma, ale tak naprawdę ta, która widziała, widziała to, co istotne i najważniejsze. Ta, która swoim życiem ukazała miłość Boga do każdego człowieka. Widziała i odczytywała drogę, którą jej Bóg ukazywał i dała się Jemu poprowadzić. Niech Matka – Matka niewidoma, ale z tak bardzo dobrym wzrokiem duszy – prowadzi, niech będzie naszą przewodniczką w drodze do Boga.

Jan Lechoń, w 1942 roku napisał:

Matko Czacka, która kijkiem szukasz sobie drogi
I masz w oczach niewidzących niebios spokój błogi,
I wśród głodu, nędzy, zbrodni wciąż uśmiech panieński, Której modłów chętnie słucha Jezus Nazareński,
Między Polską a Chrystusem Ty, arko przymierza,
Włącz nas wszystkich, i mnie także, do twego pacierza”.

Niech się wstawia, aby każde ludzkie serce w wierze otworzyło się w pełni na miłość Boga. Bo tylko wiara, której Matka zawdzięczała przyjęcie ślepoty z poddaniem się woli Bożej, może nam dać pełnię szczęścia.

m. Judyta Olechowska.

Przełożona Generalna
Zgromadzenia
Sióstr Franciszkanek
Służebnic Krzyża


* Wykład wygłoszony podczas Sympozjum o Kardynale Wyszyńskim i Matce Czackiej. Odbyło się ono 23.06.2021 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej 17/19 w Warszawie. Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

s. Radosława Podgórska FSK

Matka Elżbieta Róża Czacka Apostołka ociemniałych i oddalonych od Boga*

Dlaczego apostołka?

W Kościele jest to tytuł określonego grona osób.

Apostołowie – tak zostali określeni najbliżsi uczniowie Jezusa. Powołani przez Niego osobiście, którzy byli z Nim podczas nauczania i zostali posłani po Jego zmartwychwstaniu, po doświadczeniu własnej kruchości: z dala od Pana umierającego na krzyżu, zamknięci w Wieczerniku lub odchodzący do Emaus, powracający do dawnej pracy – idący łowić ryby. To także ci, których kolegium jest uzupełnione – po modlitwie – o Macieja, jednego z tych, którzy, jak mówi Piotr: towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania (Dz 1, 15nn).

Apostołowie to ci sami, którzy po otrzymaniu Ducha Świętego – ku zaskoczeniu wielu ludzi, którzy znali ich wcześniej – doświadczają radykalnej przemiany własnego wnętrza i idą, aby czynić uczniami wszystkie narody.

Apostołką Apostołów1 jest Maria Magdalena, która zaświadcza, że widziała Pana (J 20,18). Jest pierwszą kobietą powołaną przez Zmartwychwstałego Nauczyciela – po imieniu – i posłaną, aby świadczyć o Nim, że żyje. Została powołana i posłana, ponieważ kochała: towarzyszyła Jezusowi aż po krzyż i przyszła do ogrodu, gdzie znajdował się Jego grób. Po zaskakującym spotkaniu ze Zmartwychwstałym, jej życie zostaje ponownie przemienione.

Od tamtego wydarzenia, choć nieco inaczej niż w wypadku Marii Magdaleny, Jezus powoływał i powołuje kobiety, aby świadczyły o Jego życiu, zmartwychwstaniu i miłości bez granic. Zanurzają się one w tajemnicę Boga i dzięki darom Ducha Świętego wychodzą z przesłaniem nowego życia do świata i do ludzi.

Imię Apostołki Bożego Miłosierdzia otrzymała św. Faustyna Kowalska. Natomiast dziś, nieoficjalnie, ten tytuł otrzymała Matka Elżbieta – dzięki Twórcom konferencji…

Nieoczekiwane są wybory Boga…

Dziś zatrzymamy się chwilę przy kolejnej osobie jakby zaskoczonej niezwykłą do pokonania drogą – duchową i fizyczną, która niedługo będzie ogłoszona błogosławioną. Jednocześnie mamy świadomość, że świętość nie powinna być zaskoczeniem, ponieważ na mocy chrztu każdy z nas jest do niej powołany. Na tej drodze otrzymujemy świadków, abyśmy uwierzyli, że świętość jest też dla nas – choć może nie każdy zostanie po latach nazwany Apostołem.

Pan Bóg powołał Różę Czacką nie dlatego, że była świętą od urodzenia, ale dlatego, że ją szczególnie ukochał i zostawił swój plan, pełen Bożych zaskoczeń. Z perspektywy czasu widzimy to jasno i prosto, ale trzeba nam pamiętać, że był to proces dojrzewania (jak każdy z nas dojrzewa) do odczytania Bożego zamiaru wobec siebie i odczytania szczególnego powołania.

Najmłodsza i najsłabsza z dzieci Feliksa i Zofii Czackich. W wielkim skrócie mówiła o sobie:

Byłabym najokropniejsza, gdyby nie Miłosierdzie Boże. …Jak byłam dzieckiem byłam straszna beksa – całe dzieciństwo przebeczałam… Byłam próżna. […] Bywając w świecie, bardzo cierpiałam, gdyż byłam bardzo brzydką, nudną. Gdy w końcu zaczęłam się bawić, wtedy straciłam wzrok2.

Hrabianka Róża zaczęła mieć poważne kłopoty ze wzrokiem właśnie wtedy, gdy zaczęła czynnie wchodzić w życie towarzyskie arystokracji Warszawy. Jak sama wspomina, lubiła tańczyć, ale nużyły ją bardzo rozmowy o wszystkim i o niczym. Utrata wzroku w wieku 22 lat zupełnie przemieniła jej życie. W duchowym zmaganiu, ale też w prawdzie i z pokorą wpisywała się w Boży plan, który był całkiem inny niż to sobie zapewne wyobrażała. To, co po ludzku i dla całej rodziny było wielkim nieszczęściem, dla Róży – potem matki Elżbiety – stopniowo staje się szczęściem. To wielki paradoks – a jednak możliwy.

Po usłyszeniu diagnozy, że nie będzie widzieć, Róża na trzy dni zamknęła się w pokoju. Czyżby symbol? Czy wydarzenie utraty wzroku oraz wyjątkowe trzy dni w samotności możemy odczytać jako wyjątkowe doświadczenie śmierci? Przecież wszystko wtedy okazało się być inaczej niż tego pragnęła. Dzięki wrażliwości i poszukiwaniu woli Bożej, Róża nie zatrzymała się na swojej ciemności, na cierpieniu. Modliła się słowami z książeczki Naśladowanie Chrystusa: Panie, niech mi to będzie możliwe, przez łaskę Twoją, co mi się przez ułomność natury niepodobnym być wydaje (III, 19, 2)3.

Gdy natura mówi to niemożliwe – łaska Boża obdarza mocą ducha i pozwala odnaleźć szczęście w nieszczęściu. Nie jest to proces bezbolesny i bez cierpienia, ale Róża ukazuje, że możliwy do przejścia. To tak, jakby iść do grobu i przy nim spotkać Zmartwychwstałego. To pójść za Jezusem – śladami krzyża i przyjąć łaskę zmartwychwstania, nie tylko w wymiarze duchowym. Jak Maria Magdalena ma iść do apostołów, tak Róża zostaje posłana do niewidomych, aby w niej i w nich ukazały się dzieła Boże (J 9,3), jak mówił Jezus do uczniów, którzy widząc osobę niewidomą, zapytali Go, kto zgrzeszył. Po niemal trzydziestu latach od tego wydarzenia Matka Elżbieta mówiła: Gdy straciłam wzrok, nie miałam żalu za wzrokiem. Uważałam to za wolę Bożą, już wtedy było bardzo dużo cierpień codziennego życia4.

Bóg, stawiając zadania, daje łaskę i posługuje się też osobami, które stawia na naszej drodze. Dla Róży tym narzędziem stał się okulista, dr Bolesław Gepner. Oprócz tego, że wypowiedział niezmiernie trudną diagnozę o bezpowrotnej utracie wzroku, potrafił jednocześnie ukazać otwarte drzwi do nowej rzeczywistości: aby zająć się osobami takimi jak ona. Róża tę radę przyjęła. Aby dobrze służyć, podjęła najpierw własną rehabilitację jako osoba niewidoma i przez dziesięć lat przygotowywała się do podjęcia opieki nad osobami niewidomymi. W tym celu zwiedzała ośrodki dla niewidomych we Francji, w Niemczech, we Włoszech. Wskutek tego rozeznania coraz mocniejsze stało się jej pragnienie, aby osoby niewidome mogły odzyskać poczucie własnej wartości i godności w społeczeństwie oraz czuły się społecznie użyteczne, a także samodzielne finansowo. W 1908 roku otworzyła w Warszawie pierwsze niewielkie placówki dla dzieci i dorosłych niewidomych (1908). Po dwóch latach działalności, z pomocą przyjaciół, założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi (1910). Stała się najpierw Apostołką niewidomych na ciele.

Stopniowo dojrzewała w niej myśl o konsekracji zakonnej. Przez jakiś czas rozważała wstąpienie do zgromadzenia w Paryżu5, ale znowu Bóg poprowadził ją całkiem inaczej. To nie Paryż, ale Żytomierz stał się miejscem jej nowicjatu, kiedy uczyła się życia w pełni oddanego Bogu. Planowany jako krótki wyjazd do rodziny na Ukrainę zmienił się – przez wydarzenia I wojny światowej – na tułaczkę oraz prawie trzyletni pobyt poza Warszawą. Rozpoczęte, rozwijające się dzieło zostało niejako osierocone przez Założycielkę, która Bogu powierzyła troskę o istnienie placówek w Warszawie a sama coraz więcej czasu poświęcała na modlitwę. Zmieniła sposób życia – ze statusu hrabianki na styl życia tercjarki franciszkańskiej i przygotowywała się do ślubów zakonnych pod kierunkiem ks. Władysława Krawieckiego. Matka wspomina: W Żytomierzu był czas wielkich łask. Najczęściej ciemne wszystko, a potem czuję obecność Pana Jezusa6. Wydaje się, że Róża przeżywała wówczas doświadczenie wiary, które przekracza jakąkolwiek próbę namacalnego doświadczenia i ludzkiego zrozumienia Bożej tajemnicy7. Do Warszawy powróciła w 1918 roku, jako s. Elżbieta od Krzyża.

Tym swoim wyborem siostra Elżbieta jeszcze bardziej podkreśliła całkowite przewartościowanie dotychczasowego życia i działalności. Zmieniła się hierarchia wartości. Choć nadal jednakowo ważna pozostawała działalność edukacyjna, wychowawcza i charytatywna wobec osób niewidomych, Róża Czacka pragnęła podzielić się własnym doświadczeniem, jak pomocna jest wiara w niesieniu niepełnosprawności. Po dwudziestu pięciu latach od oficjalnego rozpoczęcia działalności wspominała: Pragnęłam dać innym niewidomym szczęście Wiary, której zawdzięczałam przyjęcie ślepoty z poddaniem się woli Bożej i chciałam podnieść ich z poniewierki ku użytecznemu życiu przez pracę, zgodnie z postulatami nowoczesnej tyflologii”8. Po okresie czynnej służby osobom niewidomym jako świecka, zdecydowała się na wyraźne podkreślenie nurtu katolickiego młodego dzieła. Niezrozumienie członków Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi nie zraziło jej w raz podjętej decyzji.

W kurii warszawskiej zmieniła się postawa niektórych księży. Widząc dawną hrabiankę, podsumowują przemianę Róży jako bezsensowny pomysł kobiety z wyższych sfer. Padły nawet słowa: zachciało się ślepej babie zakon zakładać. Na szczęście, delikatną opieką i zgodą na założenie zgromadzenia (1918) otaczał ją wrażliwy na ludzką niedolę arcybiskup Warszawy Aleksander Kakowski oraz Nuncjusz Apostolski Achilles Ratti, który udzielił cennych wskazówek dla powstającego dzieła. W pierwszym sformułowaniu charyzmatu Zgromadzenia matka Elżbieta napisała: Głównym celem jest wynagradzanie Panu Jezusowi za duchową ślepotę ludzi9.

Matka Elżbieta pozostała zdecydowana w podjętym kierunku dzieła. Z zaufania Bogu i doświadczenia wiary wypływało jej działanie – bezinteresowna i całkowicie oddana służba osobom niewidomym, aby i one miały przestrzeń duchowego wzrastania oraz nauki, rehabilitacji i przygotowania do samodzielnego życia. To jednak część charyzmatu.

Apostołka Ociemniałych z odwagą podkreśla wymiar duchowy posłannictwa osób takich, jak ona. W grudniu 1925 roku napisała: Podobało się Panu Jezusowi w swym miłosierdziu w czasach obecnych spojrzeć na niewidomych, których przez szczególną łaskę powołuje do wzięcia udziału w wielkim dziele Odkupienia. Niedołęstwo, kalectwo powołane do pełni dzieła Bożego. Potęga ducha – przeciwstawiona sile materialnej i brutalnej obecnego świata pogańskiego. Dać niewidomym zrozumienie tego posłannictwa: to jedno z głównych zadań Dzieła. Lecz, aby dać to zrozumienie innym, trzeba przede wszystkim samym żyć pełnią życia Bożego. Przeciętność, miernota – nie wystarczy10.

Niewidoma Apostołka zaprosiła więc i włącza w apostolstwo osoby pozbawione wzroku, które swym życiem i cierpieniem – potęgą ducha – mogą pomagać ludziom pogubionym życiowo, poszukującym niewierzącym – ślepym duchowo. W 1929 roku pisze: Dzieło powstało w celu oddawania chwały Bogu przez nauczanie niewidomych doskonałego znoszenia swego kalectwa z miłości ku Bogu. Niewidomi, niosący z poddaniem się woli Bożej krzyż swego kalectwa, powinni być apostołami wśród widzących, ślepych duchowo, nieznających Boga i dalekich od Niego na skutek niewiary i grzechu11.

Matka Elżbieta nie ukazuje krzyża jako celu, ale też nie banalizuje faktu braku wzroku, ostrzega przed brawurą. Celem jest chwała, która sięga poza krzyż i poza grób. Przez krzyż – do Nieba: to jest codzienne pozdrowienie w Laskach. Nasza codzienność niesie także doświadczenie bólu, cierpienia i krzyża. O wiele łatwiej przychodzi nam koncentrowanie się na tym, co bolesne i trudne, a Matka Elżbieta mówi o pokoju i radości w krzyżu, i miłości Chrystusa, która przynagla nas: Im bardziej panowanie i królowanie Pana Jezusa się utrwala, tym większe szczęście i tym większy pokój i radość wśród walki. Im człowiek bardziej poddany i uległy Bogu jako swemu Panu i Stwórcy, tym bardziej sam Bóg zwycięża w duszy i daje światło i siły do walki12.

Założycielka Lasek świadectwem zanurzenia w Bogu i codziennego życia prowadziła do światła zmartwychwstania wiele osób niewidomych razem z widzącymi, ale niewidomymi duchowo. Jej postawa otwartości pociągała tych, którzy najpierw poszukiwali szlachetnych ideałów prawdy i dobra, a dopiero później dochodzili do prawdziwego ich Źródła. Cicho im towarzyszyła, miała czas na wysłuchanie. Gdy zachodziła potrzeba, odwiedzała i towarzyszyła osobom chorym, które były oddalone od Boga. Przeżywała boleśnie, jeśli danej osobie było trudno uwierzyć czy zrozumieć wolę Pana Boga. Dochodzi także do stwierdzenia: Ciężej widzieć cierpienia tych, których się kocha, jak samej cierpieć13. W innej notatce pisała: Pan Bóg w miłosierdziu swoim pozwolił mi być świadkiem wielkich rzeczy, które czyni w duszy ludzkiej, gdy chce czyjegoś nawrócenia. Odsłonił mi Bóg tajemnicę tego działania. Zrozumiałam, jak ważną rzeczą są modlitwy wypraszające nawrócenie. Widziałam jakby naocznie działanie Boże w duszy człowieka, którego chce do siebie pociągnąć. Zdawałam sobie jasno sprawę, jak różnych ludzi używał za swoje narzędzia, jak wypadki, zdarzenia i okoliczności służą Bogu do osiągnięcia celu. Jak Bóg sam w chaosie myśli człowieka niewierzącego robi porządek, z chaosu tego wybiera myśl, którą konsoliduje, myśl, która coraz jaśniej prowadzi duszę do Boga i na której wiara zaczyna się opierać14.

Dziś jest świadkiem dla nas, bo nieustannie ogłasza – jak Apostołowie – wiadomość o zmartwychwstaniu Pana, o Jego obecności w życiu każdego człowieka. Swoim życiem ukazuje, że jeżeli pozwolimy, aby Jezus zmartwychwstawał w naszych ciemnościach fizycznych i duchowych – to On otworzy zarazem perspektywę nowego życia: dostrzegania świata i wydarzeń w odnowionym świetle.

Jakże żywe i aktualne są słowa Matki Elżbiety napisane w Dyrektorium, gdy przeżywała duchową ciemność świata: Biedna ludzkość schylona ku ziemi, zajęta drobniutkimi swoimi sprawami, zaślepiona pychą, ślepa jest na to jedno, co warte jest widzenia, co warte jest uwagi, co warte jest miłości15. W doświadczeniu ciemności świata Matka Elżbieta nie zatrzymywała się na smutnej ocenie ponurej rzeczywistości ludzi, którzy zagubili Boga. Oczyma duszy pozostawała zapatrzona w Pana Jezusa Zmartwychwstałego (jak Maria Magdalena) i podkreślała ogromne znaczenie cierpienia nieodłącznego od życia i podejmowanego z miłości ku Niemu. W zakończeniu rozmyślania przed chwilą cytowanego pisała: Im lepiej [ludzie] przyjmują z ręki Pana Jezusa cierpienia nieodłączne od życia, tym bardziej Pan Jezus otwiera oczy ich duszy, tym pełniejsze łaski, tym bardziej zasłona z ich oczu opada i tym jaśniej widzą i rozumieją tajemnice Boże. […] Zawsze przez Chrystusa, z Nim i w Nim znajdują drogę do Boga i do ludzi. Wtedy życie szare, zwyczajne na pozór, nabiera dziwnej jasności i bezcennej wartości. Życie proste, niepozorne, w którym przeczuwa się wielkość Boga16.

Zamiast zakończenia, w kontekście podwójnej beatyfikacji pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment konferencji, którą wygłosił kard. St. Wyszyński z okazji 80. urodzin Matki Elżbiety, 18 listopada 1956. Nawiązał w niej do Jezusowej przypowieści o ziarnie gorczycznym, która – moim zdaniem – dobrze podsumowuje drogę Apostołki Ociemniałych i oddalonych od Boga:

O, gdyby to małe ziarno wpadłszy w ziemię, nie poddało się procesowi życia, zostałoby same. Ale ono ma rosnąć, stać się drzewem, ażeby mogło posłużyć za oparcie, za miejsce wytchnienia i dostarczać pożywienia. […] Trzydzieści lat minęło w lipcu tego roku od pierwszej mojej wędrówki z Warszawy do Lasek, bodajże z siostrami i jeszcze jedną duszą przyjazną temu zakątkowi. Przyszliśmy na pustkowie. Była tylko kaplica, wzniesiony jeden i drugi dom, a wokół las: liche krzaki, zarośla. Człowiek się dziwi, że tutaj dokonało się coś wielkiego, że tu Bóg zasiał ziarnko gorczyczne, które tak prężyło się ramionami w górę, aby stać się drzewem. […] Dla wielu stało się ono domem Bożym i bramą Niebios, a przede wszystkim stało się domem Bożym dla tego ziarnka gorczycznego, które tu wyrosło, a na którym zebrało się mnóstwo ptaków niebieskich i wszystkie znalazły tu pożywienie […] Wszyscy żywili się tu czymś więcej, niż chlebem powszednim, żywili się duchem, który przedziwnie promieniował z tego maleńkiego ziarnka gorczycznego, które w sposób przedziwny stawało się drzewem na oczach nas wszystkich. […] Pamiętam tu wiele doznań łaski Bożej, która brała ludzi za czuprynę i gdy chcieli pełzać po ziemi, uczyła ich latać. I tak ich w tym zaprawiła, że odtąd idą już wielkimi krokami do Boga17. […] Takie oto są w skrócie dzieje jednego ziarnka gorczycznego, które wpadło w ziemię wśród lasków i piasków, wydało swój owoc stokrotny, stało się drzewem i przygarnęło wszystkich18.


* Wykład wygłoszony podczas Sympozjum o Kardynale Wyszyńskim i Matce Czackiej; odbyło się ono 23.06.2021 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej 17/19 w Warszawie. Powrót do treści

1 Arthur Roche, Arcybiskup Sekretarz Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, 3.06.2016 r., Dekret ustanawiający wspomnienie obowiązkowe św. Marii Magdaleny jako święto liturgiczne. […] to właśnie w ogrodzie zmartwychwstania, Pan powiedział do Marii Magdaleny: «Noli me tangere». Słowa te nie były skierowane tylko do niej, ale do całego Kościoła, aby wszedł w takie doświadczenie wiary, które przekracza jakąkolwiek próbę namacalnego doświadczenia i ludzkiego zrozumienia Bożej tajemnicy. To […] stanowi wspaniałą lekcję dla każdego ucznia Chrystusa, aby nie szukał jedynie materialnego bezpieczeństwa, światowego uznania, ale żywej wiary w zmartwychwstałego Chrystusa! Maria Magdalena właśnie dlatego, że była naocznym świadkiem Zmartwychwstałego Chrystusa, była również pierwszą osobą, która dała o tym świadectwo wobec apostołów. Wypełniła w ten sposób polecenie Zmartwychwstałego: «Udaj się do moich braci i powiedz im… […] W taki oto sposób staje się, […] jak mówili Raban Maur i św. Tomasz z Akwinu «apostolorum apostola», ponieważ ogłasza apostołom to, co oni sami będą później głosili całemu światu (cf. Raban Maur, De vita beatae Mariae Magdalenae, c. XXVII; św. Tomasz z Akwinu, In Ioannem Evangelistam Expositio, c. XX, L. III, 6). Słusznie Doktor Anielski używa tego terminu «apostolorum apostola» w stosunku do Marii Magdaleny, ponieważ jest ona świadkiem Chrystusa Zmartwychwstałego i ogłasza wiadomość o zmartwychwstaniu Pana, tak jak inni Apostołowie. Dlatego jest rzeczą właściwą, aby liturgiczny obchód Marii Magdaleny miał ten sam stopień Święta przypisany w Kalendarzu ogólnym Kościoła apostołom, co podkreśli szczególną misję tej kobiety, która jest przykładem i wzorem dla każdej kobiety w Kościele. Powrót do treści | Powrót do treści związanej z przypisem 7

2 Notatka o. Korniłowicza, AMCz, 004. Powrót do treści

3 Z. Serafinowicz, Wspomnienia, AMCz 432/5. Powrót do treści

4 Tamże. Powrót do treści

5 Tamże. Chciałam wstąpić w Paryżu – to się przygotowywało. Modliłam się do św. Józefa, żeby zdecydował moje powołanie, bardzo się modliłam – i to św. Józef dał tę łaskę. Powrót do treści

6 Tamże. Powrót do treści

7 Por. przypis 1. Powrót do treści

8 M. E. Czacka, Historia i zarys organizacyjny Dzieła Lasek z okazji jego dwudziestopięciolecia, 1935, AMCz 12. Powrót do treści

9 M. E. Czacka, [Sprawozdanie o stanie nowo powstającego Zgromadzenia], AMCz 04/3. Powrót do treści

10 Dyrektorium, grudzień 1925. Powrót do treści

11 Dyrektorium, 23 VII 1929 r. Powrót do treści

12 Dyrektorium, 28 II 1931 r. Powrót do treści

13 Notatki, 27 III 1928 r. Powrót do treści

14 Notatki, 24 IX 1930 r. Powrót do treści

15 Dyrektorium, b.d., str. 29. Powrót do treści

16 Tamże. Powrót do treści

17 St. Kard. Wyszyński, Kazanie wygłoszone w kaplicy w Laskach z okazji jubileuszu 80-lecia urodzin Matki Elżbiety Czackiej 18 listopada 1956 r., tekst nieautoryzowany. Powrót do treści

18 Tamże. Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

LIST

Na uroczystość beatyfikacji Matki Czackiej

12 września w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie – Wilanowie odbyła się wspaniała uroczystość beatyfikacji dwojga ludzi Lasek: Matki Elżbiety Róży Czackiej i ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego – Prymasa Tysiąclecia. Z tej okazji wszyscy uczestnicy otrzymali małą książeczkę autorstwa Matki Elżbiety Czackiej pod znamiennym tytułem: Do moich dzieci dużych i małych. W tej książeczce znajdziemy odpowiedzi na dziesiątki nurtujących nas pytań. Zainteresowanych odsyłam do Matki Elżbiety.

Z przywołanej wyżej książeczki wynika jeszcze jedna myśl: Dzieło Matki Elżbiety Czackiej jest swoistym Domem dla dzieci dużych i małych. Jak czytamy we wstępie: Wśród ‘dzieci dużych’ były zarówno osoby świeckie jak i siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, wolontariusze, nauczyciele, wychowawcy i wszyscy pracujący w działach gospodarczych i pomocniczych. Były też ‘dzieci małe’, czyli wychowankowie – młodzi i starsi, których na równi z dorosłymi zapraszała do podejmowania i realizowania chrześcijańskiej drogi w konkrecie codziennego życia.

Ten, kto pierwszy ukazał mi drogę życia niewidomego w rozumieniu Matki, błogosławionej Elżbiety Czackiej, był Józef Buczkowski, kierownik założonej wiosną 1946 r. szkoły dla niewidomych w Łodzi. On nie mówił mi, jak należy żyć według błogosławionej Elżbiety Czackiej, tylko sam żył według tych zasad. Utracił wzrok, jako czynny nauczyciel na początku lat trzydziestych i wtedy jego miejscowy proboszcz skierował go do Lasek. Cały okres wojny przeżył w Laskach, a po wojnie przybył do Łodzi, aby twórczo włączyć się w społeczną działalność na rzecz niewidomych. W naszych archiwach laskowskich znajdują się ciekawe wypowiedzi Józefa Buczkowskiego. Oto kilka z nich: Wprawdzie nie jestem (…) wychowankiem Zakładu w Laskach, ale uważam się za duchowego wychowanka, ponieważ tutaj nastąpiło moje odrodzenie duchowe oraz zrozumiałem cel i sens mojego życia (…). Zadaniem moim jest pomóc w dziele miłości bliźniego. Przyrzekłem Bogu, że już nie będę narzekał na moje kalectwo, bo mam wyznaczoną drogę życia i że uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby radość i uśmiech były na twarzach wszystkich niewidomych. Z kolei w liście do Henryka Ruszczyca w 1972 r. napisał: Wszystko, co dobrego zrobiłem dla niewidomych, jest zasługą Lasek, zasługą duchowego Dzieła Matki Czackiej, ponieważ tutaj nauczyłem się czynnej miłości bliźniego i tutaj nauczyłem się wypełniać wolę Ojca, który jest w Niebie.

Nie był to jedyny głos niewidomego mocno zaangażowanego w codzienność lat powojennych. Dobrze nam znany redaktor naczelny czasopisma niewidomych Pochodnia – Józef Szczurek – w ankiecie pod tytułem: Co dały mi Laski? między innymi napisał: Z domu wyniosłem wizję świata, w którym najważniejsze miejsce zajmuje Stwórca wszechrzeczy – Bóg. Mniejszą wagę przywiązywano do form, natomiast świadomość czynienia dobra przenikała codzienne życie w Laskach, poprzez szkolne lekcje religii, niedzielne msze święte i inne nabożeństwa, poprzez przykłady wielu wspaniałych ludzi oraz ich poświęcenie i oddanie innym, i wreszcie poprzez codzienne życie – prawda ta utrwaliła się we mnie na zawsze. Jestem wdzięczny Niebiosom, że nigdy nie było tak, abym popadł w konflikt z tą wszechogarniającą rzeczywistością.

Ogromne wrażenie uczyniła na mnie siostra Maria Stefania Wyrzykowska, która od 1962 r. aż do roku 1971 pełniła funkcję przełożonej generalnej Zgromadzenia. Wywodziła się ze środowiska inteligencji obojętnej na przeżycia duchowe. Była niewątLaskipliwie osobą poszukującą. Wielkim wydarzeniem w jej życiu było spotkanie ks. Władysława Korniłowicza. Była gorliwą uczestniczką zebrań jego Kółka i za jego radą w 1932 r. trafiła do Lasek. O swym nawróceniu napisała po latach: Zalała mnie łaska wiary (…). Ktoś kogo dawniej nie było, wkroczył w moje życie, w moją istotę (…). Trudno wyrazić radość, jaka mnie wtedy zalała: znalazłam Boga, którego szukałam. Matka Maria Wyrzykowska odegrała niezwykle znaczącą rolę w formowaniu Dzieła Lasek. Miałem z nią bardzo bliski kontakt – była mistrzem dialogu. Umiała słuchać i wspólnie szukać prawdy.

Wśród byłych wychowanków ważną rolę spełnił między innymi Modest Sękowski (1920–1973) – niezwykle zasłużony dla Lubelszczyzny, twórca pierwszej spółdzielni Niewidomych w Polsce. Jak pisze Adolf Szyszko: Pobyt w Laskach wywarł na niego ogromny wszechstronny wpływ. Zetknięcie się z założycielką Zakładu Matką Elżbietą Czacką, Ojcem Władysławem Korniłowiczem, Antonim Marylskim, Henrykiem Ruszczycem i innymi wybitnymi intelektualistami i społecznikami dało mu wzorce osobowe do naśladowania. Szczególną rolę w kształtowaniu jego charakteru, moralnej postawy oraz religijnego życia odegrały siostry franciszkanki, których przykład cichej, ofiarnej i bezinteresownej pracy pozostanie mu w pamięci do końca życia.

Z Modestem Sękowskim spotykałem się często. Kiedy w 1972 roku, jako przedstawiciel Lasek, proponowałem mu przejście do pracy w Laskach, krótko odpowiedział: Laski kocham, bo to mój dom, ale nie mogę pozostawić niewidomych z Lubelszczyzny, którzy mi zaufali.

Kolejnym ambasadorem Dzieła Matki, błogosławionej Elżbiety Czackiej, jest Andrzej Adamczyk (1936–1989) – wybitny niewidomy naukowiec z zakresu fizyki jądrowej, dyrektor Ośrodka w Laskach. W latach siedemdziesiątych, jako dorosły mężczyzna napisał: W Laskach poznałem radość wiary w Boga, zdobyLaskiwając fundament samodzielnego życia. Jeśli trzeba było po to stracić wzrok – to nie żałuję tego.

Takich wypowiedzi jak wyżej przytoczone można cytować bez końca. Bo też Laski stanowiły niezwykłą oazę dobra i pokoju. Zachodzi jednak pytanie, czy Laski nadal wnoszą w nasze życie to piękno i dobro. I to już zależy wyłącznie od nas. Czy potrafimy z radosnym uśmiechem witać przypadkowych gości? Czy potrafimy służyć potrzebującym? Czy potrafimy służyć, a nie oczekiwać, by nam służono? Gdy na te pytania odpowiemy, to nie lękajmy się o przyszłość Dzieła błogosławionej Matki Elżbiety. Wtedy nadal nie zabraknie wśród nas ludzi świętych. I o to prośmy naszą błogosławioną Matkę Elżbietę.

Władysław Gołąb
Prezes Honorowy
Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi

Laski, 18 września 2021 r.

Fotografia: Delegacje pielgrzymów przekazują dary na ręce kardynała Kazimierz Nycza – 18.09.2021 r. w Laskach.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski

Światłością przemieniać ciemności

Gdy w niedzielę, 12 września, uczestniczyliśmy w Warszawie w uroczystej beatyfikacji naszych dwojga Błogosławionych, w tym samym czasie, w stolicy Węgier, Papież Franciszek sprawował Eucharystię kończącą 52. Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny, tę «Statio Orbis» – zgromadzenie katolików i przedstawicieli innych wspólnot chrześcijańskich z całego świata, które miało, kolejny raz, pogłębić w całym Kościele świadomość eucharystyczną, ożywić ducha wspólnoty, ducha apostolstwa i służby. Mocnym podsumowaniem obrad i przesłania Kongresu, obradującego pod hasłem Wszystkie moje źródła są w Tobie (Ps 87,7), była homilia wygłoszona przez Papieża Franciszka.

Oto jej fragment:

Jezus nami wstrząsa, nie zadowala się deklaracjami wiary, żąda od nas oczyszczenia naszej religijności w obliczu Jego krzyża, w obliczu Eucharystii. Warto, abyśmy trwali na adoracji przed Eucharystią, aby kontemplować kruchość Boga. Poświęcajmy czas na adorację. Pozwólmy, aby Jezus, Chleb żywy uzdrowił to, co w nas zamknięte i otworzył nas na dzielenie się z innymi, by uzdrowił nas z naszej surowości i naszego zamknięcia się w sobie; uwolnijmy się z paraliżującego zniewolenia obroną naszego wizerunku i dajmy się zainspirować do pójścia za Nim tam, gdzie On chce nas poprowadzić. Do tego pobudza nas Eucharystia: abyśmy czuli się jednym Ciałem, abyśmy łamali siebie dla innych.

Drodzy bracia i siostry, pozwólmy, aby spotkanie z Jezusem w Eucharystii nas przemieniało, jak przemieniało wielkich i odważnych świętych, których czcicie – myślę o św. Stefanie i św. Elżbiecie. [KAI, 12.09.2021]

Na ziemi węgierskiej przypomniał Papież wielkich świętych węgierskich. Ale w chwilę później, po zakończonej Eucharystii, w słowie przed modlitwą Anioł Pański, mówił o naszych nowych Błogosławionych:

Dziś, niedaleko stąd, w Warszawie dokonuje się ogłaszanie Błogosławionymi dwojga świadków Ewangelii: Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Elżbiety Czackiej, założycielki Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Dwie postaci, które z bliska poznały krzyż: Prymas Polski, aresztowany i internowany, zawsze był mężnym pasterzem według Serca Chrystusowego, heroldem wolności i godności człowieka; Siostra Elżbieta, która w młodości straciła wzrok, poświęciła całe swoje życie pomocy niewidomym. Przykład nowych Błogosławionych niech nas pobudza do przemieniania ciemności w światłość mocą miłości.

Chyba jednak – pewnie naiwnie – spodziewałem się czegoś więcej, a tu Papież tylko kilka zdań powiedział, ale jeśli zatrzymać się nad tym zdaniem ostatnim, to w nim, w wielkim skrócie, można odczytać nie tylko jakby syntezę dokonań dwojga Błogosławionych, ale też program, uniwersalny i ponadczasowy, bo ciemności zewnętrzne i wewnętrzne były, i są teraz, można by powiedzieć – brniemy przez ciemności, i trzeba starać się, chociaż trochę, na miarę słabych sił, rozświetlać je, zamieniać w światłość mocą miłości; tej, która z Boga jest, której Chrystus udziela. O tym Kongres Eucharystyczny przypominał. O tym przypominają postaci Błogosławionego Kardynała Stefana i Błogosławionej Matki Elżbiety. Oni rozświetlali ciemności swojego czasu mocą miłości, ofiarnej i odważnej. Czerpali ją z Krzyża, czerpali z Eucharystii.

***

Przykład nowych Błogosławionych niech nas pobudza do przemieniania ciemności w światłość mocą miłości.

Czy to jest program do zapisania sobie w kalendarzu pod hasłem: mocne postanowienie poprawy?

Wrzesień, 2021

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

DZIĘKCZYNIENIE ZA DAR BEATYFIKACJI

O beatyfikacji i dziękczynieniu za dar wyniesienia na ołtarze ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i matki Ełżbiety Róży Czackiej wspominaliśmy już wcześniej. Poniżej drukujemy osobiste refleksje Autorki związane z Dniem Dziękczynienia, jaki odbył sie w Laskach w dniu 18. września br.

(redakcja)

Agnieszka Zamojska

Fotografia: Na zdjęciu autorka artykułu

Dzień Dziękczynienia sercem spisan

Dzień 18 września 2021 roku, to dla całego Dzieła Lasek piękne i uroczyste święto dziękczynienia za dar beatyfikacji Matki Elżbiety Czackiej. Jestem osobą słabowidzącą, związaną bardzo z Siostrami Franciszkankami Służebnicami Krzyża oraz z Krajowym Duszpasterstwem Niewidomych. Z wielką radością i otwartością serca uczestniczyłam tego dnia w kolejnych punktach przygotowanego programu. Wszystkie wydarzenia i treści są dostępne w formie video na stronie facebooka naszych Sióstr, więc w każdej chwili można do nich sięgnąć.

W szczególny sposób ubogaciła mnie konferencja ks. Andrzeja Gałki zatytułowana Dwie drogi świętości, przedstawiająca sylwetki dwojga nowych błogosławionych – Matki Elżbiety Czackiej i Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz ich wspólną duchową drogę. Ksiądz Andrzej pięknie dopełnił swoje rozważania, dzieląc się osobistymi myślami i przeżyciami. Uroczystej Eucharystii przewodniczył i homilię wygłosił kardynał Kazimierz Nycz.

Był to dla mnie szczególnie ważny czas doświadczenia bliskości Boga i Matki Elżbiety Czackiej, ale też jedności z bliskimi mi osobami z siostrzanego i duszpasterskiego grona oraz z moją mamą. Po przyjęciu Pana Jezusa w Komunii św. miałam wielkie pragnienie powierzenia Panu Bogu i wstawiennictwu Matki Elżbiety wszystkich, których noszę w sercu.

Tę bliskość Matki odczułam po raz pierwszy w tak wyjątkowy sposób podczas uroczystości beatyfikacyjnej, w której miałam szczęście również uczestniczyć. Od tamtej chwili z większą śmiałością, ufnością i otwartością serca na łaskę Bożą powierzam naszej, już Błogosławionej, Matce Elżbiecie sprawy swoje i innych. Oddaję Jej szczególnie zaprzyjaźnione ze mną osoby niewidome, które zmagają się z różnymi trudnymi sytuacjami życiowymi. Powierzam Panu Jezusowi, przez wstawiennictwo Błogosławionej Matki Elżbiety siebie zwłaszcza, gdy doświadczam silnych dolegliwości bólowych oczu. Wiem, że tak jak Ona z radością i odwagą podążała przez życie z Krzyżem Chrystusa i łączyła swoje cierpienia z Jego cierpieniami, tak i ja mogę doświadczać tej łaski w celu zadośćuczynienia. W ostatnich miesiącach bliżej poznałam postać Matki. Zobaczyłam, jak wiele mnie uczy, utwierdza w przekonaniu, co do słuszności moich postaw, wyborów i decyzji. Dzięki mojej bliskiej więzi z Panem Jezusem, a teraz coraz większej z Matką Elżbietą, staram się czerpać z niepojętej Miłości Chrystusa, by tak jak Ona nieść pokój i radość innym.

Pragnę przybliżyć kolejny ważny dla mnie moment uroczystości. Dzięki wielu staraniom i zaangażowaniu Siostry Eligii oraz muzyków, po zakończeniu uroczystej Mszy św., wyśpiewana została stworzona przeze mnie pieśń Niewidoma Matka Niewidomych. Z wielką radością w sercu i wzruszeniem śpiewałam pieśń wraz z całym chórem i zespołem instrumentalnym, w bliskości z s. Darią i s. Damianą.

Pieśń Niewidoma Matka Niewidomych zrodziła się we mnie kilka miesięcy temu dzięki inspiracji i modlitwie siostry Darii, tak bliskiej mojemu sercu. Jestem autorką tekstu i muzyki, które dzięki łasce Bożej powstały w jeden dzień. Opracowania pieśni na chór i zespół instrumentalny dokonał pan Hubert Kowalski. Z radością i wdzięcznością podarowałam tę pieśń naszym drogim Siostrom Franciszkankom Służebnicom Krzyża oraz osobom niewidomym i słabowidzącym, również sobie – wszystkim, którzy uczą się drogi do świętości i szczęścia wiodącej przez Krzyż Chrystusa, jakiej uczyła nas Matka Elżbieta, dziś już Błogosławiona. Poniżej zamieszczam tekst pieśni oraz link z jej nagraniem podczas koncertu w ramach warsztatów liturgiczno-muzycznych w Laskach, gdzie miało miejsce pierwsze wykonanie.

NIEWIDOMA MATKA NIEWIDOMYCH

1. Błogosławiona Matko Elżbieto, wierna Służebnico Krzyża Pana,
W swojej prostocie, mężnej miłości stałaś się dla Dzieła powołana.

Ref. Przez Krzyż do Nieba – taką drogę wskazałaś życiem swym.

W mroku świata i trudzie życia Pan prowadził Cię w Miłosierdziu swym.
Przyjęłaś ufnie wolę Boga, by z Nim w bliskości żyć.
W zjednoczeniu z Krzyżem Chrystusa ukazałaś nam jak szczęśliwym być.

2. Świat Cię ogłosił wraz z Twymi dziećmi Niewidomą Matką Niewidomych.
Niosłaś im wiarę w moc i sens Krzyża, budząc radość i nadziei płomyk.

Ref. Przez Krzyż do Nieba…

3. Stałaś się ziarnem, które wydało Boży plon nowego Zgromadzenia,
Ono wciąż wzrasta na Bożą chwałę, służąc niewidomym w duchu Dzieła.

Ref. Przez Krzyż do Nieba…

4. Pięknem swym Dzieło Triuno jednoczy Siostry, świeckich oraz niewidomych,
Tych, co w ciemności ciała i duszy, Bożej Opatrzności zawierzonych.

Ref. Przez Krzyż do Nieba…

5. Wdzięczni za Twoją świętą ofiarę w Dziele tym, co z Boga i dla Boga,
Chcemy upraszać przed Tronem Pana Twego wstawiennictwa, Matko droga.

Ref. Przez Krzyż do Nieba…

https://fb.watch/81RTfPJZAv/

Podczas całego dnia dziękczynienia towarzyszyła mi swoją obecnością i troską siostra Daria. To dzięki niej miałam możliwość uczcić z bliska relikwie Błogosławionej Matki Elżbiety Czackiej i Błogosławionego Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Mogłam też ich dotknąć, by zapoznać się z ich wymową i przesłaniem. Relikwiarz Matki Elżbiety został wykonany w drewnie lipowym i przedstawia wyrzeźbione dłonie Matki, które opuszkami palców czytają napisany pismem Braille'a fragment Psalmu 126, którym modliła się przed swoją śmiercią; Ci, którzy we łzach sieją, żąć będą w radości.

Idą i płaczą, niosąc ziarno na zasiew,
lecz powrócą z radością, niosąc swoje snopy.

Rzeźba dłoni powstała na podstawie odlewu wykonanego za życia Matki. Relikwią Matki Elżbiety jest umieszczony w kapsule fragment kości.

Fotografia: Relikwiarz Matki Fot. A. Zamojska

Siostra Daria zabrała mnie także do dawnego pokoiku Matki, w którym obecnie znajduje się sarkofag z doczesnymi szczątkami Błogosławionej, by prosić o potrzebne łaski w miejscu Jej świętego życia i umierania w Panu.

Niech będą dzięki dobremu Bogu, kochanym Siostrom i wszystkim Organizatorom tego radosnego święta dziękczynienia, które umocniło moje serce wiarą, nadzieją i miłością.

Fotografia: Koncert Uwielbienia, schola, muzycy i prowadzący Poldek Twardowski – 18.09.2021 r. w Laskach

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z NAUCZANIA PRYMASA TYSIĄCLECIA

Kardynał Stefan Wyszyński

ABC Społecznej Krucjaty Miłości

  1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje.
    Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata
    (siostrę).
  2. Myśl dobrze o wszystkich – nie myśl źle o nikim.
    Staraj się nawet w najgorszym znaleźć coś dobrego.
  3. Mów zawsze życzliwie o drugich – nie mów źle o bliźnich.
    Napraw krzywdę wyrządzoną słowem.
    Nie czyń rozdźwięku między ludźmi.
  4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości.
    Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj. Nie rób przykrości.
    Nie wyciskaj łez. Uspokajaj i okazuj dobroć.
  5. Przebaczaj wszystko wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy.
    Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.
  6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego.
    Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie tak czyniono.
    Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien,
    ale co Ty jesteś winien innym.
  7. Czynnie współczuj w cierpieniu.
    Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.
  8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni,
    jak Ty korzystasz z pracy drugich.
  9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim.
    Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego.
    Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.
  10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.

Program ogłoszony w liście pasterskim na Wielki Post w 1967 roku.

Fotografia: Kardynał Stefan Wyszyński

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

SESJA SIERPNIOWA W LASKACH

30.08. i 31.08. odbyła sie w Laskach tzw. Sesja Sierpniowa inaugurująca nowy rok szkolny 2021/22. Jedną z prelegentek była s. Alberta Chorążyczewska FSK, która podzieliła się problemem oddziaływania osobowości Matki Czackiej na personel w Laskach. Tekst wygłoszonej prelekcji drukujemy poniżej

(redakcja)

s. Alberta Chorążyczewska FSK

Wpływ osobowości Matki Elżbiety na jej współpracowników. Kluczowa rola Matki w ich formacji ludzkiej i religijnej

Spróbujemy dzisiaj przyjrzeć się, zaglądając we wspomnienia świadków, jak w kadry filmowe, czym ujmowała, w swoim tu i teraz, i jak to się działo, że wyzwalała ku dobru tak wielu, tak bardzo wielu, tak bardzo wielu różnych ludzi przyszła błogosławiona – Matka Elżbieta Róża Czacka

Na początek drobny obraz.

To było tu, tylko nieco wcześniej. Koniec lat dwudziestych XX wieku. Hrabia Józef Tyszkiewicz, nasz dobroczyńca i przyjaciel, przywiózł do Lasek do Matki Czackiej jednego Francuza. Francuz, przyjeżdżając do Lasek, nie był w zbyt dobrym humorze – auto się popsuło, musiał kawałek drogi brnąć po piachu. Był to człowiek niewierzący. Wchodząc do kaplicy, przez którą musiał przejść, aby dojść do pokoju Matki, ani się nie przeżegnał, ani nie ukląkł – wspominał Tyszkiewicz. Z Matką rozmawiał nie za długo o maszynie drukarskiej dla Zakładu, o którą miał się postarać. Matka nie poruszyła z nim żadnych kwestii religijnych [tylko gruntownie omówiła sprawy techniczne maszyny]. Pożegnawszy się, Francuz w drodze powrotnej był milczący i zamyślony. W pewnej chwili zwrócił się do hrabiego Tyszkiewicza z zapytaniem, czy nie ma jakiejś fotografii Matki, bo bardzo pragnąłby ją mieć. I dodał: "U was, katolików, kanonizuje się świętych, otóż jeśli kto, to ta Matka będzie chyba kanonizowana". Tyszkiewicz był nieco zdziwiony, bo słyszał przecież, że rozmowa z Matką była tylko na temat rzeczy natury technicznej.

A oto Ci inni dotknięci i pociągnięci jej niepowtarzalnością;

Wybitna Siostra Teresa – Zofia Landy napisała: Słyszałam po raz pierwszy o Matce Czackiej od […] konwertytki z judaizmu, którą poznałam we Francji […] gdy studiowałam w Paryżu, w Sorbonie filozofię. Wtedy ona była już ochrzczona, a ja daleka jeszcze byłam od katolicyzmu i w ogóle od wiary. Gdy na pewien czas ona wróciła do kraju (był to rok 1918) spotkałyśmy się już w jednej wierze[…] Powiedziała mi wtedy: «Wiesz, poznałam Matkę Czacką, niewidomą. Ona jest święta». Choć bardzo żywo wówczas już reagowałam na sprawy Boże, wydało mi się to odkreślenie [ Ona jest święta] bardzo dziwnym[…].

Wkrótce Zosia Sokołowska – rzeźbiarka, późniejsza siostra Katarzyna – opowiedziała bardzo szczerze młodej nawróconej Zosi Landy jakie wrażenie dobroci, mądrości i świętości wywarła na niej właśnie Matka Czacka i obiecała Zofii Landy również, że wprowadzi ją do Matki. W tym czasie Matka przeszła ciężką operację [nowotworową] i sprawa odwiedzin się odwlekała. Siostra Teresa pisze: Jednak moje pragnienie poznania Matki wzrosło jeszcze bardziej. W końcu doszło do spotkania, s. Teresa wspominała: Kiedy weszłam, a Zosia Sokołowska powiedziała Matce: Przyprowadziłam Zosię Landy, Matka podniosła się trochę na kanapce i powiedziała: Bardzo się cieszę, że Panią poznałam, bo wiem, że Pani kocha Pana Jezusa. Dla Zofii w tym momencie Jezus był rzeczywiście najważniejszy, tak mają konwertyci, u Zosi nie filozofia po Sorbonie, nie osiągnięcia, nie sukcesy, nie kariera – a Jezus. Matka dotknęła czegoś najistotniejszego. Zofia pisze: Te proste słowa Matki obudziły w mojej duszy dwa uczucia: podziwu dla wspaniałej prostoty Matki, której przywitanie z osobą po raz pierwszy poznaną, pomijało wszystko, co zdawkowe, konwencjonalne i trafiało od razu w to, co istotne, co najważniejsze […]. Zofia dodała: Była w tym powitaniu również pełna słodyczy uprzejmość i serdeczna życzliwość. Gdy wychodziłam od Matki, już wiedziałam, że jest i moją Matką i że jest naprawdę święta. Odtąd należałam do rodziny. Dodajmy, że jako świecka współpracownica była pierwszą kierowniczką szkół w Laskach, a potem wybitną pokorną i mądrą siostrą. Wielkim oparciem Matki Elżbiety.

Młody Stefan Ulatowski (dodajmy, że przyszły kapłan),wspomina, że gdy jako niespełna dwudziestoletni chłopak przychodził do Matki Czackiej w czymś pomagać, była ona tak ujmująca, że nie czuł wobec niej, starszej zakonnicy, żadnego skrępowania. Wspominał: Była bowiem zawsze naturalna, pogodna, często uśmiechnięta, blisko życia i człowieka, lubiła żartować. Wyczuwało się w jej głębi wiele radości, która się udzielała otoczeniu. Wszystkim się interesowała, co dotyczyło człowieka, znała warunki życia i rozumiała trudności każdego. Nigdy się nie gorszyła, ale zawsze umiała doradzić, pomóc w potrzebie […]. I co ważne: doskonale rozumiała młodzież, która do niej lgnęła i zwierzała jej się ze swoich smutków i radości. Wspominał też barwną w swej prostocie laskowską codzienność, napisał: Pewnego razu towarzyszyłem Matce przy spożywaniu wieczerzy. Przyniesiono miskę pełną ziemniaków polanych śmietaną. Pewno się dziwisz, Stefanku, że zakonnica taką czubatą michę ma skonsumować. Jak nie ma rzeczy treściwych – śmiejąc się powiedziała Matka – trzeba ilością nadrabiać. Z apetytem zaczęła jeść, a ja akompaniowałem z nie mniejszym zapałem [i apetytem], gdyż uprzednio, przez kilka godzin porządkowaliśmy jakieś skrypty i byliśmy oboje umęczeni.

Irena Kaliska – oddany Dziełu Matki prawnik, wspominając młodzieńcze swoje lata współpracy z Matką, mówiła: Stała się nam Matką tak, że jej mówiło się to wszystko, czego się nie mówiło nikomu, przy czym o dolegliwościach naszych bez mówienia sama jakoś wiedziała.[…] Matka miała przedziwny dar widzenia ludzi w ich prawdziwej strukturze, to jest tak, jak ich Bóg zamyślił. I dodała: Przygarniała wszelkiego rodzaju cierpienia fizyczne i moralne, zawinione i niezawinione, legalne i nielegalne; przybywali do Matki ludzie skurczeni pod ścianą, nie wiedząc, gdzie się podziać, ludzie zesztywniali po przebytych ciosach, a po pewnym czasie podnosili głowę, życie wracało i zagrało w nich na nowo, choć już na inną nutę mówiła Kaliska, i dalej: A dzięki temu, że postawa Matki była pełna afirmacji rzeczywistości na każdą chwilę i radowaniem się w Panu, nuta owa była pogodna, a nawet pełna radości i śmiechu. I dodała: Gdy rozpoczynaliśmy samodzielne życie, Matka tak nas uczyła – Jeżeli Bóg nie zbuduje domu, próżno się trudzą, którzy go budują oraz: Cokolwiek czynicie, tak czyńcie, aby we wszystkim był Bóg uwielbiony […] – a przede wszystkim, jakby w widzeniu dalszych [naszych] losów, uczyła nas cierpliwości, tego największego swego bohaterstwa.

Antoni Marylski najbliższy współpracownik Matki podkreślał, że takim hasłem życiowym Matki, które często powtarzała, było: Tradycja i postęp. Co to znaczy? Znaczy że: Matka Elżbieta była bardzo otwarta na wszystko, co było nowe, ale rozumiała dobrze, że w tradycji kryje się mądrość wieków, że się nic nowego nie stworzy, co nie jest w jakiś sposób zaangażowane [zanurzone] w przeszłość, w tradycję. Wobec tego wszystko to, co robiła, miało cechy spokoju, jakiejś dojrzałości mówił Marylski i dodawał: Nie było to, jak się dzisiaj mówi planowanie sufitowe, tylko wszystko było bardzo mądre, bo zakorzenione w mądrość ludzką w tradycji zawartą. […] sama Matka nie znała różnic ras, stanów, wiary, wyznania – widziała zawsze tylko człowieka.

Alicja Gościmska, również bardzo bliska współpracownica Matki, uzupełnia: Zdaniem Matki każdy człowiek musi się uczyć przez całe życie, bo świat idzie naprzód, coraz to nowe pomysły, wynalazki, ulepszenia rodzą się w jakimś kraju, coś nowego się pisze… Własne wiadomości trzeba ciągle udoskonalać, trzeba sprowadzać literaturę z innych krajów, czytać i wybierać z tych nowych rzeczy to, co dobre, co tutaj w Polsce i w Laskach można wprowadzić.Marylski, znający na co dzień współpracę z Matką, mówił: Nie lubiła pośpiechu i broniła się przed naporem ludzi, którzy chcieli wyrywać jej decyzję – nie improwizowała, nie wymyślała w niedojrzały sposób gotowych projektów i rozwiązań. Mówiła: Duch Święty daje jakąś dojrzałość, harmonię, jednocześnie wielką świeżość i młodość. I zapisała: Dziś zrozumiałam, że na to, by jakiś wyraz Boży, czy jakąś prawdę, czy jakąś modlitwę zrozumieć, trzeba, aby coś w duszy dojrzało, skojarzyło.

Kardynał Wyszyński w ujmujący sposób wyznaje:

Mój Boże, byłem przez tyle lat spowiednikiem Matki w czasie wojny. Takiej jakiejś wewnętrznej pogody i wewnętrznej swobody, wewnętrznej wolności, to się nie widzi.

Dzisiaj w kontekście beatyfikacji ich obojga widzimy, jak ważne i konstruujące były te Boże relacje. Kardynał z prostotą mówi o tym, nazwijmy Bożym wpływie Matki; Przytoczmy te słowa: I właściwie w kontakcie z Matką człowiek się uspokajał, nawet gdy się Matkę spowiadało, to się człowiek uspokajał, nawet w tym, co mówiła, był jakiś ład i taka jakaś umiejętność uspokajania, że człowiek wychodził z tej czynności świętej jakoś dziwnie wewnętrznie odmieniony, jak gdyby pokój Boży przeszedł przed nim. I dalej Prymas mówił: To jest ogromna zaleta, ogromna jakaś właściwość. to nie było u Matki na ścianie, tylko było w jej życiu. To była autentyczna wartość, która w niej istniała.

Edwin Kowalik wybitny pianista polski podkreślał: [Matka] Nie robiła niczego na pokaz dla przypodobania się komuś. […] jako charyzmat można uważać jej dar rozmów i spotkań z ludźmi, kształtowanie ich umysłów i serc. W udzielaniu rad i napomnień była człowiekiem bardzo praktycznym i łagodnym, starająca się zrozumieć problem i człowieka, który był za tym problemem.

Halina Doria-Dernałowicz współpracownica Matki potem Współzałożycielka Świeckiego Instytutu Przemienienia Pańskiego, napisała: Rady Matki były niezawodne, uderzały zawsze w sedno sprawy, były głosem sumienia. […] – uzupełnia dalej myśl – Nie uznawała kompromisów – rady jej bywały nieraz surowe.[…]Gdy było bardzo ciężko, Matka wyczuwała to bez słów, jakąś cudowną intuicją serca.

Rzeczywiście. Matka od wszystkich w Laskach wymagała tych cnót, bez których w ogóle jest nie do pomyślenia uczciwe ludzkie życie, życie chrześcijańskie. I w tych wymaganiach Matka była nieugięta. Siostra Joanna Lossow mówiła: Wyrozumiała dla słabości ludzkich umiała być nieubłagalną wobec nieprawdy, nieprzyznania się do winy, obmów, plotek, intryg, oszczerstw. Wielką uwagę zwracała w wychowaniu na szlachetność charakteru, na rozwijanie cech naturalnych porządnego człowieka. Te rzeczy u Matki były na pierwszym miejscu, jako podstawa. Jeżeli się pytałyśmy o sprawy dzieci, Matka polecała nam bardzo zwracać uwagę na to, żeby w jakichś grach nie było oszustwa, żeby się dziecko nauczyło rzetelności.

Siostra Maria Janina Borkowska potwierdziła, że: Kłamstwa i wszelkiego rodzaju zatajenia prawdy Matka nie znosiła. Kochała prostotę i szczerość. Gdy spotkała się z kłamstwem, oburzało ją to, reagowała mocno.

Matka sama mówiła: Dla mnie daleko jest rzeczą ważniejszą, aby tak wyćwiczyć charakter, żeby nie było w nim brzydkich cech, podłości, nieuczciwości.

Antoni Marylski zwrócił także uwagę na tajemnicę autorytetu Matki: Nie miała żadnej żądzy władzy – to uczucie było Matce zupełnie nieznane.

Siostra Katarzyna Steinberg – wybitna laskowska lekarka nazywała to brakiem ducha dominacji u Matki; Nie narzucała się nigdy” – mówił Marylski – Delikatna, umiała słuchać. Nikt nie umiał słuchać tak uważnie, jak Matka. Czasami samo słuchanie Matki, nawet nie to, co powiedziała, już wystarczyło, by kogoś uspokoić. […] rozumiejąca najmniejsze jakieś odruchy ludzkiej duszy, nieśmiałości czy też ukrytych smutków[…]. Siostra Katarzyna Steinberg dodała: Choć autorytet Matki jako człowieka, Matki i Przełożonej był tak wielki, to nikt nigdy nie odczuwał w Matce narzucania swojej woli. Będąc tak wyjątkową i silną osobowością, na nikogo nie wywierała nacisku najmniejszego – nawet jak bibułka nie ciążyła. I znowu Antoni Marylski: Dobre wychowanie, którego dawała przykład, nie było formą, ale przejawem jej miłości i szacunku dla każdego człowieka. Miała taki szacunek dla dziecka, jak dla każdego dorosłego człowieka.

Siostra Maria Janina Borkowska też przyznawała: W kontaktach z ludźmi Matka odznaczała się dużą delikatnością i szacunkiem względem każdego człowieka. – i jeszcze na jedną wartość zwracała uwagę – Matka Elżbieta miała bardzo wielu przyjaciół, tak wśród duchownych, jak i świeckich. Te przyjaźnie, które Matka nawiązała w życiu, trwały aż do jej śmierci.

Zaprzyjaźniony z Dziełem w czasie wojny ks. Paszkiewicz uzupełnia: Jej listy pisane nawet do osób, z którymi ona miała dość rzadki i nieraz przejściowy kontak, są najlepszym wyrazem jej niezwykłej kultury wewnętrznej, miłości i troski nie zdawkowej ale szczerej, subtelnej, matczynej.

Antoni Marylski zwrócił też uwagę na istotną barwę osobowości Matki: Matka cieszyła się wszystkim tym, co piękne, co mądre, co dobre. Często w czasie posiłków czytaliśmy Matce – ksiądz Korniłowicz i ja. Matka tak się cieszyła, tak była zachłanna na wszystko, co mogła poznać. Wybierała najlepsze, najtrudniejsze książki. I właściwie wtenczas tylko się dobrze czuła, gdy się karmiła tymi najbardziej wartościowym myślami.

Na zakończenie wpisujące się w poprzedni akcent słowa (z 1954 roku) wybitnego Edwina Kowalika, przypomnę, wychowanka Lasek, laureata konkursu Chopinowskiego: [Matka] Siedziała pośrodku słuchając mojej gry, słuchając Chopina. Nie grałem długo, bo była już słaba, bardzo chora, ale starałem się grać z uczuciem, jak najpiękniej. Nie wiem, czy tak właśnie grałem, jak chciała moja dusza, tylko że wzruszyłem tą moją grą Matkę. Podszedłem do Niej blisko do fotela. Mówiła do mnie głosem słabiutkim: «Jakże ci jestem wdzięczna, moje dziecko, wspomniałeś mi moje młode lata. Ja też kiedyś grałam właśnie tego samego mazurka. Jak bardzo bym chciała, żeby niewidomi wszyscy rozumieli i kochali muzykę. Ona wypełniłaby im życie pięknem». Tak – mówił dalej Edwin Kowalik – Ja także bardzo zgadzałem się wtedy z Matką, zawsze żywiłem głębokie przekonanie, że muzyka, obok innych sztuk, reprezentuje na ziemi największe piękno, że wczuwanie się i kochanie tego piękna wzbogaca naszą wewnętrzną treść, nasze życie wewnętrzne, da nam zbliżyć się do największego, absolutnego Piękna.

Nawiązując do tytułowych słów ks. Prymasa Wyszyńskiego, można by powiedzieć na zakończenie: I właściwie w kontakcie z Matką – tak bardzo zanurzoną w tym największym i absolutnym Pięknie – człowiek się uspokajał, przy Matce odnajdywał swoje najpiękniejsze możliwości, pragnął siebie dać innym, bo doświadczył przez nią, mocy ze Źródła.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z ARCHIWALIÓW

Od czasu do czasu publikujemy na łamach naszego czasopisma materiały archiwalne, które oprócz wartości historycznej mają inspirować także dzisiaj. Z pewnością taką wartość ma reportaż ks. Woutera Lutkie, który zetknął sie z Matką Czacką już na początku rodzącego się Dzieła Lasek. Autorem wprowadzenia do tego materiału jest prof. dr hab. Marcin Polkowski, który jest jednocześnie tłumaczem publikowanego tekstu.

(redakcja)

Marcin Polkowski*

O Matce i jej dziele w reportażu ks. Woutera Lutkie do prasy niderlandzkiej z 1923 r. (Wprowadzenie)

Cennym zasobem materiałów źródłowych dla badaczy zajmujących się historią i kulturą Niderlandów jest Delpher, udostępniona przez Bibliotekę Narodową Królestwa Niderlandów baza zdigitalizowanych czasopism i gazet codziennych (www.delpher.nl). Delpher jest również bogatym źródłem informacji o kontaktach polsko-niderlandzkich na przestrzeni ostatnich 150 lat. Niekiedy odnaleźć tu można prawdziwe skarby ukazujące znane wydarzenia historyczne, z nieco innej perspektywy, oczyma osób współczesnych i bezpośrednich świadków. W przypadku relacji polsko-niderlandzkich, oczyma Holendrów przybywających do naszego kraju.

Taką perełką jest niewątpliwie reportaż ks. Woutera Lutkie (1887–1968), niderlandzkiego kapłana przebywającego w Polsce na początku lat dwudziestych XX wieku, w którym opisuje on odwiedziny w Zakładzie dla Niewidomych przy ul. Polnej 40 w Warszawie i w Laskach, a także spotkanie z Matką Elżbietą Różą Czacką, ks. Władysławem Korniłowiczem, Antonim Marylskim i osobami niewidomymi. Warto przytoczyć to nieznane w Polsce świadectwo historyczne w okresie, w którym przeżywamy beatyfikację sługi Bożej Matki Elżbiety Róży Czackiej i gdy, co za tym idzie, w szczególny sposób chcemy poznać jej duchowość.

Reportaż, o którym mowa, został opublikowany w dwóch odcinkach w renomowanej niderlandzkiej katolickiej gazecie codziennej De Tijd (pol. Czas) w dniach 27 i 28 września 1923 roku1.W tekście tym, napisanym nieco archaicznym, bogatym w stylistyczne ozdobniki językiem niderlandzkim (co czyni go niełatwym dla tłumacza), staje przed czytelnikiem s. Elżbieta we franciszkańskim habicie, nie wypuszczająca z rąk podczas rozmowy krzyżyka (co skrzętnie zauważył jej rozmówca, ks. Lutkie), pełna autentycznej skromności i prostoty, odwołująca się do miłosierdzia Bożego, a jak najdalsza od zwracania uwagi na własną osobę lub na swoje, niemałe zresztą, cierpienie. Czytelnik dowiaduje się też o jej współpracownikach w dziele pomocy niewidomym, takich jak Eleonora Reicher, ks. Władysław Korniłowicz, Rafał Marceli Blüth, a zwłaszcza Antoni Marylski.

W postaci Antoniego Marylskiego, brata Piotra, podobnie jak w Matce Elżbiecie Róży Czackiej, niderlandzki duchowny dostrzegł osobę obdarzoną głęboką duchowością, promieniejącą ciepłem i serdecznością. Uwagę ks. Lutkie przykuła skromność ludzi Lasek, ich dyskrecja w czynieniu dobra i niechęć do uprawiania tego, co dzisiaj nazwalibyśmy autoreklamą.

Wśród charakterystycznych cech Matki Elżbiety Róży Czackiej niderlandzki duchowny wskazał na jej samodzielność i odwagę do pójścia drogą powołania, nawet pomimo niezbyt przychylnego stanowiska rodziny. Ks. Lutkie także nie omieszkał wspomnieć o szczególnym, autonomicznym od innych kongregacji, statusie założonego przez nią zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz o szczególnym wsparciu i życzliwości ze strony nuncjusza apostolskiego w Polsce Achille Rattiego, późniejszego papieża Piusa XI. Reportaż ks. Lutkie świadczy ponadto o wielkiej determinacji Matki Elżbiety Róży Czackiej, aby niewidome dzieci i młodzież w Polsce były wychowywane tak, aby zaspokoić nie tylko ich fizyczne i materialne potrzeby, ale również duchowe i religijne. Innym charakterystycznym rysem osoby Matki Czackiej jest jej duchowość oparta na bezwarunkowym zawierzeniu siebie Panu Jezusowi. W chorobie, której świadkiem był ks. Lutkie, złożyła życie w Bożych rękach, ufając, że On zajmie się każdą trudną sprawą. Jednocześnie czytelnik staje się świadkiem niepokoju osób bliskich o jej zdrowie. Dowiaduje się, że widziano w niej zdolnego, wręcz niezastąpionego organizatora, od którego obecności i troski zależało dalsze powodzenie dzieła pomocy osobom niewidomym.

Ks. Wouter Lutkie, o którym więcej opowiem poniżej, stał się mimowolnym świadkiem działalności Matki Czackiej. Przybywając do Polski w 1923 roku, jak sam pisze, nie zamierzał interesować się sprawą osób niewidomych. Trafił do Warszawy oraz Lasek i spotkał się z Matką Czacką, jak sam zaznaczył, za sprawą Opatrzności Bożej. Jego zapewne dotychczas w Polsce nieznane świadectwo ma jednak wartość dokumentu, ponieważ ukazuje osobę Matki Czackiej oraz jej współpracowników z perspektywy kogoś, kogo wolno uznać za bezstronnego obserwatora. Tym bardziej cenne jest, że w tekście łatwo wyczuć autentyczny podziw Holendra wobec działań s. Elżbiety i jej pomocników. Ks. Lutkie rozumiał trudności, z którymi się zmagali, doceniał ich bezinteresowne poświęcenie w służbie niewidomym. Dobitnie brzmią słowa, w których ks. Lutkie opowiedział o treści listu, w którym Antoni Marylski dziękował pewnemu ofiarodawcy (może był nim właśnie holenderski ksiądz?) za skromny dar pieniężny. W domu nie było już pieniędzy, a za podarowaną kwotę można było natychmiast zakupić chleb. Ks. Lutkie ze zrozumieniem i z niekłamanym podziwem opisuje życie w ubóstwie Matki i Antoniego Marylskiego, dowiedziawszy się, że decyzja o wyborze takiego a nie innego stylu życia była całkowicie dobrowolna i wiązała się z radykalnym wyrzeczeniem wygodnej, pod względem materialnym nie pozostawiającej nic do życzenia, egzystencji: Oto życie w zawierzeniu Bogu! I do tego z udziałem ludzi, którzy przywykli do największych luksusów i gdyby tylko chcieli, mogliby żyć tak dalej! W słowach ks. Lutkiego nie ma zatem nic z przesady, brzmią one głęboko i autentycznie, gdy nazywa Matkę Czacką, jej pomocników i niewidomych prawdziwymi arystokratami, prawdziwymi bohaterami tego narodu. Można dodać, że doświadczenie spotkania w Warszawie i Laskach nie pozostawiło ks. Lutkiego obojętnym, ale zachęciło go do włączenia się w pomoc polskim niewidomym poprzez zorganizowanie zbiórki darów pieniężnych wśród wiernych w Niderlandach.

Chociaż reportaż ks. Lutkiego nie wnosi nowych faktów do tego, co wiemy o Matce Elżbiecie Róży Czackiej i o pierwszych latach działalności Zakładu dla Niewidomych, to jednak ukazuje niejako z pierwszej ręki jej duchowość, sposób myślenia i styl postępowania. Ks. Lutkie przytacza, zapewne niemalże dosłownie, wypowiedzi Matki, które osobiście miał okazję usłyszeć podczas przeprowadzonej z nią (niewątpliwie w j. francuskim) rozmowy. Słowa te, mimo sprzeciwu Matki Czackiej, o czym też wspomina, zanotował. Równie wiernie oddał niektóre charakterystyczne jej gesty czy reakcje, które znajdują potwierdzenie w innych źródłach.

Ks. Wouter Lutkie był postacią obdarzoną wyrazistą osobowością, ale również pod niektórymi względami kontrowersyjną.

Wouterus Leonardus Lutkie przyszedł na świat w 1887 roku w 's-Hertogenbosch. W młodości pomagał w przedsiębiorstwie swojego ojca. Jednocześnie intensywnie się dokształcał (nauczył się nawet esperanto), był propagatorem wstrzemięźliwości od alkoholu, organizował kursy podobne do polskich uniwersytetów ludowych i pisał artykuły apologetyczne, prowadził też intensywną działalność społeczną. Do seminarium wstąpił jak na owe czasy dosyć późno, w 1912 roku, a w 1919 roku, już po zakończeniu I Wojny Światowej, został wyświęcony na kapłana. Jako wikary w wiejskiej parafii w brabanckiej miejscowości Gemonde nie zaprzestał prowadzenia intensywnej działalności społecznej i politycznej, a w 1922 roku, nie otrzymawszy przeniesienia na inne stanowisko, które umożliwiłoby mu poświęcenie się pracy publicystycznej, poprosił biskupa o zwolnienie z funkcji wikarego. Odtąd zamieszkał jako ksiądz-publicysta w miejscowości Nuland, gdzie pełnił obowiązki rektora miejscowego klasztoru żeńskiego zgromadzenia Córek Maryi i Józefa. W miejscowości tej zmarł w 1968 roku.

Po I Wojnie Światowej w Europie odczuwalny był kryzys odziedziczonego po XIX stuleciu liberalizmu, który wydawał się nie być w stanie udzielić przekonującej odpowiedzi na wyzwania społeczne (pauperyzacja, bezrobocie, demoralizacja), ani też skutecznie konkurować z rosnącym w siłę komunizmem. Niektórzy zachodnioeuropejscy intelektualiści upatrywali antidotum na problemy społeczne i kulturowe w systemie politycznym stworzonym we Włoszech przez Benito Mussoliniego. Do kręgu niderlandzkich sympatyków włoskiego faszyzmu, a także Akcji Francuskiej Charlesa Maurrasa, należał ks. Wouter Lutkie. Był stałym felietonistą czasopism, w których propagował idee odnowy państwa i społeczeństwa w duchu korporacjonizmu; skłaniając się ku autorytaryzmowi krytykował system demokracji parlamentarnej. Podziwiał Mussoliniego i kilkakrotnie się z nim spotkał. Działalność publicystyczna ks. Lutkie w okresie międzywojennym rzuca zatem pewien cień na jego sylwetkę, przynajmniej w ocenie powojennych i współczesnych biografów z Niderlandów. Należy jednak dla równowagi zauważyć, że w latach trzydziestych ks. Lutkie potępił niemiecki nazizm, a w jego przekonaniach nie było miejsca dla rasizmu czy antysemityzmu. Jako publicysta zwalczał kolaboracyjny, nazistowski Ruch Narodowosocjalistyczny Antona Musserta, natomiast po niemieckiej inwazji na Holandię w 1940 r. nie podjął w żaden sposób kolaboracji z hitlerowskim okupantem.

Podróż do Polski odbył ks. Lutkie w 1923 roku za zgodą przełożonych na zaproszenie greckokatolickiego biskupa Andrzeja Szeptyckiego, aby prowadzić pracę duszpasterską na terenie arcybiskupstwa lwowskiego. Nie jest jednak wiadome, że był wyświęcony w obrządku greckokatolickim, rzeczywiste przyczyny jego pobytu są więc dosyć enigmatyczne. Wiadomo, że do Polski trafił z Austrii, gdzie spotkał się z katolickim filozofem i publicystą Richardem von Kralikiem. Przebywał dłuższy czas w Poznaniu, a także, jak można wnioskować z jego korespondencji do gazet niderlandzkich, w Krakowie, Warszawie, Lwowie i innych miejscowościach2

Biografia ks. Lutkiego z pewnością jest niejednoznaczna, a niektóre działania w późniejszym okresie pozostają kontrowersyjne, ale nie oznacza to, że jego świadectwo jest pozbawione wiarygodności. Obecność ks. Lutkiego w Laskach pokazuje ponadto jak zróżnicowany był krąg odwiedzających to miejsce.

Wśród gości Matki Elżbiety Róży Czackiej bywały też osoby o zawikłanych, niejednoznacznych biografiach. Niemal wszystkie te osoby – i to stanowi wspólny mianownik – Matka Czacka przyciągała przykładem swojego życia. Choć publicystyka ks. Lutkiego jest obecnie zapomniana, a w ocenie badaczy nie przedstawia wartości (płytka i pozbawiona oryginalności, pisze niderlandzki biograf L.M.H. Joosten), to z tego schematu wyłamuje się jego tekst o Matce Czackiej, który dla nas ma rangę dokumentu i z tego względu zasługuje na to, aby został przełożony na język polski.

Fotografia: Maria Róża Czacka


* dr hab. prof. KUL-u Powrót do treści

1 Można dodać, że poza korespondencją ks. Lutkiego w bazie danych Delpher zachowany jest jeszcze jeden artykuł prasowy o Matce Czackiej, zatytułowany De blinde non uit Warschau (Niewidoma zakonnica z Warszawy), Overijsselsch dagblad, 17 kwietnia 1926, jest on jednak kompilacją artykułów z angielskiego czasopisma The Beacon i niderlandzkiego periodyku R.k. blindenzorg (Katolicka opieka nad niewidomymi). Powrót do treści

2 Informacje o biografii ks. Lutkie pochodzą z następujących źródeł: L.M.H. Joosten, Wouter Lutkie. Priester en non-conformist ( https://www.brabantserfgoed.nl/personen/l/lutkie-wouter) oraz L. Buning, Lutkie, Wouterus Leonardus (1887–1968), Biografisch Woordenboek van Nederland. (http://resources.huygens.knaw.nl/bwn1880–2000/lemmata/bwn1/lutkie) (data dostępu 26.08.2021). Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Fotografia: ks. Wouter Lutkie
(źródło: Katholiek Dokumentatie Centrum, Radbouduniversiteit)

Wouter Lutkie

Niewidomi w Polsce (I)
De Tijd, czwartek 27 września 1923, s. 7.1

Wielebny ks. Wouter Lutkie pisze do nas z Krakowa:
Nie miałem wcale zamiaru podczas mojej podróży interesować się pracą z niewidomymi, lecz Opatrzność zadecydowała, że zetknąłem się z nimi, ufam więc, że nie będzie to wbrew Jej postanowieniom jeżeli teraz coś na ten temat opowiem.

Otrzymałem rekomendację od ks. prof. Korniłowicza2 z polskiego Uniwersytetu Katolickiego powstałego w 1918 r. w Lublinie. Spotkałem się z nim jednak nie w Lublinie, ale tu w Warszawie oraz w Laskach, wsi znajdującej się nieopodal, gdzie spędzał wakacje wśród niewidomych. W ten sposób zapoznałem się z nimi oraz z ich opiekunami.

Ale byli z nich kiepscy propagandziści! Wszędzie, gdzie spotykamy młode dzieła, nowe organizacje albo ledwo co powstałe ruchy społeczne, ich założyciele, członkowie i sympatycy zazwyczaj niezwykle chętnie, niezależnie czy tego chcemy, czy nie, gorąco pragną nas o wszystkim poinformować. Jakie były początki? Jaki jest cel? Jakie środki mają do dyspozycji? Ilu jest członków? Jaka jest struktura organizacji? Jakie są budynki? Słowem, chcą nam ukazać wszystko, co mają, zwłaszcza od najatrakcyjniejszej strony lub tej, która najlepiej nadaje się do zrealizowania powziętych zamierzeń.

Tu jednak było wręcz odwrotnie.

Poznałem ich podczas prawie że codziennych kontaktów w przeciągu kilku tygodni. Bardzo często z nimi rozmawiałem, a oni opowiadali mi o wielu rzeczach, o których warto mieć pewną wiedzę, a które, jak wiedzieli, były dla mnie interesujące. Ale nie wspomnieli ani słowem o własnych sprawach, jakby wstydzili się zawracać mi głowę czymś, co mogłoby być dla mnie mniej istotne. Co więcej, nie tylko wstydzili się zawracać mi głowę, ale w odpowiedzi na moją prośbę, czy mógłbym obejrzeć zakład dla niewidomych, dowiedziałem się od brata Marylskiego3, że obecnie, podczas wakacji, nie ma tam nic szczególnego do obejrzenia, wobec czego musiałem zadowolić się kilkoma zdjęciami wnętrz warsztatów, które wisiały na ścianach rozmównicy-zakrystii!4

A że delikatność, która cechuje kulturę szlachetną, jest zbyt wysublimowana, aby nie zaszczycić jej odpowiedzią, no cóż, noblesse oblige…5 Nie mogłem postąpić inaczej niż nalegać na nich, aby poinformowano mnie o tym, o czym, jak przed niepotrzebnym kłopotem, starano się mnie uchronić. Poprosiłem, aby odpowiedzi udzieliła mi hrabina Czacka, a także szlachetny przywódca duchowy ks. prof. Korniłowicz, oraz mój dobry brat Marylski.

Hrabina6 Czacka, sama będąc osobą niewidomą, jest przełożoną młodej kongregacji. Gdy opowiada, formalnie o to poproszona, czyni to z nadzwyczaj szczerą naiwnością. Aż do chwili, gdy wnioskuje z mojego nalegania na szczegóły, a może słysząc skrobanie ołówka na papierze, że być może moje pytania skrywają jakieś niedobre zamiary, a wtedy moje zainteresowanie zaczyna wydawać się jej nieco podejrzane: Tak, ale co ma ksiądz właściwie na myśli? Nie mam księdzu nic do powiedzenia o sobie. Nie ma tu nic, co byłoby choćby w najmniejszym stopniu interesujące. Nie mam księdzu nic do opowiedzenia poza dziełem Bożego miłosierdzia!.

Gdy rozmawia, z rękami złożonymi przed sobą, cały czas w dłoniach trzyma swój krzyżyk, na przemian energicznie nim poruszając lub dotykając go delikatnie. Cierpi ustawicznie silny ból, jak mówi jej lekarz: przed kilkoma laty była dwukrotnie operowana na nowotwór, który teraz pojawił się w nowym miejscu7. Ale nikt nie wie o jej bólu, a gdy siedzi naprzeciwko mnie, domyślam się, że jedynie jej krzyżyk w nim współuczestniczy. Zazwyczaj Matka Czacka kieruje niewidzące spojrzenie do góry lub próbuje wpatrywać się w rozmówcę szeroko otwartymi źrenicami w ciemno błyszczących oczach.

„Od wczesnej młodości miałam skłonność do życia zakonnego, połączoną z silną niechęcią do światowego życia mojej rodziny. Już wcześnie chorowałam na oczy: wiele jeździłam konno, ale przez moją szaloną nieostrożność często spadałam z konia, co miało zły wpływ na mój wzrok. Lekarz jednak nas w pełni uspokoił, co sprawiło, że przestałam zwracać na to uwagę8.

Gdy jednak jako dwudziestodwuletnia dziewczyna zaczynałam właśnie rozsmakowywać się w życiu światowym, pewnego wieczoru, gdy brałam udział w przyjęciu, otrzymałam od Pana Jezusa łaskę ślepoty. Tak, była to wielka łaska! Ponieważ nie tylko nie utrudniła mi dalszego znalezienia się w świecie, ale dzięki niej poznałam moje prawdziwe powołanie. Byłam więc z niej bardzo zadowolona! Za sprawą własnej ślepoty zaczęłam myśleć o smutnym losie innych niewidomych i zrozumiałam, że wolą Bożą dla mnie jest, abym poświęciła się opiece nad tymi nieszczęśnikami”.

Ślepota bardzo często pojawia się w Polsce i w Rosji, a najczęściej w związku z dwoma obrazami choroby: w przypadku jaglicy, choroby zakaźnej, oraz zakażenia rzeżączką podczas porodu, co zazwyczaj wynika z nieudolnej lub wręcz nieobecnej opieki położniczej, jak mnie poinformowała, o ile dobrze wszystko zrozumiałem, dr Reicher9, jedna z wiernych współpracowniczek w dziele opieki nad niewidomymi.

Wiele brakowało tym biednym niewidomym nie tylko na płaszczyźnie medycznej i higienicznej, ale również na płaszczyźnie pedagogicznej, a zwłaszcza religijnej. Choć w instytucjach państwowych, które są obecnie w polskich rękach, mają zapewnioną dosyć regularną i systematyczną opiekę oraz wykształcenie, to jednak placówki te nie są całkiem dobre, a wówczas z pewnością takimi nie były. Aby scharakteryzować ich ducha, Matka Czacka zacytowała mi wypowiedź pewnej dyrektorki, która powiedziała: Religia jest zawsze zbędna w wychowaniu, ale w czasochłonnym wychowaniu niewidomych jest nieodpowiedzialnością, a wręcz przestępstwem. Taki jest duch polskich instytucji państwowych. Naród polski jest katolicki, religia katolicka jest ściśle związana z poczuciem tożsamości narodowej, rząd składa się z katolików ale…

Przy okazji ślubu rodzonego brata poznała pewnego pana, który również cierpiał na oczy i który odtąd służył jej radą i czynem. Pomoc tę chętnie przyjęła, zwłaszcza, że ze strony własnej rodziny jej się nie spodziewała, a raczej czegoś przeciwnego.

Rozpoczęła od wynajęcia domu w Warszawie przy ulicy Dzielnej10, w pobliżu placówki dla osób w podeszłym wieku i nieuleczalnie chorych, skąd zwłaszcza jedna z sióstr przychodziła, aby jej pomagać. Przyjęła sześcioro dziewcząt, ubogich, młodych jeszcze dziewcząt, choć nie dzieci, które wraz ze swą towarzyszką uczyła czytać i pisać. Również w swym mieszkaniu udzielały lekcji niewidomym.

Dwa lata mieszkała przy ulicy Dzielnej. W 1912 roku uzyskała pomoc od księdza, znanego pisarza, który sam był niewidomy. Ksiądz ten przyprowadził do niej obecną mistrzynię nowicjatu11 i dał jej możliwość rozszerzenia działalności: w tym celu nastąpiła przeprowadzka na ulicę Złotą12. Dzięki tej pomocy zaczęto przyjmować dzieci.

Aż do wybuchu wojny, która wszędzie przerwała każdego rodzaju dobre dzieła.

Została zmuszona znowu wprowadzić się do rodziny i mieszkała przez trzy lub cztery lata wraz z rodzinami swych braci na Wołyniu. W tym okresie musiała porzucić – z jakim cierpieniem – swoją pracę w Warszawie. Do 1918 roku. Wtedy powróciła do już wolnej stolicy Polski. Znowu przygotowano nową placówkę. Teraz na przedmieściach miasta, gdzie się obecnie znajduje: przy ulicy Polnej 40.

W międzyczasie Matka Czacka przywdziała habit. Aby się zabezpieczyć przed światem, jak sama mówi, oraz by w doskonalszy sposób, także zewnętrznie, oddzielić się od rodziny, która chciała ją odwieść od złych zamiarów, wystąpiła na Wołyniu o pozwolenie – i je uzyskała – aby jako tercjarka Świętego Franciszka nosić pełny habit zakonny. Tak więc i teraz jej drobna postać przyodziana jest w ciężki brązowy habit.

Ale jej kongregacja, która w bieżącym 1923 roku została oficjalnie uznana przez Episkopat Polski, pozostała całkowicie niezależna od wszelkich innych zakonów i kongregacji. Stało się tak na wyraźne życzenie i za sprawą wielokrotnych ostrzeżeń kardynała Rattiego13, ówczesnego nuncjusza w Warszawie, który był jej duchowym doradcą i wielkim przyjacielem. Pozostała wierna tej jakże serdecznie podkreślanej radzie obecnego papieża, aby pozostać wolnym od wtrącania się innych ludzi do jej dzieła. Ma pomocników, ale nie zarządców, nikogo, kto z zewnątrz wtrącałby się do jej spraw. Tak postanowił jej wielki przyjaciel.

Niewidomi w Polsce (II)
De Tijd, piątek 28 września 1923, s. 214.14

Wielebny ks. W. Luttkie pisze do nas:
W międzyczasie dzieło rozwijało się, a liczba pomocników uległa powiększeniu. Niewidomy ksiądz, pisarz, zmarł, a kapelan, obecnie profesor, ks. Korniłowicz, stał się duchowym przywódcą fundacji.

Ks. prof. Korniłowicz jest uczniem, prawdziwym uczniem duchowym o. prof. De Langen-Wendelsa15, który przez dwadzieścia trzy lata wykładał we Fryburgu naukę moralną św. Tomasza, a obecnie czyni to na Uniwersytecie Karola Wielkiego w Nijmegen.

Ks. prof. Korniłowicz, będąc kapelanem w Warszawie, skupił wokół siebie szeroki krąg katolików, którzy nawróciwszy się z niewiary lub z letniości i braku świadomości religijnej, przekonali się do odnowy katolickiej we własnych duszach i w świecie, oraz trwają w tym przekonaniu. Stał się centralnym punktem odradzającej się świadomości religijnej, zwłaszcza wewnętrznej, wśród katolików warszawskich. Dzięki jego pośrednictwu dzieło Matki Czackiej zyskało pewną liczbę pełnych poświęcenia pomocników z zewnątrz, w większości konwertytów, do których należy już wspomniana doktor Reicher oraz młodzi mężczyźni, Blüth16 i Antoni Marylski; dwoje pierwszych nawróciło się z judaizmu, natomiast ten ostatni z idealistycznego, rewolucyjnego komunizmu.

Marylski, pochodzący z bardzo szanowanej i bardzo bogatej rodziny, działał w dyplomacji i pracował już jako attaché w ambasadzie w Paryżu. Teraz jednak, pomimo oporu swoich krewnych, odrzucił ut stercora17 wszystkie wspaniałości, jakie świat mu miał do zaproponowania, po czym w skrajnym ubóstwie w całości poświęcił się pracy na rzecz ubogich niewidomych. Dzięki jego pomocy została zapoczątkowana realizacja ideału, jakim jest przeniesienie placówki poza miasto, aby znalazła się pośród pełnej pokoju ciszy, w otoczeniu pięknej, wolnej od zgiełku, stworzonej przez Boga przyrody.

W Laskach otrzymał od właściciela wielkich dóbr ziemskich18 niezbędny teren położony pośród lasów, rząd udostępnił kilka baraków, które podczas wojny służyły do innych celów, a w kwietniu 1922 r. ruszyła budowa, której towarzyszy silne zaufanie Bogu pomimo bardzo wielu zmartwień będących wynikiem pojawiających się trudności. Urządzony tam został nowicjat oraz wakacyjne lokum dla dzieci, podczas gdy na ul. Polnej 40 znajdują się warsztaty i dom zakonny.

Jak wspomniano, zgromadzenie zostało dopiero w tym roku zatwierdzone przez episkopat, pomimo iż już długi czas cieszyło się szczególną sympatią papieża Piusa XI. Uzyskanie tej zgody kosztowało też wysiłków ponieważ ślepota jest w istocie irregularitas19, a zatem stanowi utrudnienie, przeszkodę kanoniczną dla życia zakonnego. Obecnie jednak nie tylko uzyskano dyspensę w tym celu, ale nawet zostało postanowione, że część członków tej kongregacji będzie się składała z osób niewidomych.

Niewidomi, którzy prowadzą niewidomych!20 Ale nie tak, aby zasłużyli na ewangeliczną krytykę. Zgoła inaczej! I to we wzruszający sposób inaczej. Nie po to, aby oboje przez ciemność swej ślepoty wpadli do otchłani. Ale po to, by wzajemnie dzielić się duchowym światłem, którego potrzebę za sprawą fizycznej ślepoty odczuwają, podczas gdy jest ono często odrzucane przez innego rodzaju ubogich, którym lepiej byłoby wejść do nieba bez oczu aniżeli…21

Wśród około dwudziestu członków kongregacji (nie licząc nowicjuszek) jest sześć osób niewidomych. Ich zadaniem jest przede wszystkim własne kształcenie oraz opieka nad około 125 niewidomymi w wieku od 5 do 80 lat, których wychowanie, wykształcenie i opieka przedstawiają trudność nie tyle z uwagi na liczebność tej grupy, ale ze względu na jej duże zróżnicowanie pod względem wieku i innych uwarunkowań.

W chwili gdy musiałem pożegnać się z nimi, Matka Czacka była znowu poważnie chora i wszyscy oczekiwali w niepokoju na wynik. Tylko ona była spokojna i nie pragnęła nic innego, jak tylko umrzeć: oto wspaniały przykład prawdziwie chrześcijańskiej wolności od troski. Swoją pracę pozostawiłaby jednak nieskończoną, siostry i wychowanków osieroconych – wszystko to, co tak głęboko umiłowała, wszystko dla czego poświęciła swoje życie. A jej przyjaciele, a przede wszystkim jej lekarz, starali się nieco złagodzić w niej pragnienie śmierci, mając nadzieję, aby ją dla tych spraw zachować, ponieważ jej pomoc, jej obecność, wydają się być niezbędne dla młodego, tak niepewnie zakorzenionego dzieła. Te przejawy troski napełniają ją wstydem: Ach, Pan Jezus mnie nie potrzebuje. On się o wszystko zatroszczy, jestem o tym całkiem przekonana22.

Ach, tak jeszcze się do mnie zwróciła, tak naprawdę sama nigdy niczego nie chciałam – z pewnością nigdy nie myślałam, aby założyć zgromadzenie religijne, ale Pan Jezus mnie po prostu do tego zmusił. Sama stanęłam przed taką koniecznością. Albo inaczej, byłam już na dobrej drodze, ono powstało, jeszcze zanim dobrze wszystko zrozumiałam. Zwyczajnie nie potrafiłam inaczej!

Tak, ale w rzeczy samej potrzeba jest ogromna! Są osamotnieni, pozbawieni pomocy ludzi, którzy potrafiliby im z kolei pomóc. Zapytałem się, czy nie mają kontaktów z innymi placówkami. Żadnych! W Polsce nie ma żadnej innej katolickiej instytucji dla niewidomych. Dotychczas nie mieli kontaktu z żadną placówką zagraniczną. A tak chętnie otrzymaliby braterską, fachową pomoc.

Wtedy pomyślałem o Grave23. I opowiedziałem im o naszej słynnej, wzorcowej placówce, Katolickim Instytucie dla Niewidomych w Grave, która z pewnością sama potrzebuje wiele pomocy i wsparcia, ale która niewątpliwie będzie szczęśliwa, aby ze swojej strony pomóc bardziej potrzebującym. Tak, potrzeby są ogromne. Czytałem niedawno list od frère Pierre24, jak dobry Marylski w bardziej przyjacielskich kontaktach się nazywa; jest to imię, które obrał sobie jako tercjarz. List był adresowany do kogoś, kto przesłał niewielki dar. List z podziękowaniem, w którym pisał on, że dar nadszedł znowu w najbardziej odpowiednim momencie: nie było już w domu pieniędzy aby kupić chleb.

Oto życie w zawierzeniu Bogu! I do tego z udziałem ludzi, którzy przywykli do największych luksusów i gdyby tylko chcieli, mogliby żyć tak dalej! Głęboko w duszy katolików z Niderlandów zawsze istniała serdeczna sympatia dla Polski! Dla bohaterskiej i szlachetnej Polski! Dla uciśnionej i umęczonej Polski! Dla ludu polskiego, cierpiącego za swą niezniszczoną wiarę!

Szczerze jestem przekonany, że wielu zechce dać wyraz tej sympatii. Nadarza się ku temu okazja. Oto prawdziwi arystokraci, prawdziwi bohaterowie tego narodu, o których mogłem Państwa poinformować, a których mogą Państwo utrzymać przy życiu i wesprzeć ich błogosławioną pracę. Być może redakcja zechce zebrać datki. Można je też przesyłać samodzielnie na adres Antoniego Marylskiego, ul. Polna 40, Warszawa. Można również nabyć ładne, nowe polskie banknoty o nominale 100 i 500 marek polskich u mojego brata Leo Victora Lutkie na ulicy Koninginnelaan 26, 's Hertogenbosch. Za każdy dar, mały czy duży, darczyńca otrzyma taki banknot. Przynajmniej do wyczerpania zapasów!25

(Przełożył Marcin Polkowski)


1 Link: https://resolver.kb.nl/resolve?urn=ddd:010530767:mpeg21:p007 (data dostępu 30.08.2021). Powrót do treści

2 Ks. Władysław Korniłowicz (1884–1946) w latach 1922–1930 pełnił funkcję dyrektora Konwiktu księży studiujących na KUL, s. 86. Powrót do treści

3 Antoni Marylski (1894–1973) należał do związanej z Laskami grupy braci tercjarzy. Jako tercjarz nosił imię Piotr (zob. frére Pierre, poniżej). Por. J. Stabińska OSBap, Matka Elźbieta Róża Czacka, Warszawa 1981, s. 102, 261. Powrót do treści

4 Radę, aby nie rozgłaszać o swojej działalności, ani jej nie ukrywać, Matka Czacka otrzymała od Achille Rattiego, zob. Stabińska, dz. cyt., s. 67. Powrót do treści

5 Szlachectwo zobowiązuje (fr.). Powrót do treści

6 Należąca do arystokratycznej rodziny matka Elżbieta (Róża) Czacka była często tytułowana hrabianką, por. J. Stabińska, dz. cyt., s. 48. Powrót do treści

7 W latach 1921- Por. s. 82. Powrót do treści

8 Por. s. 39–40. Proces utraty wzroku nie nastąpił jednak nagle, jak sugeruje to powyższa wypowiedź, ale powoli, w ciągu czterech lat (zob. s. 41). Jednak jak pisze Jadwiga Stabińska OSBap, Róża popełniała gaffy. Kiedyś przy obiedzie włożyła rękę do półmiska z mięsem, które wzięła za ciasto. Nie poznawała znajomych, potykała się w tańcu o meble (tamże). Powrót do treści

9 Eleonora Reicher (1884–1973), lekarz reumatolog, bliska współpracowniczka Matki Czackiej. Powrót do treści

10 W artykule pojawia się dwukrotnie błąd, nazwa ulicy jest zapisana nieprawidłowo jako Dzienna. Powrót do treści

11 rawdopodobnie matkę Klarę (Felicję z Rostafińskich) Staczyńską (1857–1930), księdzem tym był zapewne Władysław Załuskowski, który jednak nie był niewidomy. Stabińska, dz. cyt., s. 53, 249. Prawdopodobnie ks. Lutkie łączy tu w jedną postać dwie osoby. Niewidomym księdzem z otoczenia Matki Czackiej był ks. prałat Jan Gnatowski (1855–1925), autor licznych tekstów literackich i publicystycznych pod pseudonimem Jan Łada. Zob. Stabińska, dz. cyt., s. 64. Powrót do treści

12 Przy ul. Złotej 76 mieścił się zakład dla dziewcząt, zob. Stabińska, dz. cyt., s. 54. Powrót do treści

13 Achille Ratti (1857–1939), w l. 1919–1921 nuncjusz apostolski w Polsce, późniejszy papież Pius XI. Zob. Stabińska, dz. cyt., s. 64. Powrót do treści

14 Link: https://resolver.kb.nl/resolve?urn=ddd:010530768:mpeg21:p005 (data dostępu 30.08.2021). Powrót do treści

15 Jordanus Gerardus de Langen‑Wendels O.P. (1867–1928) – dominikanin, teolog, w l. 1900–1923 profesor na uniwersytecie we Fryburgu (Szwajcaria), od 1923 r. do śmierci wykładał na uniwersytecie w Nijmegen. Powrót do treści

16 Rafał Marceli Blüth (1891–1939). Powrót do treści

17 Jako śmieci (łac.). Zwrot pochodzi z trzeciego rozdziału listu do Filipian: I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa (Flp 3, 8). Powrót do treści

18 Był nim Antoni Daszewski. Powrót do treści

19 Nieprawidłowość (łac.). Powrót do treści

20 Aluzja do Mt 15, 14. Powrót do treści

21 Mt 18, 9 I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła4 ognistego Powrót do treści

22 Por. liczne wypowiedzi Matki Czackiej, np. Im bardziej po ludzku położenie bez wyjścia, tym ciężar Dzieła złożony jest bardziej na Boga i dziwnym paradoksem jednocześnie ciężar mniej ciąży tym, którzy go dźwigają. Stabińska, dz. cyt., s. 120. Powrót do treści

23 W niderlandzkiej miejscowości Grave znajdowały się dwie placówki: prowadzony przez zgromadzenie zakonników Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia od 1859 r. Katolicki Instytut Niewidomych p.w. św. Henryka (R.k. Blindeninstituut St. Henricusgesticht) dla chłopców, a oraz istniejący od 1882 zakład dla dziewcząt prowadzony przez zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia. Powrót do treści

24 Brata Piotra (fr.). Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

W ZACISZU IZDEBKI

Matce Czackiej

Błogosławionej

po światło
biegnę do ciebie
przez słoneczne ulice rozmajone pola
drogami z wartą lamp
gdy wygasa
dzień
po światło
biegnę do ciebie
w gościnny twój
cień

oczy na opuszkach
twych palców
oczy na dłoniach
ciepłych
w zasłuchaniu twym
i na wargach
widzenia
ogniki

a
mój zasięg
motyli
po zewnętrzu po rzeczy zarysie
urokliwy migot
wnętrza
nie
przenika
a mój pułap wymierny
stąd dotąd wyraziście i ostro
przed bezkresem
drży

po szaleństwo
biegnę
rąbka choćby dotknąć
zgrzebności twej
żaru

pelerynę nadziei zarzucić

do nieba
przez Krzyż

s. Bożena Anna Flak

Fotografia: Krzyż na którym wisi Jezus.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht

Zaufaj! U Boga nie ma nic niemożliwego

W południowo-wschodniej Polsce mieszkał pewien wybitny uczony, który miał dar rozwiązywania trudnych ludzkich zawiłości intelektualnych i życiowych.

Pewnego dnia postanowił go odwiedzić młodzieniec o szlachetnym sercu i mądrej głowie.

Jak zwykle, nie brakowało w tym umyśle wielu problemów, z którymi nie mógł sobie poradzić.

A oto niektóre z nich:
Czy nadal istnieje życie ludzkie po śmierci? ,
Czy człowiek, którego Bóg stworzył, już osiągnął swój kres?,
Co to znaczy zmartwychwstać?

Z takimi myślami śmiało podążał w niebezpieczne i trudne rejony ludzkiego życia. Aby wytrwać, trzymał się na tej drodze Mądrości Syracha (6,36):

Jeśli ujrzysz mądrego, śpiesz się do niego od rana.

Ponieważ dowiedział się, gdzie mieszka mędrzec, postanowił go odwiedzić i przedyskutować z nim, to wszystko, co sprawiało mu tak wiele trudności.

Po wielu trudach odnalazł owego uczonego męża. Kiedy zatrzymał się u jego drzwi, zapukał nieśmiało, oczekując miłego przyjęcia. Tak się jednak nie stało. Zaniepokojony zapukał jeszcze raz, ale bezskutecznie. Dlaczego? Co się stało? – pytał sam siebie.

Wiedział, że mistrz jest wewnątrz, bo słyszał jego kroki, kiedy przemierzał swój pokój od jednego końca do drugiego. Słyszał też cichy, przytłumiony głos, w którym można było zrozumieć słowa: Boże, pokaż mi drogę, którą mam kroczyć (Ps. 143). Tu się wszystko zaczęło! To była chwila olśnienia. Odszedł od drzwi głęboko zamyślony i szczęśliwy, bo zrozumiał, że w Bogu przede wszystkim należy szukać światła, które prawdziwie oświeca i prowadzi na wyżyny mądrości.

Z biegiem czasu, idąc tą drogą, zrozumiał (na ile mógł pojąć), że śmierć człowieka to Pascha – przejście do nowego, lepszego życia. I tu On (Bóg) sprawił, że śmierć znalazła pocieszającą interpretację, bo człowiek nie pozostał na zawsze grzesznikiem. Bóg grzechowi postawił tamę – umierając człowiek przestaje grzeszyć i zaczyna żyć tylko dla Boga. To prawda: Bóg pozostaje zawsze Tym, który się udziela, a człowiek tym, który otrzymuje. Tą prawdą religijną zachwycał się przed wiekami psalmista:

„O Panie, nasz Panie, jak przedziwne jest Twoje imię na całej ziemi. (…)

Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
Czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od aniołów,
uwieńczyłeś go czcią i chwałą
” (Ps. 8).

Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę przy tych myślach, które zostały mądrze zinterpretowane przez następujące opowiadanie:

„Przechodnia minął na ulicy człowiek na galopującym koniu. Miał złe spojrzenie i zakrwawione ręce. Wkrótce potem pojawił się oddział jeźdźców, którzy zapytali przechodnia, czy widział jadącego konno człowieka splamionego krwią. Przechodzień zapytał:

– Ścigacie tego złoczyńcę, by postawić go przed sądem? – Nie! – odpowiedzieli – Ścigamy go, by pokazać mu prawdziwą drogę pokuty i przebaczenia”1.

Tak postępują prawdziwi uczniowie Miłosiernego Jezusa! Dodać należy, że tak postępując rozjaśnimy i ujednolicimy nasze życie, dochodząc do stanu większej radości w Bogu. Święty Jan Apostoł potwierdza tę prawdę:

„Następnie ujrzałem nowe niebo i nową ziemię, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły… Usłyszałem też głos rozlegający się od tronu: «Oto mieszkanie Boga z ludźmi.

On zamieszka z nimi i będą jego ludem, a On będzie Bogiem z nimi.

On otrze z ich oczu wszelką łzę i nie będzie już śmierci ani bólu, ani krzyku, ani cierpienia»” (Ap. 21, 1 – 4).

Fotografia: Sarkofag błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej w Laskach


1 Za G. Ravasi Siedem słów Jezusa na krzyżu, Kraków, wyd. M, 2020, s. 69. Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek

Wspólnota miejscem wzrastania ku celom ostatecznym

Ks. Korniłowicz wskazywał, że …jesteśmy Ciałem Chrystusowym, w którym On żyje i chce żyć, i chce dokonywać Swą Mękę. My w Nim, a On w nas. Takie znaczenie mają – podkreślał duchowy Ojciec Dzieła Lasek – słowa s. Nulli, iż tam, gdzie się Msza skończyła, tam się zaczyna Msza ta, którą już spełniamy, która się dokonywa w naszym życiu (5 I 1946 r.).

Jeśli jesteśmy wyizolowani, to bardzo trudno walczyć nam z własną pożądliwością, z zasadzkami i pokusami diabła oraz egoistycznego świata. Uwodzi nas bombardowanie tak wielkie, że – jeśli jesteśmy zbyt samotni – ulegamy mu, łatwo tracąc poczucie rzeczywistości i wewnętrzną jasność.

Zauważmy: nasze siły są zbyt nikłe, aby przeciwstawić się złu. Diabeł jest od nas mocniejszy. Przypomnijmy sobie chociażby skutek rozmowy węża z pierwszą kobietą, która pojawiła się na świecie. Ewa, podobnie jak i Adam, byli dziełem uczynionym na Boży obraz i Boże podobieństwo. A wąż? Był tylko stworzeniem, jednak bardziej przebiegłym …niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył (Rdz 3,1a). I właśnie ten wąż zwyciężył Ewę – tak upragnioną przez Boga i wyczekiwaną przez Adama.

Uświęcenie zatem jest drogą wspólnotową, jednak nie jest dziełem czysto ludzkim. To Bóg jest inicjatorem dobra; to z Jego łaski, z Jego miłosierdzia, wszystko się dokonuje. Człowiek potrzebuje Boga, ale potrzebuje również drugiego człowieka. To oczywiste, że obecność Boga jest warunkiem sine qua non dla ludzkiej egzystencji, jednak nie sposób wyobrazić sobie życia człowieka w izolacji od innych ludzi. Każdy bowiem potrzebuje do swego rozwoju wspólnoty, która pomoże w utrzymaniu życia oraz osiągnięciu celu ostatecznego i kresów innych dążeń. Żaden człowiek bez pomocy społeczeństwa nie zdołałby przeżyć, lecz musiałby zginąć zaraz po swym urodzeniu. Istnienie społeczności zatem jest wymogiem prawa natury, a każdy ubogaca tworzoną przez siebie wspólnotę własnymi sprawnościami. Żaden z ludzi nie żyje tylko dla siebie oraz własnego szczęścia i jeśli społeczność potrafi coś zdziałać, to tylko dzięki siłom, które zawdzięcza Panu Bogu i uzdolnionym przez niego ludziom

Harmonijnie żyjąca wspólnota nie jest fikcją, chociaż – jak wiemy – budowanie więzi, relacji międzyludzkich jest niezwykle trudne. Trudne jednak nie oznacza niewykonalne. U Boga bowiem …wszystko jest możliwe (Mk 10,27b).

Zwróćmy chociażby uwagę na niektóre święte wspólnoty. Przy różnych okazjach Kościół kanonizował całe grupy osób, które w sposób heroiczny żyły Ewangelią lub które ofiarowały Bogu życie wszystkich swoich członków. Pomyślmy, na przykład, o siedmiu świętych założycielach Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny, którzy pragnęli być dla świata świadectwem braterskiego życia i służby za przykładem Matki Jezusa. Pomyślmy też o siedmiu błogosławionych zakonnicach pierwszego klasztoru Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Madrycie, które twierdziły, że Bóg, nasz Pan, w którego rękach jesteśmy, uczyni z nami to, co dla nas jest najlepsze. Jesteśmy bardzo spokojne w rękach Boga, ufając Mu. Wspomnijmy również o św. Pawle Miki i współbraciach męczennikach w Japonii, o św. Andrzeju Taegon i współbraciach w Korei, o św. Rochu Gonzálezie i współbraciach męczennikach w Ameryce Południowej. Przypomnijmy sobie także niedawne świadectwo trapistów z Tibhirine, którzy wspólnie przygotowali się do męczeństwa. Istnieje też wiele świętych małżeństw, w których każdy ze współmałżonków był narzędziem Chrystusa dla uświęcenia drugiego. Życie lub praca z innymi jest zatem drogą duchowego rozwoju, trochę w myśl zasady, jaką sformułował św. Jan od Krzyża, wypowiadając się wobec jednego z uczniów: …po to tylko przyszedłeś do klasztoru, by cię wszyscy ćwiczyli i urabiali. Aby się zatem uwolnić od niedoskonałości i niepokojów, jakich może ci nastręczyć usposobienie lub postępowanie zakonników, i dla osiągnięcia pożytku z każdego wydarzenia, uważaj wszystkich w klasztorze za powołanych do tego, by cię urabiać, co też w istocie jest prawdą. Jedni mają cię ćwiczyć słowami, drudzy uczynkami swymi, inni znowu myślami przeciwko tobie, a ty masz być powolny temu ich działaniu, tak jak figura, którą też jeden rzeźbi, drugi maluje, a trzeci wyzłaca… (Przestroga 15).

Jednak wspólnota jest powołana nie tylko dla rozwoju poszczególnych jej członków i realizacji charyzmatu. Św. Papież z Wadowic wskazywał, że w …życiu wspólnotowym musi też w jakiś sposób wyrażać się fakt, że braterska komunia jest nie tylko narzędziem służącym określonej misji, ale przede wszystkim przestrzenią teologalną, w której można doświadczyć mistycznej obecności zmartwychwstałego Pana (por. Mt 18, 20). Dzieje się tak dzięki wzajemnej miłości członków wspólnoty, miłości karmionej Słowem i Eucharystią, oczyszczanej w sakramencie pojednania, podtrzymywanej przez modlitwę o jedność (…) To (…) Duch Święty, wprowadza duszę w komunię z Ojcem i z Jego Synem Jezusem Chrystusem (por. 1 J 1, 3), komunię, która jest źródłem życia braterskiego. To Duch prowadzi wspólnoty życia konsekrowanego ku wypełnieniu ich misji w służbie Kościołowi i całej ludzkości, zgodnie z ich własną pierwotną inspiracją (Posynodalna adhort. apost. Vita consecrata, 42).

Dzielenie się Słowem zatem i wspólne celebrowanie Eucharystii sprawiają, że jesteśmy bardziej braćmi, przekształcają nas we wspólnotę świętą i misyjną. Stwarza to również przestrzeń dla autentycznych doświadczeń mistycznych we wspólnocie, jak to było w przypadku św. Benedykta i św. Scholastyki albo dla subtelnego spotkania duchowego, które przeżywali wspólnie św. Augustyn wraz ze swoją matką, św. Moniką. Pamiętajmy jednak o dwóch sprawach. Po pierwsze: bycie bratem nie jest zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Wspomnijmy tu chociażby św. Klarę, która najpierw pragnęła zostać bratem dla Franciszka i jego towarzyszy. Poza tym, zauważmy, że w języku łacińskim termin fratres określa wspólnotę, która może składać się zarówno z mężczyzn, jak i kobiet. Po drugie zaś: życie mistyczne łączy się z przyjęciem chrztu świętego; wtedy to w sposób szczególny Trójjedyny Pan wkracza w życie człowieka i rozpoczyna z nim wspaniałą historię, prawdziwe dzieje duszy.

Wielkie, niezwykłe doświadczenia nie należą jednak do najczęstszych ani najważniejszych. Życie wspólnotowe, czy to w rodzinie, w parafii, we wspólnocie zakonnej czy w jakiejkolwiek innej, składa się z wielu drobnych codziennych szczegółów. Na tym polegało przecież życie świętej wspólnoty, jaką tworzyli Jezus, Maryja i Józef, w której w sposób modelowy odzwierciedlało się piękno jedności trynitarnej. To samo miało miejsce w życiu wspólnotowym, jakie prowadził Jezus ze swoimi uczniami i ludźmi prostymi. Duch Święty – pisze błogosławiona Matka Elżbieta – martwą literę ożywia, otwiera przed duszą nieznane horyzonty, daje rozumieć wartość na pozór mało znaczących szczegółów, uczy kochać te prawdy Boże objawiające Boga na ziemi i daje szczęście, które tylko Bóg dać może (Dyrektorium 7.10.1928 r.).

Pamiętajmy więc, że sam Jezus zachęcał swoich uczniów, by zwracali uwagę na szczegóły: zabrakło jednej owcy – wdowa złożyła w ofierze tylko dwa pieniążki – należy przygotować zapas oleju do lamp na wypadek, gdyby oblubieniec się opóźniał – warto zorientować się, ile chlebów jest do dyspozycji – a w oczekiwaniu na uczniów warto przygotować żarzące się węgle i poukładać na nich ryby. Ale zwracanie uwagi na szczegóły, to nie drobiazgowość. Ze szczegółów bowiem składa się nasza rzeczywistość, ale czym innym jest zauważyć głęboko ukryty smutek na twarzy konfratra, a czym innym zamartwiać się tym, że ktoś nie odpowiedział uśmiechem na uśmiech kierowany w jego stronę.

Wspólnota, która strzeże drobnych szczegółów miłości, której członkowie troszczą się o siebie nawzajem i stanowią przestrzeń otwartą i ewangelizującą, jest miejscem obecności Zmartwychwstałego, który ją uświęca według planu Ojca. Czasami, dzięki darowi miłości Pana, pośród tych drobnych szczegółów otrzymujemy w darze pocieszające doświadczenie Boga: Pewnego wieczoru – wspomina św. Teresa z Lisieux – spełniałam jak co dzień swoją drobną powinność; było zimno, panowała noc… nagle usłyszałam z oddali harmonijny dźwięk instrumentów muzycznych; stanął mi przed oczyma salon rzęsiście oświetlony, lśniący od złoceń; elegancko ubrane młode dziewczęta, prawiące sobie nawzajem komplementy i światowe grzeczności. Wzrok mój przeniósł się następnie na biedną chorą, którą podtrzymywałam; zamiast melodii dochodziły od czasu do czasu do moich uszu jej żałosne skargi; zamiast złoceń widziałam cegły naszej surowej klauzury, zaledwie rozjaśnione słabym płomykiem lampki. Nie jestem w stanie wyrazić, co działo się w mojej duszy; to tylko wiem, iż Pan rozjaśnił ją promieniami prawdy, tak dalece przewyższającymi posępny blask ziemskich uciech, że nie mogłam uwierzyć memu szczęściu… Ach! nie oddałabym dziesięciu minut pełnienia mego pokornego uczynku miłości za tysiąc lat radowania się ziemskimi uciechami… Jeżeli już teraz, pośród cierpienia i walki, na samą myśl, że Bóg wyrwał nas ze świata, przeżywamy chwile szczęścia przerastającego wszystkie ziemskie radości, to co dopiero będzie w Niebie (…) jak niewypowiedzianą łaskę Pan nam wyświadczył wybierając nas, byśmy zamieszkały w Jego domu, prawdziwym przedsionku Nieba?… (Rękopis C, 29v-30r). To doznanie spotkania ze Zbawicielem, to dostrzeżenie Go w chorej zakonnicy – to coś więcej niż jedyne marzenie zakochanego człowieka, to coś więcej niż zachwyt płynący z empirycznego doświadczenia. To prawdziwa miłość…

Nasza droga uświęcenia – wbrew skłonności do konsumpcyjnego indywidualizmu, który doprowadza do wyizolowania nas w dążeniu do dobrobytu – musi nieustannie utożsamiać się z pragnieniem Jezusa wypowiedzianym w Wieczerniku: aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie (J 17, 21)

Fotografia: W namiocie, który był miejscem spotkania eucharystycznego w Dniu Dziękczynienia za Dar Beatyfikacji – 18.09.2021 r. Laski.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

WARSZTATY MUZYCZNE W LASKACH

Jadwiga Borek

Warsztaty muzyki liturgicznej – Przez Krzyż do nieba

Na to muzyczne święto, które trwało od popołudnia 28 czerwca do 1 lipca, zaprosiły nas do Lasek Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża.

Warsztaty, drugie już z kolei w tej konwencji, zainicjowała s. Eligia Mendalka FSK. Zaprosiła ona trzech znakomitych muzyków, którzy zmierzyli się z zainspirowanymi osobą Matki Elżbiety Czackiej tekstami i muzyką, m.in. s. Damiany Laske FSK oraz Agnieszki Zamojskiej i przygotowali dla nas niezwykle ciekawe muzycznie i chwytające za serce aranżacje pieśni o Matce Czackiej. Na swój muzyczny warsztat wzięli także bardziej znane utwory uwielbieniowe, jak choćby Jezus najwyższe Imię. Rzec można, że zyskały one nowe życie.

W warsztatach udział wzięło ok. 60 osób śpiewających i instrumentalistów. Wśród nas były też siostry franciszkanki. Wielu uczestników warsztatów to osoby niewidome przybyłe z różnych rejonów naszego kraju. Wspólne uczenie się gry i śpiewu miało na celu przygotowanie się od strony muzycznej do zbliżającej się beatyfikacji Sługi Bożej Matki Elżbiety Róży Czackiej. Przedstawię, w kolejności alfabetycznej, osoby, które prowadziły warsztaty. Byli to: Hubert Kowalski, Piotr Pałka i Leopold Twardowski.

Hubert Kowalski – polski dyrygent, kompozytor, producent muzyczny, śpiewak i kontrabasista związany ze środowiskiem muzycznym przy krakowskim klasztorze Ojców Dominikanów. Studiował dyrygenturę chóralną na Akademii Muzycznej w Krakowie. Współpracował z wieloma wybitnymi muzykami, np. z Marcinem i Lidią Pospieszalskimi, Joachimem Mencelem, Piotrem Baronem, Mieczysławem Szcześniakiem, Andrzejem Cudzichem. Od 1993 roku współtworzy zespół Deus Meus, wykonujący współczesne gatunki muzyki rozrywkowej. W 2007 roku założył orkiestrę ICON, złożoną głównie ze studentów i absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej, z którą wykonuje własne kompozycje, a także muzykę filmową i rozrywkową (m.in. z grupami New Life M, Raz, Dwa, Trzy i Michałem Urbaniakiem). Prowadził też projekty Urb Symphony (muzyka M. Urbaniaka) z orkiestrą Filharmonii Łódzkiej oraz Misterium Przebaczenia z orkiestrą Filharmonii Dolnośląskiej. Z Pawłem Bębenkiem aktywnie uczestniczy w działaniach Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny. Prowadzi warsztaty muzyczno-liturgiczne w całej Polsce.

Tworzy własne kompozycje, łączące różne style (muzyka filmowa, muzyka różnych epok i kultur oraz współczesna muzyka rozrywkowa). Komponuje m.in. współczesne pieśni liturgiczne i przygotowuje nowe opracowania wokalno-instrumentalne tradycyjnych pieśni Kościoła katolickiego. Poza tym aranżuje i prowadzi różnorodne nagrania, np. płyty Z głębokościPro Life.

Piotr Pałka – dyrygent, kompozytor, śpiewak, absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie. Prowadzi ożywioną działalność artystyczną, pracując jako dyrygent wielu zespołów, w tym założonego przez siebie chóru Voce Angeli, działającego przy bazylice oo. Franciszkanów w Krakowie. Jako chórzysta współpracował m.in. z Z. Mehtą, H. Rillingiem, H. M. Góreckim, K. Pendereckim, W. Kilarem oraz A. Witem. Od 1997 był śpiewakiem Chóru Polskiego Radia. W czerwcu 1999 r. pełnił funkcję dyrygenta Chóru Papieskiego podczas spotkania z Ojcem Świętym na krakowskich Błoniach. W 2005 r. dyrygował Scholą Papieską i współtworzył czuwanie modlitewne na Krakowskich Błoniach, połączone z Białym Marszem i Eucharystią, sprawowaną w intencji Ojca Świętego Jana Pawła II. W 2006 r. skomponował Hymn Ogólnopolskiego Spotkania Młodzieży z Benedyktem XVI oraz przygotował i poprowadził pięćsetosobowy chór i orkiestrę podczas spotkania. W 2019 r. otrzymał Nagrodę TOTUS TUUS 2019, w kategorii Osiągnięcia w dziedzinie kultury chrześcijańskiej. Aktualnie jest wykładowcą w seminarium Księży Michalitów, Ojców Franciszkanów, Sióstr Michalitek oraz Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach.

Komponuje i opracowuje utwory chóralne i wokalno-instrumentalne, z których wiele zostało wydanych m.in. w obu tomach śpiewnika Niepojęta Trójco oraz na płytach wydanych przez Fundację Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

W roku 2005 został członkiem Komisji Muzyki Kościelnej Archidiecezji Krakowskiej. Aktywnie uczestniczy w odnowie muzyki liturgicznej, prowadząc warsztaty muzyczne w Polsce i za granicą.

Leopold Twardowski – to wspaniały muzyk jazzowy, kompozytor oraz pomysłodawca wielu spotkań wielbiących Boga. Napisał i nagrał mnóstwo pieśni uwielbienia, a jego chwytająca za serce spontaniczna modlitwa prawdziwie porywa wszystkich. Przez 10 lat poznańska grupa Wielbienia spotykała się w klasztorze oo. dominikanów w Poznaniu, pod duchową opieką o. Tomasza Nowaka OP, a później jego współbraci. Od września 2011 r. znaleźli oni schronienie w kościele pw. Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana, gdzie opiekę nad nimi przejął proboszcz ks. Roman Kubicki, a od września 2013 r. w poznańskiej farze, pod duchową opiekę proboszcza ks. Mateusza Misiaka. Leopold Twardowski o swojej inicjatywie mówi:

To, co robimy, nazwałbym pospolitym ruszeniem ku chwale Bożej. Są utwory, które gramy za każdym razem inaczej – zamienia się to w wielkie jam session dla Jezusa.

Poldek jest także zaangażowany w Koncert Jednego Serca, Jednego Ducha, podczas którego zawsze jest czas na pieśni i modlitwę prowadzoną przez tego znakomitego i zarazem pełnego pokory artystę. Leopold Twardowski prowadzi liczne warsztaty muzyczne, jest także fundatorem i prezesem Fundacji Na Fali Wielbienia.

W czasie trwania warsztatów odbywały się tzw. próby sekcyjne, które polegały na uczeniu się danych partii utworu w poszczególnych głosach, (soprany, alty, tenory, basy). Swoją próbę sekcyjną mieli również instrumentaliści. Mieliśmy okazję śpiewać z towarzyszeniem dwojga skrzypiec, altówki, dwóch fletów poprzecznych oraz pianina.

Jak już wspomniałam, nasze spotkanie trwało niecałe cztery dni. Wtorek i środa były zagospodarowane od rana do wieczora. Wtedy to na samym śpiewaniu spędziliśmy około dziewięciu godzin. Rano czekała nas porządna rozśpiewa prowadzona z humorem, profesjonalizmem i cierpliwością. Przy tej wspólnej pracy nie brakowało żartów, śmiechu i emocji.

Wiedzieliśmy, że czas spotkania będzie bardzo krótki. Mimo że nasze zajęcia były intensywne, większość z nas miała chyba niedosyt śpiewania, bo – proszę mi wierzyć – to, w jaki sposób wyłaniały się nam fragmenty poszczególnych pieśni, było po prostu fascynujące i piękne. Nasi prowadzący zmieniali się i uczyli nas zaaranżowanych przez siebie utworów. Zwieńczeniem wspólnej pracy był koncert uwielbienia, który odbył się 30 czerwca w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. Wtedy to wykonaliśmy wszystko, co ćwiczyliśmy podczas naszych warsztatów. Wszystko, czego zdołaliśmy się nauczyć od panów kompozytorów, jest nie do przecenienia, bo weszliśmy w ten czas z różnym muzycznym doświadczeniem – czy to śpiewania w chórach, czy innego muzykowania. Na wspomnianym koncercie usłyszałam, że panowie kompozytorzy także wiele się od nas nauczyli. Powiedzieli nam, że szukali różnych sposobów, jak tu dyrygować chóLaski rem, gdzie znaczną część uczestników stanowiły osoby niewidome.

Ogromnie ważną i budującą rzeczą dla mnie była postawa życiowa osób prowadzących warsztaty. Są oni, rzecz jasna, nieprzeciętnymi muzykami, ale zarazem ludźmi głębokiej wiary. Nie wstydzą się okazywać tego na co dzień i traktują ten fakt najzwyczajniej w świecie. Nie bombardowali nas tym, że wierzą, a zarazem nie kryli się, że żywa wiara w Boga jest dla nich istotą codziennego życia.

Ostatniego dnia warsztatów została odprawiona Msza święta, podczas której również śpiewaliśmy pieśni o Matce Elżbiecie Czackiej.

Cały ten czas miał dla nas istotny wymiar duchowy, bo dźwięki muzyki pomagały dostrzec najistotniejsze Boże przesłanie Miłości, że Krzyż nie jest balastem i hańbą, ale prowadzi nas do nieba.

Link do nagrania koncertu uwielbienia: https://www.facebook.com/SiostryFranciszkankizLasek/

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Hanna Pasterny

Pokój i radość

W dniach 28.06–01.07.2021 w Laskach odbyły się warsztaty liturgiczno-muzyczne Przez krzyż do nieba. Była to druga część warsztatów Wszystko dla Boga, w których uczestniczyłam trzy lata temu. Tak jak poprzednio, prowadzili je znakomici muzycy i kompozytorzy: Hubert Kowalski, Piotr Pałka i Leopold Twardowski. Obiecali nam wówczas, że kolejne warsztaty poprowadzą przed beatyfikacją matki Czackiej. Dotrzymali słowa.

W warsztatach wzięło udział ponad sześćdziesiąt osób. Jedną trzecią stanowili niewidomi. Siostra Eligia zadbała o wydrukowanie śpiewników w brajlu. To nieocenione, ponieważ nauczenie się w tak krótkim czasie kilkunastu pieśni byłoby dość trudne. Niektóre melodie już znaliśmy, bo siostra wysyłała nam e-maile z nagraniami. Wcześniejsze osłuchanie się usprawniło pracę na warsztatach. Ich fragment sfilmowała i pokazała telewizja.

Prócz radości z możliwości śpiewania i codziennego uczestnictwa we mszy z dobrą oprawą muzyczną, cieszyłam się z poznawania nowych ludzi i spotykania starych znajomych – zarówno widzących, których poznałam na poprzednich warsztatach, jak i niewidomych z czasów szkolnych. Pokój dzieliłam z Elizą, koleżanką z laskowskiej szkoły podstawowej. Parę miesięcy temu z RPA wróciła s. Fides. Na warsztaty przyjechało kilka dziewczyn z jej internatowej grupy, które uczęszczały do szkoły specjalnej. Miło było spotkać się po latach i usłyszeć, jak zwracają się do siostry Poziomko, tak jak w szkolnych czasach. Słysząc to, uśmiechnęłam się z rozrzewnieniem. Moja internatowa grupa miała Puchatka, czyli s. Agatę. W dniu koncertu finałowego, podczas popołudniowej przerwy poszłam z Puchatkiem i Poziomką na basen.

Część pieśni, których się uczyliśmy, była o matce Czackiej. Moja ulubiona to Pokój i radość panuje. Autorką tekstu jest s. Damiana, a muzyki Poldek Twardowski.

Pokój i radość panuje w sercach trwających pod krzyżem, który pokorną miłością ukochał święty Franciszek.

Wzruszyłam się na koncercie finałowym, gdy śpiewaliśmy trzecią zwrotkę: Ta ziemia, która się stała domem dla dusz zabłąkanych, rozprasza mroki i leczy rany grzechami zadane.

Myślałam o widzącej koleżance, z którą kilka lat temu przyjechałam do Lasek, gdy przeżywała poważne trudności. Przypomniałam też sobie, jak w trakcie próby Poldek zwrócił nam uwagę, by ostatni wers tej zwrotki śpiewać cicho, bo rany są czymś bolesnym i wymagają delikatności.

Gdy przyjeżdżam do Lasek, staram się spotkać z jak największą liczbą znajomych. Tak było i tym razem. Odwiedziłam m.in. s. Angelę i państwa Justynę i Władysława Gołąbów. Rozmawiałam też z panią doktor Dorotą Święcicką. Chęć spotkania dawno niewidzianych znajomych sprawiła, że lekturę programu warsztatów zaczęłam od wyszukania przerw i punktów, z których mogłabym się urwać. Ostatecznie znalazłam tylko jeden – konferencja o matce Czackiej. Doszłam do wniosku, że raczej niczego nowego się nie dowiem. W ostatniej chwili zdecydowałam, że jednak zostanę. Wykład s. Radosławy okazał się bardzo inspirujący. W pamięć zapadły mi słowa o cierpliwości, pewnie dlatego, że mam z nią problem. Siostra zwróciła uwagę, że w Dziele wiele rzeczy tworzyło się powoli, wymagało czasu, cierpliwości i umiejętności czekania.

Mimo zmęczenia, bo pracowaliśmy intensywnie, a noce były krótkie, towarzyszyły mi głównie pokój i radość. Szum drzew, poranny świergot ptaków i spokojny głos księdza sprzyjały skupieniu podczas spowiedzi na leśnych ścieżkach. Dużo bardziej dotkliwą pokutą niż ta, którą mi zadał, była inwazja komarów.

Z warsztatów wyjeżdżałam z postanowieniem, że przyjadę na beatyfikację a tydzień później na dzień wdzięczności, który zaplanowano w Laskach na sobotę 18 września. W uszach dźwięczały mi słowa wspomnianej już pieśni:

O Matko nasza, Elżbieto, oręduj w niebie za nami, byśmy dążyli ku Światłu i światłem byli dla wszystkich.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

U PRZYJACIÓŁ Z BYDGOSZCZY

Krystyna Synak

Rekolekcje w ogrodzie

Wiosna tego roku nas nie rozpieszczała. Nie dość, że wciąż trwała pandemia coronavirusa i związane z tym ograniczenia, m.in. nieczynne były kina, muzea czy audycje muzyczne w Filharmonii, to na dodatek było zimno, ponuro i deszczowo. Czas Wielkiego Postu i związane z tym rekolekcje Wielkopostne w szkole dawno przeminęły, a 26 maja okazał się potwierdzać przypuszczenia, że tak szybko ciepła wiosna nie nadejdzie.

Z tego powodu nie planowałam długich wycieczek poza szkołę. Byliśmy jedynie w Ogrodzie Zoologicznym w Myślęcinku (poza miastem), gdzie część zwierząt jest w budynku w terariach czy dużych akwariach. Prognozy na czerwiec nie były optymistyczne, więc kiedy pierwsze dni czerwca przywitały nas lekkim ociepleniem, prędko pomyślałam o wycieczce do mojego magicznego ogrodu. Aby uatrakcyjnić wyjazd, postanowiłam swoim uczniom zgotować kilka niespodzianek, o których będę pisała dalej. Wszyscy z klasy zaopatrzyli się w niezbędne artykuły i tak przygotowani, bardzo wczesną porą wyruszyliśmy na spotkanie z przygodą. Na miejscu zaplanowałam drugie śniadanie, ale robione przez uczniów samodzielnie. Nie było ono specjalnie skomplikowane. Małgosia gotowała makaron, reszta pozbawiała truskawki szypułek. Do tego sos waniliowy z jogurtu i cukru waniliowego (z prawdziwej wanilii). Przed pójściem na spacer do lasu przygotowaliśmy kiełbaski i sałatkę z różnych sałat z ogrodowej grządki (w ogródku jest sałata lodowa, masłowa, rukola i jarmuż) z dodatkiem ogródkowych ziół – koperek, pietruszka, bazylia i oregano (również z grządki:), pomidorami i jajkami ugotowanymi na twardo i pokrojonymi w ćwiartki.

Przygoda zaczęła się z chwilą otworzenia ogrodowej furtki, prowadzącej do lasu. Za furtką była bowiem dżungla. Szliśmy bardzo wąską ścieżką, która była miękka próchnicza, gdzie czasami stopy zapadały się w delikatne podłoże, a na dodatek opadające gałęzie i liście wiciokrzewu dotykały nam twarzy. Dla niektórych wrażenia były zaskakujące, reagowali piskiem, pokonując kolejne metry. Ewelinka (uczennica niewidoma) stwierdziła, że to jest wąwóz utkany z licznych niespodzianek dla osób niewidomych, a my idziemy po jego stromym grzbiecie. Mikołaj przyrównał zwisające liście do lian w dżungli amazońskiej, chociaż nigdy w niej nie był, ale porównanie było trafne. Gdy weszliśmy do lasu, usłyszeliśmy dzięcioła stukającego w drzewa, srokę, której głos przypomina strzelanie z pistoletu i jest bardzo łatwy do rozpoznania oraz kukułkę.

Szliśmy leśną wąską dróżką wzdłuż rzeki Noteć. Po obu stronach ścieżki dotykaliśmy wysokich traw, ziemia pachniała rosą, czuliśmy zapach płynącej wody i słyszeliśmy śpiew ptaków. Co pewien czas przeskakiwały nad naszymi nogami żaby, by zanurzyć się w rzece; wystawały im tylko łebki z nadymanymi policzkami, jak to żaby

W końcu byliśmy w centrum Puszczy Nadnoteckiej, gdzie bobry budują swoje tamy, pokoje gościnne i salony, a Noteć jest ich łazienką. Co kilka kroków ukazywały się nory bobrów i poobgryzane drzewa – budulec dla ich tam i wszelkich budowli. W pewnym momencie Radek wpadł do takiej bobrzej dziury nogami. Buty i skarpetki były całkowicie mokre. Dobrze, że asystowała mu moja koleżanka Ola, która z ogromnym poczuciem humoru stwierdziła, że Radek pewnie osobiście chciał zwiedzać te bobrze salony, ale niestety jest zbyt duży, aby się tam zmieścić, bo zatrzymał się na kostkach. Nikt z nas nie miał przy sobie eliksiru pomniejszającego, jak to było w Alicji w krainie czarów, a że mieliśmy chwarny dzień (w książce lub w filmie o tym samym tytule Kapelusznik zatańczył ze szczęścia), wiedzieliśmy, że jeszcze czeka nas wiele niespodzianek i jeszcze zdarzy się coś, czego się w ogóle się nie spodziewamy.

Dotykaliśmy starych drzew, porośniętych mchem, który był lekko wilgotny, bardzo delikatny, puszysty i miękki. Gdy tak szliśmy przez las, nagle odezwał się dźwięk telefonu komórkowego. Okazało się, że przyjechały mamy i czekają na nas na tarasie. To była pierwsza niespodzianka, później kolejny i kolejny telefon. Rozmawiałam i instruowałam przez telefon, jak dojechać do nas, ale okazało się, że nie jest to łatwe, bo był to przysłowiowy koniec świata. Nikt nie może sobie poradzić z dojazdem i wciąż kręcą się w kółko. Nie pomogło nawet stare przysłowie: Koniec języka za przewodnika, bo nikt nie wiedział o spotkaniu uczniów, a może pytano niewłaściwe osoby. Mamy korzystały jedynie z tzw. koła ratunkowego, w tym przypadku to był telefon do mnie. Prosiłam jedynie, aby określiły swoje miejsce.

Po kilkunastu minutach szczęśliwie doszło do spotkania. Pierwszy dojechał ks. Piotr. To była kolejna niespodziewana osoba, która przywiozła letni słomkowy kapelusz (pełen bajek i opowiadań) oraz swoje niebajki, na które wszyscy czekali z niecierpliwością.

Zapowiedziałam również kolejną osobę, która po pół godzinie się zjawiła. To był Dawid z mamą. Uściskom i śmiechom nie było końca. Ksiądz Piotr rozpoczął czytać swoje niebajki, ja wraz z mamami przygotowałyśmy ciepły posiłek i oczywiście kawę, która nigdy nie jest zła.

Po tym spotkaniu ks. Piotr powiedział: Byłem zaskoczony, że mimo problemów intelektualnych od razu rozszyfrowali problem głównej bohaterki mojej Niebajki i żywo dyskutowali nad możliwościami rozwiązania pewnych trudnych sytuacji. Również opowiadali o swoich niesamowitych przygodach. Dla mnie to było ważne doświadczenie. Po raz kolejny przekonałem się, że sztywne trzymanie się podstawy programowej jest pomyłką; tu trzeba też ogromnej umiejętności nauczyciela, który ma dobre wyczucie możliwości ucznia – a jesteśmy rozliczani z czegoś innego. Dochodzę do wniosku, że warto zdjąć zegarek, by nie kradł Czasu.

Skarpetki i buty Radzia spokojnie schły na tarasie, a ich właściciel biegał jak baletnica na samych koniuszkach palców albo skakał po świeżo ściętej trawie bosymi stopami, trzymając się kurczowo pani Oli, bo te wrażenia pod stopami wcale nie były dla niego przyjemne.

Dzień był naprawdę gorący, więc z przyjemnością położyliśmy się na trawie i słuchaliśmy różnych odgłosów: gdzieś w oddali szczekał wiejski pies, wiatr poruszał liśćmi na drzewach i przesuwał chmury (powiedział nam o tym Mikołaj), nawoływały się ptaki, pluskała woda, żaby wesoło rechotały lub kumkały, jak kto woli, cykały świerszcze, a małe mrówki – cóż – spacerowały po naszych gołych nogach i rękach, więc co pewien czas szybko w podskokach wstawaliśmy z trawy, by ponownie na niej usiąść lub położyć się.

Choć Wielki Post mieliśmy dawno za sobą, to spotkanie wszyscy nazwali rekolekcjami, ponieważ:

Spotkali się starzy znajomi z dawnej klasy, prawie w komplecie, z obecną moją klasą; był Dominik, który uczył się w Krakowie i jest już organistą z prawdziwymi dokumentami, Dawid, który uczęszcza na Warsztaty Terapii Zajęciowej oraz uświetnia msze święte dla podopiecznych w Domu Starców w Inowrocławiu, odwiedziła nas też Izka z Poznania, która w ubiegłym roku skończyła Szkołę Branżową Pierwszego Stopnia i próbuje znaleźć swoje miejsce na rynku pracy (myślę, że mama jej w tym pomoże).

Nie spodziewali się spotkać swoich dawnych przyjaciół, chociaż mówiłam im, że będzie to chwarny dzień – niezwykły dzień.

Słuchali ze zrozumieniem niebajek ks. Piotra, siedząc na trawie pod śliwą.

Przygotowali wspólny posiłek dla wszystkich, wraz z deserkiem i kawą, która nigdy nie jest zła.

Mieli możliwość pogadania i bycie razem w realu, a nie w bezdusznej aplikacji telefonu komórkowego.

Pracowały wszystkie nasze zmysły: dotyk, smak, węch, słuch, niektórzy jeszcze korzystali ze wzroku.

Wykorzystali zioła ogrodowe, takie jak: tymianek, oregano, bazylia do sałatek, zaparzyli herbatę z mięty pieprzowej i nie musieli po wszystko iść do sklepu, bo potrzebne produkty wyrosły na grządkac

Wszyscy byli bardzo szczęśliwi, a ja chyba najbardziej, że udała się ta niespodzianka. Wiem, że moim uczniom, tym niewidomym lub słabo widzącym, niewiele potrzeba, aby byli szczęśliwi, a może aż tak wiele. To nie cukierki czy lizaki lub inne kupione łakocie, ale spotkanie na żywo ze swoimi przyjaciółmi, nawet na trawie w ogrodzie. Widziałam ich szczęśliwe twarze. To spotkanie było dla mnie bezcenne, cenniejsze niż pieniądze. Dziękuję ks. Piotrowi, że do nas dołączył i wszystkim, którzy mi pomogli zorganizować rekolekcje w ogrodzie. Tak miało być.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ks. Piotr Buczkowski

Uwolnić motyla

W Kujawsko-Pomorskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 1 dla Dzieci i Młodzieży Słabowidzącej i Niewidomej im. Louisa Braille'a w Bydgoszczy od lat działa Koło Miłośników Teatru. W swojej historii wystawiło niejedno przedstawienie, zdobywając nagrody na różnych przeglądach teatralnych. Ostatnim był spektakl zatytułowany Skrzydła motyla. Opowiada on o przygodach dziecka niewidomego z motylem. Młodzież grająca główne role po zapoznaniu się ze scenariuszem stwierdziła, że jest to bajka dla dzieci. Potem doszła do wniosku, że to jest jakaś opowieść o nich, o marzeniach, które wydają się nieosiągalne, o lękach towarzyszących ich życiu i różnych napotykanych przeszkodach.

Kamienna twarz

Zdarza się, że w jakiś zakamarku pokoju przysiądzie motyl, godzinami nie rusza się, wygląda jak martwy. Dopiero gdy się obudzi z letargu, odlatuje, ukazując swoje piękno.

Przeglądając przedwojenne wydanie Przewodnika Katolickiego, natrafiłem na artykuł opisujący życie dzieci w szkole dla niewidomych w Bydgoszczy i niewidomych dorosłych z pobliskiego schroniska dla ociemniałych. Znalazłem artystycznie wykonane zdjęcie dziewczyny mieszkającej w tym schronisku. Pod fotografią znajduje się, zamieszczony przez autora, opis: Słońce pada na twarz ociemniałej, siedzącej w swoim pokoiku w Schronisku. Mimo że jego blasku nigdy nie ujrzą ociemniałe oczy, na twarzy maluje się spokój. Taki spokój mają twarze tylko tych ludzi, którzy kornie pogodzili się z wolą Bożą. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie, że twarz, pozbawiona jakichkolwiek emocji, mówi: Jestem posągiem i tak mi z tym dobrze. Wyglądała jak śpiący godzinami piękny motyl. Myślę, że w sercu tej dziewczyny było dużo tłumionych emocji, z którymi nie do końca sobie radziła.

Takie zjawisko martwego posągu spotykam niekiedy na lekcji, gdy osoby z dysfunkcją wzroku – szczególnie te, które nie mają poczucia światła – siedzą wyprostowane, bez żadnych emocji i bez reakcji na to, co się dzieje w klasie. Wygląda to tak, jakby mówiły: Jestem obecny ciałem, ale tak naprawdę mnie tu nie ma. Tak jest mi dobrze. Nie przeszkadzaj mi. Jeżeli wtedy nie zmobilizuje się takiego dziecka do aktywności, to ono się nie odezwie. A gdy już zaczyna mówić, to z lękiem i po cichu, mimo że wypowiedź jest poprawna. Dlaczego tak jest? To ze względu na brak pewności siebie i niewidzenie reakcji innych w klasie. Tak samo potrzeba wysiłku, by takie dziecko zachęcić do wyjścia na przerwę i zabawy z rówieśnikami.

Uwięzione marzenia i szyba lęku

Zdarza się, że zabłąkany motyl w zamkniętym pomieszczeniu odkryje okno. Za nim rozciąga się piękny świat oświetlony promieniami słońca, pełen kolorowych kwiatów, wśród których radośnie tańczą inne motyle cieszące się wolnością nieograniczonej przestrzeni. A tu szyba różnych uzasadnionych i irracjonalnych lęków nie pozwala w przejściu na tamtą stronę. Nie idź tam, bo może sobie nie poradzisz, bo tam może ciebie zjeść na drugie śniadanie jakiś ptak. Będą się z ciebie śmiać, bo jesteś inny. W tamtym świecie łatwo się zagubić, a tu jesteś bezpieczny.

Czasami widziałem niewidome dziecko pełne marzeń, z którego oczu bezgłośnie spływały łzy. Mówiły one: Przepraszamy, że nie potrafimy tobie pomóc, może ktoś inny ciebie poprowadzi w ten piękny świat, którego nie widzisz

Każdy człowiek ma jakieś marzenia i pragnie, by się spełniły. W wielu przypadkach przez działanie i pracę dochodzimy do wymarzonego celu. Niekiedy wydaje się, że one nas przerastają i nic nie robimy, by się spełniły. Chowamy głowę w piasek. Potrzeba jakiejś motywacji i próby realizacji. To nic, że za pierwszym podejściem poniesiemy porażkę, ale za drugim, może za trzeci razem – uda się. Myślę, że każdemu człowiekowi potrzeba takiej determinacji, by dojść do jakiegoś wymarzonego celu. Również trzeba ogromnej pokory, by właściwie ocenić swoje możliwości. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś, kto nic nie widzi, był kierowcą autobusu miejskiego.

Widzenie świata

Jak widzi motyl? Trudno to sobie wyobrazić. Podobno jest to obraz złożony z wielu malutkich punkcików – jak mozaika. Wyczuwa zapach nektaru kwiatowego, którym się żywi. Ma jakiś zmysł orientacji, że bezbłędnie trafia do celu. Niekiedy jednak wpada w sidła pajęczyn, z których trudno mu się wydostać. Instynktownie dąży do światła pobudzającego go do życia. Czy tak jest? Nie jestem tego pewny. Tu musiałby się wypowiedzieć jakiś naukowiec badający motyle lub dziecko, które widzi oczyma wyobraźni więcej niż my.

Jak widzi osoba z dysfunkcją wzroku? Różni mądralińscy mogą o tym mówić pół życia, ale nie potrafią się pochylić nad motylkiem i dlatego naprawdę nic nie wiedzą na ten temat.

Jak poznać widzenie świata osób z dysfunkcją wzroku? Należy zdjąć zegarek i pochylić się, by usłyszeć to, co mają do powiedzenia. Wtedy dostrzeżemy, że każdy widzi inaczej – nawet wtedy, gdy nie ma poczucia światła i praktycznie panuje ciemność. W tych spotkaniach odkrywam, że nie ma idealnej ciemności. Zawsze jest choćby nikły promyk nadziei. Światło jest wielowymiarowe. Jest to, co widzimy fizycznie i co oświetla nasz świat, ale w ciemności może ono przybrać formę dźwięku, słowa, muzyki. Przekonuję się, że światło ma swój specyficzny zapach palącej się woskowej świecy lub lampki oliwnej. Ma również smak dojrzałych owoców. Jak to jest naprawdę? Tu potrzeba ekspertyzy mądrego filozofa lub opinii małego dziecka widzącego oczyma wyobraźni.

Ksiądz, nauczyciel, pedagog i psycholog

Może rodzi się pytanie, co oni mają wspólnego z motylami? Ksiądz będzie podziwiał piękno i niepowtarzalność motyla stworzonego przez Boga, który jest nam dany, by ten szary świat ubogacić. Nauczyciel – pedagog będzie starał się przekazać różne prawdy rządzące światem, by ten motyl mógł rozwijać się i funkcjonować w tym skomplikowanym świecie. Psycholog zauważy różnego rodzaju przeszkody, w które motyl może się niepotrzebnie zaplątać. Ktoś powie, że motyle są owadami żyjącymi dzięki wpisanemu instynktowi. Trudno tu mówić o jakimś rozumowym działaniu. To prawda, czy jednak nie są one także pewną metaforą ukazującą piękno i niepowtarzalność życia człowieka, jego marzeń i pragnień?

Jako ksiądz mam ukazać światełko nadziei, jakim jest Bóg i samemu wędrować w tym kierunku, pokazując w ten sposób drogę. To trudne zadanie…

Nauczyciel – pedagog to ktoś, kto w dostępny sposób pokaże mechanizmy rządzące pięknym światem. Nauczy myślenia i dochodzenia do poprawnych wniosków. Pokaże też, jak w tym wszystkim bezpiecznie się odnaleźć. Jest to człowiek, który ma serce podpowiadające, jak pracować z tym motylkiem.

Pani i pan psycholog mają podpowiedzieć, jak wyplątać się z różnych pajęczyn lęków, by potem odważnie dążyć do celu. Można się zastanowić, dlaczego napisałem pani i pan psycholog? Są to ludzie posiadający wiedzę i doświadczenie, jak pomóc drugiemu, ale też bijące serce, które zachęca, by z ogromnym szacunkiem i delikatnością pochylić się nad uwikłanym w pajęczynach lęku malutkim, bezradnym motylkiem.

Niekiedy pojawiają się dziwaczne …lożki. Próbują wmawiać, że nowoczesne światła różnych dziwnych ideologii dają wolność, szczęście i radość życia. W pierwszym momencie są to propozycje atrakcyjne i łatwe w zastosowaniu. Jednak o świcie zauważamy, że motylki, które dały się na to nabrać, zginęły w cierpieniach i są martwe. Zresztą te żarówki nowoczesnych ideologii szybko się wypalają i lądują na śmietnikach historii, zostawiając tylko zgliszcza i cierpienie.

Wędrówka przez życie

Życie motyla jest bardzo krótkie, choć wydaje się, że piękne i niepowtarzalne. Może małe dziecko zauważy w tych stworzeniach żywe, tańczące kokardki, które mają łapki? A może motyle żyją po to, by przyciągnąć delikatny promyk słońca w zacienione miejsca ziemi i w ten sposób wywołać na naszych twarzach piękny uśmiech?

Zastanawiam się, jak uwolnić te nasze kochane motylki z dysfunkcją wzroku, by odkryły swoje marzenia i nie bały się dążyć do celu. Aby nauczyły się przyjmować ewentualne porażki i ciągle od nowa – pełne zapału próbowały kolejny raz spełnić swoje pragnienia.

Zafascynowany regułą św. Benedykta odkryłem prosty sposób takiej pracy. Nazwałem tę metodę zaplataniem warkoczyka. By tego dokonać, włosy trzeba podzielić na trzy części i potem cierpliwie je przeplatać, aż powstanie przepiękny długi warkocz. Jak to ma wyglądać w praktyce? Każdego dnia zaplatam pasma gorliwej modlitwy, następnie – ciężkiej, sumiennej pracy i mądrego wypoczynku. Tak każdego dnia – aż do końca żywota na ziemi. Na końcu tego warkoczyka może przysiądzie żywa kokardka – motyl, by trochę odpocząć i pięknie ubogacić ten trud.

Gdy o tym opowiadałem swoim uczniom, ktoś stwierdził, że jest to niezwykle męczące i wymaga ogromnego wysiłku. Tak, to prawda; życie, ogólnie biorąc, jest niezwykle męczące, ale przepiękne, jedyne i niepowtarzalne. Święty Benedykt zapewne też to odkrył i dlatego na wstępie swojej reguły zakonnej mówi: Przede wszystkim, gdy coś dobrego zamierzasz uczynić, módl się najpierw gorąco, aby Bóg sam to do końca doprowadził.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

JUBILEUSZ OKRĘGU WARMIŃSKO­‑MAZURSKIEGO

ks. Ryszard Sawicki

65 lat Polskiego Związku Niewidomych na Warmi i Mazurach

Dnia 25 sierpnia 2021 r. w Olsztynie miały miejsce obchody 65-lecia Polskiego Związku Niewidomych na Warmii i Mazurach. Zostały one zainaugurowane dziękczynną Eucharystią w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Przewodniczyłem jej jako duszpasterz osób niewidomych i słabowidzących diecezji ełckiej.

W homilii nawiązałem do faktu, że Kościół w Polsce, a zwłaszcza środowisko osób niewidomych i słabowidzących, znajduje się w przededniu beatyfikacji Sług Bożych: Matki Elżbiety Róży Czackiej i Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Całe ich życie wypełniała miłość Boga i człowieka. Nie przeszkodziło w tym ani wątłe zdrowie kleryka Stefana, ani utrata wzroku 22-letniej hrabianki Róży. Świadectwem tego było przeprowadzenie Kościoła w Polsce przez trudny okres reżimu komunistycznego oraz dzieło Lasek. W homilii zostały zacytowane słowa Hymnu o Miłości Matki Elżbiety Róży Czackiej. Kapłan zaznaczył, że choć tekst ten został napisany 2 kwietnia 1928 r. z myślą o środowisku Lasek, to dobrze byłoby potraktować go także jako zadanie wszystkich chrześcijan, a szczególnie środowiska osób związanych z PZN.

Dalsza część obchodów jubileuszu 65-lecia miała miejsce w auli Warmińsko-Mazurskiego Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie. Zespół Ton – Lira zaśpiewał na wstępie Pieśń niewidomych. Na uroczystości pojawili się przedstawiciele władz miasta i województwa, samorządowcy, członkowie związku i innych organizacji. Przybyłych gości powitała p. Marta Łożyńska, prezes PZN Okręgu Warmińsko-Mazurskiego. Minutą ciszy uczczono pamięć zmarłego 11 lipca 2021 r. śp. Piotra Łożyńskiego, długoletniego prezesa PZN na Warmii i Mazurach. Były okolicznościowe przemówienia, słowa szacunku i gratulacje.

Następnie zaprezentowano krótką historię PZN Okręgu Warmińsko-Mazurskiego. Została ona ubogacona prezentacją fotograficzną. Przypomniałem, że historia PZN w tym regionie swój początek ma w Rynie, gdzie w latach 50. XX w. grupa ociemniałych żołnierzy założyła pierwszą w województwie spółdzielnię niewidomych produkującą szczotki. We wrześniu 1956 r. spółdzielcy postanowili dołączyć do PZN. Stworzyli więc okręg warmińsko-mazurski, na czele którego stanął ociemniały żołnierz Roman Białobrzeski. Lokalny okręg z Rynu przeniósł się do Giżycka, a następnie do stolicy regionu – Olsztyna, gdzie również zmieniał swoje siedziby, aby od 1981 r. osiąść w budynku przy ul. Mickiewicza 17.

Odwołania historyczne to również przywołanie przewodniczących Zarządu Okręgowego, którymi byli kolejno: Roman Białobrzeski, Marian Oroń, Maria Kolendo, Zygmunt Wasilewski, Antoni Detyna, Tadeusz Milewski, Piotr Łożyński i obecnie – od 10 sierpnia 2021 r. – Marta Łożyńska.

Okręg Warmińsko-Mazurski jest jednym z 16 okręgów PZN. Liczy obecnie 2544 członków, a jego podstawowymi ogniwami są koła terenowe. Aktualnie jest ich 18, działają w: Bartoszycach, Braniewie, Działdowie, Elblągu, Ełku, Giżycku, Iławie, Kętrzynie, Lidzbarku Warmińskim, Morągu, Mrągowie, Nidzicy, Nowym Mieście Lubawskim, Olsztynie, Ostródzie, Piszu, Szczytnie, Węgorzewie.

Celem działania związku jest integracja społeczna, rehabilitacja, ochrona zdrowia, wyrównywanie szans w dostępie do informacji, edukacji, zatrudnienia i szeroko pojętej aktywności społecznej i zawodowej, a także ochrona praw obywatelskich osób niewidomych i słabowidzących oraz wspieranie ich rodzin. Cele te realizowane są przy wsparciu równych różnych instytucji i organizacji, m.in. Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej, powiatowych centrów pomocy rodzinie czy miejskich zespołów ds. rehabilitacji zawodowej i społecznej osób niepełnosprawnych.

Ważnym momentem w historii PZN na Warmii i Mazurach było otwarcie w 1990 r. – dzięki staraniom członków i działaczy – Ośrodka Mieszkalno-Rehabilitacyjnego Labirynt składającego się ze specjalistycznych i całodobowych placówek przeznaczonych dla osób o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu utraty wzroku, których sytuacja uzasadniała potrzebę korzystania z oferowanych przez ośrodek form pomocy. W placówce działają: Krajowy Ośrodek Rehabilitacji Medycznej i Społecznej, Środowiskowy Dom Samopomocy, Mieszkania Chronione, Mieszkania Czynszowe oraz Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej. Ośrodek posiada doskonałą bazę socjalną i leczniczo-rehabilitacyjną w zakresie interny, okulistyki, stomatologii, psychiatrii, diabetologii. Prowadzone są pracownie m.in. EKG, USG, laboratorium analityczne, a także gabinet masażu i gabinet leczenia elektroterapią. Całością przez wiele lat zarządzała Janina Soczewka.

W 1991 r. został powołany do życia Klub Sportowy Warmia i Mazury , zrzeszający niewidomych i niedowidzących sportowców. W klubie działają sekcje: kolarstwa tandemowego, sekcja brydżowa, warcabowa, szachowa, pływacka, bowlingowa, kręgli klasycznych, strzelecka i turystyczna. Zawodnicy klubu zdobywają nagrody na arenach krajowych, międzynarodowych, są wśród nich paraolimpijczycy.

Co roku w okolicach 15 października obchodzony jest uroczyście Międzynarodowy Dzień Białej Laski. Spotkania cykliczne, okazjonalne, takie jak pielgrzymki, wycieczki oraz turnusy rehabilitacyjne to stałe punkty działalności kół terenowych PZN Okręgu Warmińsko-Mazurskiego.

Po prezentacji historycznej nastąpił uroczysty moment wręczenia odznak honorowych PZN, które nadawane są członkom i pracownikom związku, którzy wyróżnili się szczególnym zaangażowaniem i osiągnięciami w długoletniej działalności jako działacze społeczni lub pracownicy różnych szczebli. Prezes Marta Łożyńska wręczyła 7 złotych, 3 srebrne i 23 brązowe odznaki honorowe PZN. Przyznano także 30 odznak Przyjaciela niewidomych. Odznaczenia te przyznawane są sponsorom, przyjaciołom, przewodnikom i wolontariuszom za pomoc i wsparcie udzielane niewidomych i związkowi.

Zwieńczeniem wspólnego świętowania była część artystyczna, podczas której jako gość specjalny wystąpił Cezary Makiewicz, autor nieoficjalnego hymnu Pikniku Country pt. Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa. Po nim zaprezentowali się Marta i Marcin Lisowscy – niewidomi członkowie olsztyńskiego koła PZN. Jako ostatni wystąpił zespół Ton – Lira z koła PZN w Braniewie. Przy wyjściu z sali na uczestników uroczystości czekał poczęstunek i słodka niespodzianka w postaci jubileuszowego tortu.

Przedłużeniem wspólnego świętowania była wycieczka do Danii i Szwecji zorganizowana w dniach 25–28 sierpnia 2021 r. Wzięło w niej udział ponad pięćdziesięciu przedstawicieli kół terenowych PZN. Uczestnicy wyjazdu autobusem udali się z Olsztyna na terminal w Gdyni, a następnie promem Stena Spirit do portu w Karlskronie. Przejechali przez szwedzkie prowincje Blekinge i Skane, a następnie mostem Orresund do Kopenhagi – stolicy Danii. Zwiedzili miasta Malmo i Helsingborg, a także przylądek Kullaberg.

Obchody jubileuszu 65-lecia PZN na Warmii i Mazurach były okazją do wyrażenia wdzięczności za pomoc w licznych przedsięwzięciach realizowanych przy wsparciu władz rządowych i samorządowych, instytucji i organizacji pozarządowych oraz pracowników, wolontariuszy i przyjaciół PZN. Podczas spotkania dzielono się zarówno dobrymi praktykami; mówiono też o trudnościach, jakimi na co dzień zmagają się osoby niewidome i niedowidzące.

65 lat istnienia PZN Okręgu Warmińsko-Mazurskiego, który zrzesza osoby niewidome i słabowidzące, pokazuje, że mimo przeciwności losu, można skutecznie walczyć o lepsze jutro. Misja PZN to szeroko zakrojone działania, które ułatwiają życie wielu niewidomym, a także integracja środowiska osób zmagających się z dysfunkcją wzroku.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z WAKACYJNYCH WSPOMNIEŃ

Małgorzata Karkula

Aktywne wakacje w Sobieszewie

W dniach od 10 do 24 lipca 2021 roku grupa 22 wychowanków i 3 absolwentów ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Rabce-Zdroju wyjechała na obóz rehabilitacyjno-rekreacyjny nad morze do naszego laskowskiego ośrodka w Sobieszewie koło Gdańska. Dzieciom i młodzieży towarzyszyli rodzice, wychowawcy i terapeuci oraz mocna grupa wolontariuszy, którzy bardzo nas wspierali. Wyjazd trwał dwa tygodnie i przez cały czas mieliśmy przepiękną słoneczną pogodę, która rozpieszczała wszystkich uczestników, dodając im energii i chęci do przeżywania w pełni każdej chwili. Codziennie korzystaliśmy z kąpieli morskich i z plażowania – tak niezbędnych do naładowania baterii na kolejny nowy rok szkolny.

W myśl Matki Elżbiety Róży Czackiej Dzieło to z Boga jest i dla Boga – każdy dzień rozpoczynaliśmy wspólną poranną modlitwą, a niektórzy z nas uczestniczyli w codziennej Mszy świętej. Będąc w nurcie polskiej chrześcijańskiej tradycji wakacyjnych pielgrzymek, pojechaliśmy do Sanktuarium w Gietrzwałdzie, aby tam pokłonić się Matce Bożej i w tym szczególnym miejscu podziękować i prosić o potrzebne łaski dla naszych rodzin, Ośrodka i sióstr.

W programie obozu codziennie w godzinach przedpołudniowych odbywały się zajęcia rehabilitacyjne – indywidualne i grupowe. Dzieci uczestniczyły w rehabilitacji, która stymuluje prawidłowy rozwój ruchowy oraz koryguje nieprawidłowości w budowie i funkcjonowaniu narządu ruchu. Odbywały się zajęcia ruchowe na świeżym powietrzu z elementami orientacji przestrzennej, z wykorzystaniem m.in. chusty animacyjnej, liny, piłek. Na zajęciach grupowych uczestnicy doskonalili czynności życia codziennego

Były też zajęcia z terapii widzenia, która wspomaga rozwój dzieci słabowidzących poprzez naukę korzystania z uszkodzonego zmysłu wzroku. Uczestnicy doskonalili również warsztat kulinarny, przygotowując zdrowe, letnie przekąski.

Nie mogło zabraknąć zajęć muzycznych z elementami tańca, bo – jak wiemy – muzyka to klucz, który otwiera naszych uczniów na relację, kontakt, dialog. Na zajęciach plastycznych dzieci rozwijały sprawność małej motoryki, ćwiczyły koncentrację uwagi, skupienie na wykonywanym zadaniu. Każdego dnia powstawały piękne prace artystyczne, które zostały zaprezentowane na specjalnie przygotowanej wystawie. Były również spotkania z morskimi opowieściami, podczas których wychowawcy czytali i opowiadali wiele ciekawych legend związanych z morzem, z Gdańskiem, opowieści o Neptunie, syrenach i różnych morskich stworzeniach.

Nasz obóz obfitował w różnorodne ciekawe wycieczki po okolicy. Podczas spaceru po Gdańsku obejrzeliśmy niektóre zabytki na makietach wykonanych z brązu. Razem z przewodnikiem przenieśliśmy się w odległe królewskie czasy, a także poznaliśmy historie związane z II wojną światową. Nie zabrakło też informacji o współczesnym Gdańsku.

Kolejną wycieczką była wyprawa do Malborka – do zamku, który był siedzibą wielkich mistrzów Zakonu Krzyżackiego i - co ciekawe – podczas zwiedzania dowiedzieliśmy się, że ten przepiękny, historyczny zamek jest największym gotyckim zespołem zamkowym na świecie!

W kolejnym dniu naszego obozu pojechaliśmy na całodzienną wycieczkę do Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach, gdzie dużą atrakcją okazały się dawne zabawy, w których wzięliśmy aktywny udział. I tak, na przykład, toczyliśmy obręcze, graliśmy w piłkę zrobioną z gałganków, odważniejsi próbowali chodzić na szczudłach. Bawiliśmy się drewnianymi zabawkami na biegunach, na kółkach, niektóre z nich pływały, inne fruwały.

W czasie obozu atrakcji było bardzo dużo, do niezapomnianych należy wycieczka do Gdańskiego ZOO, wspólne integracyjne wieczorki, ognisko, przy którym wyśpiewaliśmy wszystkie możliwe biesiadno-turystyczne piosenki.

Na zakończenie obozu odbył się bal kapitański, na którym obowiązywały morskie stroje. Podczas balu zespół instrumentalno-muzyczny składający się z naszych wychowanków i wolontariuszy zaprezentował program opracowany i przygotowany podczas dwutygodniowych zajęć muzycznych. Tańczyliśmy z instruktorami, śpiewaliśmy, ale przede wszystkim dziękowaliśmy za dobrze przeżyty wspólnie czas.

Podsumowując wspólnie spędzony czas o charakterze rehabilitacyjno- wypoczynkowym, możemy z całą pewnością powiedzieć, że nasze wakacje były bardzo aktywne! Różnorodne formy aktywności stymulowały sprawność ruchową i poznawczą wychowanków. Ruch to przecież jeden z najważniejszych bodźców rozwojowych. Wyćwiczona ręka podczas zabawy ułatwia dotykowe poznawanie rzeczywistości. Literatura wzbogaca język, poszerza wiedzę, usprawnia myślenie i rozumienie świata. Formy muzyczne działają relaksacyjnie, dają szansę zaistnienia i osobistego spełnienia. Zajęcia rehabilitacyjne rozwijały samodzielność i doskonaliły umiejętności w zakresie czynności życia codziennego. Wzbogacały sferę poznawczą, pozwalały odczuć satysfakcję z wykonywanych zadań, wspierały umiejętności funkcjonowania w życiu społecznym.

Można byłoby mnożyć korzyści płynące z aktywnie spędzonego czasu, ale najważniejsze i dające ogromną satysfakcję jest stwierdzenie faktu, że dzieci i młodzież bardzo chcą wracać do Sobieszowa. Miło pomyśleć, że chcą z nami spędzać czas wakacji. Widzimy, ile im to daje energii, radości i pozytywnych przeżyć, z którymi wracają wypoczęci do swoich domów.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

BENEFIS KRZYSZTOFA ZANUSSIEGO

Władysław Gołąb

W gronie przyjaciół Jubilata

W maju i na początku czerwca br. w Centrum Kultury Izabelin odbyły się trzy spotkania z bliskim sąsiadem Ośrodka dla Niewidomych w Laskach, wybitnym reżyserem filmowym – Krzysztofem Zanussim. Z tej okazji dyskutowano na temat filmów Życie rodzinneConstans.

Obok reżysera w spotkaniu wzięli udział główni wykonawcy: Maja Komorowska i Daniel Olbrychski oraz Tadeusz Bradecki. Spotkania w tak wyjątkowo doborowym składzie przysporzyło Centrum Kultury w Izabelinie szczególnej sławy. Dlatego nie byłem zaskoczony, gdy w pierwszych dniach czerwca zatelefonowała do mnie pani Daria Kuźniecow-Dudko, wicedyrektor Centrum Kultury, z zaproszeniem na spotkanie w dniu 15 czerwca, które miało wyjątkowe znaczenie: był to benefis dla uczczenia osoby Krzysztofa Zanussiego, w związku z przypadającą 17 czerwca 82. rocznicą jego urodzin. Oczywiście zaproszenie przyjąłem i całym sercem włączyłem się w tę wspaniałą uroczystość.

Impreza miała charakter niejawny, bo była niespodzianką dla samego Jubilata. Pan Krzysztof przyszedł na zwyczajne spotkanie, a tu witają go licznie zebrani przyjaciele, są kwiaty, serdeczne życzenia i artystyczne występy.

Gdy na sali pojawił się Jubilat, zgromadzeni goście powstali i zaśpiewali Plurimos annos, czyli wiele lat życia. Może przypomnijmy, że gdy w latach dziewięćdziesiątych zaśpiewano papieżowi Janowi Pawłowi II sto lat, zaprotestował: Nie ograniczajcie Pana Boga! On sam wie, ile ma mi dać lat!

Następnie Pani wójt Dorota Zmarzlak przekazała Jubilatowi piękny bukiet kwiatów i serdeczne życzenia w imieniu gminy Izabelin.

Fotografia: Krzysztof Zanussi chwilę po ujawnieniu spisku. Siedzi szczęśliwie na tronie

Składanie życzeń trwało bez końca. Jubilat zasiadł na specjalnie przygotowanym tronie, a obok niego żona Elżbieta z Grocholskich Zanussi. Wśród składających życzenia należy między innymi wymienić artystów: Maję Komorowską i Daniela Olbrychskiego, a następnie starostę Jana Żychlińskiego, polityków: Hannę Gronkiewicz-Waltz – byłą prezydent Warszawy i Hannę Suchocką – byłą premier i ambasador Polski przy Watykanie oraz prezesa Hotelu Mazurkas i powiązanych biznesów – Andrzeja Bartkowskiego, Witolda Malarowskiego – byłego wójta gminy Izabelin, i wreszcie Władysława Gołąba – prezesa honorowego Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach.

Fotografia: Życzenia składa Władysław Gołąb – honorowy prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie

W swoich życzeniach między innymi powiedziałem: „Drogi Panie Krzysztofie, w starożytnym Rzymie nazwano by Pana arbiter elegantiarum, a ja arbitrem kultury. Jestem panu wdzięczny za lekcję kultury reprezentowania instytucji, którą się kieruje. W latach 70., gdy objąłem funkcję prezesa Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, zostałem zaproszony do Pana na spotkanie w godzinach wieczornych. Był nieznośny upał, a zatem założyłem spodnie i koszulkę z krótkimi rękawkami, a Pan tymczasem przyjął mnie w ciemnym garniturze, białej koszuli i pięknym krawacie. Od tej pory wiem, jak należy ubierać się na wieczorne wizyty.

Dziękuję Panu – powiedziałem w dalszej części życzeń – za spotkania z dziećmi Lasek, które z otwartymi buziami słuchały o dalekich krajach, próbowały słodyczy i do tego cieszyły się zapachami mydełek przywiezionych z dalekich podróży. Każde takie spotkanie pozostawiało w ich sercach pamięć innego świata i chęć jego poznawania.

Następnie powiedziałem – dziękuję Panu za piękną postawę chrześcijańską, czego dowodem jest zaangażowanie w struktury kościelne. Był Pan, a w niektórych strukturach nadal działa, jako: konsultant Papieskiej Rady Kultury w Watykanie, członek Papieskiej Akademii Sztuk i Literatury, członek Krajowego Komitetu Obchodów Wielkiego Jubileuszu 2000, członek Rady Episkopatu Polski do Spraw Środków Społecznego Przekazu i członek Rady Episkopatu do Spraw Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturalnego. Aby sprostać tak szeroko zakrojonej działalności, Pan Krzysztof kilka lat studiował fizykę, filozofię i reżyserię. Ponadto doskonale posługuje się głównymi językami europejskimi.

Drogi Panie Krzysztofie – zakończyłem – gorąco dziękuję Ci za życzliwość i wsparcie Dzieła Matki Czackiej; już za niedługo błogosławionej Matce Elżbiecie. Taki sąsiad, jak Pan Krzysztof Zanussi, to prawdziwy skarb i za ten skarb Bogu gorąco dziękujemy”.

W benefisie wzięło udział około 120 przyjaciół, a ci, co nie mogli przybyć do Izabelina, połączyli się on-line: Róża Thun – posłanka do Parlamentu Europejskiego, Łukasz Turski – fizyk, Henryk Woźniakowski – prezes Wydawnictwa Znak oraz Olga Tokarczuk – noblistka.

Uroczystość wzruszyła Jubilata, który żartobliwie stwierdził: Chciałbym jeszcze dożyć dziewięćdziesięciu lat, by jeszcze raz przeżyć podobną uroczystość.

Spotkanie w sali Centrum Kultury zakończył występ światowej sławy barytona Artura Rucińskiego i pianisty Tarasa Hlushka. Ostatnim punktem programu było spotkanie pod sosnami przy zachwycającym torcie, który przywieziono wprost z hotelu Mazurkas.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

BEZ AUREOLI

ks. Zygmunt Podlejski

Rabindranath Tagore (1861–1941)

W 160. rocznicę urodzin i 80. rocznicę śmierci

Rabindranath Tagore przyszedł na świat w Kalkucie, największym skupisku miejskim Bengalu Zachodniego 7 maja 1861 roku. Był czternastym dzieckiem bogatej w dobra materialne i tradycję kulturalną rodziny. Napisał później o miejscu swego urodzenia: Wtedy jeździły wyłącznie zaprzęgi konne, powodujące kłęby pyłu w mieście, bicze padały na grzbiety kościstych koni. Nie było tramwajów, autobusów ani samochodów. Wtedy ludzie nie gonili pochyleni za pracą; siedziało się, czekało, i tak mijały dni.

Jego dziadka, Dwarkanatha, nazywano księciem, bo doskonale rozwinął swoje feudalne imperium i doskonale nim zarządzał. Zapalił on i rozwinął we wnuku miłość do sztuki. Tagore wspominał później, że prawdziwym bohaterem jego historii nie jest Rabindranath, lecz wnuk Dwarkanatha. Jego rodzinę ukształtowało środowisko bengalskich uczonych i ludzi sztuki, na ogół wykształconych w Europie, skupionych wokół stowarzyszenia zwanego Brahmo Samaj, założonego przez Ram Mohan Roya w 1828 roku. Towarzystwo wiernie trwało przy pojęciu bóstwa opisanego w Upaniszadach, czyli staroindyjskich tekstach religijno-filozoficznych, próbowało jednak całość wierzeń indyjskich zreformować na wzór europejskiego oświecenia. Dwarkanath był jednym z najbogatszych ludzi Kalkuty i osobistym przyjacielem Ram Mohan Roya. Wspierał stowarzyszenie Brahmo Sa-maj finansowo i ideowo.

Po śmierci założyciela stowarzyszenie nie miało przewodniczącego przez osiem lat. Dopiero w 1841 roku na jego czele stanął ojciec Rabindranatha, Debendranath. Postanowił on żyć w Himalajach jako asceta. Mając dwadzieścia lat, zrezygnował z majątku rodzinnego i udał się na pustkowie. Gdy wrócił, walczył przez całe życie z systemem kastowym i propagował emancypację kobiet.

Rabindranath jako dziecko korzystał z przywilejów bogatej, wielopokoleniowej rodziny. Otoczony był atmosferą nauki, sztuki oraz sługami i urzędnikami. Później napisał: Patrząc wstecz na lata dzieciństwa, przypominam sobie przede wszystkim, że patrzyłem na świat i życie jako na coś tajemniczego. Oczekiwałem na każdym kroku czegoś fantastycznego… Przypominam sobie, jak głęboko odczuwałem związek z ziemią, wodą, drzewami, niebem - wszystko wtedy do mnie przemawiało. Mimo wspomnianej fascynacji tajemnicą, Tago-re był kiepskim uczniem. Wielogodzinne lekcje męczyły go i nie zostawiły w nim większego śladu. Był natomiast od dziecka bardzo wrażliwy na rytm, melodię i takt. Mając osiem lat, napisał swój pierwszy wiersz, po czterech latach pierwszą balladę, a trochę później stworzył pierwsze pieśni.

Gdy miał dwanaście lat, odwiedził ojca w Himalajach. Odkrył niespodziewanie wielkość, wspaniałość i piękno przyrody. Poznawał nowe gatunki kwiatów, zachwycał się śniegiem, wędrował zauroczony lasami i z zachwytem słuchał świergotu ptaków. Wychodził na polany, gdzie uprawiano ryż, lub obserwował stada krów, zadając sobie pytanie, co w nich jest świętego. Moje oczy przez cały dzień nie zaznawały spokoju. Moim największym zmartwieniem było czegoś nie przeoczyć - wspominał. Wieczorami dyskutował z ojcem o świętych tekstach indyjskich, o kosmosie, o przeciwnościach, które w tajemniczy sposób dążyły do jedności. Poznawał ojca coraz lepiej i jego podziw dla niego wzrastał.

Gdy Tagore miał trzynaście lat, zmarła jego matka. Ojciec wrócił do domu. Żył skromnie w jednym z pomieszczeń obszernych zabudowań. Rabindranath przerwał naukę w szkole. Wybrał wolność. Trwanie w szponach codziennego regulaminu odczuwał jako stratę cennego czasu. Ani on, ani jego krewni nie mieli wątpliwości, że wyrośnie z niego dobry człowiek. Wierzył, że postąpił słusznie. Napisał później, że trwanie w więzach szkolnych obowiązków groziło mu kalectwem na całe życie.

Cztery lata później wyjechał na studia do Anglii, zgodnie ze zwyczajem panującym wśród bogatych, indyjskich środowisk. Miał studiować prawo i zostać adwokatem. Na samą myśl o tym ogarniała go rozpacz. Zapisał się do szkoły w Brighton, potem przez kilka miesięcy uczęszczał na wykłady z literatury angielskiej na uniwersytecie w Londynie. W tym czasie zwiedził Italię i Francję. W 1883 roku wrócił do domu i na życzenie rodziny poślubił dziesięcioletnią Mrinalini Devi, córkę jednego z urzędników. Małżeństwo było zresztą udane i szczęśliwe. Młodziutka żona urodziła mu trzy córki i dwóch synów, niestety zmarła, mając trzydzieści lat.

W 1958 roku syn Rabindranatha tak go wspominał: Mój ojciec był głęboko ludzki. Miał jednak bardzo skomplikowany sposób bycia. Z natury był bardzo nieśmiały i wrażliwy. Nigdy nie można było przewidzieć, jak zareaguje na spotkanych ludzi lub zaistniałe sytuacje. Kierował się nastrojami. Będąc w dobrym nastroju, bawił się z dziećmi jak jedno z nich. Nigdy nie poznałem człowieka bardziej godnego miłości, mimo to nie spotkałem nikogo, kto budził tak głębokie poważanie i szacunek.

W 1890 roku Rabindranath został zarządcą i urzędnikiem finansowym w rozległych dobrach rodzinnych. Kontynuował pracę twórczą, nie zaniedbując obowiązków zarządcy. Codziennie kontrolował księgi rachunkowe, dyskutował z robotnikami, odpowiadał na wiele listów. Najbardziej lubił rozmowy z prostymi rolnikami. Wysłuchiwał cierpliwie ich skarg i próbował w miarę swoich możliwości im pomagać. Rozmawiał z nimi jak równy z równymi. Prości ludzie otwierali przed nim swe serca, ufali mu. Każdy mógł do niego przyjść. W ten sposób powstała serdeczna, głęboko ludzka więź między zarządcą a rolnikami. Kochali go i szanowali.

Rabindranath Tagore zakładał na swoich ziemiach banki, spółdzielnie rolne, samorządy, szkoły, szpitale i budował sieć koniecznych dróg. W 1890 roku wszedł także na arenę polityczną. Był dobrym mówcą, nie umiał się jednak koncentrować - jak Gandhi - na jednej, aktualnej, ważnej sprawie. Po kilku latach zrozumiał, że brak mu siły przebicia. W 1907 roku wycofał się z polityki i osiadł z rodziną w małej wiosce w pobliżu Bolpur, około stu pięćdziesięciu kilometrów na północ od Kalkuty. Tutaj zbudował dom, który nazwał Santiniketan, co znaczy miejsce pokoju. Tutaj zamykał się często z kilkoma uczniami. Mieszkał z nimi pod jednym dachem, wierząc, że osobisty przykład jest najlepszą metodą wychowawczą. Dyskutował z młodymi ludźmi na temat sensu życia, znaczenia religii i zbawiennego kontaktu człowieka z przyrodą. Mieszkańcy Miejsca Pokoju byli ascetami. Żyli bardziej niż skromnie. Rabindranath komponował dla młodzieży pieśni, recytował ciągle nowe, własne wiersze i opowiadania, przygotowywał sztuki teatralne. Bywało, że sam występował jako aktor.

W 1905 roku zmarł Debendranath, ojciec Rabindranatha. Śmierć ojca była dla niego wielką stratą, był on bowiem jego najlepszym nauczycielem, prawdziwym wzorem dobrego, uczciwego, szlachetnego, świadomie dążącego do doskonałości duchowej człowieka. Rabin-dranath podążał wytrwale śladami ojca.

W 1908 roku Santiniketan zamieszkiwało przeszło pięćdziesiąt osób. W 1921 roku Miejsce Pokoju urosło do rangi światowego uniwersytetu, otwartego dla młodzieży ze wszystkich zakątków kraju. Placówka doczekała się odwiedzin Gandhiego. I Gandhi, i Rabindranath mieli świadomość, że są duchowymi liderami olbrzymiego narodu. Wiele ich różniło, ale szanowali się wzajemnie i podziwiali.

Z okazji chrześcijańskiego święta Bożego Narodzenia odbywała się w Miejscu Pokoju szczególna uroczystość. W małej świątyni organizowano coś w rodzaju krótkiego sympozjum na temat Jezusa Chrystusa. Główny referat wygłaszał zawsze Rabindranath Tagore. Czytał on uważnie i wiele razy Nowy Testament. Był zauroczony osobą Jezusa z Nazaretu. Wysoko cenił zbawienny wpływ chrześcijaństwa na całą ludzkość, wiedząc oczywiście, że nie wszyscy, a raczej znaczna mniejszość chrześcijan traktuje Jego naukę poważnie. Na temat chrześcijaństwa z okazji świąt Bożego Narodzenia w 1926 roku powiedział: Człowiek to wielka wartość. Służąc bliźniemu, służy się Bogu. Kto na Zachodzie nie przyjmuje tej prawdy, nie czyni postępu. Kto ją jednak przyjmuje, przynosi wiele owoców. Moglibyśmy także przejąć się respektem, jakim chrześcijaństwo darzy człowieka przez szacunek dla Tego człowieka, który tę prawdę głosił.

Jezus z Nazaretu był dla Rabindranatha lustrem i wzorem. Nazywał Go Wielką Duszą. Z pewnym żalem w święta Bożego Narodzenia 1910 roku powiedział: Wzbranialiśmy się [Jezusa] przyjąć do naszych serc. Lecz za to nie tylko my jesteśmy odpowiedzialni. Poznaliśmy Jezusa przede wszystkim dzięki chrześcijańskim misjonarzom. Ich sposób przeżywania chrześcijaństwa nie pozwalał czasem odkryć Chrystusa.

Tagore był świetnym pisarzem i niezwykłym myślicielem. Trudno go zaliczyć do jakiejkolwiek szkoły filozoficznej. Za całość swojej literackiej twórczości otrzymał w 1913 roku Literacką Nagrodę Nobla. Był płodnym kompozytorem. Stworzył około dwóch tysięcy dwustu pięćdziesięciu pieśni, do których na ogół sam pisał teksty. Był oryginalnym malarzem. Motywy swych obrazów czerpał z obserwacji przyrody i tradycji prostego ludu. Pozostawił ponad dwa tysiące akwareli. W 1930 roku wystawił swoje dzieła w Paryżu, Londynie, Berlinie, Monachium, Genewie, Moskwie i Nowym Jorku. Na temat sztuki napisał: Gdy Bóg stworzył człowieka, wyposażył go w pewne piękno i wdzięk. Praca Boga była jednak niedokończona. Bóg powiedział: «Tyle i nie więcej! Całą resztę musisz człowiecze dokończyć sam». Sztuka nie jest niczym innym jak nieustającym wysiłkiem człowieka dokończenia dzieła Bożego.

Rabindranath Tagore trzykrotnie odwiedzał Europę. Było to w latach 1920, 1926 i 1930. Po jednej z podróży na Stary Kontynent napisał: Spotkałem się w Europie z chrystianizmem na niedzielę i święta, a z pogaństwem na dzień powszedni. Nie ma tam już łączności pomiędzy religią a życiem… Dla wielu religia stanowi jedynie mniej lub więcej dekoratywne obramowanie życia. Być może, że żywi się dla niej szacunek jak dla staroświeckiego, odziedziczonego po przodkach sprzętu, nie uważa się jej jednak za ośrodek, na którym opiera się całe życie. Ludzie tacy potrafią pogodzić z sobą najsprzeczniejsze pod słońcem rzeczy: służyć jednocześnie Bogu i mamonie.

W 1937 roku dała o sobie znać poważna choroba. Rabindranath przygotowywał się do odejścia. Przekazał kierownictwo Santiniketanu Gandhiemu i wrócił do domu rodzinnego, do Kalkuty. Pracował do końca, na ile choroba mu na to pozwalała. Cieszył się opinią człowieka nad wyraz godnego szacunku. Traktował Boga poważnie, był przekonany, że nauka Jezusa o miłości jest najlepszą i jedyną słuszną drogą człowieka.

Rabindranath Tagore zmarł w Kalkucie, w swoim rodzinnym domu, 7 sierpnia 1941 roku.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha

Komunikacja przez dialog warunkiem dobrej współpracy z innymi

Komunikacja

Komunikacja osobowa w jej najgłębszym rozumieniu jest jedną z najważniejszych funkcji życiowych człowieka.; jest tak ważna jak czyste powietrze, bez którego niemożliwe jest normalne funkcjonowanie. Z chwilą gdy go zabraknie, życie staje się nieznośne i najeżone jest różnego rodzaju konfliktami – zarówno wewnętrznymi jak i zewnętrznymi. Nie oznacza to, że prawidłowa komunikacja będzie zawsze wolna od różnego rodzaju napięć, które mogą stanowić także okoliczność mobilizującą do jeszcze lepszego porozumienia się między ludźmi; wszak pod jednym warunkiem, że zostaną twórczo przepracowane przez zainteresowane strony.

Aby wypracować sobie taki mechanizm optymalizowania wzajemnej komunikacji – mimo nawet pojawiających się konfliktów – najczęściej potrzeba wiele lat wysiłku i ćwiczeń w tym kierunku, choć zdarza się też, że niektórzy od niemal samego początku swojego życia są osobowo predestynowani do budowania z innymi prawidłowych relacji osobowych, przezwyciężając w sposób naturalny i stosunkowo łatwy różne nieporozumienia oraz otwierając się na odmienne nieraz poglądy i postawy. Są z natury komunikatywni i – jak mówimy o nich: czytelni – co sprzyja kształtowaniu atmosfery, prowadzącej do zgody i porozumienia.

Taka postawa jest nam potrzebna nie tylko wówczas, gdy pojawiają się konflikty, ale także – a może przede wszystkim – na co dzień; chodzi mianowicie o wypracowanie takiego sposobu bycia, aby nasza codzienność stawała się okazją do spotkania z innymi, a nie wrogiego spoglądania na siebie, a nawet walki przeciw sobie.

Jednym słowem: troska o dobre przeżycie naszej codzienności poprzez najgłębiej rozumianą komunikatywność – to zadanie dla każdego, kto myśli o optymalizowaniu relacji międzyludzkich w duchu właściwie rozumianego dialogu, który nie jest tylko odwołaniem się do roli słowa samego w sobie, ale takiego posługiwania się nim, aby doprowadzić do zmiany sposobu bycia.

Współczesna pedagogika nazywa to komunikacją codzienną. W ramach komunikacji codziennej – jak to określa niemiecki pedagog Hein Retter – wymiana informacji (porozumienie) następuje na drodze werbalnej i niewerbalnej. Komunikacja werbalna odnosi się do języka mówionego, komunikacja niewerbalna zaś obejmuje sygnały związane ze stanem psychicznym osoby komunikującej, które można odczytać z postawy jej ciała, zachowania przestrzennego dystansu, gestykulacji, mimiki i zachowania werbalnego (wysokości i natężenia głosu, charakterystycznego odchrząkiwania i tym podobnych). (Retter, 2005, s.16).

Uściślając pojęcie komunikacji codziennej, ów autor mówi, że jest to wymiana informacji w toku bezpośredniego kontaktu między osobami komunikującymi się, opierająca się na stosunkowo niezawodnych oczekiwaniach względem ogólnych wzorców zachowań uczestników, wynikających ze znajomości standardów tego rodzaju sytuacji. Komunikacja codzienna jest bezpośrednia i zakłada niewielki dystans między osobami ze sobą komunikującymi się, niewielką liczbę uczestników (optymalnie: dwóch lub trzech), wzajemne postrzeganie (Retter, 2005, s. 15.).

Dialog

Dialog jest jedną z kluczowych kategorii w chrześcijańskiej pedagogice personalno-egzystencjalnej, której twórcą jest Janusz Tarnowski. (Tarnowski, 1982) Autor tej koncepcji odwołuje się do definicji francuskiego psychologa Martina Navratila, która brzmi: Dialog jest to proces, przez który dwa podmioty używają słowa w zamiarze osiągnięcia zrozumienia tego, co każdy z nich myśli i czym żyje, oraz dzięki któremu dochodzą w pewnej mierze do zbliżenia wzajemnego swoich punktów widzenia i właściwego sobie sposobu bycia (Navratil, 1963, s. 174, za: Tarnowski, 1982, s. 196).

W ścisłym więc znaczeniu można mówić o dialogu jedynie wówczas, gdy w grę wchodzi słowo, które przekształca świadomość i sposób bycia drugiego człowieka. Rola słowa jest więc zasadnicza. Właściwie całe nasze życie składa się z form dialogicznego bytowania. Gadamer wymienia szereg ustaleń, które zakres słowa znacznie poszerzają, nadając mu wymiar wręcz makrokosmiczny. K. Rutkowski – nawiązując do Gadamera – pisze: każdy człowiek jest przez język ogarnięty; język jest warunkiem powstania dowolnej formy uspołecznienia wszelkich form kultury (Rutkowski, 1982, s. 59). I dalej stwierdza ten sam autor: każdą wypowiedzią mówiący włącza się w proces nie zakończonej rozmowy, która zawsze jest do podjęcia i która może być, i bywa, zawieszana, ale nigdy – definitywnie zamknięta. Proces rozmowy jest wszechobejmujący, stanowi zasadniczą gwarancję istnienia sensu, wymiany znaczeń, zarówno ciągłości jak i zróżnicowania działalności człowieka w świecie (Tamże, s. 59). Następnie autor ten nawiązuje do logosfery człowieka, jako podstawy ludzkiego życia. Język i mowa – stwierdza K. Rutkowski – są ośrodkiem ludzkiego bytowania – substancją współbycia. Naturalnym środowiskiem człowieka jest nie tylko powietrze, lecz także logosfera (Tamże s. 59).

Jeszcze bardziej zakres pojęcia dialogu rozszerza J. Tarnowski, wskazując na jego bezsłowną odmianę: Wprawdzie źródłosłów terminu DIALOG wskazuje – mówi twórca pedagogiki personalno-egzystencjalnej – że chodzi w nim o jakąś wymianę (DIA) i słowo (LOGOS), ale nie możemy wykluczać możliwości dialogu bezsłownego. Zaczyna się on niekoniecznie od mówienia; startem do wymiany słów może być uważne, życzliwe spojrzenie, a przede wszystkim słuchanie, wysłuchanie (Tarnowski, 2003, s. 74). Jako uczeń J. Tarnowskiego nieraz miałem możliwość doświadczania tej szczególnej umiejętności słuchania ze strony mojego mistrza. Podobnie zresztą jak w przypadku Jana Pawła II, który zawsze uważnie słuchał innych, po czym adekwatnie do zainteresowań swych rozmówców, odpowiadał.

Na tę umiejętność słuchania zwracał również uwagę Jan XXIII. Dla niego udany dialog ma zwykle miejsce wówczas, gdy nabyliśmy zdolność uważnego słuchania; a także, gdy obecne jest przekonanie, że mój rozmówca pod jakimś względem mnie przewyższa. Papież uzupełnia ten krótki schemat udanego dialogu trzecim elementem: zdrowym poczuciem humoru. .Niby proste, a jakże trudne do praktycznego zastosowania.

Kategoria dialogu u J. Tarnowskiego ewoluowała. Do tego stopnia, że wprowadził jego unowocześnioną wersję, a mianowicie: dylemat. Odwołując się do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, dylemat oznacza kłopotliwą sytuację, w której zachodzi konieczność wyboru między dwoma przykrymi ewentualnościami (1964, s. 220).

W sytuacji dylematu mamy przed sobą trzy metody postępowania:

  1. „przyjąć pierwsze z dwu rozwiązań;
  2. uznać słuszność drugiego, które jest pierwszemu przeciwstawne;
  3. odnaleźć w pierwszym i drugim elementy słuszne, prawdziwe, ale unikając skrajności, zdecydować się na trzecie, łączące oba, jednak w inny, nowy sposób. Takie rozwiązanie nazwijmy mądrościowym” ( Tarnowski, 2003, s 79).

Poparciem dla takiej strategii rozwiązywania problemów może być także encyklika Jana Pawła II Fides et ratio – na którą powołuje się w swej argumentacji także J. Tarnowski. Papież apeluje w niej do naukowców, aby kontynuowali swoje wysiłki, nie tracąc nigdy z oczu horyzontu mądrościowego (podkr. J.P.II), w którym obok zdobyczy naukowych i technicznych dołączają się także wartości filozoficzne i etyczne, będące charakterystycznym i nieodzownym wyrazem tożsamości osoby ludzkiej: (FR 106). Nie ma to nic wspólnego z konformizmem, a jest wynikiem pluralistycznego – we właściwym tego słowa znaczeniu – i interdyscyplinarnym podejściem do otaczającej nas rzeczywistości.

W złożonych często problemach, a tym bardziej w sytuacjach konfliktowych, dobrze jest również, mając na uwadze chrześcijański klucz do ich rozwiązywania, odwołać się do innej jeszcze odmiany dialogu, który nazywam: trialogiem. Chodzi mianowicie o postawienie się w obecności Bożej, aby szukając optymalnego rozwiązania, oddać nasze skomplikowane nieraz sprawy Bogu – jako trzeciemu Podmiotowi, biorącemu udział w trudnej zwykle rozmowie. Stosowałem tego typu podejście dialogowe w sprawach spornych w mojej rodzinie i za każdym razem przynosiło to nadspodziewanie dobre rezultaty.

Współpraca z innymi

Niezależnie od takiej czy innej odmiany dialogu, trzeba uznać, że – zwłaszcza w jego warstwie pedagogicznej – dialog stanowi niewątpliwie uniwersalny klucz, służący rozwiązywaniu problemów, i jest doskonałym gruntem pod budowanie różnych płaszczyzn współpracy z innymi

Nie może to być jednak związane z ubieganiem się o pierwszeństwo nad innymi, lecz podejmowaniem działań zmierzających do osiągnięcia wspólnego celu bez narażania innych na utratę prestiżu bądź przyczyniania się do ich niepowodzeń lub osobistej porażki. (Łobocki, 1992, s. 144).

W związku z tym można powiedzieć, że dochodzi zwykle do tego, co można by najkrócej nazwać: wzajemnym świadczeniem sobie usług – a nawet prześciganiem się w nich. Dlatego należałoby zarówno w szkole, jak i w rodzinie uczyć się – i to najwcześniej jak to możliwe – autentycznego współdziałania, właściwie rozumianej solidarności i szczerego pojednania – jeżeli dochodziło do jakichkolwiek konfliktów między uczniami lub rodzeństwem

Nauczanie Jana Pawła II z adhortacji Familiaris consortio tę myśl jeszcze bardziej rozwija. Papież nawiązuje wprost do rodziny, ale niezależnie od tego, słowa jego stanowią również waży drogowskaz do budowania właściwego klimatu współdziałania także w szeroko rozumianej społeczności: We wzajemnych stosunkach – stwierdza Papież – członkowie wspólnoty rodzinnej są inspirowani i kierują się «prawem bezinteresowności», które szanując i umacniając we wszystkich i w każdym godność osobistą jako jedyną rację wartości, przybiera postać serdecznego otwarcia się, spotkania i dialogu, bezinteresownej godności służenia, wielkodusznej służby i głębokiej solidarności. W ten sposób umocnienie autentycznej i dojrzałej komunii osób w rodzinie staje się pierwszą i niezastąpioną szkołą życia społecznego (FC 43).

***

Uczenie się współpracy z innymi – jako pewnej wypadkowej, wynikającej z aplikacji właściwie rozumianego dialogu – jest jedną z najtrudniejszych lekcji, której uczymy się przez całe życie. Nawet wówczas, gdy nie wszystko układa się nam tak, jak chcielibyśmy. Co więcej. Szczególnie wówczas, gdy pojawiają się trudności, być może wówczas najbardziej jesteśmy podatni na tę niełatwą lekcję. I przeciwnie, gdy wszystko idzie zbyt gładko i bezproblemowo – ulegamy stagnacji, która przeradza się czasem w stan destrukcyjnej rywalizacji

Innymi słowy: gdy w naszej codzienności jest zbyt spokojnie i bezproblemowo, dochodzą nieraz do głosu egoistyczne i ambicjonalne zachowania. Dopiero pojawienie się trudności i różnego rodzaju zagrożeń mobilizuje nas do solidarnej walki o wspólną sprawę. Zdarza się też niestety, że gdy zagrożenie minie, wracamy do tamtych asolidarnościowych zachowań, gubiąc i marnując po drodze to, co wcześniej, nieraz z wielkim wysiłkiem, wspólnie osiągnęliśmy.

Przykładem może być obecna sytuacja pandemii, podczas której zauważyć można wiele postaw empatii i wychodzenia ku innym z bezinteresownymi gestami wzajemnej pomocy – zwłaszcza wobec osób szczególnie zagrożonych. Jakże chciałoby się, aby taki klimat wrażliwości na potrzeby innych utrzymał się również po przezwyciężeniu skutków koronawirusa. Niestety, pojawia się również obawa, że po ustaniu zagrożenia – a zwłaszcza po wynalezieniu skutecznej szczepionki – ludzkość powróci znowu do dawnych postaw nie zawsze zdrowej rywalizacji i przepychania się w dążeniach do osiągania swoich egoistycznych celów, często za wszelką cenę.

Oby ta pesymistyczna perspektywa nie ziściła się nigdy i nigdzie; a przeciwnie, by przeważyła postawa ludzkiej solidarności w poszukiwaniu najlepszych dróg, prowadzących do optymalizowania naszego życia, zarówno w wymiarze mikro – jak i makrospołecznym.

W procesie tym potrzeba nam empatycznego stylu życia, czyli szczególnej umiejętności wczuwania się w sytuację drugiej osoby. Nade wszystko potrzeba umiejętności dialogu – zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych – o czym szerzej piszę również w innym miejscu. (Placha, 2008).

Dotyczy to zarówno obszarów rodziny i szkoły, jak również zakładów pracy i szeroko rozumianej codzienności, w której wydaje się, ze wciąż tego dialogu jest za mało. Nie może liczyć się tylko rachunek ekonomiczny, ale przede wszystkim poprawne relacje międzyludzkie. Zwraca na to uwagę psychopedagogika pracy, która demaskuje szerzące się coraz częściej zjawisko mobbingu, czyli wykorzystywania pozycji przełożonego do poniżania i atakowania podwładnego. J. E. Karney, analizując ten problem, mówi, że jest to zjawisko którego nie można regulować ani zwalczać, stosując rozwiązania prawne. Jedynie stosowanie metod wychowania dorosłych, oddziaływania na ludzkie postawy, edukacja w zakresie etyki zawodowej może zmniejszyć rozmiar tego zjawiska (Karney, 2007,.s. 413).

Nie oznacza to, że mamy dystansować się od wszelkiego rodzaju współuzależniania się od siebie, czy rezygnacji z jakiegokolwiek przywództwa w grupie. Wręcz przeciwnie. Dobre liderowanie w różnego rodzaju projektach, realizowanych we współpracy z innymi, jest wręcz konieczne; ale wymaga to niezwykle dużo samozaparcia i wzajemnej troski o końcowy sukces. Jednym z przykładów – jak sądzę – może być mój, wspólnie ze studentami zrealizowany projekt, którego ostateczna wersja została opublikowana w książce Pedagogia na co dzień. ( Placha 2009).

Mimo tego, że czułem się autorem tego projektu, stwierdzam to z całą szczerością, że był to – jak się wydaje – nasz wspólny sukces. Chciałoby się powtórzyć za S. F. Collins: Jeżeli będziemy potrafili widzieć, słyszeć, czuć, odczuwać smak i zapach rzeczywistości z perspektywy wszystkich innych osób, będziemy w stanie współtworzyć i marzyć wspólnie o wszystkim (Collins, 2004, s. 222–223).

Dochodzimy w tym miejscu do personalistycznego rozumienia współpracy.

Respektowanie powyższych założeń stanowi najlepszą lekcję komunikacji; nie tylko poprzez słowa i gesty, ale przez najgłębiej i najszerzej rozumiany dialog, który w ostatecznym rezultacie powinien prowadzić do wspólnego działania z innymi, mimo czasem różnego rodzaju napięć i konfliktów; a zwłaszcza w szarej nieraz codzienności.

Bibliografia:

Collins S.F., (2004). Radość sukcesu, tłum. A. Wyszogrodzka, Bertelsmann Media Sp. z o.o. Warszawa, Świat Ksiązki.

Karney J.E., ( 2007). Psychopedagogika pracy, Warszawa, Żak.

Łobocki M.,(1992). ABC wychowania, Warszawa, WSiP.

Navratil M., (1963). Dialogue, w: Vocabulaire de Psychopédagogie et de Psychiatrie de l’enfant, Paris, s.174, za: J. Tarnowski (1982). Problem chrześcijańskiej pedagogiki egzystencjalnej, Warszawa, Akademia Teologii Katolickiej, s. 196.*

Placha J., (2009). Pedagogia na co dzień, Warszawa, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego

Placha J., (2008). Szczególna potrzeba dialogu w sytuacjach konfliktowych, w: Zarządzanie i Edukacja, nr 59/60, s.121–132.

Retter H., (2005). Komunikacja codzienna w pedagogice, Gdańsk, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

Rutkowski K., (1982). Literatura współczesna jako zjawisko historyczne, w: Przegląd Humanistyczny, 26 nr 1–2, s. 45–62.

Tarnowski J., (1982). Problem chrześcijańskiej pedagogiki egzystencjalnej, Warszawa, Akademia Teologii Katolickiej.

Tarnowski J.,(2003). Od monologu przez dialog do dylematu, w. J. Placha , J.K. Zabłocki (red.), Pedagogika – wczoraj, dziś i jutro, Olecko, Wydawnictwo Wszechnicy Mazurskiej, s. 67- 81.

Wielka Encyklopedia Powszechna (1964). Warszawa, PWN, t.3.


* Artykuł w rozszerzonej wersji ukazał się również w Kwartalniku Naukowym Fides et Ratio 2(42) 2020, s. 227–235 – (numer ten dostępny jest na stronie internetowej Towarzystwa Uniwersyteckiego Fides et Ratio). Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

KOMUNIKAT

Nowy Rektor w Laskach

Fotografia: Rektor ks. dr Marek Gątarz

Od sierpnia br. funkcję rektora w kaplicy p.w. Matki Bożej Anielskiej w Laskach objął ks. dr Marek Gątarz – duszpasterz z diecezji lubelskiej, były wychowawca w Wyższym Seminarium Duchownym w Lublinie

Wyrażając wdzięczność Księdzu Arcybiskupowi Stanisławowi Budzikowi za oddelegowanie do Lasek cenionego kapłana z kierowanej przez niego diecezji, jednocześnie dziękujemy Księdzu Kardynałowi Kazimierzowi Nyczowi za przyjęcie ks. Marka do wspólnoty kapłańskiej Metropolii Warszawskiej, a przede wszystkim do wspólnoty Lasek.

Jesteśmy przekonani, że nowy Rektor w Laskach będzie współtworzył środowisko formacyjne zakorzenione w Ewangelii, kontynuując w ten sposób i rozwijając to wszystko, czego dokonali wcześniej nasi Założyciele: Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka i Czcigodny Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz.

Szczęść Boże

W imieniu wspólnoty Lasek
Redakcja

Warunki prenumeraty czasopisma Laski na cały rok

Prosimy o przekazanie na adres:
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach,
Laski, ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin

– kwotę 50 zł (pięćdziesięciu złotych)z koniecznym zaznaczeniem: na czasopismo Laski

lub na konto:
PKO BP S.A. II O/Warszawa
Nr 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
również z zaznaczeniem: na czasopismo Laski
(w miejscu: rodzaj zobowiązania – na odcinkuprzeznaczonym dla posiadacza rachunku)

Redakcja

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

⤌ powrót na początek dokumentu