LASKI

PISMO REHABILITACYJNO–SPOŁECZNE
Z ŻYCIA DZIEŁA
BŁOGOSŁAWIONEJ MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI
LASKI

Wydawca:

Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Stowarzyszenie Laski, ul. Brzozowa 75
05–080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 22 752 32 21
Centrala: tel. 22 752 30 00
fax: 22 752 30 09

Redakcja:

Sekretariat: 22 752 32 89

Konto:

PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
– z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

Zespół redakcyjny:

Władysław Gołąb
Anna Pawełczak‑Gedyk
– sekretarz redakcji
Józef Placha – redaktor naczelny

Korekta:

Zespół redakcyjny

Wewnątrz numeru LASEK wykorzystano zdjęcia z życia bł. Elżbiety Róży Czackiej
załączone do dźwiękowej wersji Jej NOTATEK OSOBISTYCH

Skład i łamanie:

www.anter.waw.pl
00–372 Warszawa, ul. Foksal 17
biuro@anter.waw.pl

Drukarnia:

P.H.U. Impuls, ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20–706 LUBLIN, tel. 81 533 25 10
impuls@phuimpuls.pl www.phuimpuls.pl
Nakład 500 egz.

Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów oraz skracania przekazanych materiałów.

SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI

Józef Placha – W obliczu wielkiego zagrożenia

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Paweł Kacprzyk – Kolejny rok działalności TOnOS

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

m. Judyta Olechowska FSK – Miejsce Zgromadzenia w strukturze działań Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi

ŚWIĘTO OŚRODKA SZKOLNO-WYCHOWAWCZEGO
I 25-LECIE SZKOŁY MUZYCZNEJ

Kardynał Kazimierz Nycz – Razem z błogosławioną
Matką Elżbietą Różą Czacką (Homilia)

Okolicznościowe życzenia:

Przemysław Czarnek – Minister Edukacji i Nauki

Paweł Wdówik – Wiceminister Rodziny i Polityki Społecznej

Konstanty Radziwiłł – Wojewoda Mazowiecki

Jan Żychliński – Starosta Powiatu Warszawskiego Zachodniego

Elżbieta Górna-Przedmojska – Powstanie Szkoy Muzycznej w Laskach

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht – Bądź cichy, a rozbłyśnie w twoim życiu Bóg

ks. Marek Gątarz – Droga Krzyżowa w Laskach
(Wstęp i Zakończenie oraz redakcja całości). Autorami są także pracownicy Ośrodka, których nazwiska umieszczono przy poszczególnych stacjach

U ŹRÓDEŁ EWANGELICZNEJ DUCHOWOŚCI

ks. Marek Gątarz – Ksiądz Jan Zieja i jego życiowa przygoda
z Ewangelią

W MROKU WOJNY

s. Nulla Westwalewicz FSK– Sonet wojenny

Cezary Gawryś – Najwyższa cena

O starej kobiecie dźwigającej psa

Ludwika Amber – Pierwsze dni tej wojny

Kobiety i dzieci z Ukrainy

Chwilka słońca z Amelką

Kobieta na noszach

BEZ AUREOLI

ks. Zygmunt Podlejski – Rosa Stein (1883–1942)

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek – Mądrość rozeznawania

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski – Minęło już dwadzieścia lat
Dobry pasterz. Czy był święty?

U PRZYJACIÓŁ W BYDGOSZCZY

ks. Piotr Buczkowski – Ballada o fortepianach

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Anna Kusiak, Marta Pochopień – Wykorzystanie w pracy z uczniem elementów integracji sensorycznej

WSPOMNIENIA

bp Andrzej Dziuba – Pan Mecenas (o śp. Władysławie Gołąbie)

s. Hieronima Broniec FSK – Barbarka (o śp. Basi Prętkiej)

ODESZLI DO PANA

Józef Placha (oprac.) – śp. o. Eugeniusz Pokrywka OP – opis uroczystości pogrzebowych

o. Michał Oseka OP – Homilia podczas Mszy świętej pogrzebowej

o. Łukasz Wiśniewski OP – Słowa Pożegnania

Paweł Kacprzyk – Pożegnanie śp.Ojca Eugeniusza

s. Jeremia Zych FSK – Pożegnanie śp.Ojca Eugeniusza w imieniu Matki Generalnej FSK

s. Miriam Isakowicz FSK – O śp. Eugeniuszu Pokrywce OP

Jan Michalik – Wspomnienie o śp. o. Eugeniuszu Pokrywce OP

o. Eugeniusz Pokrywka OP – Fragment z „Historii mojego życia”

s. Alverna Dzwonnik FSK – Śp. s. Regina Świder FSK

Mowa pogrzebowa siostrzenicy śp. s. Reginy – Małgorzaty

Małgorzata Walkiewicz-Krutak, Małgorzata Paplińska (oprac.) – śp. prof. dr hab. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz

śp. Halina Winiarska-Kiszkis

INNE WYDARZENIA

OD REDAKCJI

W obliczu wielkiego zagrożenia

Po Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu Jezusa, po Zesłaniu Ducha Świętego, a także po uroczystości Trójcy Świętej, które to święta obchodziliśmy w minionym okresie, przechodzimy do zwykłych wydarzeń w Kościele . W związku z tym zatrzymajmy się nad kolejnymi niedzielami obecnego roku liturgicznego, włączając także cały okres tegorocznych wakacji .

Niech ten liturgiczny klucz stanowi dla nas ważny punkt odniesienia również w laskowskiej codzienności, zaczynającej się i kończącej w centralnej kaplicy, gdzie wszystko dzieje się wokół tego, co najważniejsze: obecności samego Jezusa wśród nas .

Szczególnie teraz - w czasach przenikniętych niepewnością i egzystencjalnym niepokojem wywołanym rosyjską agresją na Ukrainę - takie wyznaczenie perspektywy wydarzeń wydaje się być jedyną drogą wobec wszystkiego, co dzieje się przecież tak blisko nas, co przeraża i wręcz boleśnie dotyka w taki czy inny sposób .

Doceniając słuszność obrony koniecznej, do jakiej ma prawo Ukraina, oraz uruchomioną na wielką skalę pomoc płynącą z najdalszych zakątków świata, chciałbym w tym odredakcyjnym wstępie podkreślić wagę jedynej w swoim rodzaju broni, na jaką stać każdego z nas; jest to po trzykroć: modlitwa, modlitwa, i jeszcze raz modlitwa, w którą możemy włączyć się wszyscy, każdego dnia i w każdej chwili, prosząc, aby zapanował wreszcie - tam i wśród nas - prawdziwy pokój.

Oczywiście nie stanie się to zapewne od razu - ale wierzę, że nieustająca aktywność modlitewna na tym odcinku, prędzej czy później przyniesie pożądane owoce . Przy czym trzeba powiedzieć, że nie chodzi jedynie o ukierunkowanie na wschodniego sąsiada, ale przede wszystkim o wypraszanie tego pokoju i budowanie go także w naszym najbliższym otoczeniu - tu i teraz: w Laskach, i tam, gdzie przebywają nasi drodzy Czytelnicy.

A zatem, idąc śladem Bożego Słowa wpisanego w najbliższe tygodnie okresu liturgicznego zwykłego, módlmy się nieustająco:

– Prośmy o pielęgnowanie w nas zdrowego poczucia winy, które nie niszczy, ale jest początkiem solidnego rachunku sumienia, żalu i mocnego postanowienia poprawy.

– Boże, chroń nas od postawy zbyt szybkiego i surowego osądzania innych; wyolbrzymiania ich słabości, przy jednoczesnym pomniejszaniu własnych niedoskonałości.

– Prośmy o ducha Chrystusowego Pokoju, kierując się własnym sumieniem i duchem ewangelicznej Miłości.

– Prawdziwe braterstwo jest czasem większe niż najbliższe więzy krwi. Prośmy, abyśmy przez doświadczenie duchowego pokrewieństwa z naszymi siostrami i braćmi w Chrystusie, burzyli niepotrzebne podziały między nami, troszcząc się o to, aby wszyscy w naszym otoczeniu czuli się ważni i potrzebni.

– Słowa Ewangelii: „Pójdź na Mną” nie są apelem skierowanym tylko do apostołów. Obyśmy usłyszeli je również jako osobistą zachętę skierowaną do każdej i każdego z nas. Prośmy zatem, abyśmy nie odmawiali Chrystusowi, a byli wierni i konsekwentni w realizacji swojego powołania.

– Porzucić wszystko dla Ewangelii to opuścić czasem swoich najbliższych, rodziny, przyjaciół, a także dobra doczesne. Prośmy, abyśmy robiąc to dla Chrystusa, zadowalali się z posiadania jedynie tyle, aby nie cierpieć niedostatku. A jeżeli okaże się, że mamy nieco więcej, byśmy potrafili dzielić się tym z innymi - bez poczucia straty…

– Prośmy o ducha mądrości i roztropności, abyśmy nie ulegli pokusie podziału wśród członków naszej wspólnoty na „lepszych” i „gorszych”, ale by „jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących”.

– Nie pomniejszając aktywności w codziennej krzątaninie Marty, wsłuchujmy się przede wszystkim - jak jej siostra Maria - w głos Jezusa, jako najlepszej cząstki w naszym zabieganym życiu.

– Nasze modlitewne wstawianie się u Boga o miłosierdzie nie ma granic. Doświadczył tego Abraham, wstawiając się za mieszkańcami Sodomy i Gomory. Boże, miej także litość nad grzesznikami nie tylko ze względu na pięćdziesięciu lub dziesięciu sprawiedliwych, ale także choćby tylko ze względu na jednego z nich.

– Pamiętajmy o tych, którzy być może zapomnieli już o modlitwie, stając się sami dla siebie żaglem i sterem. Otocz ich Ojcze szczególną troską, aby powrócili do bliskiej relacji z Tobą.

– Wszelkie przywiązanie do nawet najmniejszego grzechu oddala nas od Boga, dlatego prośmy za świętym Pawłem, abyśmy oderwali się od wszelkiej niegodziwości i skierowali się ku temu, co w górze, przyoblekając się w nowego człowieka, zakorzenionego w Chrystusie.

– By w codziennej krzątaninie - czasem gonitwie za pracą, za środkami do życia, być może także za ulotnymi sukcesami - mogli znaleźć czas na zatrzymanie się: razem z Maryją. Oby stała się Ona dla nas pożądanym Przystankiem w odkrywaniu tego, co najważniejsze.

– Naucz nas również „liczyć dni nasze”, aby żadna z bieżących chwil nie była zmarnowana - a była przeniknięta miłością do Ciebie i naszych najbliższych.

– Zachęceni prośbą św. Pawła, skierowaną do Filomena, aby ten odpowiednio przyjął pod swój dach poleconego mu Onezyma, prośmy Pana, abyśmy byli skłonni do szerokiego otwarcia domu naszego serca na gościnne przyjęcie osób będących w potrzebie - szczególnie uchodźców z terenów objętych działaniami wojennymi.

– Prośmy, abyśmy zbawiennych owoców Krzyża - o jakich mówi św. Paweł - nie zmarnowali; zwłaszcza tutaj w Laskach, gdzie Krzyż jest niejako w naturalny sposób wpisany w charyzmat Dzieła.

– By zarówno siostry naszego Zgromadzenia, jak i mieszkańcy zakładu oraz pracownicy Dzieła błogosławionej Matki Czackiej - a także goście gromadzący się na wspólnej Eucharystii; w tym również czytelnicy LASEK - byśmy wszyscy „zadomowili się” tutaj, to znaczy doświadczali na co dzień autentycznej więzi z Chrystusem, która przynagla nas i zobowiązuje do wzajemnego szacunku oraz życzliwości.

– Laski są postrzegane jako wyjątkowa wyspa wiary, ale też jako środowisko, od którego wielu wiele oczekuje. Prośmy zatem, aby to swoistego rodzaju „genius loci” i nasza w nim obecność, wyzwoliła w nas pragnienie zwielokrotnionego zobowiązania wobec osób przybywających tutaj z zewnątrz.

– Służba niewidomym w Laskach oraz w innych placówkach Dzieła błogosławionej Róży Czackiej, to nie zaspokajanie wygórowanych ambicji i liczenie na zewnętrzne zaszczyty. Spraw Boże, abyśmy postawieni w tzw. pierwszym, drugim, a być może nawet w ostatnim rzędzie zaangażowania w Dzieło, odczytali to jako najlepsze i najpiękniejsze powołanie.

– Rodząc się do życia, jednocześnie z każdą chwilą zbliżamy się do śmierci, a umierając - rodzimy się do życia wiecznego. Nie bójmy się więc tej swoistej dynamiki naszej egzystencji, w nadziei na obiecaną perspektywę nieba.

– Módlmy się również w intencji tych, którzy na skutek wojny lub innych przeciwności utracili cały swój dorobek życia, aby nasza solidarność z nimi dodała im odwagi i sił do dalszego zmagania się ze skutkami tych niezwykle trudnych doświadczeń.

– Naucz nas, Panie, patrzenia na wszystko Twoimi oczami: odróżniania spraw wielkich od małych; spraw ważnych od mniej ważnych i odróżniania prawdziwej mądrości od jej braku.

* * *

Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny - Zmiłuj się nad nami.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny - Wybaw nas Panie.

Od nagłej a niespodziewanej śmierci - Zachowaj nas Panie.

My grzeszni Ciebie Boga prosimy - Wysłuchaj nas Panie.

Józef Placha

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Kolejny rok działalności TOnOS

Sprawozdanie z pracy

Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi

Stowarzyszenie za 2021 rok

Paweł Kacprzyk

2021 roku Towarzystwo liczyło 1334 członków. Z członkostwa zrezygnowała 1 osoba przyjęto 12 nowych. W roku sprawozdawczym Zarząd spotkał się na zebraniach sześć razy. Były to zebrania w trybie hybrydowym. Jednocześnie pomiędzy zebraniami poszczególni członkowie pracowali na rzecz Towarzystwa lub spotykali się w mniejszych zespołach problemowych. Za codzienną bieżącą działalność odpowiadali Prezes Zarządu i Skarbnik Towarzystwa. Podczas zebrań podjęto siedemnaście uchwał. Były to:

Uchwała nr 1 w sprawie zmniejszenia odpisów na Zakładowy Fundusz Socjalny na rok 2021.

Uchwała nr 2 w sprawie zmiany zapisu w statucie Domu Pomocy Społecznej w Żułowie - uchwała porządkowa.

Uchwała nr 3 w sprawie wyrażenia zgody na rozwiązanie umowy przedwstępnej sprzedaży udziału w nieruchomości przy ul. Nowowiejskiego 2 róg ul. Działyńskich 6, zawartej ze spółką Palazzo sp. z o.o. w Poznaniu.

Uchwała nr 4 w sprawie zbycia udziału Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenia w nieruchomości położonej w Poznaniu przy ul. Nowowiejskiego 27 róg ul. Działyńskich 6. Te kwestie były sygnalizowane i omawiane na poprzednim Zebraniu Ogólnym.

Uchwała nr 5 w sprawie odpisów aktualizacyjnych nieścią

galnych należności w roku 2020.

Uchwała nr 6 w sprawie zmiany terminu Zebrania Ogólnego

członków Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie z siedzibą w Laskach.

Uchwała nr 7 w sprawie zgody przeniesienia prawa własności

części gruntów należących do TOnOS. - Uchwała dotyczy spłaty zadłużenia za nienależnie pobraną dotację za lata 2010-2011.

Uchwała nr 8 w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa przez sp. TONO Bis - dotyczy sporu ze spółka i spłaty jej zadłużenia na rzecz TONOS.

Uchwała nr 9 w sprawie rozpoczęcia remontu i rozbudowy budynku św. Stanisława oraz przystąpienia do priorytetowego programu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Część 2) PUSZCZYK - Niskoemisyjne budynki użyteczności publicznej.

Uchwała nr 10 w sprawie sfinansowania wkładu własnego w priorytetowym programie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Część 2) PUSZCZYK - Niskoemisyjne budynki użyteczności publicznej.

Uchwała nr 11 w sprawie sprzedaży nieruchomości położonej przy ul. Dereniowej 13, Nowe Załubice, państwu Lucynie i Tomaszowi Wawrzuła.

Uchwała nr 12 w sprawie zatrudnienia p. Pawła Kacprzyka

i s. Jeremii (Bożeny Zych).

Uchwała nr 13 w sprawie powołania Specjalistycznego Centrum Wspierającego Edukację Włączającą.

Uchwała nr 14 w sprawie najmu lokali mieszkalnych należących do Towarzystwa położonych na terenie Gdańska Sobieszewa.

Uchwała nr 15 w sprawie wyrażenia zgody Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie na przyjęcie darowizny obejmującej udział we współwłasności nieruchomości położonej w Wieliszewie.

Uchwała nr 16 w sprawie przyjęcia budżetu na 2022 rok.

Uchwała nr 17 w sprawie wyrażenia zgody na zawarcie umowy zamiany nieruchomości Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenia oraz nieruchomości pp. Cieleckich.

Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem nie tylko ostatniego roku była beatyfikacja naszej Założycielki. Od kiedy poznaliśmy datę uroczystości, w Ośrodku w Laskach zjawiało się coraz więcej zainteresowanych osób, grup oraz przedstawicieli mediów.

Wszystko, co działo się wokół beatyfikacji, przyniosło laskowskiej społeczności wiele radości, ale i wyzwań. Zadania związane z organizacją uroczystości, dystrybucja zaproszeń, logistyka dowozów, wiele mniejszych i większych kwestii. Po wyjątkowym 12 września nadszedł równie wyjątkowy 18, a więc Święto Dziękczynienia za beatyfikację połączone z Pielgrzymką Niewidomych i Słabowidzących.

18 września gościliśmy w Laskach ponad 1300 osób. Modliliśmy się podczas Mszy św., której przewodniczył arcybiskup Kazimierz Nycz.

Przygotowania do tych dni zdominowały pracę wszystkich działów i pochłonęły wiele energii. Podkreślić należy pełne zaangażowanie sióstr i pracowników w przygotowania.

Na poprzednim zebraniu Ogólnym uległ zmianie skład Zarządu oraz Komisji Rewizyjnej. Z pracy w Zarządzie zrezygnowali: s. Hiacynta Krech, p. Beata Sawicka, p. Kamila Miler-Zdanowska, p. Stefan Dunin-Wąsowicz. W ich miejsce zostali wybrani s. Ludmiła Krajnik, p. Krystyna Marut, p. Justyna Grochowska, p. Jan Gawlik.

W minionym roku Zarząd zajmował się szeregiem zagadnień. Postaram się wymienić tu te najistotniejsze. Część z nich jest znana, ponieważ rozciągają się na kilka lat, część była wspominana w ubiegłym roku, część jest nowa.

1. Problem mieszkalnictwa osób niesamodzielnych ze znaczna niepełnosprawnością jest znany od lat. Jest to jedna z tych spraw, które towarzyszą kolejnym Zarządom. Nie inaczej jest także teraz. Na początku 2021 r. wystosowaliśmy pismo do pani minister Marleny Maląg, wnioskując o stworzenie ścieżki dla NGO do tworzenia takich miejsc. Program Centrów Opiekuńczo Mieszkalnych został ograniczony do samorządów i mimo obietnic nie umożliwiano aplikowania stowarzyszeniom. W ciągu roku kilkukrotnie spotykaliśmy się z przedstawicielami różnych organów administracyjnych - niestety bezskutecznie. Głównym inicjatorem i motorem działań we wspomnianej kwestii jest p. Stefan Dunin-Wąsowicz. W połowie roku powstał komitet lobbujący za rozwiązaniem kwestii mieszkalnictwa dla osób z niepełnosprawnością znaczną. W maju został ogłoszony pilotażowy program WSM - Wspomaganych Wspólnot Mieszkalnych, do którego chcemy aplikować. Powinien on częściowo rozwiązać wspomniany wyżej problem. Mają powstać 14 osobowe zespoły mieszkalne. Nie jest to rozwiązanie na skalę naszych potrzeb i oczekiwań osób niewidomych, jednak jest to krok w dobrą stronę.

2. W minionym roku zakończyła się termomodernizacja kilku budynków. Po jej zakończeniu Zarząd podjął decyzję o uruchomieniu w budynku ambulatorium Przychodni Rehabilitacyjno-Leczniczej. Zdecydowano także o umieszczeniu tam możliwie dużej liczby gabinetów specjalistów rehabilitantów oraz o przekazaniu pomieszczeń dla Specjalistycznego Centrum Wspierania Edukacji Włączającej. Kierownikiem przychodni został p. Bartłomiej Ziołkowski. Obecnie kończymy tam drobne remonty oraz trwa wyposażanie gabinetów.

3. W Lutym 2021 roku rozwiązano umowę z generalnym wykonawcą remontu budynku św. Maksymiliana i powierzono dokończenie prac innej firmie. Ta sprawa była szerzej omawiana na poprzednim zebraniu. Remont został zakończony, uczniowie od września korzystają z budynku. Obecnie trwa analiza prawna dotycząca wstąpienia w spór prawny z pierwotnym wykonawcą i dochodzenie wobec niego roszczeń. Koszt całej inwestycji wyniósł około 1 500 tys. złotych.

4. Istotną zmianą z punktu widzenia organizacji była rezygnacja w marcu z pracy dotychczasowego dyrektora administracyjnego pana Piotra Płóciennika i ogłoszenie naboru w trybie otwartego konkursu na to stanowisko. Aplikowało 17 kandydatów, spośród których powołana komisja wybrała pana Artura Niegrzybowskiego, który 19 kwietnia objął stanowisko.

5. Niezwykle ważną i dotkliwą sprawą było wydanie nakazu spłaty długu wobec Starostwa z powodu nienależnie pobranych dotacji za lata 2010-11. Wyczerpana została cała droga sądowa z NSA włącznie. W pierwszym kwartale zostaliśmy wezwani do spłaty zobowiązania za oba lata wraz z odsetkami, łączna kwota to ponad 3 mln 200 tys. Podjęliśmy z władzami samorządowymi rozmowy i ustaliliśmy sposób spłaty. Ponieważ nie dysponujemy taką kwotą w gotówce, zdecydowaliśmy się przenieść na Starostwo własność trzech działek jednej w Sulejówku i dwóch w Laskach. 7 lipca podpisaliśmy akt notarialny, nie ukrywając jednak, że całą sprawę traktujemy jako niesprawiedliwość wobec Towarzystwa, a szerzej wobec sprawy osób niewidomych.

6. Zgodnie z wnioskiem z poprzedniego Zebrania Ogólnego powołano Komisję ds. uaktualnienia regulaminów pracy Zarządu oraz Zebrania Ogólnego. Komisja obradowała

w składzie p. Damian Reśkiewicz - przewodniczący, s. Fau styna Szulc, p. Beata Sawicka, p. Piotr Dziuba. Wnioski i propozycje zmian przedstawi p. Damian Reśkiewicz w swoim wystąpieniu.

7. Zdecydowano także o aplikowaniu o utworzenie Środowiskowego Domu Samopomocy w Rabce Zdroju. Jest to placówka o charakterze dziennym przeznaczona dla siedmiu uczestników. W celu jak najszybszego uruchomienia placówki s. Irmina i p. Krystyna Konieczna spotkały się z przedstawicielami Starosty, a następnie z s. Irminą rozmawiałem z przedstawicielami Wojewody małopolskiego. Niestety nie udało się przekonać urzędów do szybkiej ścieżki, obecnie jesteśmy w procesie powołania ŚDS w trybie standardowym.

Prócz wymienionych wyżej kwestii tematem przewijającym się przez cały rok były remonty i utrzymanie sprawności technicznej obiektów. Dzięki darczyńcom i współpracy z WFOŚiGW oraz życzliwości KAPE udało się wyremontować dach na stajni i założyć tam fotowoltaikę. Otrzymaliśmy także wsparcie z Lasów Państwowych na ten cel. Dokonano napraw nawierzchni dróg m. in. poprawę dojścia do domu Dolańskiego oraz budowę parkingu przy domu św. Maksymiliana. Są to poważniejsze prace realizowane w ubiegłym roku. Oczywiście na bieżąco były prowadzone konserwacje i naprawy w miarę posiadanych środków.

Wymieniona tematyka zamyka rok 2021 r. Jak wspomniałem wcześniej, sprawy toczą się swoim rytmem i nie przestrzegają terminów końca roku lub Zebrania Ogólnego, dlatego teraz pokrótce wspomnę jeszcze o roku bieżącym.

Z powodu rezygnacji p. Krystyny Koniecznej z funkcji Kierownika Działu ds. Absolwentów odbyło się postępowanie kwalifikacyjne na stanowisko Dyrektora ds. Rewalidacji osób dorosłych. Wpłynęły trzy kandydatury, jednak żaden z kandydatów nie przekonał komisji do swojej wizji. Obecnie pełniącą obowiązki Kierownika Działu ds. Absolwentów jest p. Małgorzata Drzewińska.

Aplikowaliśmy także do projektu w ramach programu Dostępność Plus dla podmiotów medycznych. Wniosek został oceniony pozytywnie, odbył się audyt potrzeb, obecnie czekamy na ostateczną decyzję o dofinansowaniu.

Powoli zapełniają się gabinety w Przychodni Rehabilitacyjno-Leczniczej. Prócz standardowych usług POZ uruchomione zostały komercyjne wizyty: pulmonologa, reumatologa, alergologa i kardiologa.

Wyzwania, jakie stawia przed nami codzienność, nie zmieniają się. Wciąż największym ryzykiem są kwestie ekonomiczne. Wzrost kosztów zatrudnienia, mediów, zaopatrzenia nie idzie w parze ze wzrostem przychodów. Należy spodziewać się wyjątkowo trudnego okresu. Również z powodu trwającej w Ukrainie wojny.

Cały czas borykamy się ze znalezieniem środków na inwestycje przy niezwykle wysokich kosztach bieżących. Co prawda nie mamy długów, ale niemożność zaplanowania przychodów nie pozwala na długofalowe plany. Mówiąc wprost: żyjemy z dnia na dzień.

Kolejne ryzyka, czy też wyzwania jakie identyfikujemy, to znalezienie kompetentnych pracowników. Nasz zespół z powodu wieku opuszczają doświadczeni pracownicy, którzy traktowali pracę w Laskach częściowo jako misję, a ich płace były często poniżej średniej na adekwatnym stanowisku gdzie indziej. Obecnie trudno znaleźć takie osoby, a oczekiwania płacowe często przekraczają nasze możliwości. Dotyczy to zarówno pracowników pedagogicznych, jak również specjalistów w zakresie księgowości, kadr czy stanowisk takich jak elektryk czy gazownik,

których praca jest obecnie wyceniana bardzo wysoko, często wyżej niż pracowników pedagogicznych.

Kolejne wyzwania, które będą nam towarzyszyć jeszcze przez kilka lat, to uzupełnianie dokumentacji technicznej oraz formalnej dotyczącej budynków służących działalności statutowej. Jest to proces długotrwały i kosztowny.

Dziękuję za pracę całemu Zarządowi oraz dyrektorom, kierownikom i pracownikom poszczególnych działów, którzy przyczyniają się do tego, że idee błogosławionej Matki Czackiej stają się ciałem.

Paweł Kacprzyk

Prezes TOnOS

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

Miejsce Zgromadzenia w strukturze działań Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi

Kochani.

Na początku podam kilka informacji dotyczących naszego Zgromadzenia, które też przedstawiłam na Zebraniu TOnO.

Stan liczbowy Zgromadzenia

Na koniec maja 2022 roku w Zgromadzeniu są 164 siostry profeski i 3 nowicjuszki:

profeski wieczyste 156 (119 w Polsce, 27 w Indiach,

5 na Ukrainie, 5 w Rwandzie)

profeski czasowe 8 (2 w Polsce, 4 w Indiach,

2 w Rwandzie)

nowicjuszki 3 (w Rwandzie)

A ponadto 12 kandydatek i postulantek: 2 w Indiach, 10 w Rwandzie.

m. Judyta Olechowska FSK - Miejsce Zgromadzenia...

Zgromadzenie ma 17 domów: 9 w Polsce, 4 w Indiach, 2 w Ukrainie, 2 w Rwandzie.

Od ostatniego zebrania ogólnego (w lipcu 2021r.) pierwszą profesję złożyły w Laskach dwie siostry: s. Alicja i s. Zuzanna

(15 sierpnia 2021r.)

Śluby wieczyste złożyło sześć sióstr: w Laskach - s. Justyna i s. Jadwiga (2 sierpnia 2021r.), a w maju tego roku w Indiach cztery siostry: s. Margaret, s. Rachel, s. Mary Ancilla, s. Virginia.

W minionym roku sprawozdawczym 16 kwietnia 2022 roku zmarła śp. s. Regina Świder.

Jak widać ze statystyk, jest nas mniej, wiele jest sióstr starszych i chorych, ale Bóg daje nam nowe zadania i posyła nas także do osób, które tak licznie przybywają do Lasek.

Szerzenie kultu bł. Matki Elżbiety Czackiej

Od ubiegłego roku przyjęliśmy w Laskach ponad 800 grup, ale także wiele osób przybywa indywidualnie.Od dnia beatyfikacji (tj. 12 września 2021r.) przekazałyśmy 101 kapsuł z relikwiami znacznymi bł. Matki Elżbiety (tzn. z cząstką z jej szczątków doczesnych - z kości). Siostry wielokrotnie wyjeżdżały do różnych parafii z prelekcjami o naszej błogosławionej Matce. Zapowiedziane są kolejne grupy parafialne, ale też młodzieżowe, które będziemy gościć w ramach zjazdu młodzieży dekanalnej.

19 maja br. zostało otwarte i poświęcone przez ks. kard. Kazimierza Nycza Miejsce Pamięci Matki - serdecznie tam zapraszamy.

Wiele dobra i piękna, wiele łask doświadczają ci, którzy przybywają do Lasek - cieszymy się ich radością. Bóg daje nam wszystkim tak wiele każdego dnia - dziękujemy za każdy dar Jego łaski.

Kochani,

rozpoczął się czerwiec, miesiąc, w którym czcimy Serce Pana Jezusa.Wpatrujemy się w To Serce pełne dobroci i miłości, po-

korne, ciche, cierpliwe, hojne…Ufajmy Bogu i dajmy się Jemu poprowadzić.

Tak wiele niepokoju jest w świecie… Czasem ogarnia nas lęk, żyjemy w smutku, w napięciu, jak będzie… co dalej… Potrzebna jest nasza modlitwa, powierzanie Bogu wszystkich aktualnych intencji Kościoła, świata i każdego człowieka. Gdy oddajemy to wszystko Bogu - to ON nas prowadzi, On jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem.

Jednak nie może być życia w nas, nie może być radości, pokoju, jeśli nie ma Boga, jeśli Go nie szukamy, jeśli nie ufamy, jeśli nie ma w nas pewności, że miłość Serca Boga do każdej i każdego z nas jest pełna i bezwarunkowa. Gdy ją przyjmujemy, wtedy chodzimy w świetle miłości i pokoju Boga.Tak bardzo ważne jest, abyśmy pokazywali innym tę miłość, którą Bóg złożył w naszym sercu.

Na wiosnę wszystko budzi się do życia - cała przyroda rozkwita! Bóg daje ziemi nowy początek - i nam też - ciągle daje nam nowy początek! Beatyfikacja Matki przynosi obfite owoce - cieszymy się nimi. Pielęgnujmy wspólnie w sobie radość beatyfikacji!

Dla błogosławionej Matki Elżbiety Bóg był w centrum jej życia - Ona pragnęła dać Go wszystkim ludziom, pragnęła, aby Go kochali. Matka jest naszą pośredniczką u Boga.Uczy nas, że pokój i radość płyną z zaufania i całkowitego oddania się Bogu, ale też przede wszystkim - z pewności ogromu miłości Boga do każdego człowieka. On chce nas posyłać i posyła, abyśmy byli odblaskiem Jego Serca.

Niech Serce Jezusa- gorejące ognisko miłości - uzdalnia każdego z nas do bycia Apostołem, wszędzie tam, gdzie jesteśmy.

Razem ze wszystkimi Siostrami FSK życzę wszystkim dobrego czasu wakacji - niech Bóg błogosławi i prowadzi.

m. Judyta Olechowska Przełożona Generalna Sióstr FSK

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ŚWIĘTO OŚRODKA SZKOLNO-WYCHOWAWCZEGO
i 25-LECIE SZKOŁY MUZYCZNEJ

Święto naszego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w tym roku obchodziliśmy po raz pierwszy w dniu liturgicznego wspomnienia Błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej. Kościół wyznaczył ten dzień, kierując się rocznicą pogrzebu Matki; było to 19 maja 1961 roku. Tegoroczne świętowanie połączyliśmy z 25-leciem istnienia naszej Szkoły Muzycznej im. Edwina Kowalika.

Uroczystość rozpoczęliśmy Mszą świętą, której przewodniczył kardynał Kazimierz Nycz. Kardynał wygłosił również okolicznościową homilię, którą drukujemy poniżej.

Po Mszy świętej udaliśmy się do siedziby Szkoły Muzycznej, która mieści się na terenie Warsztatów. Wśród zaproszonych Gości byli obecni: Paweł Wdówik - Sekretarz Stanu w randze wiceministra przy Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej; Konstanty Radziwiłł - wojewoda Mazowiecki; Jan Żychliński - starosta powiatu Warszawskiego Zachodniego; Dorota Zmarzlak - wójt gminy Izabelin. Witold Malarowski - były wójt gminy Izabelin; Dariusz Jóźwiak - przedstawiciel Ministerstwa Edukacji i Nauki, który odczytał list gratulacyjny min. Przemysława Czarnka. Była także obecna żona Edwina Kowalika: Danuta oraz jej córka: Aleksandra Kowalik - Burdzy.

W sali organowej odbyła się część oficjalna, podczas której zaproszeni goście wygłosili przemówienia. Niektóre z nich publikujemy również poniżej. Jeszcze przedtem absolwenci naszych szkolnych placówek złożyli ślubowanie oraz otrzymali świadectwa i dyplomy. Na koniec uroczystości nastąpiła część artystyczna, podczas której uczniowie Szkoły Muzycznej oraz jej absolwenci zaprezentowali bardzo bogaty repertuar.

 

Z ramienia Ośrodka spotkanie poprowadziła dyrektor Elżbieta Szczepkowska, natomiast w imieniu Szkoły Muzycznej - dyrektor Beata Dąbrowska, która prezentowała obecnych uczniów Szkoły oraz jej absolwentów, wykonujących bardzo ambitny program artystyczny.

 

W związku z jubileuszem, załączamy również życzenia Elżbiety Górnej-Przedmojskiej, która od samego początku istnienia Szkoły Muzycznej była razem ze śp. siostrą Blanką Wąsalanką FSK, jej współorganizatorką i - przez wiele lat - dyrektorem.

Redakcja

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Kardynał Kazimierz Nycz
Razem z błogosławioną
Matką Elżbietą Różą Czacką Homilia

Umiłowani Bracia i Siostry

Pozdrowieni na początku tej Mszy świętej, serdecznie wymienieni przez Księdza Rektora - niektórzy imiennie - szczególnie ważni, związani z dzisiejszym dniem, w którym przeżywamy pierwsze, liturgiczne wspomnienie błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej.

19 maja 1961 roku, w tym miejscu - w Laskach - odbywał się pogrzeb Matki Elżbiety Róży Czackiej; pogrzeb niezwykły, uroczysty, z którego pozostały dokładne zapiski, z wielkim kazaniem Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego; pogrzeb, w którym uczestniczyli również biskupi: Choromański i Falkowski oraz wiele innych, ważnych osobistości. Już wtedy to ziemskie pożegnanie wskazywało, że nie jest to zwykły pogrzeb, zwykłej Matki Generalnej czy nawet Założycielki zakonu; a że jest to pogrzeb błogosławionej i świętej.

Dzisiaj ta data, ta rocznica pogrzebu jest mniej ważna. Ważne jest to - mówi nam o tym wiara i Kościół - że były to wielkie narodziny dla nieba Tej, którą dzisiaj czcimy. Sześćdziesiąt lat później, 12 września 2021 roku Kościół potwierdził to podczas beatyfikacji, którą przeżywaliśmy wszyscy razem w świątyni Bożej Opatrzności, dziękując Panu Bogu za dar wyniesienia na ołtarze Założycielki Dzieła Lasek.

Dzisiaj przeżywamy pierwsze liturgiczne wspomnienie nowej Błogosławionej. Te pierwsze wspomnienia są ważne; kojarzą się i zostają w pamięci jako pierwszy akt kultu religijnego, modlitwy i prośby o wstawiennictwo oraz przygotowania, by naśladować nową Błogosławioną.

Tak przeżywaliśmy kiedyś pierwsze liturgiczne wspomnienie świętego Jana Pawła II - było to 22 października 2011 roku. Tak przeżywaliśmy pierwsze liturgiczne wspomnienie błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. I tak chcemy przeżywać dzisiaj to pierwsze liturgiczne wspomnienie, które ma swoje szczególne okoliczności.

Taką pierwszą okolicznością, na którą chciałbym zwrócić uwagę, będzie za kilkanaście dni ważna uroczystość w świątyni Bożej Opatrzności, gdzie odbyła się w ubiegłym roku beatyfikacja. Będziemy wówczas dziękować Bogu za wspólną beatyfikację, za świętość życia zarówno kardynała Stefana Wyszyńskiego, jak i Matki Elżbiety Róży Czackiej. Właśnie ten aspekt wspólnej beatyfikacji chciałbym jeszcze raz podkreślić.

Spotkali się oni nie tylko na pogrzebie sześćdziesiąt jeden lat temu; i nie tylko wiele razy spotykali się wcześniej tu w Laskach. Przede wszystkim przyciągała ich do siebie bliska, oparta o Krzyż Chrystusowy duchowość. Spotykali się tutaj podczas wojny - On był kapelanem, opiekując się chorymi w szpitalu, a Ona była prężną i ważną osobą w Laskach. Spotykali się już przed wojną, kiedy On studiował, a później był profesorem, a Ona pracowała z siostrami Zgromadzenia, które założyła - właśnie tu w Laskach, prowadząc Dzieło Niewidomych.

Wspólna beatyfikacja, która wydarzyła się po ludzku przypadkowo, przypadkiem nie była. Ona pokazuje nam, że Kościół warszawski potrzebował naraz dwóch nowych błogosławionych; że ta ich duchowa bliskość przez lata życia tutaj na ziemi jest potrzebna także Kościołowi dzisiaj, całemu Kościołowi, w tym Kościołowi warszawskiemu, który staje wobec nowych wyzwań, wymagających orędownictwa zarówno wielkiego Prymasa i wielkiej Matki Elżbiety Róży Czackiej.

Potrzebujemy dzisiaj takich świętych, i takich błogosławionych, także na trudne czasy wojny w tej części Europy, która swoimi skutkami ogarnia kraje daleko położone od Europy Środkowo-Wschodniej; ogarnia całą Europę, i pewnie ogarnie cały świat w znaczeniu konsekwencji i skutków nie tylko gospodarczych, ale skutków duchowych i społecznych, które będą dla nas zadaniem i wyzwaniem do nowego życia; i pewnej odpowiedzi na nowe czasy, tak, jak potrafiła odpowiedzieć w swoim czasie Matka Elżbieta Róża Czacka, zakładając Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, potem Zgromadzenie zakonne sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, tworząc to, co nazywamy dzisiaj środowiskiem Lasek.

Dzisiaj potrzebujemy przykładów i orędowników. Niewątpliwie we wspomnianych osobach takich orędowników już mamy. Ma je nie tylko środowisko Lasek, ale także Archidiecezja Warszawska, Kościół w Polsce, w Indiach i w innych miejscach świata.

Nie chciałbym, moi Drodzy, wchodzić w życiorys Błogosławionej, który dobrze znacie. Nie czas o nim dzisiaj mówić, nie wchodząc we wszystkie dzieła, które stworzyła i którymi się opiekowała, a które nam zostawiła jako zadanie. Gdy mówię „nam”, mam na uwadze siebie i wszystkich wymienionych tutaj z nazwiska, a także wszystkich, którzy są życzliwi Laskom. Zostawiła nam - to znaczy, że nie tylko siostrom i tym, którzy są blisko sióstr - ale wszystkim tym, dla których Laski są ważne i bliskie. Obyśmy potrafili z tym Dziełem się utożsamić, aby było ono jeszcze bardziej środowiskiem poszukiwań dla tych, którzy zagubili drogę do Pana Boga, o których Matka Czacka mówiła, że są duchowo niewidomymi; chodzi o to, abyśmy stali się widzącymi w łasce wiary i w lasce spotkania z Chrystusem. To środowisko jest tak bardzo ważne, że wymaga kontynuacji na nasze dzisiejsze czasy.

Dzisiejsze czytania mszalne, które Kościół wybrał na pierwsze wspomnienie Matki Elżbiety Róży Czackiej, wskazują na dwa elementy Jej duchowości.

Pierwszy element to duchowość Krzyża Chrystusowego, wyrażająca się od samej Jej młodości, umiejętnością oparcia się o Krzyż i przyjęcie tego Krzyża - z czym dzisiejszy człowiek, nieraz my sami, mamy spore kłopoty. W jaki sposób uwierzyć, że krzyż w życiu człowieka będzie zawsze obecny; że również trzeba go umieć złączyć z tym jedynym Krzyżem, jakim jest Krzyż Jezusa Chrystusa? W jaki sposób uwierzyć, że nie da się od Niego uciec i schować go gdzieś na poboczu naszego życia? Przykładem tego jest Matka Czacka, która potrafiła się z tym krzyżem wielokrotnie zmierzyć w swoim życiu. Najpierw wtedy, gdy jako młoda, świetnie zapowiadająca się kobieta zaczęła tracić wzrok. To był prawdziwy krzyż. Wystarczyły mądre i życzliwe - choć niełatwe - słowa otoczenia, bliskich, by przereflektować to doświadczenie krzyża; była skupiona na modlitwie i refleksji, by obudzić się i wstać do nowego życia, przyjmując swój krzyż jakby o Krzyż Jezusa Chrystusa oparta. Potrafiła to, co było nieszczęściem po ludzku w Jej życiu, przekształcić w Dzieło Niewidomych, Dzieło Lasek, i to Dzieło potrójne: Triuno. Dlatego, że tak widziała swój charyzmat, realizując go na rzecz Towarzystwa, z myślą o osobach niewidomych, a także powołując nowe Zgromadzenie zakonne, które zaczęło się rozwijać i rozrastać wokół charyzmatu Krzyża.

Nie znamy rozmów duchowych, jakie prowadziła przez wiele lat (1926-1961) ze wspomnianym dzisiaj kardynałem Stefanem Wyszyńskim, ale możemy sobie wyobrazić, że były to rozmowy wokół tej wielkiej tajemnicy naszego zbawienia. Swoje krzyże miała Ona i swoje krzyże miał również On, prowadząc Kościół w tak trudnym okresie komunizmu, prowadząc Archidiecezję Warszawską, będąc Prymasem Tysiąclecia. Przychodzili z tymi swoimi krzyżami nie po to, by się wzajemnie żalić i licytować: kto ma większy krzyż, ale przychodzili, by w tej duchowej rozmowie złączyć te swoje ludzkie krzyże z Krzyżem Jezusa Chrystusa.

To jest ten pierwszy rys, który nam przypomina dzisiejsza Ewangelia, mówiąc: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. To był ważny, i jest ważny nadal, wymiar tej świętości, którą nam ukazuje Kościół dzisiaj - w pierwsze wspomnienie liturgiczne.

A drugi rys, to otwartość na miłość Chrystusową, która jest rozlana w naszym sercu. Bóg najpierw nas umiłował po to, żebyśmy mogli odpowiedzieć na Jego miłość naszą miłością - do Niego i naszych bliźnich. Święty Paweł wyraźnie to dzisiaj powiedział: „Miłość Chrystusa przynagla nas”. Pytanie tylko: do czego nas przynagla? I drugie pytanie: czy zawsze jest to miłość Chrystusowa? Czy czasem nie jest to miłość własna, która nas przynagla? Nie wiadomo czasem do końca, do czego? Wiemy bardzo dobrze, do czego Ją przynagliła miłość Chrystusa: do tych wszystkich dzieł, o których już wspomniałem. Do tego, żeby je powołać, to już wystarczająco wielka Jej ziemska zasługa; ale przede wszystkim zrobiła to dlatego, aby służyć - jak nam to pokazują obrazy z życia Matki Róży Czackiej z okresu wojennego, gdy potrafiła sama służyć w sensie dosłownym - nie tylko swoim Dziełem, nie tylko założonym przez Nią Zgromadzeniem Sióstr razem ze swoimi współpracownikami. Przede wszystkim potrafiła wszystko to robić wspólnie. Sama była pielęgniarką, sama była przynaglona miłością Chrystusa do tego, żeby służyć osobom rannym w tej okropnej wojnie, w tym okropnym Powstaniu, które ogarnęło Warszawę, a którego skutki dochodziły także tutaj, do Puszczy Kampinoskiej, łącznie z symbolicznym obrazkiem, kawałkiem karteczki przywianej przez wiatr z Warszawy, którą znalazł podczas spaceru kardynał Stefan Wyszyński, a na której zachowało się tylko jedno zdanie: „Abyś miłował”.

Te dwa rysy duchowości Matki Elżbiety Róży Czackiej weźmy i przenieśmy na nasze czasy. Ze świętymi i błogosławionymi tak jest, i tak bywa, że nie zawsze da się skopiować ich sposobu życia. Nie każdy z was tutaj obecnych - nauczycieli, wychowawców, opiekunów, urzędników, uczniów, niewidomych - nie każdy z was, a może absolutna mniejszość założy habit zakonny; oby tak było, byśmy obudzili się także w powołaniach. Ale każdy z nas może naśladować istotę duchowości, tej podstawowej umiejętności otwarcia się na miłość Chrystusa, tak jak to potrafił otworzyć się i oprzeć o Krzyż błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński i Matka Elżbieta Róża Czacka - jeszcze raz to powtórzmy: nie w sensie kopiowania. Pewnie nie zawsze to jest możliwe, ale możliwe w sensie naśladowania, adaptowania do naszych czasów.

Powinniśmy iść po śladach drogami naszych świętych i błogosławionych, drogami błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej, aby tworzyć wokół siebie przyjazne dla świata środowisko; otwarte i przyjazne dla tych, którzy tutaj przychodzą i przyjeżdżają, aby usłyszeć dobre słowo, by odnaleźć w tym miejscu i dla siebie duchowy wzrok, który pozwoli im odpowiedzieć odmianą swojego życia przez łaskę wiary. Szczególnie - już to drugi raz podkreślam - ważny jest tutaj wymiar środowiska Lasek, ważny dla Kościoła warszawskiego, wychodząc do tych, którzy tego wyjścia potrzebują. Potrzeba takiej nowej i mądrej ewangelizacji, ale także przygarniania wszystkich, którzy szczerze poszukują wartości, albo nawet czasem jeszcze nie wiedzą, czego szukają. To jest coś z atmosfery drogi synodalnej Kościoła synodalnego, którą nam zadał papież Franciszek. Powiedział on mniej więcej tak - parafrazując jego ideę, jego myśl - że Kościół będzie albo synodalny, wsłuchujący się nawzajem, by razem działać i razem być Ludem Bożym, albo będzie miał w tym współczesnym świecie bardzo niewiele do powiedzenia.

Tak jak ponad sto lat temu Matka Elżbieta Róża Czacka miała wiele do powiedzenia światu, tak i dzisiaj może mieć Ona wiele do powiedzenia również nam, szczególnie tym, którzy idą trudnymi drogami. Mam tutaj na myśli sytuację po pandemii oraz okoliczność wojny. To nie są proste sprawy. Wiemy ilu ludzi - Bogu dzięki - przyjęło przynaglenie Pana Jezusa. Jest to miłość Chrystusa, która przynagla, żeby pomagać i otworzyć się na braci i sióstr z Ukrainy. Wspominam o tym nie tylko dlatego, że jest wojna, ale dlatego, że jestem głęboko przekonany - i tym zdaniem już kończę - że Matka Elżbieta Róża Czacka, urodzona na terenie obecnej Ukrainy, gdyby dzisiaj żyła, na pewno byłaby także wzorem wrażliwości na to, co dzieje się wokół nas.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Okolicznościowe życzenia

Przemysław Czarnek
Minister Edukacji i Nauki

Szanowne Panie Dyrektor,

Szanowni Pracownicy i Wychowankowie Ośrodka, Drodzy Uczniowie, Szanowni Państwo.

Serdecznie dziękuję za zaproszenie na obchody Święta Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej oraz Jubileusz 25-lecia Szkoły Muzycznej I stopnia im. Edwina Kowalika w Laskach. Żałuję, że na mój udział w tym, niezwykle ważnym dla całej społeczności Ośrodka, wydarzeniu nie pozwalają podjęte wcześniej zobowiązania.

Święto tak wyjątkowej Instytucji posiadającej ogromne zasługi w zaspokajaniu wychowawczych, socjalnych, edukacyjnych czy rehabilitacyjnych potrzeb wychowanków - jest dogodną okazją do uroczystych podsumowań i kreślenia śmiałych planów na przyszłość. Nie sposób przecenić zasług Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach na rzecz przygotowania podopiecznych do osiągnięcia samodzielności w życiu dorosłym. Istniejący już ponad sto lat Ośrodek z powodzeniem kontynuuje zainicjowaną przez Różę Czacką tradycję otaczania osób niewidomych opieką i jawi się dziś prawdziwą ostoją najistotniejszych wartości. Jestem pewien, że przesłanie błogosławionej Kościoła Katolickiego, mówiące że „podstawą życia w Laskach musi być miłość”, wypełnia on wzorowo. Codzienne zaangażowanie pracowników, nauczycieli i wychowawców Ośrodka na rzecz wyrównywania szans społecznych dzieci, młodzieży lub dorosłych zasługuje przy tym na szczególne wyróżnienie. Tworzenie przestrzeni dla inkluzji sprzyja bowiem stałemu wzrostowi szans społecznych ludzi młodych, a co za tym idzie - gwarantuje im optymalne warunki rozwijania własnego potencjału bez względu na indywidualne ograniczenia.

Jest mi niezmiernie miło, że to nadzwyczajne miejsce od 25 lat jest też kuźnią talentów muzycznych, twórczych osobowości i szkołą wrażliwości rozwijających się pod opieką profesjonalnych instrumentalistów oraz pedagogów. Głęboko wierzę, że przypadający w tym roku jubileusz budzi słuszne poczucie dumy zarówno pracowników, jak również uczniów Szkoły Muzycznej.

Gratulując z okazji Święta Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej oraz Jubileuszu 25-lecia Szkoły Muzycznej I stopnia im. Edwina Kowalika, pozdrawiam wszystkich uczestników tego wydarzenia i życzę Państwu wszelkiej pomyślności.

Z wyrazami szacunku

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Paweł Wdówik
Wiceminister Rodziny i Polityki Społecznej

 

Szanowni Państwo. Drodzy Absolwenci

Przypominam sobie dzień z 1986 roku, kiedy jako absolwent tego Ośrodka składałem ślubowanie i przemawiałem w tym miejscu; które tak ogromnie dużo mi dało.

Chciałbym zabrać głos zarówno jako absolwent tego Ośrodka, jako minister oraz jako człowiek wierzący. W gruncie rzeczy to wszystko powinno pokrywać się ze sobą.

Gdy kończyłem Laski , mówiłem: „wreszcie” - jestem już wolnym człowiekiem. I nadal mam takie poczucie. Ale po 36-ciu latach od tamtego momentu mogę powiedzieć, że wiele Laskom zawdzięczam; przede wszystkim kręgosłup ideowy, moralny oraz światopoglądowy. Trafiłem w Laskach na fantastycznych ludzi - nauczycieli i wychowawców - którzy swoim przykładem wskazywali mi odpowiedni kierunek życia. I to jest być może największe bogactwo tego miejsca.

Laski nie są najlepszym miejscem do zarabiania pieniędzy, ale osoby, z którymi się zetknąłem , przyszły tutaj dla innych wartości. Jest to cała spuścizna Matki Czackiej - to, co Ona nam zostawiła. To wartości, których gdzie indziej nie ma. Tutaj był i jest od zawsze jasny przekaz ideowy.

Chciałbym powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Obecnie w świecie ujawnia się niebezpieczna tendencja roszczeniowa. Mnie w Laskach uczono - i mam nadzieję, że to się nie zmieniło - że musisz wymagać przede wszystkim od siebie; musisz polegać na sobie; musisz dać sobie radę w życiu własnymi siłami. Dlatego warto nie oglądać się na pomoc, ale samemu szukać pracy, aby uzyskać uczciwie zarobione pieniądze i być człowiekiem niezależnym.

To tyle, gdy chodzi o część pierwszą mojego wystąpienia -= absolwencką.

Gdy chodzi o część ministerialną, chciałbym podzielić się informacją, że w zeszłym tygodniu uruchomiliśmy program skierowany do absolwentów, który będziemy realizować dzięki środkom. jakie Pan Premier dodatkowo przeznaczył na wsparcie osób z niepełnosprawnością. Jest to kwota jednego miliarda złotych, z czego 150 milionów złotych skierowane będą poprzez PFRON na specjalny program pod nazwą: „Mieszkanie dla absolwenta”. A więc każda osoba, która kończyła szkołę w ciągu ostatnich 36 miesięcy, może uzyskać finansowanie przez trzy lata kosztów związanych z wynajmem mieszkania, o ile podejmie pracę. W pierwszym roku wystarczy nawet, że absolwent będzie poszukiwał pracy, ale w następnych latach musi już pracować.

Dla tych, którzy nie idą na studia, jest to dobra opcja, która może pomóc.

Na koniec chcę powiedzieć, że jesteśmy - z mojego punktu widzenia - w momencie zwrotnym, ponieważ dostaliśmy wielki dar, jakim jest beatyfikacja Matki Czackiej. Mamy więc przed sobą wielkie zadanie, kiedy - zwłaszcza w obecnych czasach - wiara jest często zbyt trudna, by iść z nią w świat, ale równocześnie jest ona niezwykle cennym kluczem do tego, aby przyjąć siebie takim jakim się jest, i pokazywać innym, pogubionym często ludziom, że życie może mieć sens, niezależnie od cierpienia, czy nawet największej niepełnosprawności.

Bardzo życzę, by Laski jako wyjątkowe środowisko w zakresie przygotowania młodych ludzi do życia, tego daru nie zmarnowały; aby nie został on schowany pod korzec, a odważnie był proponowany światu. I aby to miejsce nadal pomagało osobom niewidomym i słabowidzącym dostrzegać swój wielki potencjał i budować go.

 

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Konstanty Radziwiłł
Wojewoda Mazowiecki

 

Szanowni Państwo

Bardzo dziękuję za możliwość uczestniczenia w tej ważnej uroczystości. Dziękuję za pierwszą część - zacznę od tego wielkiego wydarzenia: dnia wspomnienia liturgicznego waszej Patronki, które jest przeżyciem daleko wykraczającym poza Laski.

Myślę, że Kościół nie beatyfikuje ludzi dla jakichś odrębnych grup, tylko dla wszystkich. Nie ma świętych tylko dla włókniarzy, tylko dla górników, tylko dla niewidomych albo tylko dla lekarzy - wszyscy są dla wszystkich. I każdy musi odczytać to, co jest ważne w ich przesłaniu. Jest w nim wiele treści, które osobiście trafiają także do mnie.

Bardzo dziękuję, że mogłem uczestniczyć w tej pierwszej części - chyba najważniejszej.

Dzisiejsze święto to okazja do podziękowań wszystkim z Państwa, którzy zawodowo, ale także z potrzeby serca związali się z Laskami. Bardzo nisko kłaniam się jako odpowiedzialny za to, co dzieje się na terenie województwa; ale widać że to, co dzieje się tutaj, wykracza daleko poza nasze województwo. Z wielką wdzięcznością patrzę zarówno na osoby świeckie, na siostry służebnice Krzyża. To, co się tutaj dzieje, to naprawdę wielkie Dzieło, to wspaniałe środowisko, które powstało wokół Lasek; jest to coś, czego nie można nie zauważyć.

Jesteśmy w szkole. Kończy się rok szkolny; niektórzy już dostają swoje świadectwa i myślą o przyszłości. Gratulując wam sukcesów w ciągu nauki w Laskach, mogę was zapewnić, że rząd robi naprawdę bardzo dużo, i starać się będzie robić jeszcze więcej, żeby wesprzeć ludzi, którym czegoś brakuje do stuprocentowej sprawności. Tu nie chodzi o pomoc w sensie wyręczania. Każdy z nas ma jakieś talenty, ale też różnego rodzaju niedoskonałości i ograniczenia; każdy nosi w sobie różnego rodzaju obawy, lęki, czy po prostu krzyże, które czasem przytłaczają. Głęboko wierzę, że uda nam się pomagać tym, którzy zechcą was wspierać.

Pan Bóg nikomu nie daje zadań ponad jego siły. One wydają się czasem bardzo trudne, ale jak dobrze się przyjrzeć, to okazuje się, że można im podołać.

I ostatnia drobna sprawa. Od dwóch lat trwa współpraca z Ośrodkiem. I efekt już jest. Są już absolwenci Lasek, którzy pracują w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim; są tam doceniani zarówno przeze mnie, jak i współpracowników. Jest więc praca dla was drodzy absolwenci; także w różnych innych miejscach. Zachęcam i zapraszam.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Jan Żychliński
Starosta Powiatu
Warszawskiego Zachodniego

 

Szanowni Państwo

Święto Lasek jest szczególnym dniem. Osobiście od wielu lat czekam na ten dzień, kiedy przyroda ma swoje „pięć minut”. Wszystko kwitnie wkoło i radośnie świętujemy Dzieło Matki Czackiej; w tym roku w sposób szczególny, dlatego że jest już Błogosławioną, a wspomnienie liturgiczne obchodzimy dzisiaj po raz pierwszy.

Powiat w ramach swoich działań ma również zadania związane z pomocą osobom niepełnosprawnym, ale również - jeżeli chodzi o oświatę - zajmujemy się szkołami specjalnymi, stąd nasza wieloletnia - mam nadzieję - owocna współpraca z Laskami. Te zadania staramy się wspólnie podejmować.

Dla absolwentów dzisiejszy dzień może budzić uczucia ambiwalentne. Wspominał o tym Pan Minister, ze oto kończy się szkoła, ale też kończy się pewien świat.

Gdy słuchałem wypowiedzi Pani Dyrektor, dowiedziałem się, że niektórzy dzisiejsi absolwenci zaczynali swój pobyt tutaj już w przedszkolu, tak więc dla nich jest to chyba jednak dodatkowo trudny czas rozstania.

Dodam, że - tak jak to Matka Judyta wspomniała - Laski będą bardzo chętnie gościć swoich absolwentów, którzy dobrze ten czas wykorzystali.

Otrzymaliście dzisiaj dyplomy, wielu z was wybiera się na studia.

A zatem zakończę ewangelicznym wezwaniem: „wypłyńcie na głębię”.

 

Dzięki muzyce moje życie jest piękniejsze i ma większy sens(...). Z muzyką idę przez życie tak jak z aniołem stróżem. Ona towarzyszy mi w pracy, w nauce i we wszystkim, co robię każdego dnia.

Anna Kuszaj-Faderewska

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Elżbieta Górna-Przedmojska*
Powstanie Szkoły Muzycznej w Laskach

Dnia 19.05.2022 r. odbyła się w Laskach piękna uroczystość

25- lecia działalności Szkoły Muzycznej I st. im. Edwina Kowalika. Mój stan zdrowia uniemożliwił mi obecność na tej uroczystości. Tą drogą zatem, pragnę podzielić się wspomnieniami i refleksją na temat historii powstania szkoły i pierwszego okresu jej funkcjonowania.

Przede wszystkim jednak chciałabym z całego serca, które zawsze było i jest blisko tej placówki, bardzo serdecznie pogratulować szkole, Uczniom i ich Mistrzom - wspaniałego jubileuszu, osiągnięcia tak dojrzałego „wieku” szkoły, jej rozwoju i wszystkich sukcesów. Błogosławiona Matka Czacka zawsze podkreślała wagę kształcenia muzycznego niewidomych dzieci jak i dorosłych, podkreślając ważną rolę muzyki nie tylko we wspomaganiu rozwoju niewidomych wychowanków, ale także jej wartość w ich dorosłym życiu. Po wielu latach, od dorosłych już naszych Absolwentów otrzymuję wiadomości o wpływie muzyki na ich dalsze życie, z podziękowaniem za możliwość nauki w szkole muzycznej; za możliwość przeżywania przygody muzycznej zapoczątkowanej w Laskach, która wciąż w ich życiu jest obecna i tak bardzo istotna. Dla wielu z nich stała się pomocą w ich życiu, formą dalszego rozwoju w kontaktach, uczestnictwa w zespołach muzycznych, koncertach, w umiejętności słuchania muzyki oraz korzystania z jej wartości w różnej formie. To prawdziwa i największa radość dla nas wszystkich i zapewne to jest największym osiągnięciem tej szkoły. Duża część Absolwentów z powodzeniem wykonuje zawód muzyka jako: akompaniatorzy, wokaliści, muzykoterapeuci; pracują jako stroiciele czy realizatorzy dźwięku. Pięknym tego przykładem jest absolwentka szkoły: Anna Kuszaj-Faderewska, która kontynuowała dalszą naukę w średniej szkole muzycznej na wydziale śpiewu, następnie studiowała Muzykę Kościelną na Uniwersytecie Muzycznym im. F. Chopina w Warszawie, równocześnie ukończyła Międzywydziałową Specjalizację w zakresie: Kształcenie Słuchu; również jest nauczycielką tego przedmiotu w Szkole Muzycznej w Laskach.

 

Laski zawsze rozbrzmiewały muzyką, poszczególne dzieci uczęszczały na lekcje gry na pianinie, śpiewały w chórze. W muzycznej historii Lasek zapisali się wspaniali niewidomi muzycy: Włodzimierz Dolański i Teresa Skibówna. Kiedy przyszłam do

Lasek, sprawami muzycznymi zajmowała się wówczas siostra Blanka Wąsalanka. Wszechstronnie wykształcona, uczyła śpiewu, prowadziła chór. To Ona dążyła bardzo do powstania szkoły muzycznej dla dzieci niewidomych. Widziała bowiem potrzebę zapewnienia wychowankom Lasek regularnego, kompleksowego kształcenia muzycznego. Dla wielu absolwentów Lasek stworzyłoby to możliwość kontynuacji kształcenia i zdobycia zawodu muzyka. Przez jakiś czas Ośrodek współpracował z Prywatną Szkołą Muzyczną, ale tamtejsza kadra nie była przygotowana do pracy z dziećmi niewidomymi. Bardzo widać było potrzebę powstania szkoły Laskowej odpowiadającej programem i poziomem innym szkołom muzycznym tego typu, ale jednocześnie realizującej kształcenie muzyczne z wykorzystaniem metod dostosowanych do pracy z dziećmi niewidomymi i z odpowiednią, specjali sty czną muzyczną kadrą pedagogów,dla których Laski i cha- ryz maty Matki Czackiej także będą bliskie. Ostatecznie decyzja o podjęciu organizacji Szkoły Muzycznej I st, w Laskach została podjęta w 1995 r przez Zarząd TOnO, który nadal jest Organem Prowadzącym szkołę.

Do Dzieła Laskowego nie trafia się przypadkowo, wiedzą o tym zapewne wszyscy obecni pracownicy i nauczyciele, a także Ci, dla których Laski i szkoła muzyczna były pewnym tylko, a jednak ważnym etapem. Zostawili bowiem w tym miejscu wiele dobra - a idąc dalej - ponieśli Laski w swoim sercu. ”I to jest właśnie wartość tego miejsca. Można być wszędzie i zawsze nosi się Laski w sobie”( Teresa Cwalina).

Z ogromem chęci pracy z niewidomymi przyjechałam do Lasek w maju 1995 roku. Od początku czułam - i tak jest do dzisiaj - że możliwość bycia w Dziele Laskowym i praca z dziećmi niewidomymi jest prawdziwym Darem i zaszczytem, że to miejsce jest szczególne. Pracę organizowania szkoły muzycznej rozpoczęliśmy na początku roku szk.1995/96. Dyrektor Piotr Grocholski prowadził sprawy formalne założenia szkoły, ja miałam się zająć organizacją pracy szkoły, jej dokumentacją, potrzebnymi materiałami, instrumentarium i przede wszystkim poszukiwaniem właściwej kadry nauczycielskiej. Trudności od początku było wiele, ale czułam, że Matka Czacka sama zakłada tę szkołę, i pragnie, by ona powstała. Przy tej ważnej okazji jubileuszu szkoły, chciałabym bardzo podziękować P. Dyrektorowi Grocholskiemu - ówczesnemu Dyrektorowi Ośrodka za wkład pracy w organizację szkoły, serdeczność i współpracę. Szczególne podziękowania należą się śp. Panu Prezesowi Władysławowi Gołąbowi, który wspierał naszą szkołę zarówno na etapie powstawania, jak i w późniejszym jej funkcjonowaniu. Prawdziwym Przyjacielem Szkoły Muzycznej była śp. Pani Zofia Morawska. Często u Niej gościłam, rozmawiając o naszych uczniach i sprawach szkoły. Niesamowitym było również to, że kiedy spotykałyśmy się na rozmowach podczas kolejnych lat już działającej szkoły - Ona pamiętała imiona absolwentów i uczniów, o ich sukcesach lub problemach i zawsze o nich pytała. Uroczystość otwierająca działalność Szkoły Muzycznej odbyła się w r. szk. 1996/1997, dokładnie 19 września. Wcześniej zostałam powołana na dyrektora szkoły i prowadziłam ją w latach 1996-1998 i 2002-2005.Uroczystość uświetnili swoim występem zaproszeni artyści muzycy i nowi nauczyciele. Pierwszy oficjalny koncert uczniów szkoły odbył się już 18.12.1996 r. w auli Internatu Dziewcząt i był to Koncert Gwiazdkowy. Jednak szkoła swoją działalność rozpoczęła już wcześniej. W II półroczu roku szk.1995/96 udało się założyć w Szkole Podstawowej tzw. Muzyczną Klasę, co dało Ośrodkowi podstawę do rejestracji Prywatnej Szkoły Muzycznej dla Niewidomych w Laskach. Zatrudniona wtedy była jedna nauczycielka, ucząc dzieci gry na flecie, umuzykalnienia i rytmiki. Przez ten rok powstawania i organizowania szkoły muzycznej poszukiwałam odpowiednich nauczycieli, bo oczywistym było, że szkoła powinna poszerzyć swoje działania o inne działy instrumentalne i dzieci zróżnicowane wiekowo. Niektórych nauczycieli szukałam, inni zjawiali się sami, jakby przyprowadzeni przez Matkę Czacką, bo okazywali się później wspaniałymi pedagogami. W wielu sprawach konsultowałam się ze śp. Siostrą Blanką, która zawsze doradzała, wspomagała swoją energią i pasją działania, za co do dziś jestem Jej bardzo wdzięczna. I tak powstał znakomity i oddany Zespół Pedagogów, z Siostrą Blanką na czele, która zgodziła się objąć ”katedrę” przedmiotu: Form Muzycznych oraz prowadzenie Chóru Szkolnego, który stając się jednym z przedmiotów szkolnych znacznie wzrósł w liczebności. Chór pod kierunkiem Siostry Blanki odnosił bardzo duże i liczne sukcesy, koncertując w kraju i za granicą. Po roku funkcjonowania szkoła uzyskała prawa publiczne. Było to dla nas bardzo ważne. Oznaczało bowiem, że szkoła spełnia wszystkie standardy wymagane w tego typu placówkach muzycznych. Na tamtym etapie wszyscy tworzyliśmy tę szkołę, nie szczędząc serca, czasu i zaangażowania. Na przestrzeni lat początkowy zespół nauczycieli zmieniał się. Z ogromną wdzięcznością i serdecznym podziękowaniem pragnęłabym pogratulować i wymienić zespół pedagogów, z którymi współpracowałam w okresie kierowania szkołą: s. Blanka Wąsalanka, Beata Dąbrowska (obecna Dyrektor szkoły),śp. Maciej Piwowarski (Dyrektor szkoły w latach 19982002), Sławomira Włoskowicz (Dyrektor szkoły od r.2005),Elżbieta Rokicka, Ewa Orwicz, śp. Andrzej Galbarski (był bardzo zasłużony w rozwoju i udoskonaleniu nowego bardzo ważnego dla niewidomych muzyków specjalnego zapisu nutowego „brajlem” - muzykografii), Bronisław Harasiuk, Janina i Andrzej Stadniccy, Wacław Czyżycki, Hanna Szablewska, Wiktor Szablewski, Magdalena Solińska, Tomasz Tokarski. Nauczycielki: Alicja Czołpińska oraz Barbara Dębowska opracowały autorskie podręczniki w zapisie muzykograficznym do początkowej nauki gry na pianinie.

 

Oba podręczniki są wykorzystywane w muzycznym, integracyjnym szkolnictwie ogólnym. Wielu nauczycieli z pierwszego, początkowego zespołu pedagogicznego pracuje do dziś. Do zespołu pedagogów w tamtym czasie należeli także: Beata Libera-Orkowska, Magdalena Kasperska-Adamczyk, Małgorzata Samulak-Flisikowska, Małgorzata Zaremba, Monika Chmielewska, Mariusz Dropek, Marta Drabik-Dziedziczak, Monika Chmielewska, Iwona Głowacka.

Szkoła Muzyczna od początku była bardzo aktywna w całym Ośrodku, organizując wiele uroczystości, imprez, koncertów, zachęcając także do współpracy wszystkie domy, internaty, jak również gości i muzyków z zewnątrz. Otrzymywałam wówczas wiele wsparcia i pomocnej współpracy ze strony Dyrekcji Internatów: s. Idy Burzyk, Jana Skrobola, Krystiana Wypicha oraz dyrektora Warsztatów Bronisława Jońcy. Ze szkołą blisko współpracowali: Stanisław Badeński, Czesław Kurek; była to bardzo piękna i owocna, wieloletnia współpraca, za co dziś, korzystając z okazji jubileuszowej uroczystości, gorąco dziękuję. Składam także podziękowania wszystkim pracownikom Lasek, Siostrom, Sponsorom, Przyjaciołom. Bez nich organizacja i działanie szkoły nie byłoby możliwe. Szczególnie chciałabym podziękować naszym Przyjaciołom i Sponsorom z Niemiec: Państwu Gundel i śp. Paulowi Hammerom. Przyczynili się oni między innymi do powstania organów piszczałkowych w budynku Warsztatów Szkolnych.

Szkoła muzyczna od początku objęła swoimi działaniami nie tylko dzieci uzdolnione muzycznie, ale również te, które lubiły muzykę, śpiew, lub dla których muzyka stanowiła wartość terapeutyczną. I tak powstała konieczność stworzenia Ogniska Muzycznego oraz Działu Muzykoterapeutycznego, działającego w ramach Szkoły Muzycznej.

W Latach 1996/97 gościli w szkole specjaliści z dziedziny muzykoterapii. Prowadzili warsztaty w Laskach dla dzieci i nauczycieli, m.in. dr muzykoterpii Paweł Cylulko, znakomity pedagog muzyczny, twórca programów muzycznych z Niemiec: Pani Christa Benz, czy znakomity pianista z Ukrainy Jurij Polak. W czasie wakacji organizowaliśmy z nauczycielami szkoły oraz zaproszonymi specjalistami Obozy Muzyczne; było to dla nas wszystkich wspaniałym przedłużeniem naszej muzycznej twórczości. Chciałabym przede wszystkim podziękować uczniom i absolwentom szkoły. To od tych podziękowań powinnam właściwie rozpocząć, bo to WY jesteście najważniejsi. Więc jeszcze raz gratuluję naszym Kochanym Adeptom Sztuki i tym młodszym i tym starszym, oraz absolwentom, nie tylko osiągnięć, ale też odwagi podjęcia tej muzycznej przygody, która na tym etapie szkolnym wymaga dużego wysiłku, pracy, wytrwałości i wręcz determinacji w pokonywaniu barier i trudności. Ale przecież owocuje to w dużej radości tworzenia i wzbogacenia swojego życia o piękno i wartości, które niesie z sobą obcowanie z muzyką. Dziękuję Wam Kochani Uczniowie i Absolwenci, bo przecież ta Szkoła - to WY i bez Was po prostu by jej nie było. Pamiętajcie też, że jest to duży dar, mieć taką możliwość poznania muzycznej drogi. Zawdzięczacie to swoim nauczycielom, którzy w swojej pracy nie szczędzą wysiłku, pracy i zaangażowania. Mając teraz tak wspaniałego Patrona szkoły: Edwina Kowalika, możecie czerpać ze wzoru Jego osoby. Serdecznie dziękuję i gratuluję wszystkim Nauczycielom; tym obecnie pracującym i tym, którzy są już w dalszej drodze życiowej i „ponieśli Laski dalej”, a przede wszystkim kolejnym Dyrektorom Szkoły Muzycznej. Wszyscy włożyli ogromny wkład pracy, aby szkoła trwała, rozwijała się i służyła. Jeszcze raz pragnę podziękować Kierownictwu Lasek, Siostrom, Przyjaciołom, Sponsorom, Pracownikom Lasek. Wszystkim, dla których powstanie i działanie tej szkoły było i jest ważne.

Niech to nasze WSPÓLNE DZIEŁO nadal trwa, rozwija się i z powodzeniem służy naszym niewidomym Wychowankom i Środowisku Lasek.

* Elżbieta Górna - Przedmojska, muzyk, wokalistka, surdotyflopedagog, organizator Szkoły Muzycznej I st dla Dzieci Niewidomych w Laskach, dyrektor szkoły w latach: 1996-1998 oraz 2002-2005, obecnie tyflopedagog Wczesnego Wspomagania Rozwoju Dziecka Niewidomego i Przedszkola w Sobieszewie Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht
Bądź cichy, a rozbłyśnie w twoim życiu Bóg

Greckie słowo: „praytes”, „prays” - cichość, oznacza nie tyle stan rezygnacji ludzi „upokorzonych” (Ps 37, 11), co raczej

otwartość względem Boga i bliźniego.

„Co chcecie? Z rózgą mam do was przybyć czy z miłością i łagodnością ducha?” (1Kor 4,21).

Pan Jezus, będąc cichym i pokornego serca (Mt 11, 29), nie dogasa tlącego się jeszcze knota, ale głosi miłosierdzie Boże, które promieniuje cichą miłością. I zgodnie z zapowiedziami prorockimi wjeżdża do Jerozolimy w bardzo skromnej oprawie (Mt 21,5). Tak realizowaną cichość błogosławi i poleca do realizacji każdemu z nas (Mt 5,5).

Teraz przez chwilę pomyślmy o ciszy Serca Jezusa.

Jezus przyszedł do nas z nieba - z głębokiej ciszy. Dlatego cisza wypływała z każdego Jego słowa. Cuda, które czynił, owiane były ciszą. Milczał też wobec Heroda i tłumu, który wołał: „Zejdź z krzyża”. Jasno widać, że Jego cisza była głębią, przez którą spokojnie przepływało życie.

W dniu święceń kapłańskich siostra zakonna wręczyła mi starannie napisany wiersz. Zacytuję go, abyśmy weszli w większą wspólnotę z cichym Bogiem - Człowiekiem Jezusem Chrystusem:

Cicho Boską pełnić wolę, cicho bliskim ulżyć dolę, cicho kochać ludzi, Boga, cicho - oto święta droga.

Cicho z swymi dzielić radość, cicho wszystkim czynić zadość, cicho innych błędy znosić, cicho życzyć, błagać, prosić. Cicho zrzec się, ofiarować, cicho ból swój w sercu chować, cicho jęki w niebo wznosić, cicho, skrycie łzą się rosić.

Cicho, kiedy ludzie męczą, cicho, gdy pokusy dręczą, cicho zmianę życia znieść, cicho krzyż z Jezusem nieść. Cicho Jezus w Hostii sam, cicho milcząc mówi nam, cicho ufaj Zbawcy swemu, cicho tęsknij, wzdychaj k’Niemu. Cicho z cnoty zbieraj plon, cicho, aż nadejdzie zgon, cicho ciało spocznie w grobie, cicho Bóg da Niebo tobie.

Tak rozumianą ciszę nie jest łatwo realizować w życiu. Są jednak tacy, którzy współpracując z łaską Bożą, wspięli się na jej szczyty. O nich myślał Sören Kierkegaard (1813-1855), skoro napisał:

„Odrobina chrześcijan, jaka nam jeszcze została, to ludzie cisi”.

Czy jesteśmy w ich gronie?

W tej perspektywie trzeba zauważyć otwarte ramiona cichego Jezusa. Wszystko, co ciche, pokorne i czułe, znajdzie w nich swoje miejsce.

Tam odkryjemy miłującą cichość wypełnioną Bogiem.

Tam odkryjemy to wszystko, na co oczekujemy w głębi serca:

„poranek” nieba.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Droga Krzyżowa w Laskach
ks. Marek Gątarz
(wstęp i zakończenie oraz redakcja całości)

Autorami pozostałych rozważań są pracownicy Ośrodka, których nazwiska umieszczono na końcu poszczególnych stacji. Uczestnicy Drogi Krzyżowej 1. kwietnia br. przeszli ścieżkami naszego Ośrodka, oddając cześć umęczonemu Jezusowi w tym szczególnie trudnym okresie trwającej wojny w Ukrainie.

Redakcja

 

Droga Krzyżowa

Wstęp

Panie Jezu Chryste, o Tobie mówił prorok Izajasz: Nazwano Go imieniem: Książę Pokoju (por. Iz 9,5). O Tobie pisał św. Paweł: On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur - wrogość (Ef 2,14). Ty sam mówiłeś: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam … Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka (J 14,27).

Jezu, niosąc w sercu czas niepokoju i wojny, współprzeżywając dramaty rannych i zabitych, współcierpiąc z cierpiącymi - prosimy Cię, pozwól nam tak przejść drogę krzyżową w naszej wspólnocie z Tobą, byśmy z każdym dniem coraz bardziej byli pewni prawdy, którą powtarzamy raz po raz, że przez Krzyż idziemy do Nieba. By i do nas dotarło na nowo Twoje paschalne pozdrowienie: Pokój

Wam.

 

I

Jezus na śmierć skazany

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka pisała: „W Laskach powinna panować miłość bliźniego, kochająca dusze odkupione Męką Pana Jezusa. Miłość ta powinna się wznosić ponad narodowości… Nigdy dla żadnych względów ludzkich, nie wolno odwracać się od ludzi, którym jest obowiązkiem przyjść z pomocą materialną lub duchową”.

Panie Jezu, Ty, który zostałeś niewinnie skazany na śmierć, obudź w nas wrażliwość na wszelką ludzką krzywdę, nie pozwól na obojętność, znieczulicę i zniechęcenie.

Daj nam siły, aby nasza chęć pomagania innym nie była tylko chwilowym uniesieniem, ale stała się fundamentem życia.

Panie Jezu, nie pozwól, abyśmy owładnięci własnym strachem lub wygodnictwem usprawiedliwiali naszą obojętność.

Panie Jezu, daj nam szczodrość i wytrwałość w pomaganiu naszym siostrom i braciom z Ukrainy niewinnie skazywanym na śmierć, wygnanie i cierpienie, naucz nas swoim przykładem wzrastać w naszym człowieczeństwie, stworzonym przecież na obraz i podobieństwo Pana Boga.

(przygotował: Wojciech Święcicki i pracownicy domu św. Maksymiliana)

 

II

Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

„A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne Jego szaty. Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować” (Mk 15, 20).

Gdy w ciągu dnia cały plan się przewróci z powodu nieprzewidzianych zdarzeń i powstałych na skutek tego nowych obowiązków, staram się je przyjmować ze spokojem, bo wiem i rozumiem, że Bóg wszystko to daje lub dopuszcza i że moją rolą jest być po-

słusznym narzędziem w Jego ręku. Wtedy naprawdę obojętne, co człowieka spotyka; czuje się spokojny i szczęśliwy, chociaż może bardzo cierpieć.

(przygotował Ludwik Zasada; odczytał Bartosz Wróbel; chłopcy z Internatu i wychowawcy)

 

III

Jezus upada pod krzyżem

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

„Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy”.

Czy jestem wrażliwy na potrzeby tych, którzy są wokół mnie w domu, we wspólnocie, w szkole, w pracy? Człowiek, który upada, potrzebuje konkretnej pomocy. Nieraz nie umie o nią prosić, boi się, wstydzi powiedzieć o swojej sytuacji. Czy i mnie niszczy choroba obojętności? Albo czy potrafię uznać, że ja także jestem człowiekiem, który upada i potrzebuje pomocy?

W swoim sercu pragniemy teraz uczcić Twoje święte rany. Prosimy Cię, Panie, abyś otoczony miłującym spojrzeniem Ojca, niósł drogą krzyża naszych cierpiących Braci z Ukrainy i Rosji. Zabierz ich ze sobą na krzyż, który zajaśnieje chwałą, przedstaw ich swojemu Ojcu i ulecz wzajemnym przebaczeniem. (przygotował: Tomasz Dziura; pracownicy pedagogiczni)

IV

Jezus spotyka swoją Matkę.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Maryja patrzy na cierpienie swojego ukochanego Syna. Widzi Jego poranione ciało, słyszy słowa oskarżenia i poniżenia kierowane pod Jego adresem przez ludzi, którzy zaledwie kilka dni wcześniej witali Go jak króla. Syn najpierw zbity, a teraz poniżony. Odarty z wszystkiego, opuszczony przez wszystkich. Nawet najbliższych towarzyszy.

Jezus spotyka Tę, która wiele lat wcześniej w małej wiosce Nazaret usłyszała słowa Anioła: „Nie bój się Maryjo”. Wtedy uwierzyła i zaufała, że to, co Bóg czyni w jej życiu, ma sens. Że nic nie dzieje się bez celu, jeśli Bogu zawierzy swoje życie.

Maryja pragnie dzielić ze swoim Synem to zaufanie i zrozumienie. Nie walczy z tymi, którzy ranią Jej Syna. Nie woła, aby Go uwolnili. Nawet nie szuka wsparcia u tych, którzy towarzyszyli Jezusowi przez ostatnie lata. Jedynie ufa, że to ma sens, że obietnica przekazana jej przez Anioła, iż Jej Syn „będzie nazwany Synem Najwyższego” - jest nienaruszalna.

A ja, w kim pokładam ufność? Kto jest moim gwarantem: wiedza, umiejętności, znajomości, władza, spryt, bogactwo? Czy potrafię - tak jak Maryja - do końca zaufać Bogu i w nim pokładać całą nadzieję? Czy wierzę w Boga, czy wierzę Bogu?

(przygotował: Artur Niegrzybowski; czytała Grażyna Rzeźnicka; pracownicy Działu Gospodarczego i Remontowo-Budowlanego)

 

V

Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Błogosławiony Prymas Wyszyński wskazał: „Szymon (...) był przymuszony, zapewne przez żołnierzy (...). A więc wywarli na niego presję, by chciał pomagać w dźwiganiu krzyża. Ale to nie był tylko przymus żołnierski, to był jakiś delikatny wpływ Boga, który niósł krzyż ludzkości (...). W tej świętej wspólnocie zbawiania świata potrzebny był Bogu człowiek. Świat nie może być zbawiony jedynie przez Boga, bez udziału naszego. I człowiek nie może być zbawiony bez własnego udziału. W mojej duszy nic się nie odmieni bez osobistego wysiłku, bez współdziałania z Łaską Bożą”.

Zdarza się, że człowiek chce być bardzo niezależny i robić wszystko według własnego upodobania. Dlaczego? Być może nie chce absorbować sobą innych - być może uważa, że to on wie najlepiej i nie potrzebuje niczyjej rady - a może niekiedy chce oznajmić całemu światu: „Chcę być sam, dajcie mi święty spokój!”. Trudno powiedzieć, co jest właściwym powodem. Jednak każda z tych sytuacji może pociągnąć za sobą negatywne konsekwencje. A przecież żaden z ludzi „...nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu”. Zauważmy więc, że każde życie ludzkie ma sens, tylko czy ja chcę go odkryć? A może wolę zamknąć swoje serce na potrzeby braci i realizować tylko własne „chcę”? Jeśli tak zacznę postępować, wówczas mogę stać się jakby samotną wyspą, która - nawet, gdyby chciała - i tak nie będzie samowystarczalna.

Trój-jedyny Boże, naucz nas współtworzyć wraz z Tobą oraz z braćmi i siostrami w Chrystusie, cywilizację miłosiernej miłości. (przygotował: ks. Tomasz Bek; czytała s. Jadwiga FSK; młodzież przygotowująca się do sakramentu bierzmowania)

 

VI

Weronika ociera twarz Jezusowi

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

„Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,

Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś,

przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic” (Iz 53, 2-3).

Tradycja mówi o odbiciu twarzy Zbawiciela na chuście Weroniki. Weronika została wynagrodzona za to, że umiała w zakrwawionej twarzy niosącego krzyż Jezusa dostrzec oblicze samego Boga. Nagrodą była możliwość oglądania tego oblicza odtąd każdego dnia. Ja też mam taką możliwość - codziennie mogę patrzeć na Jezusa, którego kapłan trzyma w dłoniach od momentu przeistoczenia. Codziennie możemy Go adorować w Najświętszym Sakramencie.

Jezu, proszę: ożyw moją wiarę w Twoją obecność w Eucharystii.

„Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1J 3,18).

Błogosławiona Matka Elżbieta wskazuje nam, jak żyć tymi prawdami na co dzień:

„Cały nasz stosunek do ludzi tylko wtedy będzie miał wartość wobec Boga, jeżeli w bliźnich naszych będziemy się starali widzieć samego Pana Jezusa, i tylko wtedy, jeżeli z miłości ku Niemu zwracać się będziemy do bliźnich naszych”.

Każdy odruch serca wobec cierpiącego człowieka jest uczynkiem wobec samego Zbawiciela. Dziś Polska jest jak chusta Weroniki. Dzisiaj Polacy ocierają cierpiące twarze ludzi z Ukrainy. Niech Bóg zostawi na tych chustach swoją twarz miłości i wdzięczności.

(przygotowała: s. Julitta FSK i s. Alicja FSK; czytała Agnieszka

Wdówik; pracownicy przedszkola)

 

VII

Jezus drugi raz upada

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

„Zważcie więc na Tego, który ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie, abyście nie ustawali złamani na duchu” (Hbr12,3).

Gdy się powtórnie upada, trudniej jest powstać i trudniej się potem idzie...

„Pan Jezus cierpi jako człowiek. Tym bardziej cierpi, że ma Boże widzenie wszystkiego, przede wszystkim okropności grzechu, grzechów całej ludzkości wszystkich czasów, za które przyszedł na świat Bogu zadośćuczynić przez swoje życie(…). Przyszedł także nam drogę wskazać, nas nauczyć cierpieć(...)”: wziął na siebie ten krzyż, który był przeznaczony dla nas. Dźwignięcie się Jezusa upadającego po raz drugi pod ciężarem cierpienia dodaje nam otuchy.

Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka tak pisała o doświadczeniu cierpienia:

„Jest faktem niezaprzeczonym, że wszyscy ludzie wcześniej czy później, mniej lub więcej dotkliwie w ciągu swego życia cierpią. Cierpią młodzi i starzy. Już nawet niekiedy dzieci cierpią. Cierpią ubodzy i bogaci. Cierpią wielcy i mali tego świata (...). Są cierpienia, które dotykają nieraz całą ludzkość, całe narody (...). Bywają w życiu niektórych ludzi wielkie katastrofy, które druzgocą, łamią, rwą i przewracają wszystko. Nic już nie pozostaje z tego, co wiązało z życiem. Uderzenie jest tak mocne, że za jednym zamachem ogałaca człowieka ze wszystkiego. Zdaje się, że oprócz miażdżącego bólu już nic mu nie pozostaje. Bóg jest wtedy najbliżej. Szczęśliwy ten człowiek, który - wśród bólu - tylko Boga szuka i Jego znajduje. Wtedy - wśród cierpienia i bólu - zaczyna człowiek nowe życie (...)”.

Panie, daj nam siłę i odwagę, by podzielać Twój Krzyż i Twoje cierpienia w codziennym życiu i wypełnianiu naszych obowiązków. Daj łaskę ufności, że od Ciebie możemy czerpać siłę w tym, co jest trudem i naszym upadkiem.

Wlej w nas ducha służby i poświęcenia, byśmy zabiegali nie o władzę i chwałę, ale o to, by stać się narzędziem solidarności i pokoju - dla tych, których druzgoce przemoc i niesprawiedliwość wielkich tego świata.

W Tobie, Jezu obciążony Krzyżem, o zmęczonym obliczu, pełni uznania i podziwu chcemy pokładać Nadzieję. Amen. (przygotowała: Małgorzata Kwiatek; dziewczęta z Internatu i wychowawcy)

 

VIII

Jezus pociesza płaczące niewiasty.

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

„A szło za nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i swoimi dziećmi»” (Łk 23,28).

Czy Ty, Jezu umęczony, mówisz też do nas?

Płakać nad Tobą - to tak. Jesteś okrutnie zmaltretowany, ledwo dźwigasz krzyż, upadasz co kilka kroków. Ale mamy płakać nad sobą? Nad naszymi dziećmi? Jesteśmy przecież zdrowi - mniej lub bardziej. Jesteśmy życiowo ustawieni - mniej lub bardziej.

Ale Ty - nawet podczas swej męki - przenikasz i znasz nasze serca, myśli i dusze. Ty znasz te wszystkie powody, które sami skrywamy przed sobą, a dla których winniśmy płakać właśnie nad sobą, a często jeszcze bardziej nad naszymi dziećmi i wnukami.

Bo choć czasem czcimy Ciebie wargami, to serca nasze daleko są od Ciebie.

Bo łamiemy wiarę dla marności.

Bo zdrowia, sławy i pochlebstw pragniemy bardziej niż Ciebie.

Płaczę więc nad swoją nędzą, nad swymi dziećmi i wnukami, ale też całym sercem wyznaję: Jezu, pragnę ufać Tobie. Jezu, naucz mnie ufać Tobie. Nieś dalej ten krzyż, przez kolejne stacje mego życia i pomóż bym zawsze szedł za Tobą, blisko Ciebie. Do końca.

Do Nieba - Przez Krzyż. Amen.

(przygotował: Bartłomiej Ziołkowski; personel medyczny)

 

IX

Jezus upada po raz trzeci

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Znów to samo! Niespodziewane potknięcie, uderzenie o ziemię upadającego ciała! Z uporem, ale bez złości i nienawiści, czynisz to kolejny raz: dźwigasz się mimo skrajnego wyczerpania. Twoja determinacja wypływająca z miłości do nas, daje nam przystęp do Ojca. Zapewniasz nas, że tylko w Tobie nasze upadki mają sens, bo bez Ciebie nic nie możemy uczynić (J 15, 6). Kiedy próbujemy upodobnić się do Ciebie, kroczącego i upadającego pod krzyżem, słusznie doświadczamy uczuć skruchy i bólu. Jednak jeszcze silniejsza powinna być wdzięczność ogarniająca nasze dusze; Jezu, pomagaj nam stąpać po ścieżkach laskowskiej codzienności z nadzieją, jaką miała błogosławiona Matka Elżbieta, idąc przez Krzyż do nieba.

(przygotowały: Beata Hermanowicz i Jadwiga Borek; pracownicy tyflologii i biblioteki)

 

X

Jezus z szat obnażony

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

W oddali widać Golgotę. Idziesz, Panie Jezu, ostatkiem sił. Zatrzymują Cię, zdejmują krzyż. Czy może chcą pomóc? Nie, to kolejne upokorzenie. Przyszedłeś na świat w grocie betlejemskiej, a potem całe ziemskie życie żyłeś w ubóstwie. Teraz zabierają Ci ostatnią szatę...

Istnieje jednak i inne odarcie człowieka z szat. Z szat dobrego imienia, godności ludzkiej, zaufania, uczciwości. Odarcie po to, by obnażyć czyjąś słabość, grzeszność, ciemność, by zniesławić, skompromitować, ośmieszyć, zniszczyć. Tak potrafi uczynić człowiek człowiekowi.

Potrzeba ludzi wrażliwych na drugiego człowieka, wrażliwych na wartość czystości, poszanowanie siebie i innych...

Oprawcy przygotowują Ciebie Panie do ukrzyżowania, a Ty w tym stanie skrajnego ogołocenia pokazujesz, jak żyć w dzisiejszym świecie, aby nie stracić prawdziwego skarbu, którym jest godność Bożego dziecka ściśle złączona z szacunkiem dla ludzkiego ciała. W obliczu śmierci tracą wartość wszystkie sprawy, pozostają jedynie duchowe skarby, których nic nie zniszczy.

Panie Jezu, daj łaskę wyzwolenia z niewoli grzechu dla ludzi współczesnego świata, niech nasze serca będą czyste i wolne od pożądliwości i pychy tego świata.

(przygotował: Paweł Kacprzyk; czytał Artur Niegrzybowski; pracownicy biura)

 

XI

Jezus do krzyża przybity

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Jezusa, jedynego Syna Ojca, przybito do krzyża - do symbolu poniżenia, odrzucenia, porażki i przegranej. Symbolu straconego życia wypełnionego bezowocnym wysiłkiem, niezrealizowanymi planami i trudem. Życia zmarnowanego.

Symbol krzyża to też moje życie. Życie wypełnione zmartwieniami i codziennymi troskami. Do tego krzyża, do mojego życia, Jezus dał się przybić, aby ukazać mi, że aż do śmierci pragnie wejść w moje życie - by moje brzemię stało się lekkie (Mt 11,30). Aby wziąć na siebie to wszystko, co mnie przytłacza, wskazać mi ostateczny cel, jakim jest zbawienie. Bo On zwyciężył i pragnie, abym i ja - razem z Nim - zwyciężył w swoim życiu.

Czy potrafię w chwilach upokorzenia, porażki, zdrady, codziennego trudu oddać to wszystko Jezusowi i w Nim złożyć całą ufność? Czy potrafię w Nim pokładać całą swoją nadzieję?

(przygotował: Artur Niegrzybowski; czytała Grażyna Rzeźnicka; pracownicy Działu Transportu i Zaopatrzenia)

 

XII

Jezus umiera na krzyżu

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Jezus jest przybity do krzyża. Obok Niego stoją kobiety: Maryja - Matka, Maria - kuzynka Maryi oraz Maria Magdalena. Obok Jego Matki stoi umiłowany uczeń - Jan. Przechodzący obok przeklinają Go i drwią, aby wybawił sam siebie, jeśli jest Synem Bożym. Podobnie szydzą arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi: „zaufał Bogu, niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje” (Mt 27,43). Tak samo lżyli Go i złoczyńcy, którzy byli z Nim ukrzyżowani. Ktoś z ludzi stojących nieopodal namaczał gąbkę octem i podał Jezusowi.

Jezus niesłusznie oskarżony umiera za nasze grzechy - z miłości do nas, do końca wierny Ojcu, abyśmy razem z nim mogli z martwych powstać.

Kim jest dla mnie Pan Jezus? Jako kto, stoję pod krzyżem Pana Jezusa?

Czy jestem gotów, aby razem z nim umrzeć dla swoich grzechów: egoizmu, słabości, lenistwa, braku miłości bliźniego? Czy wierzę, że cierpienie z Jezusem ma sens, że skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale? Czy potrafię rozpoznać, co jest moim krzyżem, aby go naznaczyć wiernością Bogu i miłością do drugiego człowieka - tym krzyżem, który ma mnie doprowadzić do radości Zmartwychwstania?

Przez Krzyż do Nieba.

Boże spraw, abym umiał rozpoznać w swoim życiu to, co pochodzi od Ciebie, i przyjmował to z miłością - nawet wtedy, gdy jest to dla mnie niewygodne i sprawia ból.

(przygotował: Leszek Połomski; rodziny mieszkające na terenie

Ośrodka)

 

XIII

Jezus zdjęty z Krzyża i oddany w ramiona Swojej Matki

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Matko, zawsze widzimy Ciebie przy Twoim Synu. Matko Boga - Człowieka, piastująca Jego martwe ciało w swoich dziewiczych dłoniach; jesteś nadal Matką swojego Syna i nas wszystkich - Jego dzieci, odkupionych we krwi Baranka. Niech Twoje matczyne dłonie będą ukojeniem dla tych, którzy cierpią i uciekają pod ciężarem bomb. Niech Twoje macierzyńskie objęcia pocieszą tych, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów i swej ojczyzny. Niech Twoje bolejące Serce poruszy nas do współczucia i przynagli do otwarcia drzwi i opieki nad zranioną i odrzuconą ludzkością. Ufamy, że przez Twoje Serce nastanie pokój. Razem z bł. Matką Elżbietą Czacką, i z Tobą Maryjo, przytulamy się do Krzyża Jezusowego i zawierzamy Miłosierdziu Bożemu niepokoje i nadzieje świata.

(przygotowała: s. Miriam FSK; czytała s. Maristella FSK; Siostry

Franciszkanki Służebnice Krzyża)

 

XIV

Jezus złożony w grobie

Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

Ciało Jezusa zostało zdjęte z krzyża i owinięte w grobowy całun. W tej stacji drogi krzyżowej bierzemy udział w pogrzebaniu tego Ciała, w którym Jezus wyniszczył samego siebie, aż do śmierci na krzyżu (Flp 2,9-11). Jezus przyjął na siebie ludzką śmierć i wszystko, co jest pomiędzy Bogiem i człowiekiem, za wyjątkiem grzechu.

Była to śmierć odkupieńcza, która wydźwignęła człowieka do samego nieba. Tak więc Grób Jezusa Chrystusa to i dla nas początek nowego, nadprzyrodzonego życia. W nim Bóg ociera z oczu wszelką łzę, przywraca pełnię ludzkiego bytu, czyniąc go promieniującą i uduchowioną istotą. Od tej chwili z tego człowieczeństwa spływa dobrotliwa pomoc dla bliźnich. Od tej chwili miłość do Boga jest szersza i głębsza…

Grób Jezusa kryje w sobie ugruntowaną moc nieskończonej Miłości. Śmierć dopełniła się Zmartwychwstaniem oraz dla każdego z nas nadzieją na pełnię Życia w Królestwie Niebieskim.

Panie Jezu, każdy z nas zmierza ku śmierci, ku własnemu grobowi. Prosimy Cię, spraw, aby Twój Grób, w którym objawiło się Życie, stał się dla nas lampą oświetlającą nam nasze wędrowanie ku Tobie. Amen.

(przygotował: ks. Edward Engelbrecht; czytał ks. Tomasz Bek; Księża i Liturgiczna Służba Ołtarza)

Zakończenie

Chociaż nieraz może się wydawać, że śmierć, nienawiść, zło i krzywda są silniejsze niż wszystko, to jednak ostateczne zwycięstwo jest po stronie Boga, miłości, życia i pokoju.

Niechaj wielkanocne: „Pokój Wam” Jezusa, naszego Pana i Zbawiciela, które słyszymy na co dzień w Eucharystii i słyszymy po raz kolejny w Święta Paschalne - wlewa w nasze serca wielką ufność na nasze dziś, na jutro i na zawsze. Amen.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

U ŹRÓDEŁ EWANGELICZNEJ DUCHOWOŚCI

ks. Marek Gątarz
Ksiądz Jan Zieja i jego życiowa
przygoda z Ewangelią

 

Świat przeminie i ci, co się go trzymają - zginą.

A Bóg trwa - i ci, którzy Mu zaufali, wiecznie żyć będą. ks. Jan Zieja

T

u i ówdzie mówi się o kryzysie Kościoła czy też o kryzysie powołań, który przejawia się chociażby w spadku liczby po-

wołań kapłańskich i zakonnych w ostatnich latach. Przyczyny tego stanu rzeczy można by zapewne wyliczać bez końca. I jakkolwiek by do tych tematów podchodzić, jednym z głównych powodów wspomnianych zjawisk jest kryzys ewangeliczności życia ludzi Kościoła. Refleksje nad historią Kościoła ukazują

m.in. to, iż siła i piękno prawdziwie ewangelicznego życia prowadziły przez wieki i wciąż prowadzą do zrodzenia się w człowieku głębokiego pragnienia, by dojrzewać do radykalizmu życia Ewangelią. Jednocześnie ważna jest świadomość tego, że brak autentycznych świadków Chrystusowej Ewangelii w konkretnych wspólnotach Kościoła ma daleko idące, często bolesne w skutkach konsekwencje.

W takim kontekście - i z innych jeszcze powodów - ważne jest, by często przypominać sobie i innym piękne wzorce życia Ewangelią - zwłaszcza gdy chodzi o ewangeliczność życia kapłańskiego czy zakonnego. Na przestrzeni wielu lat istnienia Dzieła Lasek założonego przez bł. Matkę Elżbietę Różę Czacką, Pan Bóg podarował nam wielkie bogactwo pięknych duchowo osób - kapłanów, sióstr FSK i świeckich. Przy różnych okazjach ich wspominamy, ku umocnieniu na drodze życia i wiary.

Nawiązując do korzeni laskowskiej tradycji, warto przypomnieć choćby ks. Jana Zieję i jego życiową przygodę z Ewangelią oraz wszystko to, co z nim związane - a co sprawiło, że zapisał się na trwałe w pamięci wielu osób. Historia życia ks. Jana, a zwłaszcza trudne jej okresy i to, jak sobie wtedy radził - mogą zainspirować dzisiejszych wychowanków. Oczywiście w takim stopniu, w jakim dzisiejsza młodzież chce się w ogóle takimi tematami interesować. Jeśli tylko zechcą i podejmą wysiłki w tym kierunku, na pewno mogą z niej wydobyć dla siebie dużo wskazówek: wychowawcy i nauczyciele, a przede wszystkim kapłani, w podążaniu swoją ścieżką do świętości. Do wspomnienia jego osoby zachęca również film „Zieja”, jaki w odcinkach zdecydowała się wyemitować Telewizja Polska. Myśląc o konkretnym kapłanie, dobrze jest mieć również na uwadze jego rodziców i osoby, które miały na niego szczególny wpływ.

Niezwykle istotną rolę w kształtowaniu się powołania kapłańskiego ks. Jana Ziei odegrała Jego matka, Konstancja z Kmieciaków Zieja. Spośród pięciorga dzieci dwoje, Maria i Roch zmarli jeszcze w dzieciństwie, a na wychowaniu w domu przy rodzicach pozostali trzej synowie: Władysław, Stanisław i Jan. Osobowość ks. Jana kształtowała się pod wpływem wielu czynników, m.in. surowego i bardzo ubogiego stylu życia na wsi, obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa czy doświadczenia śmierci w rodzinie. Wielkie znaczenie miało również świadectwo prostej i pokornej wiary matki, co wywarło decydujący wpływ na syna - zwłaszcza w pierwszym okresie jego życia.

Udział matki w „duchowym zrodzeniu” dziecka do podjęcia kapłaństwa jako życiowej misji inspirował niejednego autora dzieł teologicznych. Ks. prof. Czesław Bartnik z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego pisał przed laty, że każda matka jest - jak Maryja - uosobieniem macierzyństwa i jednocześnie dziewiczości. Wytwarza środowisko duchowe, będące niejako przedsionkiem do kapłaństwa syna. W sobie właściwy sposób matka uczestniczy w zaślubinach syna z Chrystusem, z wyrozumiałością umacnia w powołaniu, zwłaszcza w chwilach trudnych. Pozostaje nieustannie znakiem eschatologicznej nadziei. Troszczy się o ukształtowanie w synu kapłaństwa, a jeśli jej zabraknie, czyni to wciąż jej pamięć, idealny obraz, uwiecznienie. Można powiedzieć, że jest ona „ciągłą sceną teatru religijnego”. W teatrze tym jej syn gra rolę pierwszoplanową, nieporównywalną z jakąkolwiek inną. Jest widziany i wołany po imieniu. Ona natomiast jest zaproszona do tego, by wiernie towarzyszyć duchowo synowi, na wzór Najświętszej Maryi Panny: „A matka Jego chowała wiernie wszystkie te słowa w swoim sercu” (Łk 2,51).

Taką była też mama ks. Jana Ziei, który we wspomnieniach o niej, wielokrotnie odnosił się do obrazów ewangelicznych.

Mama ks. Jana Ziei wiernie i niezwykle mądrze towarzyszyła synowi na różnych etapach kapłańskiej drogi. Pewnego razu, po wizytacji parafii, gdzie ks. Zieja posługiwał jako proboszcz, w Łohiszynie koło Pińska, wyznała: „Synu, dobrze zacynos. Ale to nie śtuka dobrze zacynać. Daj Boże, żebyś dobrze skuńceł”3. Dzięki kontaktom z Kapucynami w Nowym Mieście nad Pilicą została tercjarką Zakonu św. Franciszka i zelatorką Koła Żywego Różańca. Mocno angażowała się w sprawy religijne. Rówieśnice nazywały ją „Kostka”. Nie umiała pisać, ale umiała czytać i - sylabizując - czytywała tylko książki do nabożeństwa. Jej ulubioną książką był „Żywot Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa” w interpretacji św. Bonawentury. Ks. Zieja zaświadczył, że dostała ją od Ojców Kapucynów, wspominał też: „Często ją czytywała, niejednokrotnie zapłakując się i często kazała ją sobie czytywać. Muszę najszczerzej wyznać, że i mnie ta książka nauczyła rozważać życie i naukę Pana Jezusa, zanim później poznałem Ewangelię”4. Konstancja Zieja - mama charyzmatycznego kapłana, który na trwałe zapisał się w historii Lasek - znalazła w Laskach również dla siebie schronienie i doświadczała tutaj troskliwej gościnności, zaopiekowana szczególnie na ostatnim etapie życia przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. Odeszła do wieczności 26 marca 1934 roku w Laskach i pochowano ją na zakładowym cmentarzu. Po latach, 19 października 1991 roku, w tym samym ziemnym grobie pochowany został również syn - ks. Jan Zieja.

O tacie ks. Jana - na podstawie różnych źródeł - można powiedzieć, że poza uczestnictwem we Mszy świętej, życiem religijnym raczej się nie interesował. W dziecięcych wspomnieniach syna pozostaje obraz ojca jako człowieka ogromnej pracy, często przy-

ks. Ziei, pisał ks. Piotr Pawlukiewicz w swojej książce: P. Pawlukiewicz, Aleksander Fedorowicz. Po prostu ksiądz, Warszawa 2008, s. 28-32.

3 Cz. Bartnik, Próba, art. cyt., s. 668.

4 Tamże, s. 673.

naglającego dzieci do wysiłku fizycznego przy uprawie roli czy hodowli bydła. Wymagał od nich dyscypliny i karności. Pod twardą ręką ojca Jan bardzo wcześnie został zaangażowany w wypasanie bydła i pracę na roli. Matce należy zawdzięczać, że już jako czteroletnie dziecko znał dobrze pacierz i chętnie zdobywał wiedzę religijną. Przyciągnął tym uwagę proboszcza, ks. Aleksandra Aksamitowskiego podczas wizyty duszpasterskiej w ich domu. Przeegzaminował on chłopca z katechizmu i podpowiedział matce: „Zieino, to dziecko trzeba uczyć na księdza”. Późniejsze wydarzenia potwierdziły, że wskazanie to potraktowano poważnie.

Ks. Jan Zieja doświadczył śmierci ojca, gdy miał dziewięć lat. Zaopiekował się nim brat proboszcza, ks. Konstanty Aksamitowski. Zabierał go ze sobą na plebanię, najpierw w Odrzywole a potem w parafii w Lelowie na Kielecczyźnie. Z czasem pojawiła się możliwość posłania chłopca do szkoły elementarnej. W czerwcu 1907 roku przystąpił do Pierwszej Komunii św.

Dziesięcioletni Jan Zieja, wedle rady ks. Antoniego, wyjechał do Warszawy, by - przy pomocy życzliwych opiekunów - korzystać z edukacji szkolnej. Bardzo lubił się uczyć i szybko stał się prymusem wśród rówieśników. Ciekawość wiedzy prowadziła go do czytelni i bibliotek, pomagała przezwyciężać liczne napotykane trudności. Dobrze zapowiadający się czas szkolnej edukacji został przerwany z powodu braku funduszy. Program edukacyjny drugiej klasy gimnazjum przerabiał prywatnie, dzięki udzielanym mu korepetycjom. W tym czasie wiele wycierpiał na różnych warszawskich stancjach. Wspierała go stale matka, odwiedzając syna, pieszo pokonując ponad dziewięćdziesiąt kilometrów z Ossego, by dostarczyć chleb, masło, ser i jajka.

Dobra znajomość języka rosyjskiego nabyta w rosyjskiej szkole gminnej w Lelowie, umożliwiła mu zaliczenie egzaminu do rządowego gimnazjum na warszawskiej Pradze. Jednak wraz z innym chłopcem żydowskiego pochodzenia nie został przyjęty nie tylko w tym, ale też w innych gimnazjach rządowych. Znowu przyszło mu pobierać naukę poprzez korzystanie z korepetycji. W „Kurierze Warszawskim” odnalazł ogłoszenie o terminach egzaminów wstępnych do gimnazjów prywatnych, wśród których były też szkoły polskie. Inteligencja, wytrwałość i inne piękne cechy charakteru pomagały mu stawiać czoła kolejnym wyzwaniom oraz pokonywać trudności.

Powracając po latach wspomnieniem do tego okresu życia, ks. Zieja wyznał, że lubił często chodzić do katedry na ul. Świętojańską, by wsłuchiwać się w niedzielne kazania. Miał zwyczaj czytania po drodze ze szkoły wszystkiego, co było wystawione w kioskach czy witrynach sklepowych. W taki sposób natrafił na Ewangelię eksponowaną w jednej z wystaw księgarnianych. Pod wpływem porywu serca kupił ją za ostatnie oszczędności. Fakt ten zainicjował w jego życiu jedną wielką przygodę z Ewangelią. Przez całe życie wierny był Ewangelii, a żarliwe jej czytanie z „podkreślaniem” owocowało na różne sposoby. Ewangelia prowadziła go przez całe życie, stała się dla niego szkołą życia i inspiracją do działania. Ciągle ją czytał i rozważał. Uczęszczał też na różne odczyty religijne w mieście. Ewangeliczne wezwanie do radykalizmu życia przenikało go z każdym dniem coraz bardziej. Nic bardziej wartościowego nad to nie widział. Fascynacja Ewangelią nieustannie się pogłębiała.

W tym czasie nabierał coraz większego szacunku do nauki. Poznawanie historii Polski uczyło go powagi miłości ojczyzny, a dzięki intensywnej nauce języka polskiego rozmiłował się w poezji. Był to czas jego fascynacji dziełami wielkich poetów, m.in. Adama Mickiewicza czy Cypriana Kamila Norwida.

Piętnastoletni Jan Zieja zaangażował się w działalność grup młodzieżowych. Wstąpił do harcerstwa - tajnego skautingu i organizacji niepodległościowej. Przekonały go idee, które promował skauting, a czas pokazał, jak wiele zaczerpnął z metod harcerskich w kwestii spojrzenia na patriotyczne wychowanie, sposób przeżywania wiary czy styl życia kapłańskiego. Na różne sposoby dawał wyraz swemu przekonaniu do skuteczności metod skautingu. Odnalazł w nich także wartościową pomoc w dojrzewaniu do życia według Ewangelii, w czynnej realizacji miłości do Kościoła i ojczyzny.

W latach szkolnych wykazywał, obok uzdolnień intelektualnych, zainteresowania patriotyczne i społeczne. Zapał do poznawania różnych inicjatyw społecznych popchnął go w kolejne zaangażowania. Szczególnie bliskie jego sercu były problemy ludności wiejskiej. Rozpoczął współpracę z podejmującym tę problematykę i przepojonym duchem niepodległościowym pismem „Lud Polski”, angażując się w jego kolportaż.

Poszukiwania odpowiedzi na różne dręczące Jana Zieję w młodości pytania wciągały go w dociekania filozoficzne, w których zgłębiał nie tylko pozytywizm, ale i przez pewien czas ateizm. Doświadczył chwilowego zachwiania w wierze. Przejawiło się ono chociażby w rezygnacji jednego roku ze spowiedzi wielkanocnej. Szybko jednak pokonał te trudności, poruszony świadectwem wiary pewnej dziewczyny, której udzielał korepetycji. Z filozofii katolickiej, zainteresowanie młodzieńca o niespokojnym duchu wzbudził w tym czasie Lamennais i jego „Livre du peuple” czy „Paroles d’un croyant”. Kończąc szkołę, postanowił przestudiować „Wychowanie człowieka” autorstwa

Foerstera.

Przed wybuchem I wojny światowej Jan Zieja, młodzieniec niespokojnego ducha, znalazł się na Kowieńszczyznie. Spędził wiele czasu w majątku państwa Szwoynickich, z którymi spotykał się już wcześniej. Spłacał dług za uzyskaną od wielu osób pomoc w nauce, przygotowywał syna Szwoynickich do egzaminu w gimnazjum i udzielał korepetycji młodzieży Wileńszczyzny.

Po pewnym czasie powrócił do Warszawy, by dokończyć ostatni etap szkoły i zdać maturę. Pojawiły się jednak trudności z powodu zbyt krótkiego uczęszczania do ósmej klasy. Z tego powodu nie został dopuszczony do egzaminu przez rosyjskie władze szkolne. Swą oryginalną drogę edukacji szkolnej skończył ostatecznie w 1914 roku, otrzymawszy świadectwo ukończenia siedmiu klas. Aktywnie poszukiwał nowego zajęcia. Postanowił zaangażować się w działania Narodowego Związku Chłopskiego. Niebawem został wójtem owej organizacji na powiat opoczyński. Dzięki temu zbliżył się bardziej do codziennych problemów ludzi. Nowe doświadczenia rzeźbiły jego charakter. Poznał nastroje różnych warstw społecznych w obliczu wojny i ich stosunek do Legionów, co okazało się niebawem bardzo istotne przy podjęciu ważnej życiowej decyzji.

Kończąc edukację szkolną, Jan Zieja widział trojaką możliwość wyboru swojej przyszłości: kontynuować edukację szkolną, wybrać szeregi Legionów lub obrać drogę powołania kapłańskiego, a więc realizacji stopniowo dojrzewającego w nim pragnienia. Ostatecznie zdecydował, by odpowiedzieć na Chrystusowe wołanie: Pójdź za Mną. Podjął formację do kapłaństwa, które do końca jego życia stało się pasjonującą przygodą z Ewangelią. Mawiał, że kapłan powinien głosić Ewangelię, dopóki starczy mu sił, dopóki mu nie wypadnie z rąk. I tak oto życiowa przygoda z Ewangelią ks. Jana Ziei wciąż innych pociąga i inspiruje. Właściwie czyni to sam Jezus Chrystus, żyjący w nas i pośród nas. I Chrystusowa Ewangelia, w której codziennie otrzymujemy słowa życia wiecznego i pokarm dla naszych dusz.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

W MROKU WOJNY

s. Nulla Westwalewicz FSK
1911 - 1945
Sonet wojenny

Nie płaczą, Panie, moje oczy - Źródełko słone dawno wyschło.

Od kul cysterny się rozprysły, Tylko wewnętrzna ranka broczy.

Tylko mi ciężar duszę stłoczył

Jakby kto sery w prasie ścisnął - O, cóż za ciężar! - Jezu Chryste O, jakiś smutek mię omroczył!

Zamknęłam w sobie jak w szkatule Świat czyichś nieszczęść i rozpaczy - Zakrzepłe łzy: garść szklanych kulek.

Cóż, kiedy nie da się inaczej? - - Całym bezradnym ludzkim bólem

Cudze mi serca w sercu płaczą…

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

***

Cezary Gawryś
Najwyższa cena

W supermarketach świata codziennie niskie ceny a nie ma takiej ceny jakiej nie zapłaciłby kochający rodzic za ocalenie dziecka porwanego na okup nie ma takiej ceny

jakiej krwawy dyktator mający się za zbawcę narodu nie byłby gotów zapłacić za utrzymanie się u władzy dzielni Ukraińcy jak tych trzynastu z Wyspy Węży gotowi są płacić najwyższą cenę za wolność swojej ojczyzny

jaką cenę jeszcze mógłbyś zapłacić Boże za ocalenie człowieka przed nim samym?

25 II 2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

O starej kobiecie dźwigającej psa

Ocalasz Panie ludzi i zwierzęta mówi psalmista

a oni giną w zgliszczach miast niszczonych z nienawiści

stara kobieta uciekająca przed wojną dźwiga na ramieniu swojego starego psa

my wszyscy przerażeni widmem apokalipsy

wyciągamy ręce na ratunek tonącym

a sami dusimy się jak ryby bez tlenu w światowym oceanie dobrobytu

pod wyspami śmieci

 

wysychamy jak jezioro odcięte od dopływów ze źródeł żywej wody

o Panie, nasz Panie jak przedziwne jest Twoje Imię na całej ziemi

jestem już taka zmęczona wyszeptała stara kobieta i odwróciła się do ściany

4 IV 2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Ludwika Amber
Pierwsze dni tej wojny

Pierwsze wybuchy wojny i ciała zabitych prawie nieruchome sznury samochodów na drodze ze Lwowa do Polski

w telewizji zburzone domy w Kijowie i dużo dużo słów - obietnic polityków (czy na próżno?) z całego świata.

W Sydney ciepły pochmurny dzień wielkie jesienne motyle tańczą w ogrodzie -

dziś przypominam sobie (z pamięci rodziców) tamten wrzesień i tamten początek drugiej wojny w Polsce i na świecie.

Jak trudno na nowo uwierzyć w ruchome granice zaborczej historii Europy w te czołgi miażdżące: drogi życia ludzi w ciszy Australii tu na Wyspie Południa patrzymy z oddali z przerażeniem:

jak w Moskwie budzi się po latach głodny drapieżny Czerwony Smok.

Sydney, 25.02.2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

* * *

Kobiety i dzieci z Ukrainy

Płyną tysiącami płyną z miast i wsi całej wojennej Ukrainy przepełnionymi pociągami autobusami samochodami uciekają w końcu idą idą pieszo do Polski. I tu - za granicą bombardowania mówią do nas po angielsku i po ukraińsku: „Ja ne choczu umeraty”.

Nareszcie piją gorącą herbatę zmęczeni uśmiechają się przez łzy i dziękują dziękują za ludzką pomoc młodym Polakom-wolontariuszom.

Ich mężowie i synowie młodzi zostali tam bronić swojej ziemi przed Rosją. Tutaj małe dzieci nieśmiało przytulają nowe misie i zajączki matki niosą w dużych torbach domowe pieski i kotki - też ocalone.

Od granicy jadą dalej dalej do Warszawy do Kanady do Hiszpanii gdzie czekają na nich bliscy skąd kiedyś może powrócą do domu do starych rodziców mężów i synów dziś oblężonych w Kijowie w Charkowie gdzie widzimy w telewizji ruiny i gruzy na ulicach ludzkie ciała krew rozlaną...

Sydney, 5.03.2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Chwila słońca z Amelką

Ukraińskim dzieciom

Dzisiaj ciepłe słoneczne chwile i ponad bielą chmurek niebo nareszcie ma kolor jasny niebieski nad naszymi starymi głowami -

po długich dniach mroku w domu nocnych ulewach i huku grzmotów po ciężkich snach o wojnie nad Dnieprem i tamtej nad Wisłą.

Dziś słyszeliśmy w telefonie jak mała dziewczynka w Kijowie śpiewa piosenkę z filmu „Kraina Lodu” i widzieliśmy w schronie słuchających jej ludzi.

A więc powracają do nas chwile słońca: w zalanej bezkresną powodzią Australii

i tam na Ukrainie kiedy dziecko śpiewa jasnym głosikiem - ukryte za murem niepojętej wojny - za ścianą płaczu i śmierci.

Sydney, 9.03.2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Kobieta na noszach

Bezimiennym kobietom i dzieciom na Ukrainie

Wszyscy mogliśmy zobaczyć Ciebie tam w Mariupolu w gruzach tego dnia

gdzie leżałaś ranna we krwi jeszcze żywa z dzieciątkiem nienarodzonym -

na wielkim brzuchu twoja ręka matki osłania od wybuchu to maleńkie życie.

Niosą cię na noszach ze szpitala po ulicy nad tobą i dzieckiem otwarte niebo.

Chwila chwila i znikasz w Internecie a po kilku dniach słyszymy wiadomość:

o martwym dzieciątku w tobie o twojej śmierci w tym rozbitym mieście.

I pozostaniesz dla nas na zawsze „ta kobietą ciężarną na noszach”

która przeszła z maleńkim dzieckiem przez zieloną granicę czasu wojny:

w ciszę - bez oddechu bez śmiechu dziecka bez ciepła rodzinnego domu w Mariupolu.

Sydney, 17.3.2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

BEZ AUREOLI

ks. Zygmunt Podlejski
Rosa Stein (1883–1942)

W 80. rocznicę śmierci

Rosa Stein (1883-1942)

Rosa Stein była rodzoną siostrą Edith Stein, kanonizowanej karmelitanki Teresy Benedykty od Krzyża. Jej życie rozgrywało się w cieniu wielkiej siostry. Zginęła razem z nią w niemieckim obozie Auschwitz 9 sierpnia 1942 roku. Wspomina się ją wyłącznie w związku z życiem, karierą naukową, konwersją i śmiercią męczeńską najmłodszej siostry, choć kroczyła własną drogą ku Chrystusowi i komorze gazowej w niemieckim obozie Auschwitz.

Rosa urodziła się 13 grudnia 1883 roku w żydowskiej rodzinie w Lublińcu na Śląsku. Jej ojcem był Siegfried Stein, średniej klasy przedsiębiorca i jego żona Auguste z domu Courant. Pani Au-

ks. Zygmunt Podlejski - Rosa Stein (1883-1942)

guste urodziła jedenaścioro dzieci, z czego czworo zmarło w wieku niemowlęcym i dziecięcym.

Rosa Stein mieszkała z rodzicami w Lublińcu przy dzisiejszej ulicy Mickiewicza 9. W tej samej kamienicy mieszkali Lammersowie. Ich syn Hans był o cztery lata starszy od Róży. Znali się i gonili po podwórku. Hans skończył studia prawa we Wrocławiu, zrobił błyskawiczną karierę w administracji hitlerowskiej i został szefem Kancelarii III Rzeszy (1933-1945), odpowiedzialnym między innymi za ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, co znaczy, że stał się pośrednim katem Róży Stein, którą jako chłopak bardzo lubił. Po wojnie w Norymberdze został skazany na dwadzieścia lat więzienia. Przebywając w celi więziennej, z pewnością usłyszał o dalszym losie sąsiadów z Lublińca, swej dziecięcej sympatii Róży, którą miał na sumieniu. Dziwny jest ten świat.

W 1890 roku rodzina przeniosła się do Wrocławia, gdzie próbowała rozkręcić przedsiębiorstwo handlem drewnem. Start był udany, lecz ojciec licznej rodziny uległ w 1893 roku śmiertelnemu wypadkowi, co skomplikowało mocno dalsze losy rodziny. Pani Auguste była jednak niewiastą nieprzeciętnie przedsiębiorczą, zaradną, dzielną, wręcz przebojową. Nie tylko uratowała przedsiębiorstwo, ale je do tego stopnia rozbudowała, że mogła umożliwić swoim dzieciom solidne wykształcenie i nabyć w 1910 roku ładny, dwupiętrowy dom, w którym toczyło się bogate, bujne życie rodzinne, w atmosferze intelektualnej, kulturalnej i religijnej.

Z całej gromady Steinów jedynie Róża nie ukończyła gimnazjum i nie studiowała na uniwersytecie. Była dziewczyną spokojną, raczej zamkniętą w sobie, dyspozycyjną. Matka pozwoliła jej uczęszczać do średniej szkoły dla dziewcząt (Viktorialyzeum), gdzie przygotowywała się do prowadzenia gospodarstwa domowego. Po ukończeniu szkoły, matka wysłała ją na rok do Lublińca, gdzie u krewnych miała praktycznie pokazać, czego się w szkole nauczyła. Szkoła i praktyka w Lublińcu były uwerturą do przejęcia odpowiedzialności za cały dom rodzinny. Pani Auguste miała na głowie handel drewnem, żeby dom i wykształcenie dzieci nie ucierpiały. Budziła szacunek i podziw. Nie zaniedbywała przy tym praktyk religijnych. Była przekonana, że jako żydowska matka musi swoim dorastającym i dorosłym pociechom dyskretnie przypominać o Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba.

Róża wróciła do Wrocławia. Stała się gospodynią dużego gospodarstwa domowego, troszczyła się o rodzeństwo, zwłaszcza najmłodsze siostry Ernę i Edytę. Słuchała dyskusji intelektualnych starszych braci i sióstr, opiekowała się najmłodszymi siostrami jak najlepsza matka i jak najlepsza córka matką, która całe dnie spędzała na placu hurtowni drewnem, żeby dom przy Michaelis Strasse mógł na pewnym poziomie materialnym funkcjonować i przyjmować kolejnych lokatorów, bo starsze rodzeństwo zakładało rodziny. Trzeba było znaleźć miejsce na gabinet lekarski dla Erny, pokój dla jej córki Zuzanny i syna Ernesta-Ludwika. Siostrzenica Zuzanna opisze później wszystkich mieszkańców domu. Będzie wspominać dobrą ciocię Różę, która nigdy nie wyszła za mąż. Wszyscy uważali, że miejsce cioci Róży jest w kuchni. Ciocia gotowała świetnie, karmiła wszystkich domowników i żebraków, którzy ciągle zjawiali się przed głównym wejściem. Potrafiła też besztać, bo nie lubiła bałaganu i rozrzutności. Zajmowała się okazyjnie sierotami i razu pewnego odwiedziła więźnia skazanego na karę śmierci. Zapytana, dlaczego zajmuje się mordercą, odpowiedziała, że nawet mordercy muszą wiedzieć, że nie są opuszczeni.

Siostrzeniec Ernest-Ludwik powiedział o cioci Róży, że w czasie, kiedy ją znał, nie była szczęśliwą osobą. Była Kopciuszkiem domowym. Była niewolnikiem, podczas gdy jej rodzeństwo prowadziło bogate, intensywne życie zawodowe i rodzinne.

Ciocia Róża miała jednak swoje głębokie życie wewnętrzne, niedostrzegalne dla domowników. Kochała nade wszystko swoją

ks. Zygmunt Podlejski - Rosa Stein (1883-1942)

najmłodszą siostrę Edytę i razem z nią przeżywała zmaganie się nastolatki z problemem wiary. Później, gdy Edyta postanowiła przyjąć chrzest, Róża zaufała siostrze. Była przekonana, że Edyta wie, co robi. Pod koniec 1920 roku Róża była gotowa pójść w ślady Edyty, ale wiedziała, jak bardzo matkę zasmuci. Matka była wstrząśnięta chrztem Edyty. Powiedziała do niej z żalem, że Jezus był na pewno porządnym Żydem, ale dlaczego twierdził, że jest Synem Bożym? Tak więc Róża dopiero po śmierci matki w 1936 roku, przyjęła chrzest w Köln-Hohenlind. Jej zainteresowania katolicyzmem nikt w rodzinie - poza Edytą - nie zarejestrował. Róża nigdy nie prowokowała rozmów na tematy religijne, nigdy nie próbowała nikogo nawracać.

Hitlerowcy konsekwentnie realizowali od objęcia władzy w Niemczech plan zniszczenia Żydów, nakreślony przez wodza w jego programowej książce „Mein Kampf”. Rodzina Steinów rozproszyła się po świecie. Edyta wstąpiła w 1933 roku do Zakonu Karmelitanek Bosych w Kolonii. Wtedy jeszcze nie wiedziała, co czeka niemieckich i europejskich Żydów. Wnet jednak zrozumiała, że „Mein Kampf” to zapowiedź likwidacji narodu żydowskiego. Przełożona radziła więc siostrze Teresie Benedykcie od Krzyża przenieść się do klasztoru w holenderskim Echt, żeby nie narażać jej życia i klasztoru w Kolonii. Siostra Stein udała się więc do Echt i postanowiła pomóc siostrze Róży, która pozostała we Wrocławiu. Skontaktowała ją z pewną kobietą w Belgii, która miała zamiar ufundować klasztor dla Karmelitanek Trzeciego Zakonu i szukała gospodyni. Róża zabrała ze sobą meble z domu Steinów, bieliznę osobistą, stołową i pościelową. Wtedy było to jeszcze możliwe. Kobieta okazała się zwykłą oszustką. Wszystko zabrała Róży i kazała jej ciężko harować w niegodnych warunkach. Róża była załamana. Skontaktowała się z Edytą, prosząc o pomoc. Przybył wysłannik z Echt, który uwolnił Różę od straszliwej wiedźmy i zabrał ją do Echt. Po pewnym czasie otrzymała pozwolenie na pobyt i chciała za namową siostry przyjąć funkcję furtianki, ale przełożona zadecydowała, że Róża wstąpi do Trzeciego Zakonu, przywdzieje habit i przejmie odpowiedzialność za aprowizację klasztoru i gości.

Róża była rozczarowana, ale znosiła swój los cierpliwie, a nawet pogodnie. Dojrzewała wewnętrznie, często się modliła i zdobyła w krótkim czasie kilku przyjaciół w miasteczku. W końcu objęła obowiązki furtianki i złożyła w czerwcu 1941 roku śluby zakonne tercjarskie.

Gdy Niemcy zajęli Holandię, komisarz Rzeszy Arthur Seyß-Inquart obiecał, że wszyscy Żydzi ochrzczeni przed 1941 rokiem nie będą podlegali pod restrykcyjne prawa niemieckie. Wtedy jednak katolicki arcybiskup Utrechtu Johannes de Jong wydał list pasterski, w którym ostro potępił postępowanie Niemców wobec Żydów. Reakcja hitlerowców była natychmiastowa. Seyß-Inqaurt kazał aresztować 244 katolików pochodzenia żydowskiego. Wśród aresztowanych znalazła się Edyta i Róża Stein.

2 sierpnia 1942 roku obie siostry zostały przewiezione do obozu przejściowego Amersfoort, potem do Westerbork. Tam napisała Róża swój ostatni list do rodziny.

7 sierpnia Edyta i Róża Stein w bydlęcych wagonach zostały odtransportowane do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Przez zakratowane małe okienko zobaczyły jeszcze rodzinny Wrocław.

Siostra Teresa Benedykta od Krzyża i Róża zostały 9 sierpnia zamordowane w komorze gazowej. Edyta Stein jako męczennica została kanonizowana. Jej siostra Róża pozostanie prawdopodobnie męczennicą bez aureoli nadanej przez Kościół, co nie znaczy, że nie zasiada w niebie obok swojej siostry Edyty i innych członków rodziny, którzy stali się ofiarami Holocaustu. Jest wśród nich także pani Auguste, dzielna żydowska, pobożna matka, zdziwiona, że jej córki Róża i Edyta miały rację, gdy chodziło o Jezusa z Nazaretu.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek
Mądrość rozeznawania

Tak wiele różnych głosów wokoło, tak wiele słów, tak wiele pomysłów na zrealizowanie własnego życia. Ale jak rozpo-

znać, skąd pochodzi pojawiająca się w sercu inspiracja: czy od Ducha Świętego, czy też od ducha złego, czyli szatana?

Duch Święty dotyka nas swoją łaską - to prawda, ale i diabeł chce nas pochwycić, podsuwając złudne pokusy. Jedynym sposobem dla oceny tego, co dochodzi do naszego, jest rozeznanie. Wymaga ono jednak nie tylko dobrej zdolności rozumowania lub zdrowego rozsądku, jest ono także darem, o który należy prosić. Jeśli z ufnością prosimy Ducha Świętego o tę łaskę, a jednocześnie staramy się pielęgnować ją poprzez modlitwę, refleksję, czytanie i dobrą radę, z pewnością możemy wzrastać w tej zdolności duchowej.

Zauważmy, że niekiedy stajemy w mało komfortowej dla nas sytuacji. Współczesne życie bowiem daje ogromne możliwości działania i rozrywki, a świat przedstawia je tak, jakby wszystkie były wartościowe i dobre. Niekiedy przecież zło może stać się normą działania, a dobro - krępującą rzeczywistością, której nie można nikomu narzucić. Zapewne na przestrzeni wieków problemy ludzkie ukazywały się jako bardzo podobne, jednak środki, przy pomocy których są one wyrażane, należy uznać za zmienne.

Wszyscy, ale szczególnie ludzie młodzi, są narażeni na nieustanny „zapping”, czyli skakanie po kanałach telewizyjnych. Raz jedna stacja, za chwilę inna. Może coś się znajdzie, ale tak naprawdę „zapping” jest czynnością bezrefleksyjną. Najczęściej spowodowany jest brakiem świadomego wyboru konkretnej propozycji programowej lub emisją kilku interesujących programów w tym samym czasie. Powodowany bywa również niechęcią do bloków reklamowych oraz uzależnieniem od telewizji. Można zatem poruszać się w dwóch lub trzech przestrzeniach jednocześnie i uczestniczyć w tym samym czasie w różnych wirtualnych wydarzeniach. Zauważmy: bez mądrości rozeznania, łatwo możemy stać się marionetkami, będącymi zakładnikami chwilowych tendencji.

Ciekawe jest, że zagrożenie „zappingu” może również przenieść się na nasze życiowe wybory. Nie podejmę jakiegoś działania, bo tak wiele atrakcji wokół - tak wiele propozycji, a ja chcę mieć i to, i tamto: chcę zjeść smaczną gruszkę i jednocześnie mieć ją w zapasie na „czarną godzinę”, chcę kupić ciekawą książkę, a jednocześnie zachować odłożone pieniądze, chcę iść za Chrystusem, a jednocześnie pragnę zachować wszystko, co miałem do tej pory.

Rozeznawanie jest szczególnie ważne, kiedy w naszym życiu pojawia się nowość, a zatem, kiedy trzeba rozeznać, czy jest ona nowym winem, które pochodzi od Boga, czy też zwodniczą nowością ducha tego świata. Innym razem sytuacja jest odwrotna, gdy moce zła skłaniają do tego, aby się nie zmieniać, pozostawić rzeczy takimi, jakimi są, aby wybrać stagnację lub surowość. Wtedy niejako uniemożliwiamy działanie natchnieniom Ducha Świętego.

Możemy wybierać, wszak jesteśmy wolni - warto jednak korzystać z daru wolności, którą przynosi Jezus Chrystus. A On wzywa nas do badania tego, co jest w nas: do przyglądania się naszym pragnieniom, niepokojom, lękom, oczekiwaniom. Wzywa nas również do obserwacji tego, co dzieje się niejako poza nami: do zwracania uwagi na „znaki czasu”, aby rozpoznać drogi pełnej wolności; „Wszystko badajcie - podpowiada św. Paweł - a co szlachetne - zachowujcie!” (1 Tes 5, 21).

ks. Tomasz Bek - Mądrość rozeznawania 89

Rozeznawanie jest konieczne nie tylko w chwilach nadzwyczajnych: gdy trzeba rozwiązać poważne problemy lub podjąć kluczową decyzję. Rozeznanie jest narzędziem walki do lepszego podążania za Panem i jest nam zawsze potrzebne. Pomaga nam, byśmy byli zdolni do rozpoznawania czasów Boga i Jego łaski, byśmy nie marnowali Bożych natchnień i nie odrzucali Jego zachęty do rozwoju. Podążanie za Chrystusem - naśladowanie Jego sposobu życia - paradoksalnie dokonuje się w małych rzeczach, w tym, co wydaje się nieistotne, ponieważ wielkoduszność przejawia się w sprawach prostych i codziennych. „Co małe i wzgardzone jest - śpiewał zespół Fioretti - w Twych oczach wielką wartość ma; tę drogę przecież Ty sam przeszedłeś, by naprawić świat. Tylko nieliczni, których wzrok pokornie czyta Twoje ślady, znajdują Boga kiedy mrok chce zgubić ludzi w pysze swej”. Chodzi bowiem o to, aby nie stawiać granic temu, co wielkie, co lepsze i najpiękniejsze, ale jednocześnie skupiać się na codziennym zaangażowaniu - na tym, co małe. Sam Jezus przecież mówił: „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?” (Łk 16,10-12). Warto więc każdego dnia, w dialogu z Panem, który nas miłuje, podejmować szczery rachunek sumienia. I zauważmy: rozeznawanie prowadzi nas nie tylko do samego rozpoznawania, ale również do rozpoznania konkretnych sposobów, które Pan przygotowuje w Swoim tajemniczym planie miłości, abyśmy nie poprzestawali jedynie na dobrych intencjach.

„Trzeba zro zumieć - wskazywał ks. Korniłowicz - jak cała liturgia Kościoła jest środkiem przemieniania czło wieka, jego myśli, uczuć i dążeń, aby wszystko skierować ku jedynej, prawdziwej miłości Bożej. Trzeba zrozumieć, jak bardzo środkiem przemienienia jest modlitwa... Oryginalnością może być właśnie to, że nie będziemy szukać niczego poza tym, co daje Kościół, że właś nie to wszystko weźmiemy jako skarbiec na całe życie. Mamy żyć ży ciem Kościoła, liturgią Kościoła i stąd brać wszystko pod kątem swo jej przemiany; w każdej modlitwie Kościoła rozpoznawać drogę, która prowadzi do przemiany. Każde nawiązanie do Ducha Świętego będzie przypomnieniem o przemianie, jakiej Duch Święty w nas dokonuje. Przemiana - wskazywał dalej o. Władysław - to prawo życia. Jeden jest nasz wzór: Chrystus Pan. Wszystko w nas musi upodobnić się do tego wzoru, a upodobniamy się do Niego przez proces przemiany”.

Warto pamiętać, że rozeznanie duchowe nie wyklucza wkładu wiedzy ludzkiej, egzystencjalnej, psychologicznej, socjologicznej czy moralnej. Jednak przekracza je, gdyż jest łaską. Chociaż obejmuje ono rozum i roztropność, to je przewyższa, bo chodzi w nim o dostrzeżenie tajemnicy jedynego i niepowtarzalnego planu, jaki Pan Bóg ma dla poszczególnego człowieka i który realizuje się w najróżniejszych kontekstach i ograniczeniach. Stawką jest nie tylko dobrobyt doczesny czy satysfakcja z czynienia czegoś pożytecznego, a nawet chęć posiadania spokojnego sumienia. Stawką jest sens mojego życia wobec Ojca Niebieskiego - ten prawdziwy sens, dla którego mogę poświęcić nawet własne życie.

Rozeznanie zatem prowadzi do samego źródła życia, które nie umiera - wiedzie ku poznaniu jedynego prawdziwego Boga oraz Tego, którego On posłał, Jezusa Chrystusa (por. J 17, 3). A rozeznawanie nie wymaga ani specjalnych zdolności, ani nie jest zastrzeżone dla najbardziej inteligentnych i wykształconych. Bóg Ojciec przecież objawia się tym, którzy są jak małe dzieci (por. Mt 11, 25).

Chociaż Pan Bóg przemawia do nas na bardzo różne sposoby: podczas pracy, poprzez innych ludzi i w ogóle w każdej chwili, to nie można pominąć roli dłuższej modlitwy. Jest ona potrzebna,

ks. Tomasz Bek - Mądrość rozeznawania 91

by we właściwy sposób interpretować znaczenie natchnień. Potrzebna jest więc postawa słuchania i konfrontowania własnych myśli w świetle Ewangelii i nauki Kościoła. Nie chodzi jednak o mechaniczne stosowanie przepisów lub powtarzanie rozwiązań z przeszłości, ponieważ te same rozwiązania nie muszą być właściwe we wszystkich okolicznościach, a to, co było użyteczne w jednym kontekście, może być nieprzydatne w innym. Potrzebna jest zatem miłość, która staje się miarą naszego działania, a „... za którą idzie dar Ducha Świętego - mądrość, która uczy sądzić o wartości wszystkiego w świetle wieczności” (Dyrektorium 2.02.1929 r.).

Istotnym warunkiem postępu w rozeznawaniu jest wychowywanie samego siebie do cierpliwości Boga i Jego czasów, które nigdy nie są naszymi. Wszystko ma swój czas - pamiętajmy o tym. Bóg nie sprawia przecież, aby „...ogień spadł z nieba i zniszczył niewiernych” (por. Łk 9, 54) ani nie pozwala, by ci bardziej gorliwi wyrywali kąkol, który rośnie między pszenicą (por. Mt 13, 29). Pozwólmy, aby ziarno Bożego słowa wzrastało w sercu według Bożej miary. Skoro Chrystus zasiał, to niechaj i On dopełni dzieła. Nie wyręczajmy Boga. On ma moc!

Ponadto konieczna jest także wielkoduszność, ponieważ „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Rozeznania zatem nie dokonuje się po to, aby odkryć, co jeszcze możemy uzyskać z tego życia, ale po to, by rozpoznać, w jaki sposób możemy lepiej wypełnić misję, która została nam powierzona na chrzcie świętym - a to oznacza gotowość do wyrzeczenia się wszystkiego, aż po oddanie wszystkiego. Szczęście bowiem jest paradoksalne i ofiarowuje nam najlepsze doświadczenia wówczas, kiedy akceptujemy tajemniczą logikę, która nie pochodzi z tego świata - krzyż bowiem - jak wskazywał ks. Jan Twardowski - „...to takie szczęście, że wszystko inaczej”.

Kiedy badamy przed Bogiem drogi życia, żadne przestrzenie nie mogą pozostawać wykluczone. We wszystkich aspektach życia możemy wzrastać i dawać Bogu coraz więcej. Nawet te przestrzenie, w których doświadczamy największych trudności, nie są wyjęte spod Opatrzności Boga. Trzeba jednak prosić Ducha Świętego, aby nas wyzwolił i wygnał lęk, który prowadzi do zabronienia Mu wejścia w niektóre aspekty naszego życia. Ten, Który żąda wszystkiego, daje również wszystko. „Bóg - wskazywała Matka Elżbieta - chce od nas wiary, ufności, męstwa i trudów, i upokorzeń tych, które zdaje się nam na drodze stawiać, a jednocześnie pokazuje, że mocen jest sam, bez nas wszystko dać” (Notatki 26.08.1927).

Jeśli szukalibyśmy człowieka świętego, to niewątpliwie możemy wskazać na Maryję, Matkę Jezusa. Ona przecież - jak nikt inny - żyła Błogosławieństwami swojego Syna. To Ona drżała z radości w obecności Boga. To Ona zachowywała wszystko w swoim sercu i pozwoliła, aby Jej duszę przeniknął miecz. To Ona jest Świętą pośród świętych, najbardziej błogosławioną. Maryja jest Tą, która ukazuje drogę świętości i stale nam towarzyszy.

Boża Rodzicielka nie godzi się, byśmy po upadku pozostawali na ziemi. Ona cierpliwie słucha nas i mówi do nas, pociesza, uwalnia, uświęca. Maryja jak matka nie potrzebuje wielu słów, nie potrzebuje, byśmy zbytnio się wysilali, żeby wyjaśnić Jej, co się w naszym życiu dzieje. Wystarczy do Niej ufnie wołać: „Zdrowaś Maryjo...”.

Prośmy, aby Duch Święty napełnił nas mocnym pragnieniem bycia świętymi dla większej chwały Bożej i wspierajmy się nawzajem w tym zamiarze. W ten sposób będziemy mieli udział w szczęściu, którego świat nie może nam odebrać - bo z Boga to szczęście pochodzi.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski
maj - czerwiec, 2022
Minęło już dwadzieścia lat

Niedziela 26 czerwca, będzie dniem 20. rocznicy odejścia do

Domu Ojca księdza Tadeusza Fedorowicza, w Laskach nazywanego Ojcem Tadeuszem; a przez nas, kiedyś młodych ludzi, z którymi ksiądz Tadeusz chodził na letnie wędrówki po kraju, nazywany był Wujem Tadeuszem. Te wędrówki wakacyjne były w PRL-u nielegalne, więc ksiądz, w cywilnym stroju, występował jako „wuj” tych młodych ludzi, wśród których było zresztą sporo jego prawdziwych krewnych.

W ciągu lat minionych miałem okazję do napisania kilku szkiców i notatek na temat naszego Ojca/Wuja, jego działalności, a przede wszystkim jego osobowości, jego nauczania, jego wpływu i oddziaływania. Odszukuję tytuły tych szkiców. Powtarza się w nich pewien wspólny motyw: Był ostoją i bezpiecznym schronieniem dla wielu… Rozsiewał pokój, umacniał nadzieję, służył temu co łączy, ponad tym co dzieli… Siewca pokoju, nadziei i dobrego uśmiechu… Łagodność bez umniejszania prawdy… Tak było. On taki był. Rozsiewał wokół siebie dobro. Także - co bezcenne - w okolicznościach trudnych i najtrudniejszych.

A tam w Kazachstanie był bardzo trudny sprawdzian tego dobrego pasterzowania. Sięgam po świadectwo jednej z osób zesłanych: W styczniu 1944 roku pewnego bardzo mroźnego dnia ktoś zapukał do drzwi lepianki, w której mieszkaliśmy. Otworzyłam i usłyszałam słowa pozdrowienia: „Niech Będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Był to ksiądz Tadeusz - zobaczyłam uśmiech na jego twarzy, pogodne niebieskie oczy, a dopiero potem całą postać w waciaku, walonkach i czapie na uszy. Oniemiałam z wrażenia…. To był nieustraszony kapłan, przychodził, aby odwiedzić polskich zesłańców, dodać im otuchy i pobłogosławić ich nędzne domostwa. Jego słowa, modlitwa, uśmiech znaczyły dla ludzi w tych ciężkich warunkach bardzo wiele. Życzył, aby dobry Bóg dał siłę do przetrwania i żeby zawierzyć Bożemu Miłosierdziu i umieć przyjąć wszystko co nas spotyka…. Choć nie jest to łatwe. A każde spotkanie z nim umacniało nas w wierze, nadziei i miłości.

[Barbara Piotrowska-Dubik, Archiwum XTF w Laskach]

Dlaczego on taki był, dlaczego mógł taki być? Postawę i poglądy ks. Tadeusza - pisałem w jednym z moich szkiców - można tłumaczyć cechami osobowości, silnej i zarazem wrażliwej, kulturą środowiska w którym wyrósł, formacją, która była mu dana, wytrwałą pracą nad sobą, doświadczeniem i mądrością życiową, których nabył, ale na końcu - last but not least - ponad tym wszystkim i w tym wszystkim był Chrystus; była łaska, była więź z Chrystusem, zawierzenie i szukanie Jego woli.

I tego nas uczył, przypominając, że nasza dobra wola i nasze starania na rzecz prawdy i dobra są bardzo ważne i potrzebne, bo prawdę i dobro trzeba czynić dobrze, ale jednak są takie przykazania Boże, którym nie sposób sprostać o własnych siłach, do nich należy miłość. Trzeba ją wziąć od Chrystusa, z ołtarza Chrystusowego. Mówił też, że trzeba, by jak najwięcej było tych, którzy są zdecydowanie po stronie Chrystusa, by oni dolewali jak najwięcej smaku Chrystusowego, czyli miłości i prawdy do wielkiego kotła historii.

W tych dwóch zdaniach wyróżniłem kilka myśli Ojca Tadeusza zapisanych i utrwalonych w pamięci. I jeszcze jedno zapamiętane zdanie, jakby na teraz, na ten czas kryzysu i wojny na Wschodzie: Sami nie damy rady smutkom, przeciwnościom, udręczeniom. Ale uspokajamy się myślą - Dominus nobiscum.

Bóg jest z nami! Zawsze, ale tym bardziej w trudnych okolicznościach życia.

Maciej Jakubowski - Minęło już dwadzieścia lat

Mija dwadzieścia lat od śmierci Ojca/Wuja Tadeusza. Pozostawił na ziemi jasną smugę dobra, mądrości i światła wiary.

* * *

Tyle myśli, tyle słów zebrało się w tej notatce spisanej z okazji bliskiej już, dwudziestej rocznicy śmierci księdza Ojca/Wuja Tadeusza. Myślałem, że na tym będę kończył, tymczasem, gdzieś w zakamarkach komputera znalazłem tekst, który miał być chyba początkiem jakiejś większej całości, która nigdy nie powstała. Ten tekst trochę skróciłem, trochę oszlifowałem i powstała druga rocznicowa notatka. Łączę ją z tą pierwszą.

Dobry pasterz. Czy był święty?

Późnym wieczorem, dwudziestego szóstego czerwca dwa tysiące drugiego roku, odszedł do Domu Ojca ksiądz Tadeusz Fedorowicz (Ojciec Tadeusz). Przez lat blisko czterdzieści był ka-

pelanem w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach i w Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Dziś mówi się o nim, że był „opiekunem duchowym” całego Dzieła Lasek. W wieku 63 lat otrzymał tytuł prałata, potem infułata. Ale do tych tytułów nie przywiązywał wagi, żadnych wysokich stanowisk kościelnych czy świeckich nigdy nie piastował i nie zabiegał o nie. Był skromnym człowiekiem.

Jednak jego pogrzeb na leśnym cmentarzu w Laskach, a przed tym Msza święta pogrzebowa, były podniosłą uroczystością, by nie powiedzieć manifestacją: dwóch kardynałów, trzech biskupów, kilkudziesięciu księży i ponad tysięczna rzesza ludzi - wszyscy przyszli go pożegnać. I telegram z Watykanu, w którym Ojciec Święty napisał:

Dobry Pasterz daje życie swoje za owce (J 10,11).

Kiedy dowiaduję się o śmierci księdza Tadeusza Fedorowicza, myślę, że te wymagające słowa Pana Jezusa znalazły właśnie swoje wypełnienie. Odszedł dobry pasterz, który w kapłaństwie każdego dnia z gorliwością oddawał swe życie za owce. A przecież był taki moment w jego historii, w którym okazał gotowość na cierpienie i śmierć, gdy jako ksiądz Archidiecezji Lwowskiej, wiedziony pasterską troską, dobrowolnie dołączył do zesłańców wywożonych z tego miasta do dalekiego Kazachstanu. Nie mogłem nie wspomnieć tego czynu księdza Tadeusza i jego pionierskiej posługi wśród deportowanych, gdy nawiedzałem ten kraj.

Był pełnym mądrości kierownikiem duchowym wielu poszukujących doskonałości chrześcijańskiej, długoletnim opiekunem duchowym całego dzieła Lasek, wielkim przyjacielem niewidomych i wszystkich, którzy tam przyjeżdżali. Sam wielokrotnie korzystałem z jego kapłańskiej mądrości i szczerej przyjaźni. Wiele mu zawdzięczam. Dziś podczas Mszy św. dziękowałem Bogu za to dobro i polecałem Jego miłosierdziu duszę księdza Tadeusza. Niech Chrystus Najwyższy

Pasterz da mu niewiędnący wieniec chwały (por. 1P 5,4)……

Tak wielu ludzi przyszło na pogrzeb Księdza Tadeusza dlatego, że chociaż nawet proboszczem nigdy nie był, ale był wybitnym kapłanem, „dobrym pasterzem” i „pełnym mądrości kierownikiem duchowym”, „duchowym opiekunem” pięknego dzieła Lasek i przyjacielem ludzi. Tak napisał o nim Ojciec Święty. A my, którzy go znaliśmy, wiemy, że był człowiekiem o bogatej osobowości, silnym i łagodnym zarazem, mądrym, prostym i skromnym, życzliwym ludziom młodym i starym, i tym wybitnym i tym zwyczajnym. Ale może jest jeszcze coś więcej? Zaczyna się mówić o ewentualnym procesie beatyfikacyjnym Księdza Tadeusza. Czy to jest uzasadnione, czy był (jest?) człowiekiem świętym?

Jeżeli proces zostałby rzeczywiście podjęty, będą nad tym deliberować teologowie i inni specjaliści. Ale czy ci, którzy Księdza Tadeusza dobrze znali, mieliby coś do powiedzenia w tej sprawie, już teraz?

Czy był człowiekiem świętym? Jeżeli ośmieliłbym się wypowiadać na ten temat, to powiedziałbym tak: Jeżeli świętość pro-

Maciej Jakubowski - Dobry pasterz. Czy był święty?

mieniuje, jeżeli człowiek jest jakby przeniknięty obecnością Boga i tą Bożą Obecnością, miłością i dobrem promieniuje, to w moim przekonaniu ks. Tadeusz odchodził z tej ziemi jako człowiek święty.

Czy był święty już w ciągu długich lat swego życia? Nie wiem, nie wypowiadam się na ten temat. Natomiast z całym przekonaniem uważam, że w ostatniej fazie życia - był święty. Fizycznie był już bardzo słaby, serce pracowało ostatkiem sił, pamięć, zwłaszcza bieżąca, bardziej niż upośledzona, ale w sprawach Bożych zachowywał niezmąconą jasność. I promieniował wielkim dobrem i pokojem. A to co mówił w ostatnich dniach życia do sióstr-opiekunek - tam gdzie ja idę ty teraz nie idziesz…. spotkamy się…. - dowodzi, że z całą prostotą i naturalnością czuł się już, można by powiedzieć, jedną nogą w Niebie...

Tak, uważam, że ksiądz Tadeusz odchodził z tej ziemi jako człowiek święty, człowiek Boży.

 

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

U PRZYJACIÓŁ W BYDGOSZCZY

ks. Piotr Buczkowski
Ballada o fortepianach

Kiedyś spotkały się dwa fortepiany. Jeden z nich - elegancki, na wysoki połysk - wędruje po różnych wytwornych salach

koncertowych całej Europy. Można się w nim przejrzeć jak w lustrze i poprawić fryzurę. Ten drugi wygląda, jakby był zmęczony życiem i nadgryziony zębem czasu. „Zdobią” go plamy po łzach emocji i wytarta politura. Od niepamiętnych czasów stoi cały czas w jednym miejscu. Podobno ma prawie 130 lat i znajduje się w naszej szkole od zawsze.

Ten pierwszy może opowiadać o wytwornych kreacjach słuchaczy, którzy przychodzą na koncert mistrza. Może również mówić o mistrzu, który całe serce wkłada w graną muzykę. Trudno powiedzieć, ile z nim przejechał kilometrów, w jakich salach grał. W końcu trafił do naszej auli…

Ten drugi cały czas przebywa w jednym miejscu. Nieraz słyszał, że wszędzie jest ciemno i - ogólnie biorąc - życie jest niezwykle męczące. Czy fortepiany mają serca? Trudno powiedzieć. Jest to tylko jakiś mebel, a właściwie instrument muzyczny, który w środku ma struny, młoteczki, klawiaturę. Potrzebuje kogoś, kto włoży swoje serce w metalowe struny, aby pięknie zabrzmiały.

Czy te dwa fortepiany w nocy rozmawiały ze sobą? Trudno powiedzieć… Kiedy obserwuję uczniów w szkole, to widzę, że te gaduły i gadulątka mają ciągle coś do powiedzenia. Podobno nawet przez sen rozmawiają ze sobą. Pewnie fortepiany również wymieniały między sobą doświadczenia. Ten nasz dziwił się, jak to można chodzić po schodach… Jak to może fortepian podróżować samochodem? A ten mistrza dopytywał się, jakie są te gaduły i gadulątka w szkole? Czy radosne, czy smutne?

Przyjechał mistrz skromnie ubrany i przyszedł do naszych gaduł i gadulątek, które zastanawiały się, co też ciekawego im powie. Pytały się, czy zagra tylko na swoim, czy też na tym zabytkowym - przemęczonym życiem - fortepianie. Rozpoczęło się to niezwykłe spotkanie. Ciekawska kamera telewizyjna swoim bezdusznym, zimnym, szklanym okiem przyglądała się temu wydarzeniu z boku. Nie była jednak w stanie wszystkiego uchwycić. Nagle zatrzymała się i w kadrze było widać, jak mistrz siedzi w fotelu ze złożonymi rękoma, jak do modlitwy, i wsłuchuje się z ogromnym zainteresowaniem w muzykę niepozornej dziewczyny grającej na tym zabytkowym, nadgryzionym zębem czasu instrumencie. Ta młoda osóbka była nie za wysoka, ubrana w skromną czarną sukienkę. Wydawało się, że nie poradzi sobie z tym staruteńkim fortepianem.

Instrument głęboko westchnął i powiedział: - Dziewczę, nie bój się. Zagraj, aby mistrzowi zabiło mocniej serce i by łza wzruszenia popłynęła z jego oczu. By tłum aniołków w oknie niebieskim z ogromnym zaciekawieniem wyglądał i wsłuchiwał się w twoją muzykę. Graj śmiało, odważnie. Graj z głębokości swojego serca. Opowiadaj o przepięknym świetle. Śmiało, graj! Spraw, by wszystkim mocniej zabiło serce! Spraw, by to światło muzyki uwolniło łzę wzruszenia. Graj odważnie, by chóry anielskie usłyszały twoją muzykę. Graj, dziewczę, śmiało. Graj do serc wszystkich. Opowiadaj o świetle, którego nie widzisz. Przepięknym świetle…

Dziewczyna delikatnie dotknęła swymi paluszkami klawiatury zabytkowego fortepianu. Instrument cicho westchnął: - Nie lękaj się, że twoje delikatne palce wydają się takie malutkie. Nie są takie jak mistrza. Dasz radę! Śmiało, graj z serca, tak jakbyś

100 U PRZYJACIÓŁ W BYDGOSZCZY

zanosiła modlitwę przed Boży tron w niebie. Włóż całe swoje serce w tę muzykę. Nie bój się!

Dziewczyna zaczęła grać i popłynęły delikatne dźwięki. Takie niesamowite akordy, podobne do wiosennego promyka słońca, który jest w stanie rozpuścić wszystkie lody w sercach. Swoim ciepłem pobudziły zaspane motylki w zakamarkach fortepianu. Może one odkryją, że życie - ogólnie rzecz biorąc - jest nie tylko męczące, ale też przepiękne i przeniknięte ciepłymi promieniami dźwięków. Myślę, że te żywe i kolorowe kokardki, które mają łapki, zatańczą na nosach ponuraków, przyciągając ciepły promień dźwięku z tego zabytkowego instrumentu zmęczonego życiem i nadgryzionego zębem czasu. Wychodzące nutki są koloru złotego, jak wiosenne, ożywcze promyki słońca.

Wszyscy słuchacze ze zdumienia zamarli i chóry anielskie zamilkły. Dobry Bóg siedzący na niebieskim tronie spytał: - Co tam na ziemi się dzieje? Chóry anielskie odpowiedziały: - Na ziemi niewidoma dziewczyna gra Chopina na starym, zmęczonym życiem fortepianie. Maluje dźwiękiem przepiękny kolorowy obraz pełen radosnych i ciepłych promieni światła. Pan Bóg westchnął: - Jaka to piękna muzyka, skoro kruszy lody w sercach ludzi.

Oczy mistrza zrobiły się takie szklane, jakby za chwilę miały z nich wypłynąć łzy. Tego bezduszne, szklane oko kamery nie było w stanie zauważyć, a włochaty, wścibski mikrofon - usłyszeć.

Wszyscy słuchają w skupieniu. Mistrz złożył ręce - jakby się modlił. Zmęczony życiem fortepian zachęca dziewczynę ubraną w czarną prostą sukienkę: - Graj i opowiadaj, co widzisz sercem. Graj śmiało! Odważnie! To nic, że twoje delikatne paluszki wydają się takie krótkie. Jesteś w stanie namalować dźwiękiem piękny obraz pełen radosnego światła. Odwagi, nie bój się! Graj Chopina i opowiadaj o ciepłym powiewie mazowieckiego wiatru. Krzycz o potarganych płaczących wierzbach, które mają tyle ożywczych łez. To nic, że nigdy tego nie zobaczysz, ale czujesz ich powiew swoim dobrym sercem. Opowiadaj o tym, że życie jest przepiękne. Wokół nas jest tyle zieleni, kolorowych kwiatów. Opowiadaj o tym wszystkim, nie bój się. Głośnio o tym wołaj przez moją klawiaturę.

To nic - westchnął fortepian - że jestem zmęczony życiem i emocjami tylu pokoleń uczniów. Ciepłymi promieniami dźwięków namaluję piękny obraz pełen życia i radości. Po to tutaj jestem.

Dziewczę zakończyło grę na tym zabytkowym instrumencie. Zapanowała cisza. Po chwili odezwały się oklaski zebranej publiczności. Dziewczyna wstaje, kłania się i po omacku próbuje powrócić na swoje miejsce. Ktoś jej pomaga. Mistrz zrywa się z miejsca, podchodzi do dziewczyny i podaje swoją dłoń. Na jej twarzy widać ogromne zdziwienie, że tak znany na całym świecie pianista dziękuje za piękną grę na fortepianie. Coś powiedział naszej artystce, a ona delikatnie uśmiechnęła się i coś odpowiedziała. Niestety, zimne oko kamery tego nie zauważyło, bo to nie było przewidziane w programie. Włochaty mikrofon nie usłyszał tych słów wypowiedzianych w szumie oklasków. Może mistrz powiedział: - Pięknie grałaś… Od serca. A ona odpowiedziała:

- To była moja modlitwa do Pana Boga…

 

102 U PRZYJACIÓŁ W BYDGOSZCZY

 

 

Jak było w rzeczywistości? Mogą to tylko zdradzić mistrz i to skromne dziewczę.

Następnie mistrz podszedł do swojego eleganckiego błyszczącego instrumentu. Odpowiedział kolejnym utworem, grając Beethovena. Usłyszeliśmy doskonały, bardzo wyraźny dźwięk o kolorze nieskazitelnej bieli. W tej muzyce był widoczny każdy szczegół. Nie była to biel lodowata, lecz napełniona i ocieplona promieniem serca mistrza. Fortepian mistrza wołał: - Dobrze, dziewczę, że zagrałaś, że nie bałaś się. Opowiem tobie o człowieku, który po ludzku przegrał. Stracił słuch. Mimo to dalej komponował przepiękne utwory. Krzyczał: - To nic, że nic nie słyszę, ale w moim sercu jest ukryta piękna muzyka. Nie poddałem się. Jestem „pozytywnym buntownikiem” i dzielę się tym pięknem, które gości w moim sercu. Nigdy nie usłyszałem utworów, które skomponowałem po utracie słuchu…

Mistrz dalej opowiadał przez klawiaturę swojego nieskazitelnego instrumentu. - Ten znany kompozytor skomponował największe utwory wtedy, gdy nic nie słyszał. A ty, drogie dziewczę, graj na fortepianie, malując ciepłymi promieniami dźwięków przepiękne krajobrazy. To nic, że nigdy ich nie zobaczysz. Może ktoś w twoich opowieściach odkryje piękno otaczającego świata i nabierze chęci do życia - mimo zmęczenia.

Na końcu mistrz zaznaczył mocnymi akordami muzyki: - Bądźcie takimi „pozytywnymi buntownikami” i przekraczajcie swoje możliwości, dzieląc się talentem z innymi.

Tak kończy się opowieść o dwóch fortepianach, które stanęły obok siebie. Ten mistrza - na wysoki połysk, znający wytworne sale koncertowe i ten drugi - zmęczony życiem i nadgryziony zębem czasu, znający pokolenia uczniów tej niezwykłej szkoły.

Jakie przesłanie płynie z tej ballady? Warto odkryć talent dany od Boga i dalej - przez ciężką pracę - pomnożyć go, by później się nim dzielić.

Ta historia nie jest wymyślona. Wydarzyła się naprawdę. Miała miejsce w Kujawsko-Pomorskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci i Młodzieży Słabowidzącej i Niewidomej nr 1 im. Louisa Braille’a w Bydgoszczy 30 marca 2022 roku. Nasz Ośrodek obchodził 4 maja 150. rocznicę powstania.

Tym tajemniczym mistrzem jest Rafał Blechacz - najlepszy pianista na świecie, a tą tajemniczą dziewczyną - Weronika Bajorek, która wraz z Igorem Sobierajskim wprowadziła muzycznie mistrza do tego historycznego wydarzenia. Można zobaczyć, co zarejestrowało szklane oko kamery i włochaty mikrofon w programie TVP Bydgoszcz na stronie internetowej https://bydgoszcz.tvp.pl/59425708/w-oku-kamery-3042022

Zdjęcia Wiesław Kajdasz

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Anna Kusiak,
Marta Pochopień
Wykorzystanie w pracy z uczniem elementów integracji sensorycznej

Uczymy w Szkole Podstawowej i Przysposabiającej do Pracy dla Niewidomych i Słabowidzących z niepełnosprawnością sprzężoną w Rabce - Zdroju. Myślą przewodnią powstania tego artykułu jest nasza chęć podzielenia się spostrzeżeniami i obserwacją zaburzeń w obrębie integracji sensorycznej jednego z naszych uczniów.

Praca nauczyciela w szkole specjalnej jest niezwykle trudna i wymagająca. Nauczyciel obecnie nie tylko uczy, lecz także diagnozuje potrzeby uczniów i podejmuje działania zmierzające do ich zaspokojenia. Brak wzroku lub niedowidzenie, któremu towarzyszą dodatkowe choroby, sprawia, że klasa szkolna to zbiór indywidualności, różnych poziomów funkcjonowania poznawczego czy też emocjonalnego. Trudno jest zatem znaleźć takie rozwiązania, które będą odpowiednie dla wszystkich uczniów. Należy więc jak najrzetelniej ocenić aktualną sytuację i dobrać takie metody i techniki dydaktyczno-wychowawcze, aby wszyscy uczniowie czuli się dobrze i bezpiecznie, a nauczyciele czerpali jak najwięcej radości i satysfakcji z pracy, którą wykonują. Jedną z metod, którą można zastosować i wykorzystać w pracy z uczniami z niepełnosprawnością sprzężoną, jest integracja sensoryczna. W tym miejscu nie możemy się obejść bez choćby małej pigułki teorii, czym w istocie jest integracja sensoryczna?

 

Co to jest integracja sensoryczna? Według dr A. Jean Ayres jest to proces neurologiczny, który obejmuje rejestracje, przewodzenie i opracowanie informacji zawartych w bodźcach sensorycznych tak, by mogły być użyte w celowym działaniu. Polega na właściwym rozpoznaniu, połączeniu w jedną całość i zapamiętaniu docierających do systemu nerwowego informacji sensorycznych. Jest więc podstawą do prawidłowego funkcjonowania w zakresie: ruchu, postawy, koordynacji, emocji, percepcji, uwagi, a także uczenia się. Integracja sensoryczna odwołuje się do związków pomiędzy zachowaniem a przebiegiem procesów nerwowych w ośrodkowym układzie nerwowym, dlatego też obserwując deficyty w zachowaniu, możemy stawiać hipotezy, że są one wynikiem zaburzeń integracji sensorycznej.

Mózg człowieka, a właściwie jego sieć neuronalna, od urodzenia „bombardowany” jest przez mnóstwo różnych napływających do niego z każdej strony bodźców. Codziennie widzimy, czy też dotykamy, olbrzymią ilość przedmiotów mających różne kształty, faktury, kolory. Słyszymy przeróżne dźwięki, czujemy intensywne zapachy, czujemy także swoje ciało. W momencie urodzenia dziecka obwody neuronalne są proste, mają niewielką ilość połączeń. Natomiast w miarę rozwoju dziecka, jego aktywności ruchowej i stymulacji systemów sensorycznych, sieć neuronalna intensywnie się rozwija. Oznacza to, że ilość połączeń wzrasta, a obwody stają się bardziej złożone we wszystkich ob szarach kory mózgowej. Należy podkreślić, iż efektywność działania sieci neuronalnej zależy przede wszystkim od ilości połączeń, nie zaś od liczby komórek nerwowych.

Wszystkie czynności, które wykonujemy, wymagają zaangażowania ze strony układu sensorycznego, ponieważ odbieramy świat poprzez zmysły. Prócz zmysłów dotyku, wzroku, węchu, smaku i słuchu, mamy jeszcze dwa zmysły: przedsionkowy i proprioceptywny. Choć są one mniej znane od powyższych pięciu, to razem ze zmysłem dotyku są bazowymi systemami człowieka, na podstawie których dojrzewają pozostałe zmysły. Propriocepcja to inaczej czucie głębokie, pochodzące z więzadeł, mięśni, stawów i ścięgien. Dzięki niej, np. mając zamknięte oczy, potrafimy dotknąć palcem do nosa albo precyzyjnie trafić widelcem do buzi. Zmysł przedsionkowy, zwany również zmysłem równowagi, odpowiada za czucie naszego ciała w przestrzeni, czyli daje nam informację, gdzie znajduje się nasze ciało względem przyciągania ziemskiego, wpływa na właściwe napięcie mięśniowe, prawidłową postawę ciała, koordynację, umiejętność czytania i wiele innych. System przedsionkowy nierozerwalnie współpracuje z systemem proprioceptywnym, stąd też często łączy się ich stymulację.

Podsumowując, jeżeli w naszym organizmie wszystkie napływające z zewnątrz informacje są odbierane i przetwarzane poprawnie, czyli proces integracji sensorycznej przebiega bez zakłóceń, widzimy świat jako przyjazne nam środowisko. Potrafimy trafnie ocenić sytuacje, w której się znajdujemy i - co najważniejsze - nasze reakcje są adekwatne do sytuacji, która nas spotkała. Przykładowo, gdy dotkniemy gorącego garnka - cofamy rękę, kiedy muzyka w radio gra bardzo głośno - ściszamy odbiornik. Sytuacja komplikuje się wówczas, kiedy nasz mózg ma problem z właściwym odbiorem i przetwarzaniem zewnętrznych bodźców. Kiedy przyjazny, lekki dotyk - boli, większość świata wokół bardzo intensywnie i często nieprzyjemnie pachnie, a własne ciało nie chce nas słuchać. To tylko wybrane przykłady zaburzeń związanych z rozwojem procesów integracji sensorycznej. Analizując powyższe przykłady, łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo utrudniają one funkcjonowanie człowieka w społeczeństwie.

Odpowiadając na pytanie: Co to jest Integracja Sensoryczna - możemy śmiało powiedzieć, że jest to sposób porządkowania przez mózg informacji odbieranych przez zmysły. Pozwala człowiekowi na celowe działanie, właściwe reakcje organizmu, umożliwia również selekcję informacji i odwołuje się do wcześniejszych doświadczeń. Warto podkreślić, że Integracja Sensoryczna jest procesem, który zachodzi poza świadomością, podobnie jak oddychanie, a jej rozwój zaczyna się już w życiu płodowym, a więc towarzyszy nam od początku do końca życia.

Metoda integracji sensorycznej jest zatem systemem ćwiczeń, które mają nauczyć mózg odpowiedniego reagowania na pojawiające się bodźce zewnętrzne. Aby następowała poprawa w organizacji ośrodkowego układu nerwowego, stosowane są takie ćwiczenia, które są wyzwaniem dla dziecka, a zarazem są stymulujące dla mózgu. Ćwiczenia muszą być dostosowane do poziomu rozwojowego dziecka i nie mogą być ani zbyt łatwe, ani zbyt trudne. Mają wzmacniać procesy nerwowe i wykształcać coraz bardziej złożone reakcje adaptacyjne.

Jedna z zasad J. Ayres mówi, że o skuteczności działań terapeutycznych świadczy zdolność dziecka do radzenia sobie z wyzwaniami, które wcześniej były zbyt trudne lub dezorganizowały jego życie. Terapia integracji sensorycznej nie jest nastawiona na wyeliminowanie nietypowego zachowania sensorycznego, lecz na przemyślaną stymulację, w wyniku której dana potrzeba zostanie zaspokojona. Przyjęcie sensorycznej perspektywy w codziennej praktyce pedagogicznej pozwala na lepsze zrozumienie zachowań dziecka bez stygmatyzującego etykietowania: „nieposłuszne”, „niegrzeczne”, „niedojrzałe”. Codzienna praca z dzieckiem nie ma być jedynie stale powtarzanymi schematami ćwi czeń, lecz ciągłą analizą zachowań dziecka, „wczuwaniem” się w jego potrzeby, stałą modyfikacją stosowanych zadań. Dziecko czując, że odnosi sukcesy w coraz większej ilości skomplikowanych dla niego zadań, chętniej uczestniczy w zajęciach, zaczyna świadomie kierować swoim zachowaniem i takie doświadczenia przenosić na inne sytuacje życiowe. Zmienia się obraz dziecka i jego funkcjonowanie w środowisku.

Rozwój integracji sensorycznej zależy od właściwości i tempa rozwoju układu nerwowego, gromadzonych przez dziecko doświadczeń oraz jego otoczenia. Dlatego też, w sytuacji, gdy opiekunowie nie dostarczają „niedostępnych” dla dziecka wrażeń zmysłowych i jego układ nerwowy rozwija się wolniej czy w sposób ograniczony, dziecko nie jest w stanie zgromadzić odpowiednich i potrzebnych dla jego rozwoju doświadczeń. Nadopiekuńczość powstrzymuje rozwój, jest więc szczególnie ważne, by rodzice oraz pedagodzy mieli świadomość, iż znajomość profilu sensorycznego dziecka jest niezbędna do właściwej oceny jego funkcjonowania psychomotorycznego oraz tworzenia środowiska stymulującego jego prawidłowy rozwój.

Zaburzenia współdziałania zmysłów występują także u dzieci z różnymi niepełnosprawnościami. W takich wypadkach są one skutkiem zaburzeń i deficytów innego rodzaju. Brak wzroku zaburza odbieranie informacji ze świata, motywację do ruchu i działania w sposób spontaniczny i samodzielny, ogranicza naturalną stymulację bazowych systemów sensorycznych: układu przedsionkowego, układu proprioceptywnego i dotyku, co wpływa destruktywnie na kształtowanie się m.in. napięcia mięśniowego, świadomości ciała i orientację w przestrzeni, rozwoju równowagi oraz obustronnej integracji. Dziecko niewidome gorzej się porusza, jest mniej pewne, szuka kontaktu z podłożem, chodząc na szerokiej podstawie lub szurając nogami, częściej traci równowagę.

Rozwój ruchowy dziecka niewidomego ze złożoną niepełnosprawnością zależy od współistniejących niepełnosprawności. Takie dziecko może obawiać się ruchu, szczególnie w otwartej przestrzeni lub powyżej poziomu podłoża, dlatego też musi mieć możliwość zdobywania doświadczeń ruchowych. Opiekun natomiast musi obserwować dziecko, by nie zinterpretować obawy przed ruchem nieprawidłowo - jako klasycznego zaburzenia przetwarzania sensorycznego.

Innym często obserwowanym zachowaniem jest niechęć i obawa dzieci niewidomych przed dotykaniem, braniem do rąk nowych, nieznanych przedmiotów czy zabawek, czego nie należy mylić z obronnością dotykową. Dziecko niewidome ma problem z wykonywaniem sekwencji ruchowych, co nasuwa na myśl problemy z praksją. Zagrożone jest autostymulacjami o różnym nasileniu, np. kiwanie się, kręcenie się, uporczywe drapanie, uciskanie oczu, będących skutkiem braku bodźców wzrokowych. Dziecko należy uczyć konstruktywnych zabaw, które przeciwdziałają kołysaniu się, stukaniu, kiwaniu, zabawom rękami, pocieraniu itp. Zabawy te muszą być przeplatane, aktywnościami stymulującymi inne zmysły wg zasady zmienności bodźca. Należy przez cały czas obserwować reakcje dziecka i być uważnym na wszelkie sygnały przestymulowania w trakcie zabawy i po jej zakończeniu, w szczególności w przypadku zabaw przedsionkowych, gdyż mogą one być bardzo pobudzające. Trzeba pamiętać, iż objawy przestymulowania mogą być odroczone. Zabawy te muszą być celowe, z wyraźnym początkiem, środkiem i końcem, wykonywane w określonym rytmie i tempie w stałej komunikacji z dzieckiem, na takim poziomie, na jakim jest to możliwe. Stymulacja sensoryczna bez komunikacji z dzieckiem i celowości działania nie będzie służyć zmniejszeniu autostymulacji i nie będzie terapeutyczna w całościowym ujęciu.

Dieta sensoryczna to regularna, dopasowana do potrzeb dziecka aktywność, dzięki której poprawia się funkcjonowanie jego zmysłów. Jak każda dieta, przynosi efekty, gdy jest różno rodna i konsekwentnie stosowana. A żeby mogła stać się nawykiem, powinna być kojarzona z czymś przyjemnym, a jednocześnie naturalnym. Często są to drobne czynności, które w połączeniu z innymi tworzą specyficzną dietę sensoryczną dziecka, np. masaż stóp, czy relaksująca muzyka podczas ubierania, mycia i czesania.

Doskonałym sposobem na dostarczanie bodźców jest przygotowywanie posiłków (mycie warzyw i owoców, wspólne siekanie, mieszanie, gotowanie) oraz wąchanie i jedzenie potraw o niejednorodnej strukturze i smaku. Wieczorne zabawy, np. malowanie, zabawy poduszkami oraz wiele innych wspólnych zajęć to także część diety sensorycznej. Najważniejsze, aby aktywność była dostosowana do potrzeb dziecka (wyciszała, jeśli jest nadpobudliwe lub pobudzała w przypadku niedostatecznych reakcji na bodźce). Dieta sensoryczna nie polega wyłącznie na dostarczaniu wielu rożnych bodźców. Ich ilość i charakter powinny być dostosowane do aktualnych potrzeb dziecka. Dlatego istotne jest, by w ustalaniu diety uczestniczył terapeuta. Z udziałem specjalisty można zaplanować dietę, która pomoże rozwijać zmysły dziecka, a jednoczenie nie obciąży zbytnio jego systemu nerwowego i nie spowoduje reakcji niepożądanych (np. samouszkodzeń, czy zachowań samo stymulujących). Terapeuta, obserwując postępy u dziecka, pomoże dostosowywać na bieżąco pewne elementy diety. Dodawanie kolejnych rodzajów aktywności i eliminowanie niektórych, wcześniejszych ćwiczeń to ważny aspekt pracy nad rozwojem sensorycznym dziecka. Nowe zadania pozwolą dalej rozwijać zdolności sensoryczne, a przy tym zwiększą szansę na pełną akceptację diety ze strony dziecka.

Przekładając powyższą teorię na realia funkcjonowania ucznia w szkole i życiu codziennym, przyjrzyjmy się pracy z jednym z naszych uczniów.

Każda z niepełnosprawności, jakie dotknęły ucznia, sama w sobie zaburza przebieg procesów integracji sensorycznej, powoduje zmniejszenie możliwości interpretacji docierających do chłopca bodźców. Rozpoznanie pierwotnej przyczyny objawów jest bardzo trudne ze względu na wpływ wyłączenia zmysłu wzroku na funkcjonowanie dziecka i występowanie blindyzmów, wpływ ograniczeń poznawczych (niepełnosprawność intelektualna) oraz wpływ oddziaływań wychowawczych czy skutków edukacji, terapii i rehabilitacji. Dlatego też codzienna praca z uczniem niewidomym z niepełnosprawnościami sprzężonymi: niepełnosprawnością ruchową w związku z mózgowym porażeniem dziecięcym, padaczką objawową, niepełnosprawnością intelektualną w stopniu znacznym oraz brakiem mowy czynnej bazowała na wszechstronnej stymulacji rozwoju w oparciu o indywidualny program edukacyjno - terapeutyczny realizujący zalecenia zawarte w orzeczeniu i wskazówki poradni specjalistycznych. Terapia tyflopedagogiczna nastawiona była na rozwój procesów poznawczych poprzez polisensoryczne poznawanie świata, wdrażanie zrozumiałego systemu komunikacji (naturalne gesty, gesty systemu Makaton, komunikator), Program Aktywności Knillów Dotyk i Komunikacja, naukę samodzielności poprzez rehabilitację funkcjonalną i oddziaływania motywacyjne, naukę alternatywnych sposobów radzenia sobie ze stresem, rozwój motoryczny dziecka na miarę jego możliwości psychofizycznych.

Mając na uwadze, że wyłącznie wykwalifikowany terapeuta posiadający uprawnienia do prowadzenia diagnozy i terapii SI może stawiać diagnozę i planować terapię SI w codziennej pracy z uczniem, realizowałam zalecenia specjalistów Poradni dla dzieci z autyzmem i innymi zaburzeniami, Centrum Logopedii i Terapii Integracji Sensorycznej, a dzięki własnemu doświadczeniu terapeutycznemu, zdobytej wiedzy i intuicji starałam się podejmować odpowiedzialne próby modyfikacji aktywności sensomotorycznych pod kątem potrzeb dziecka. Z uważnym obserwowa niem reakcji i zachowaniem czujności na wszelkie sygnały przestymulowania w trakcie zabawy i po jej zakończeniu. Działania wspomagające proces integracji sensorycznej podjęte zostały w obszarach: świadomości ciała ze stymulacją czucia powierzchniowego, układu proprioceptywnego, układu przedsionkowego. Realizowane były zalecenia stosowania masażu Wilberger`a, aktywności rozwijających integrację dotykową oraz aktywności rozwijających integrację przedsionkową, stymulacje słuchowe i węchowe.

Rozpoczynając naukę w szkole, chłopiec unikał wszelkich działalności związanych z samodzielnością, przejawiał rzekomą obronność dotykową, niechęć do samodzielnego jedzenia. Nie korzystał z toalety, nie pił i nie jadł samodzielnie. Prezentował cechy dziecka poszukującego wrażeń czucia głębokiego, autostymulacje czuciowe i przedsionkowe. Uporczywie drapał się w okolicy potylicy, co uniemożliwiało mu funkcjonowanie i pracę poznawczą, dlatego też nosił bluzy z kapturem, czapkę z szelkami przypiętymi do bluzy, ortezy. Wymagał częstego lub okresowo stałego przytrzymywania rąk, by zapobiegać uporczywemu drapaniu. Chodził na szerokiej podstawie, na „sztywnych” nogach, nie uginał nóg w kolanach, nie schylał się po przedmioty, pokonywał krótkie odcinki prowadzony za rękę i miał problemy z równowagą. Nie przemieszczał się samodzielnie. Często był noszony na rękach. Ostukiwał lewą dłonią przedmioty i inne osoby, kiwał się.

W celu zniwelowania wyżej wymienionych zaburzeń zastosowane zostały następujące elementy z wyznaczonej w diagnozie diety sensorycznej;

1. Usprawnianie czucia głębokiego - stosowanie kołdry dociskowej dostosowanej do wagi chłopca, masaż dociskowy z użyciem piłki dociskowej, opukiwanie stawów i stosowanie kompresji stawów, czynne angażowanie ucznia w zaba-

wy dostarczające ucisku, pchania, ciągnięcia, klaskania, tupania, opukiwania, lepienia z plasteliny.

2. Układ przedsionkowy - utrzymywanie odpowiedniej pozycji ciała podczas różnych aktywności, huśtanie się w innych kierunkach niż autostymulacje dziecka z wykorzystaniem własnego ciała - na huśtawce, koniku na biegunach, uczestniczenie w zabawach przedsionkowych z podskokami, turlanie się, jeżdżenie w kocu po podłodze.

3. Masaż Wilbarger`a z równoczesnym nazywaniem szczotkowanych części ciała.

4. Zabawy sensoryczne rozwijające integracje dotykową - stymulowanie dotykowe z wykorzystaniem szorstkich powierzchni oraz różnych rodzajów mydła i tkanin fakturowych. Zabawy z wykorzystaniem miski napełnionej mydlinami, kisielem, budyniem. Zabawy przedmiotami wypełnionymi powietrzem. Malowanie palcem przy użyciu farbek, pianki do golenia, pasty, budyniu. Zabawy w piasku, ryżu, fasoli, płatkach: tor samochodowy, zakopywanie, odszukiwanie. Wyrabianie ciasta, lepienie z mas plastycznych. Sadzenie roślin doniczkowych lub ogrodowych.

5. Zabawy sensoryczne rozwijające integrację przedsionkową: skakanie na piłce, balansowanie w siedzeniu lub leżeniu. Turlanie się po nadmuchanym materacu. Huśtanie w kocu. Huśtanie liniowe i rotacyjne na platformie. Kręcenie się na krześle obrotowym. Kołysanie dziecka siedzącego w siadzie skrzyżnym. Spacerowanie po niestabilnych powierzchniach: piasku, desce równoważnej, łące, mchu, materacu, kamykach. Spacerowanie po ścieżkach sensorycznych. Siad w różnych pozycjach na piłce balonowej z utrzymaniem równowagi. Stymulacja uszu: opukiwanie opuszkami palców głowy, okolicy uszu oraz masaż małżowiny usznej. Wszystkie powyższe działania podejmowane były z zachowaniem zasad ostrożności by nie doprowadzić do przesty mulowania.

6. Zabawy ruchowe rozwijające świadomość ciała, jako podstawę do kształtowania świadomości ciała w przestrzeni: Proste ćwiczenia ruchowe z pomocą drugiej osoby. Utrzymywanie prawidłowej postawy ciała i równowagi. Poruszanie się po terenie płaskim, schodach, torze przeszkód. Ele-

menty metody aktywizującej Knill. Ćwiczenia gimnastyczne.

7. Wykorzystywanie każdej okazji do nazywania części ciała w czasie ubierania, mycia, czy zabaw sensorycznych.

W czwartym roku pobytu ucznia w szkole zauważyć można wyraźne zmiany. Chłopiec nie unika działalności związanych z samodzielnością, współpracuje z opiekunami przy wykonywaniu zabiegów higienicznych, zgłasza potrzeby fizjologiczne, korzysta z toalety. Pije z kubka i szklanki przytrzymując je, przełyka łyk za łykiem, trzyma kanapkę i łyżkę. Dokonuje wyboru tego, na co ma ochotę. Nie nosi bluz z kapturem, ortez, szelek. Potrafi dłuższy czas pozostawać bez czapki na głowie, nie drapiąc potylicy. Sprawniej i dłużej spaceruje, chodzi za głosem. Potrafi powstrzymać się od ostukiwania i kiwania. Schyla się i samodzielnie wstaje z podłogi. Poprawiła się równowaga. Wspina się, pokonuje przeszkody. Chętnie pracuje rękoma, poznaje i uczy się wykorzystując dotyk, nastąpiło przełamanie oporu do eksplorowania dotykowego - rzekomej obronności dotykowej. Uczeń otworzył się na kontakty z rówieśnikami i zdecydowanie cieszy go przebywanie w grupie.

Stymulacja polisensoryczna przyczyniła się do poprawy funkcjonowania dziecka w środowisku szkolnym. Trzeba jednak pamiętać, że metoda integracji sensorycznej w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami złożonymi jest metodą wspomagającą ich rozwój i zapobiegającą pogłębianiu się deficytów rozwojowych charakterystycznych dla danej niepełnosprawności. Należy również mieć na uwadze, że powyższe działania muszą mieć charakter długofalowy, a oczekiwane pozytywne zmiany w funkcjonowaniu mogą pojawić się dopiero po długim czasie.

Bibliografia

Bogdanowicz M. (1990) Integracja percepcyjno-motoryczna - metody diagnozy i terapii. Dryden G., Vos J. (2000) Rewolucja w uczeniu.

Gruszka M. (2011) Doskonalenie integracji zmysłów u dzieci niepełnosprawnych.

Karga M. Funkcjonowanie sensomotoryczne dzieci.

Kolderka.net, Dieta sensoryczna - 50 ćwiczeń dla twojego dziecka.

Kranowitz C. S. (2012) Nie-zgrane dziecko. Zaburzenia przetwarzania sensorycznego - diagnoza i postępowanie.

Maas V.F. (1998) Uczenie się przez zmysły. Wprowadzenie do teorii integracji sensorycznej.

Miller L. J. (2016) Dzieci w świecie doznań. Jak pomóc dzieciom z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego?

Odowska-Szlachcic B. (2013) Metoda integracji sensorycznej we wspomaganiu rozwoju mowy u dzieci z uszkodzeniami ośrodkowego układu nerwowego.

Przyrowski, Z. (2012) Integracja sensoryczna. Wprowadzenie do teorii, diagnozy i terapii.

Wiśniewska M. (2015). Profil Sensoryczny Dziecka.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

WSPOMNIENIA

bp Andrzej F. Dziuba - Łowicz
Pan Mecenas
(o śp. Władysławie Gołąbie)

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku - jako student teologii moralnej na KUL - uczestniczyłem w rekolekcjach ekumenicznych w Laskach. Stało się to częściowo za sprawą obecnego archimandryty Jan Sergiusza Gajka MIC, wówczas także studenta teologii ekumenicznej na KUL. W takich okolicznościach pierwszy raz spotkałem Pana Mecenasa oraz jego małżonkę Panią Justynę. Mieszkałem wówczas w „Domu nad łączką”. Zamieniliśmy zdania, może kilka razy, ale wówczas - wobec wielkości Lasek - ja dopiero poznawałem i uczyłem się tego niezwykłego fenomenu i tych niezwykłych ludzi. Chyba było to jednak wówczas opatrznościowe, chciane przez dobrego Boga.

Po studiach lubelskich i rzymskich jesienią 1981 r. powróciłem do Polski. Był już wówczas - po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego - nowy Prymas Polski, abp Józef Glemp. Był mi znany, gdyż jako sekretarz Prymasa przychodził do Biblioteki Seminaryjnej w Gnieźnie, gdzie pełniłem przez wiele lat funkcję bibliotekarza. Zatem po moim powrocie zdecydował, że nie podejmę pracy etatowej na KUL, ale będę z nim pracował w Sekretariacie Prymasa Polski przy ulicy Miodowej w Warszawie.

Jednocześnie prosił mnie, abym - podobnie jak on podczas swej pracy w Warszawie - codziennie celebrował Mszę św. w Kościele św. Marcina przy ulicy Piwnej na Starym Mieście w Warszawie. Tutaj znajduje się centrala Krajowego Duszpasterstwa Niewidomych w Polsce. Tak zaczęła się wielka przygoda duszpasterska trwająca niemal 20 lat. Czas ten był dla mnie wielkim darem. Ponownie, już od pierwszych dni, pojawiły się liczne momenty spotkań, rozmów i wspólnych modlitw z Mecenasem i Panią Justyną. Okazji tych było bardzo wiele, a czasem momenty zupełnie przypadkowe - wielokrotne spotkania na ulicach.

Szczególne były chwile, gdy Pan Mecenas przybywał z żoną do kard. Józefa Glempa, Prymasa Polski na Miodową, tak w sprawach Lasek, jak i duszpasterstwa niewidomych. Dawało mi to okazję do poznawania wielu bieżących spraw, jakimi żyły te środowiska; wielu trosk, ale i radości. Pan Mecenas chętnie dzielił się wytrwale zadaniami, jakie podejmował jako prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.

Interesujące były spotkania podczas sobotnich czy niedzielnych wyjazdów na spacery do Puszczy Kampinoskiej. Bardzo często udawało się wówczas spotkać i podyskutować w atmosferze Lasek, przy śpiewie ptaków, o Kościele i sprawach Polski. Był nieustępliwy w swych wizjach przyszłości, które zawsze szukały dobra i bardzo pragnął, aby jego środowisko wnosiło swój twórczy wkład w to budowanie dobra wspólnego i dobra każdego człowieka, zwłaszcza niewidomych i niedowidzących.

Po nominacji biskupiej w 2004 r. rekolekcje przed święceniami odbyłem w Laskach; chciałem na początku nowego powołania tam je duchowo poczuć i jednocześnie lepiej zrozumieć. To było wyjątkowo sprzyjające miejsce. Później wielokrotnie przybywałem tam w lutym, a więc ponownie pojawiły się okazje do spotkań z Mecenasem i rozmów przy kawie czy herbatce w mieszkaniu Państwa Mecenasów.

Wraz z Panem Mecenasem i ks. prał Andrzejem Gałką, w dniach 11-12 IX 2015 r. odbyła się, organizowana przez Polski Związek Niewidomych i Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych, Ogólnopolska Pielgrzymka Osób Niewidomych i Niedowidzących do Łowicza, pod hasłem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 15). Była to okazja do wyrażenia wdzięczności za wszystkich otaczających swoją troską całe to środowisko. Dla nas w Łowiczu, był to zaszczyt doświadczyć tej cząstki Kościoła, szczególnie umiłowanego przez Pana. Dziękowaliśmy, że Łowicz mógł wpisać się w piękne dzieło spotkania i modlitwy.

Moje ostatnie spotkanie z Panem Mecenasem miało miejsce w Laskach podczas uroczystości dziękczynnych za beatyfikację matki Elżbiety Róży Czackiej. Było wówczas zimno i nieprzyjemna pogoda, ale w sercach było bardzo gorąco, wielka radość i wielkie dziękczynienie. Myślę, że to było także dla Pana Mecenasa bardzo ważne przeżycie; będąc sam niewidomym, służył wytrwale niewidomym.

Dziękuję dobremu Bogu, że obdarzył mnie darem spotkania Pana Mecenasa i jego Małżonki. To była, i w pewnym sensie jest nadal, piękna lekcja życia spełniana przez niego w trudach niesionego powołania; faktycznie jakże ich było wiele. Harmonijnie połączył je ku Bożej chwale i pożytkowi ludzi. Zawsze pamiętał „Caritas Christi urget nos” (2 Kor 5, 14) i to z pewnością było dla niego ową mocą oraz wiernością.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

s. Hieronima Broniec FSK
Barbarka. Wspomnienie o Basi Prętkiej

Kiedy przyjechałam do szkoły w Laskach, Basia już od pięciu lat tam była. W internacie wołałyśmy na nią „Barbarka” dla odróżnienia od mieszkających już tam sześciu innych dziewczynek o tym imieniu. Przyjechała wraz z rodzicami - wysiedlonymi z Poznańskiego przez Niemców - na początku wojny. Droga wiodła przez Sochaczew, Żelazową Wolę, Niepokalanów. Tam, w czasie niedzielnej Mszy św. w kościele, jakaś pani powiedziała jej rodzicom, że niedaleko jest szkoła dla ich niewidomej córki i zachęciła, żeby tam pojechali. Tak więc zrobili. Ich Basia została uczennicą. Mama Irena podjęła pracę w szwalni w internacie dziewcząt, tata - wspaniały piekarz i cukiernik - okazał się nie tylko przez wiele kolejnych lat nieocenionym pracownikiem, ale przyjacielem wielu osób. Kochał swój zawód, był wielkim mistrzem i służył nim chętnie. Nie było trudno prosić o jakąś posługę.

Na początku maja 1946 roku s. Klara, przełożona w Laskach, poprosiła o zrobienie dużego czerwonego tortu dla bardzo ważnej osoby. Pan Stanisław Prętki myślał, że to dla biskupa albo jakiegoś ministra. Kupił, co mógł dostać w powojennej Warszawie, upiekł piękny tort - czerwony tort z orłem piastowskim na wierzchu. Kiedy s. Klara przyszła z siostrami i śpiewem odebrać tort, był 8 ma ja, imieniny Stanisława. Siostry wzięły wspaniały, wielki tort, ale zaraz wróciły z nim - z powrotem do solenizanta - a ten zza firanki wołał do żony: „mama, zobacz, one to upuszczą!” I śmiał się.

Basia robiła szybkie postępy w szkole. Zdolna, dosyć uspołeczniona, łatwa w kontakcie, muzykalna. Ona grała na fortepianie, a obie śpiewałyśmy w chórach szkolnych. Chodziła samodzielnie, miała bardzo dobrą orientację przestrzenną. W Laskach była do końca szkoły zawodowej. Mieszkała z rodzicami przez ścianę z internatem, toteż rodzice z bliska oglądali życie dzieci i wiedzieli, czym je uradować. Pan cukiernik natychmiast wpadł na pomysł, żeby się przebrać za biskupa i na św. Mikołaja wystąpił z płaskim pudełkiem dla każdej z nas. Na dnie był duży piernikowy koń w uprzęży z kolorowego lukru. Innym razem ogłosił konkurs; Kto nie zachoruje do wakacji, dostanie różę z lukru wypełnioną różanym kremem. I sam był sponsorem słodkich nagród. A „chorusy” dostawały kij z białego lukru wyładowany różanym kremem.

Basia nie miała ochoty na naukę zawodów, które mogła zdobyć w Laskach. Wybrała więc szkołę masową. Wówczas w Laskach nie było możliwości zrobienia matury. Wobec tego Basia zrobiła ją w tzw. szkole korespondencyjnej wielkomiejskiej. Na zajęcia szkolne do Warszawy wozili ją Rodzice. Maturę zdała bardzo dobrze i chciała się dalej uczyć. Dostała się na studia i ukończyła pedagogikę specjalną. Lubiła dzieci i miała ochotę uczyć. Przez następne 40 lat była nauczycielem zawodu.

Basia zawsze lubiła czytać i dużo czytała, więc kiedy przeszła na emeryturę, zgłosiła się do pracy w bibliotece i przez 17 lat pracowała jako korektorka drukowanych w Laskach książek. Serdecznie się tą pracą cieszyła.

Póki pracowała w szkole zawodowej, chodziła do warsztatu dość daleko, ok. kilometra. Odległość tę latem pokonywała sama, ale przy złej pogodzie i zimą chodziła z przewodnikiem, którym najczęściej był jej Ojciec. On też pomagał przy pracach wykończeniowych, które wymagały wzroku, jak np. zbijanie czy lakierowanie szczotek. Szczotkarstwo to był kiedyś w Laskach kierunek szkolenia zawodowego dla niewidomych.

Kiedyś spotkała ją bolesna przygoda. Starsi uczniowie po południu pełnili dyżury gospodarcze, tzn. przywozili - latem wózkiem a zimą sankami - chleb z piekarni, bieliznę z pralni, żywność z magazynu itd. Jednego pięknego wrześniowego popo-

s. Hieronima Broniec FSK - Barbarka. Wspomnienie o Basi Prętkiej

łudnia dwóch rozpędzonych chłopaków wózkiem pełnym chleba wjechało na idącą aleją Barbarkę. Pękła kość łonowa i poszkodowana musiała parę tygodni leżeć w infirmerii, zanim kość się zrosła. Znosiła to dzielnie. Barbarka była szczupła, drobnej kości i chyba krucha, bo nie była to jedyna taka historia. Po paru latach upadła i złamała bark. Uczyła się bardzo dobrze.

Basia kochała muzykę. Grała na fortepianie, śpiewała w chórach. Chętnie brała udział w przedstawieniach szkolnych i wykonywała duże role z wielkim powodzeniem. Szybko się ich uczyła i pamiętała do końca życia. Pamiętała całe przedstawienia i miała pełną głowę poezji, pieśni, chętnie nas tym obdzielając. Nawet kiedy nie brała w czymś czynnego udziału, potrafiła zapamiętać dokładnie tekst i melodię.

W Laskach okazją do koncertów były imieniny, urodziny kogoś ważnego, rocznice patriotyczne czy święta kościelne. Ogromnie osłuchana w muzyce poważnej z płyt, ale jeśli się zdarzyło być na koncercie w filharmonii, operze czy operetce, przywoziła w doskonałej pamięci arie, z wiernym tekstem i melodią. Z „Traviaty” zapamiętała dwie arie i walca. W domu nam to przypominała ku naszej wielkiej radości.

Wystawione w 1946 r. jasełka do końca dni swoich umiała na pamięć. W jasełkach brali udział dorośli, młodzież i nawet jeden chyba dziesięcioletni dyszkancik, Jędruś. Spektakl trwał przeszło dwie godziny.

Barbarka była głęboko religijna, więc kiedy usłyszała w Laskach chorał gregoriański, zachwyciła się nim ogromnie i do końca życia potrafiła zaśpiewać msze gregoriańskie, wiele responsoriów i odpowiednich do okresu liturgicznego pieśni.

Zdarzają się niewidomi od urodzenia bojący się zwierząt. Ona kochała kwiaty, drzewa, zwierzęta - szczególnie koty. Nie bała się nawet dużych psów. Kiedy w bibliotece zamieszkał lokator z wielkim niemieckim owczarkiem, przychodząc co rano do pracy, witała go radośnie. Pirat pomrukiwał z zadowolenia. Niestety, w Laskach nie mogła mieć swojego zwierzęcia, bo mieszkała z Rodzicami w małym mieszkaniu między piekarnią i internatem. Cieszyły ją hodowane przez Mamę na oknie mirty. Wiosną cieszyła się muzyką żab. To była nasza wieczorna radość w majowe wieczory. Chodziłyśmy po alejkach, śpiewając nieprzeliczone ilości piosenek na wszystkie możliwe tematy i prawie zawsze na głosy.

Barbarka była jedynaczką, ale nietypową, bo otoczoną koleżankami, które chętnie słuchały wierszy, jakich miała pełną głowę. Jakiś czas mieszkał w ich rodzinie mały kuzyn, który nie mógł zaakceptować internatu. Barbarka pomagała mu w nauce do trzeciej klasy, potem chłopiec wrócił do swojej rodziny i kontynuował naukę aż do matury w masowej szkole w Milanówku. Następnie studiował w Niemczech germanistykę.

Basia była bardzo zaprzyjaźniona z młodszą siostrą Mamy, która często przyjeżdżała i pomagała jej w tym, czego nie mogła po niewidomemu zrobić. Razem z mężem i zięciem, modernizowała ona Basi mieszkanie, żeby mogła w nim być jak najsamodzielniejsza. Dlatego, kiedy Rodzice odeszli, mogła wiele prac domowych wykonywać sama. Odwiedzała ją w miarę możliwości dr A. Baranowska, siostrzenica - sama albo z mężem, kiedy potrzebna była męska ręka albo umiejętności. On dzielnie służył, ale niestety wcześnie zmarł.

Basi przybywało lat i ubywało sił. Kiedy nie mogła już mieszkać sama, przyjęto ją do laskowskiego szpitalika. Bardzo było jej tam dobrze, aż do momentu, kiedy Laski musiały zmienić funkcję szpitalika na przychodnię, także dla miejscowej ludności, i pracownie rehabilitacyjne w większości dla absolwentów naszej szkoły masażu. Wtedy Barbarka musiała się przenieść do domu opieki, znajdującego się niedaleko zakładu. Wtedy Siostrzenica, która jest lekarką i pracuje w szpitalu w Warszawie na oddziale noworodków, odwiedzała Basię często - w miarę swoich możliwości.

Barbarkę Pan odwołał do siebie w czasie świąt Bożego Narodzenia 2021 r.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ODESZLI DO PANA

Józef Placha (oprac.)
śp. o. Eugeniusz Pokrywka OP

Urodził się 22 marca 1945 roku w Majdanie Sieniawskim w rodzinie Wojciecha i Zofii z domu Działo. Był absolwentem naszego Ośrodka dla Niewidomych w Laskach.

Do Zakonu wstąpił w 1967 roku, święcenia prezbiteratu przyjął 1974 roku. Pracował w klasztorach w Warszawie, Prudniku, Jarosławiu. Był przeorem klasztorów w Borku Starym i Lublinie. Był przez wiele lat wychowawcą w internacie chłopców, a w roku 2000 został członkiem z Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Posługiwał w laskowskiej kaplicy MB Anielskiej. Od roku 2011 aż do śmierci był kapelanem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Gdańsku-Sobieszewie, oraz prowadził zajęcia w miejscowym Przedszkolu i na poziomie pierwszych klas Szkoły Podstawowej.

Miał 77 lat, 48. lat kapłaństwa. Zmarł w klasztorze gdańskich dominikanów 8 maja br. - w niedzielę Dobrego Pasterza. Odszedł do Pana po długiej chorobie, którą znosił z wiarą i męstwem. Przyjaciel i wychowawca osób niewidomych, serdeczny, życzliwy, otwarty. Zawsze gotowy do posługi - dziękujemy za to dobro, które było naszym udziałem przez Jego pośrednictwo.

Pogrzeb odbył się 12 maja br. w Bazylice św. Mikołaja w Gdańsku, gdzie odprawiono o godz. 12.00 Mszę świętą z udziałem biskupa pomocniczego archidiecezji gdańskiej Wiesława Szlachetki oraz współcelebrujacych z nim przy ołtarzu: prowincjałem o. Łukaszem Wiśniewskim OP oraz przeorem gdańskiej bazyliki

dominikanów o. Michałem Osekiem OP. Wokół ołtarza zgromadziło się wielu innych kapłanów oraz Przyjaciół z różnych stron Polski - w tym z Sobieszewa i Lasek. Homilię wygłosił o. Michał Osek OP - jej tekst publikujemy poniżej. Po Mszy świętej udaliśmy się na Cmentarz Garnizonowy oddalony o kilka kilometrów od Bazyliki. Śp. Ojciec Eugeniusz został pochowany we wspólnym grobowcu zakonnym Ojców Dominikanów. Wśród osób żegnających Go był między innymi ojciec prowincjał Łukasz Wiśniewski oraz prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach Paweł Kacprzyk i s. Jeremia Zych FSK, która przekazała słowa pożegnania w imieniu Matki Generalnej Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Te krótkie wystąpienia publikujemy również poniżej.

Załączamy także fragment opracowania pt. „Historia mojego życia”, autorstwa ojca Eugeniusza, dotyczący okresu Jego edukacji w Laskach, wspomnienie s. Miriam FSK oraz wspomnienie Jana Michalika - kolegi szkolnego Zmarłego.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

O śp. o. Eugeniuszu Pokrywce OP
o. Michał Osek OP
Przeor Gdańskiej Bazyliki oo. Dominikanów
Homilia podczas Mszy św. pogrzebowej

Bracia i Siostry
przychodzi nam dziś pożegnać śp. ojca Eugeniusza i ofiarować za niego naszą modlitwę. Nasza obecność wokół ołtarza reprezentuje wszystkie etapy życia naszego ojca Eugeniusza. Jest z nami jego rodzina - rodzeństwo razem z ich rodzinami: Tadeusz, Helena, Stanisław, Marysia, Tereska, Janek. To wśród Was Eugeniusz wychowywał się w rodzinie Waszych rodziców: Zofii i Wojciecha, z Wami też był w żywym kontakcie do ostatnich dni. Dziękujemy, że wraz z Wami możemy się modlić w tym dniu.

Eugeniusz Pokrywka urodził się 22 marca 1945 r. Były to ciężkie czasy, tak mawiał ojciec Eugeniusz - i opowiadał o blokadzie Majdanu Sieniawskiego przez bojówkarzy, którzy nie pozwalali się wydostać z wioski, nawet do lekarza…

Jeśli dobrze pamiętam opowieści ojca Eugeniusza, to jego tata zaprowadził go do szkoły. Za rękę poprowadził swojego niedowidzącego syna do szkoły. Eugeniusz nie był dobrym uczniem, nie spotkał tam nauczycieli, którzy potrafiliby poświęcić mu czas i odpowiednio pomóc. Dopiero kilka lat później rodzice i dyrektor miejscowej szkoły oraz siostra Michalina, także pochodząca z Majdanu Sieniawskiego, postarali się o miejsce w szkole dla dzieci niedowidzących w Laskach pod Warszawą. Tam też zaprowadził go tata. Wtedy młody Eugeniusz bardzo płakał, jak wspomina w swoje książce, nie chciał opuszczać swojego domu, ale to właśnie w Laskach spotkał ludzi, którzy wiedzieli, z czym się mierzy jako młodzieniec i uczeń, i potrafili mu pomóc. Kilka dni po przyjeździe do Lasek po raz pierwszy zobaczył Matkę Elżbietę, Założycielkę Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, dziś Błogosławioną Kościoła.

W Laskach dostał wszystko, czego wtedy potrzebował: przyjaciół, mądrych wychowawców, możliwość rozwoju i - chyba najważniejsze - przekonanie, że to dobry znak, gdy trzeba z jakimś trudem pokonać życiowe przeszkody. Taka jest życiowa droga Błogosławionej Matki Elżbiety, która dziś obecna jest także z nami w Relikwiarzu stojącym na ołtarzu. Powtarzała, że pokonywanie trudów życia z męstwem i pogodą ducha przynosi wielkie owoce.

Dlatego dziękujemy, Drogie Siostry, także za Waszą obecność, żegnamy Waszego wychowanka i wielkiego czciciela Błogosławionej Matki Elżbiety Róży.

Pewnego dnia Eugeniusz, już jako wychowa w internacie, był na zabawie przy ul. Piwnej w Warszawie. Mówił, że miał tam duże powodzenie, ale kiedy wracał ostatnim autobusem do Lasek, poczuł, że to nie jest to… Nazajutrz oznajmił w pracy, że wstępuje do Zakonu. Tak też się stało. Włożył najlepszą koszulę i zapukał do dominikańskiej furty przy ul. Freta w Warszawie, obawiając się, czy zostanie przyjęty. Po formacji zakonnej i studiach złożył śluby wieczyste. Potem wszystko potoczyło się szybko: święcenia kapłańskie, praca w Warszawie, Prudniku, Jarosławiu. Był katechetą, kaznodzieją, rekolekcjonistą, wygłosił rekolekcje i misje niemal w całej Polsce. Wiele razy wybierany na radnego konwentu. Aż otrzymał propozycję od prowincjała, aby objąć przełożeństwo w klasztorze w Borku Starym. Tam spędził tylko dwa lata, bo wspólnota dominikanów w Lublinie wybrała go na swojego przeora.

Klasztor lubelski był wtedy ruiną zajmowaną w większości przez placówkę wychowawczą, a kaplicy Tyszkiewiczów groziła katastrofa - skarpa się osuwała. Przeorowi Eugeniuszowi udało się odzyskać klasztor, założyć fundację Restaurare Basilicam i rozpocząć gruntowny remont klasztoru i kościoła, który trwa do dziś.

- Homilia podczas Mszy św. pogrzebowej

Było też drugie wyzwanie: kilka miesięcy przed przyjazdem ojca Eugeniusza do Lublina z kościoła wykradziono bezcenne relikwie Krzyża Świętego, przechowywane przez dominikanów od wieków. Był zaangażowany w śledztwo, sprawdzał każdy trop, czasem z policją, a czasem - ryzykując własne życie - na własną rękę. Choć wiele razy miał nadzieję na odnalezienie relikwii, do dziś się to nie udało.

W Lublinie był przeorem w sumie 9 lat, z małą kilkutygodniową przerwą.

Po lubelskim przełożeństwie spłacił dług wdzięczności wobec Sióstr i całego środowiska Lasek. Zamieszał w Laskach jako wychowawca i członek zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Uczył i wychowywał, dawał przykład, jak w praktyce naśladować Matkę Niewidomych, jak pokonać lęk, który według Matki Czackiej nie pozwala człowiekowi zrealizować swojego powołania.

W końcu 2011 roku przyjechał do nas, do Gdańska. Choć żył kilkanaście kilometrów od swojego klasztoru, zawsze był jej żywym członkiem, bliskie mu były sprawy klasztoru i relacji z braćmi. Ale żył także w społeczności parafii na Sobieszewskiej Wyspie, wśród braterskiej wspólnoty księży saletynów, którzy także celebrują Eucharystię.

Zaangażowany był niestrudzenie w rozwój ośrodka dla niewidomych, zależało mu na każdym, kto się tam pojawiał. Zawsze otwarty, życzliwy, rozumiejący każdego. Zawstydzał tych, którzy mieli się źle, i tych, którzy mieli się lepiej od niego.

Kilka tygodni temu rozmawialiśmy w klasztorze o pomyśle zorganizowania w tygodniu Dobrego Pasterza modlitwy o powołania i spotkań o rozeznawaniu - życie potoczyło się inaczej. Ale tak naprawdę, nie ma lepszego tygodnia powołaniowego niż ten, kiedy żegnamy naszego współbrata, ojca Eugeniusza, który jako sługa Kościoła i pasterz doszedł do końca swojej misji tu, pośród nas. Odszedł w Niedzielę Dobrego Pasterza, aby teraz w Królestwie Bożym uwielbiać najlepszego Pasterza.

Jest za co dziękować - spotkaliśmy człowieka silnego w wierze, powołaniu i przyjaźniach. Silnego nie ludzkimi siłami, ale siłą łaski Bożej. Niech dziś nasz Pan wypełni nasze serca wdzięcznością i pokojem. Amen.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

o. Łukasz Wiśniewski OP Prowincjał oo. Dominikanów
Słowa pożegnania

Z wdzięcznością za życie o. Eugeniusza spotykają się dziś trzy rodziny, które były bardzo drogie o. Eugeniuszowi:

Pierwsza to rodzina związana z nim więzami krwi. Krewni byli mu bardzo bliscy i do ostatnich dni utrzymywał z nimi żywy kontakt. Książka-wspomnienie, którą napisał w ostatnich miesiącach, są rodzajem hołdu, który złożył właśnie wobec nich.

Druga rodzina to wspólnota zgromadzona wokół Lasek oraz osób niewidomych i niedowidzących, z kochanymi Siostrami franciszkankami. Ta rodzina i to środowisko ukształtowały go jako człowieka, w tym środowisku uczył się i dojrzewał, mieszkając w Łaskach od swoich nastoletnich lat. Późniejsze jego zaangażowanie i praca w Laskach oraz na Wyspie Sobieszewskiej były spłacaniem przez niego długu, który zaciągnął.

Wreszcie trzecia wspólnota - dominikańska. Ona wyznaczyła mu duchową przestrzeń życia. W niej odkrył wezwanie do kaznodziejstwa, które w nim było żywe i gorliwe do ostatnich dni, o czym mogą zaświadczyć przedszkolaki z Sobieszewa.

Ufam, że żyjąc, wzrastając i służąc tym trzem rodzinom, stanął dziś przed Panem i razem z Matką Różą Czacką, o której wstawiennictwo zawsze gorliwie prosił, patrzą dziś na Boże oblicze.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Paweł Kacprzyk
Prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie
Pożegnanie śp. Ojca Eugeniusza

Żegnamy dziś osobę nietuzinkową. Człowieka, który zostanie w naszej pamięci. Żegnam go w imieniu środowiska Lasek,

które stały się dla niego przystanią, miejscem wzrostu oraz zobowiązaniem. Dwie rzeczywistości, którym poświęcił całe życie, to niewidomi i zakon dominikański. W tych dwóch odnalazł sens, cel, powołanie i Boga.

W Laskach uczył się i dorastał, tu usłyszał głos powołania, które doprowadziło Go do profesji zakonnej.

Swoje życie - jako kapłan, wychowawca, członek zarządu Towarzystwa - poświęcił innym ludziom. Był osobą wyrazistą, nigdy nie był obojętny wobec ludzi, o czym świadczą zasłyszane o nim opinie, czasem pozytywne, ale również krytyczne. Nigdy jednak nie słyszałem, żeby ktoś podważał jego oddanie sprawie niewidomych.

Potrafił wyrażać swoje zdanie i dostosować je do słuchacza. Umiał być zdecydowany, czasem podsuwał myśl, czasem radził.

Poznałem go kiedy ponownie trafił do Lasek. I przyznam, że początkowo traktowałem go z dystansem. Wychowanek, Dominikanin, członek Zarządu.

Z czasem się poznaliśmy. Pamiętam jego opowieści o Laskach lat sześćdziesiątych, czy o dniu śmierci Matki. Wspomnienia z życia w internacie. Dobrze rozumiał wychowanków, sam był jednym z nich, pomimo lat nie zapomniał, jak to było pójść na wagary, czy wymknąć się z internatu na wieś. Dzięki temu potrafił znaleźć porozumienie z uczniami, usłyszeć między wierszami to, czego inni wychowawcy czasami nie zauważali.

Przez kilka lat pracowaliśmy w sąsiednich grupach na jednym piętrze w internacie. Pozwoliło mi to poznać go lepiej, wielokrotnie rozmawialiśmy o wychowankach, o Laskach. W pewnym sensie swoje miejsce w Laskach także zawdzięczam jemu. To Ojciec Eugeniusz w 2010 roku wprowadził mnie do Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. A później, kiedy wszedłem do Zarządu, potrafił przekazać wiele cennych rad, z których, nie ukrywam, nie zawsze korzystałem.

Jego historia w Dziele Lasek i w zakonie powodowała, że pomimo lat znajomości, zawsze pozostała pewna nieśmiałość. Nawet kiedy kilka lat temu zaproponował mi przejście „na ty”, rzadko kiedy potrafiłem z tego korzystać. Pozostał Ojcem Eugeniuszem.

Jeszcze jedno wspomnienie: Kiedyś w homilii przed Zebraniem Ogólnym, Ojciec powiedział, że mówi się, iż Laski są na zakręcie, ale my powinniśmy robić wszystko, żeby ten zakręt nie zamienił się w rondo.

Przenosząc te słowa na dziś, Ojcze Eugeniuszu, Ty już wyszedłeś z życiowego ronda i jesteś na najważniejszej prostej. Jestem przekonany o końcowym sukcesie i liczę, że kiedyś na mecie uda nam się jeszcze podyskutować o Laskach.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

s. Jeremia Zych FSK Skarbnik TOnOS
Pożegnanie śp. Ojca Eugeniusza
w imieniu Matki Generalnej FSK

W imieniu Przełożonej Generalnej Zgromadzenia Sióstr FSK

- Matki Judyty - dziękuję Bożej Opatrzności za dar życia i powołania Ojca Eugeniusza. Za posługę wychowawczą i duszpasterską wśród osób niewidomych i środowiska Lasek. Ojciec miał szczególną umiejętność łatwego nawiązywania kontaktu w ludźmi. Nawiązane relacje pozwalały w prosty sposób wskazywać na prawdziwe wartości, które otwierały na Pana Boga Drogi Ojcze Eugeniuszu.

Dziękujemy.

Pamiętamy w modlitwie i prosimy o wstawiennictwo za nas wszystkich w Domu Ojca.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

s. Miriam Isakowicz FSK*
O śp. Eugeniuszu Pokrywce OP

Oto będę głosić imię Pana (...). Jak orzeł, który krąży nad gniazdem, by z niego wywabić swe pisklęta, I bierze je na skrzydła rozpostarte, niosąc je na samym sobie, Tak Pan go prowadził (...).

(Pwt 32,3; 11-12, Liturgia Godzin)

O

jca Eugeniusza nie znałam od kołyski, ale poznałam go dopiero, gdy zaczęłam uczyć go matematyki w Szkole Za-

wodowej w Laskach. Mówił, że „był zawsze grzecznym uczniem”. Zapomniał może, jak uczył nauczycieli „świętej cierpliwości” i wyrozumiałości dla swoich pomysłów. O nich wspomina niewinnie tylko jednym zdaniem. Sądzę jednak, że te „wesołe lekcje matematyki” prowadziły nas coraz bliżej do Pana Jezusa.

Pan prowadził Ojca Eugeniusza po drogach tej ziemi. Dziękujmy Panu za łaski, którymi Autor** został obdarowany na niełatwych ścieżkach od kołyski do Ołtarza Pańskiego. Śpiewajmy Panu pieśń nową, Jego chwała aż po krańce ziemi (Iz 42, 10,

Liturgia Godzin)

Ojcze Eugeniuszu, dziękuję Ci za wszystko!

* Siostra Miriam Isakowicz FSK, ur. w 1932 roku, z pochodzenia Ormianka, franciszkanka z Lasek, wieloletnia nauczycielka i wychowawczyni niewidomych dzieci, gorliwa misjonarka (spędziła 27 lat na Ukrainie), ukończyła matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, należała do duszpasterstwa prowadzonego przez młodego ks. Karola Wojtyłę - świętego Jana Pawła II. Powrót do treści

** Nawiązanie do o. Eugeniusz Pokrywka OP - „Historia mojego życia”, Gdańsk 2022. Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Jan Michalik
Wspomnienie o Ojcu Eugeniuszu

Moja znajomość z czasów szkolnych i późniejszego okresu to mniej więcej 6-7 lat bardzo bliskich kontaktów. Wszystko zaczęło się w 1958 roku, gdy Eugeniusz przyjechał do Lasek, by kontynuować naukę w naszym Ośrodku. Byliśmy wówczas razem w VI klasie Szkoły Podstawowej. Potem Szkoła Zawodowa, następnie wyjazd do Jastrowia, gdzie pracowaliśmy krótko w Spółdzielni Inwalidów, gdzie zatrudnieni byli ludzie z rożnymi niepełnosprawnościami. To było na przełomie 1963- 1964 roku.

Latem wróciliśmy do Lasek, gdzie podjęliśmy pracę w charakterze pomocy wychowawcy młodzieży niewidomej. Jednocześnie uczyliśmy się w szkole dla pracujących. Była to szkoła im. Tadeusza Czackiego w Warszawie. Po maturze Eugeniusz wstąpił do zakonu Ojców Dominikanów. Razem z Zygmuntem Mazurkiewiczem - wychowankiem Lasek - pojechaliśmy nawet do Poznania na obłóczyny Eugeniusza. Do Krakowa, gdzie odbyły się jego święcenia kapłańskie, już nie pojechałem. Od tego czasu mieliśmy mniejszy kontakt ze sobą, aż do momentu, gdy - już jako ojciec wspomnianego zakonu kaznodziejskiego - Eugeniusz ponownie podjął pracę w Laskach w charakterze wychowawcy odpowiedzialnego; jednocześnie był katechetą i rekolekcjonistą oraz włączał się w szerzej rozumianą pracę duszpasterską na rzecz całego środowiska Lasek.

Jeszcze z czasów szkolnych przypomina mi się mały epizod związany z napisaniem wypracowania na temat zajęć naszych rodziców. Był to początek jego edukacji w Laskach i wówczas posługiwał się jeszcze gwarą, jaką używano w jego rodzinnych stronach. Opisał pracę swojego ojca na temat pozyskiwania ży-

Jan Michalik - Wspomnienie o Ojcu Eugeniuszu

wicy z sosny. Była to bardzo interesująca relacja, choć pisana gwarą, z której dość szybko wychodził. Zresztą był skłonny do różnego rodzaju korekt i szybko uczył się różnych rzeczy. Był również bardzo koleżeński i pomocny dla osób całkowicie niewidomych; sam był słabowidzący.

Gdy byliśmy w Szkole Zawodowej, uczyliśmy się zawodu tapicera. Pewnego razu nie dowieziono nam odpowiednich materiałów, w związku z czym ułożyliśmy „Balladę tapicerską”, w czym duży udział miał właśnie Eugeniusz. Śpiewało się ją na znaną powszechnie melodię ballad z gatunku „dziadowskich”. Na zakończenie mojego wspomnienia załączam tę balladę poniżej.

Ballada tapicerska

1 . Słuchajcie ludzie tej opowieści, jest to opowieść prawdziwa, że w tapicerni jest bezrobocie i wszystkich nas krew zaliwa.

2 . A wszystko się do tego sprowadza, że dawno sznurka nie mamy, ale pan Plater i pan Kowalczyk mówią, że radę se damy.

3 . Wciąż obiecują, że wszystko w drodze, że wkrótce ruszy robota, a człowiek czeka i guzik widzi, aż go odchodzi ochota.

4 . Wersalki szczerzą pod ścianą zęby i proszą o sznurowania, jeden z kolegów dał stary fartuch na pasy do taśmowania.

5 . Gienek Pokrywka z myślą się bije, że w tapicerni to nędza, myśli porzucić ten piękny zawód, by kształcić się dalej na księdza.

6 . Mimo tych zmartwień jesteśmy zgodni, że wkrótce wszystko się zmieni, przecież pan Ruszczyc czuwa nad nami, i niedostatek wypleni

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

o. Eugeniusz Pokrywka OP
Fragment z „Historii mojego życia” Laski

Wszystko rozpoczęło się od tego, że zadecydowano - oczywiście beze mnie, gdyż byłem jeszcze dzieckiem - iż powinienem znaleźć się w szkole stosownej dla mnie, to znaczy dla dzieci niedowidzących. Rodzice więc, namówieni przez Piotra Bojarskiego, kierownika naszej Szkoły Podstawowej nr 1 w Majdanie Sieniawskim, zgodzili się na to, by on starał się o umieszczenie mnie w szkole dla niedowidzących w Łodzi. W tym czasie siostra Michalina Halesiak, franciszkanka służebnica Krzyża, która pochodziła z mojej wioski, w Laskach przedstawiła moją sytuację i w sierpniu 1957 roku listonosz przyniósł list z Lasek. Byłem wtedy sam w domu, więc list otworzyłem i zobaczyłem tam kwestionariusz. W te pędy pognałem na pole, gdzie byli moi rodzice. Orzekli, że należy iść do kierownika Bojarskiego. Mama poszła do niego, ale go nie zastała. Jedyną

Za: o. Eugeniusz Pokrywka OP „ Historia mojego życia”, Gdańsk 2022.

osobą kompetentną był proboszcz naszej parafii ksiądz Antoni Pankiewicz, więc mama poszła do niego. On kwestionariusz przeczytał, pomyślał i zadecydował, że to on wypełni wszystko i pośle do zakonnic. Tak się stało. Kwestionariusz wypełniony i opieczętowany pieczęcią parafialną powędrował do Lasek. Nie mogłem się doczekać na odpowiedź. Zawsze byłem ciekawy świata i chciałem się wyrwać z mojej wioski, bo mi w mojej szkole było źle.

Wypadki potoczyły się bardzo szybko. Dosłownie po kilku dniach zakład w Laskach przysłał odpowiedź, prosząc o uzupełnienie dokumentów i w listopadzie byłem już przyjęty do Zakładu dla Niewidomych w Laskach Warszawskich. Miałem więc opuścić Majdan Sieniawski i jechać do nieznanego mi środowiska. Miałem wtedy trzynaście lat. W mojej głowie kłębiły się myśli i wyobrażenia tego, co mnie czeka.

Rozpoczęło się przygotowanie do mojego wyjazdu. Najpierw w domu wielka narada, która miała dać odpowiedź, co mi kupić do ubrania i za co, bo przecież praktycznie nie miałem nic, trochę byle jakich koszul, jedne czy dwoje spodni, swetra chyba nie miałem. Postanowiono, że sprzeda się len i kupi się mi potrzebne rzeczy. Chodziłem jeszcze do szkoły, ale już tylko jako wolny słuchacz.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu, a był to 25 listopada 1958 roku. Ranek był pochmurny i dość mroźny. Rano tata przygotował wóz i zaprzągł naszego siwka. Na wóz włożyliśmy walizkę, która była po nieboszczyku Jaśku, i wyjechaliśmy. Jechała z nami mama, bo my z tatą mieliśmy wsiąść do samochodu pocztowego i pojechać do Jarosławia, a mama miała wrócić do domu. Po drodze wstąpiliśmy do szkoły po arkusze ocen i na pożegnanie się z panem Bojarskim, od którego dostałem dwadzieścia złotych.

Jechaliśmy przez Księży Las, a potem „betonówką”, były to dwa pasy betonu, ale już bardzo zniszczone, bo przecież w czasie wojny Niemcy tę drogę zrobili i nikt jej nie poprawiał. Dobrze, że był mróz, więc i błoto nie było tak uciążliwe. Siedziałem na wozie i cieszyłem się, ale i smutno mi było. Pamiętam, że cieszyłem się, iż nie będę już bawił dzieci (Stacha i Marysi) i będę się jakoś inaczej uczył, ale nie miałem pojęcia, jak to będzie. Żal było szkoły i kolegów, ale wiedziałem już, że nie będę siedział w pierwszej ławce i nikt nie będzie się naśmiewał ze mnie.

Przyjechał samochód i po pożegnaniu z mamą pojechaliśmy. Trochę mi jej było szkoda, bo płakała, ale taki to już był i jej, i mój los. W samochodzie było zimno, bo był to samochód ciężarowy przykryty plandeką. Jechałem do Jarosławia, by tam jeszcze kupić brakujące rzeczy i pociągiem pojechać do Warszawy. Tak też się stało i rano około godziny 4.00 znaleźliśmy się na dworcu Warszawa Wschodnia. Tam, zgodnie z informacjami znaleźliśmy przystanek tramwajowy numer 6 i pojechaliśmy na dworzec autobusowy Marymont, a stamtąd już bez przeszkód dojechaliśmy do Zakładu dla Niewidomych. Wysiedliśmy z autobusu. Było jeszcze ciemno, ale z autobusu wysiadła też jakaś kobieta, która szła do zakładu, więc poszliśmy razem. Szliśmy przez las, dróżką twardą i przeznaczoną tylko dla pieszych. Jak wspomniałem, było ciemno. Dzień dopiero wstawał, a był ponury i mglisty, jak wiele dni listopadowych. Tak oto doszliśmy do małego kościółka (Kaplicy Centralnej). Kobieta podprowadziła na do jednego z domów, który nazwała „hotelikiem” i tu zostaliśmy sami. Już nie pamiętam, jak to się stało, że dano nam pokoik i zasnąłem. Nie wiem, jak długo spałem, bo ktoś przyniósł nam śniadanie, a później zostaliśmy zaprowadzeni do biura i tam zaczęły się formalności związane z przyjęciem mnie do zakładu. Mówiono coś, że nie dam sobie rady w klasie szóstej nowego typu, że powinienem iść do szóstej starego typu, a i mówiono, że może należy mnie zostawić w klasie piątej. Było to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Stary czy nowy typ, to dla mnie nie miało znaczenia, ale wiedziałem, że w piątej klasie nie chcę być, bo przecież ja byłem już w szóstej klasie. W ostateczności ustalono, że będę w szóstej klasie i że będę mieszkał w Domu Chłopców u Świętej Teresy. Dopiero trochę później uświadomiłem sobie, jak było to wszystko ważne, bo uznano mnie za psychicznie sprawnego, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Po tych wszystkich uzgodnieniach siostra Jadwiga (później wystąpiła ze zgromadzenia) zaprowadziła nas do Świętej Teresy. Wyszliśmy z zakładu na drogę, na której końcu widać było duży biały dom, i to właśnie miał być mój nowy dom. Kiedy już byliśmy blisko, zauważyłem taras i ładne wejście do tego domu, okna były duże, policzyłem, że dom ma dwa piętra. Szedłem i patrzyłem, a w głowie kołatała się myśl, że to będzie mój dom. Doszliśmy wreszcie do tego domu i od strony wschodniej weszliśmy do internatu chłopców.

Zbliżała się pora obiadu, więc weszliśmy do jadalni i poczęstowano nas obiadem. Do tej pory pamiętam ten mój pierwszy obiad. Aluminiowy talerz, zwykła łyżka, widelec, metalowa „porcyjka” na kompot i waza grochowej zupy, takiej smacznej, pełnej kawałków mięsa. W moim krótkim życiu dużo zupy grochowej jadłem i miałem do niej wstręt, ale ta była wspaniała. Po zupie jedna z sióstr przyniosła ziemniaki zapiekane z mięsem, nigdy takich nie jadłem, a do tego buraczki na zimno, ale nie takie jak w domu. Bardzo mi to smakowało. Nie pamiętam, kto był wtedy z nami w jadalni. Zapamiętałem tylko dziwnego człowieka, który uśmiechał się ciągle i zaraz zaczął się o mnie dopytywać. Był to pan Jurek Hełczyński.

Po obiedzie mieliśmy czekać na pana Ruszczyca, więc staliśmy na korytarzu na parterze i tu się zaczęło. Była to pora obiadu. Chłopcy wracali ze szkoły, wychodzili ze świetlic i moje nerwy nie wytrzymały, gdyż widok był przerażający. Oto na korytarz wyszedł chłopiec z pooraną twarzą i nie miał ręki. Pierwszy raz kogoś takiego widziałem. Potem szedł niewidomy chłopiec, który dziwnie podskakiwał. Wreszcie nastąpiło coś strasznego: z jadalni jakiś pan wyprowadził chłopca utykającego na nogę i oblanego zupą. Chłopiec się awanturował, a wychowawca ciągnął go za kołnierz i coś wykrzykiwał. Miałem tu zamieszkać, więc jakiś strach i żal mnie dopadł, a z oczu zaczęły płynąć łzy. Płakałem więc przerażony tym wszystkim.

Wreszcie ktoś powiedział, że już z Warszawy wrócił pan Ruszczyć i czeka na nas w gabinecie. Płakałem, a kiedy weszliśmy do gabinetu i kiedy zobaczyłem tego „strasznego” dyrektora, to nic już mojego płaczu nie potrafiło powstrzymać. Coś tam pan Ruszczyć mówił, pocieszał mnie, ale to nic nie pomogło. Ryczałem. Mam wrażenie, iż pan Ruszczyć mógł stwierdzić, że jestem upośledzony umysłowo. Tata chodził ze mną wszędzie i pewno jemu też lekko nie było, ale jakoś się trzymał. Byliśmy w szwalni, gdzie zostawiłem swoją bieliznę i ubranie. Ale ciągle łzy mi kapały. Wreszcie nadszedł czas odjazdu taty. Wyszedłem przed dom i tu rozpoczął się lament, ale tata pewno sam bał się płakać, więc szybko się pożegnał i poszedł do autobusu, a ja oparłem głowę o wschodnią ścianę mojego domu i ryczałem. Nie pamiętam jak długo, bo ktoś mnie zabrał i zaprowadził do II grupy chłopców i powiedział, że będę w tej grupie.

Wielkie było zainteresowanie moich nowych kolegów i ciekawość, jak to się ten nowy nazywa, ale z tym był problem, bo jak im powiedzieć, że ten nowy to Pokrywka. Wychowawcą był pan Władysław Draus, który zebrał chłopców i powiedział, że nazwiska nikt sobie nie wybiera i że nie wolno się naśmiewać z nazwiska, a potem powiedział im, że ten nowy to właśnie Eugeniusz Pokrywka.

Następnie poszliśmy całą grupą na spacer, w czasie którego szybko zawierałem znajomości z kolegami. Następnie było odrabianie lekcji, oczywiście ja nie odrabiałem, bo znalazłem się w grupie młodszych chłopców; nie było miejsca w grupie chłopców z klasy szóstej i siódmej. Wtedy to nie był problem - mnie tam było dobrze.

Wieczorem była kolacja, czas wolny, apel, modlitwa i poszliśmy do sypialni na „Podchorążówkę”. Tam dostawiono dla mnie łóżko i po myciu każdy ułożył się do snu, a pan Władysław czytał nam książkę. To był wyjątek ze względu na mnie, bo przecież byłem po podróży. Oczywiście nie zasnąłem, bo było zbyt dużo wrażeń, więc kiedy skończyło się czytanie, to już nawiązałem kontakt z Mundkiem Chodurem i pod kołdrami zaczęliśmy rozmowy.

Następny dzień rozpoczął się zwyczajnie. Wszystko było dla mnie nowe. Nowi ludzie, nowe rzeczy, nowe sprawy. Poszedłem do szkoły. Tam zaczęły się trudności, bo byłem w szóstej klasie, ale miałem braki, przyszły zniechęcenia. Mimo to byłem szczęśliwy, bo okazało się, że ten straszny pan Ruszczyć nie jest taki straszny. Przez pierwsze dni patrzyłem na niego ze strachem, bo rzeczywiście budził respekt, ale później zacząłem lgnąć do niego, bo szybko wyczułem w nim tę wielką miłość ku sprawom niewidomych. Już te pierwsze dni sprawiły, że stał się dla mnie autorytetem i wiedziałem, że zawsze mogę na niego liczyć. Tak już pozostało przez wszystkie dni mojego pobytu w Laskach, a prawdę powiedziawszy, na całe moje życie.

Po różnych tarapatach ustalono, że będę jednak w klasie szóstej. W mojej klasie byli następujący chłopcy: Mirek Jankowski, bez ręki, Edek Tarkowski, Czesio Sawa, też bez ręki, Jerzy Kosiorek, Leszek Nowicki, Andrzej Jurek, Józef Sochacki. Naszymi nauczycielami byli: Wacław Józefowicz, nazywany przez nas Stiopa, który uczył nas polskiego i rosyjskiego, Zdzisław Zajączyński, który uczył historii i matematyki, Stefania Skiba - uczyła śpiewu, Władysław i Władysława Gryglasowie; Władysław uczył geografii, a Władysława biologii, siostra Maria Pia - fizyki.

Rozpoczęło się moje nowe życie w Laskach. Musiałem się prawie wszystkiego uczyć, bo przyjechałem ze wsi biednej i zacofanej. Nie było tam światła, nie było warunków do utrzymania higieny. Niecodziennym wydarzeniem było więc włączanie i wyłączanie światła. Wspaniała była kąpiel pod prysznicem, tego przecież nigdy nie miałem. W domu co tydzień mama grzała garnek wody i wlewała do balii, i wszyscy myliśmy się, a tu czysta woda jak deszcz letni spływała. Miałem swoje mydło, ręczniki i pastę do zębów. W sypialni swoje łóżko. To nic, że było nas dużo. W domu miałem mniej miejsca, a spaliśmy i po trzech. Przykrywałem się kołdrą w białej powłoce. W jadalni zawsze było co jeść, a i słodycze bywały, w domu miałem czasem landrynki. Najważniejsze jednak było to, że nie musiałem zostawać z rodzeństwem i miałem wolny czas. Nauka szła mi bardzo ciężko, bo miałem braki, ale i tu robiłem postępy. Mogłem czytać do woli. Zapisałem się szybko do biblioteki i doszło do tego, że brakowało dla mnie odpowiednich książek. Wszystkie powieści historyczne przeczytałem. Pani Frimanowa miała nieraz problem ze znalezieniem dla mnie książki.

Po jakimś czasie zaprowadzono mnie do siostry Bonifacji, która zaczęła mnie uczyć brajla. Należy stwierdzić, że się szybko nauczyłem pisać i czytać palcami, ale w szkole pan Józefowicz zaczął ode mnie wymagać znajomości rosyjskich liter i funkcjonowania na równi ze wszystkimi, a to było niemożliwe. Kiedy zakończył się rok, to okazało się, że dalej z moją klasą nie pójdę. Zostanę na drugi rok. Pamiętam, że było mi nieco ciężko, ale dziś widzę, że mi to na dobre wyszło.

Jakoś przebrnąłem przez szkołę podstawową i poszedłem do szkoły zawodowej, bo w Laskach tylko taka była. Nawet gdyby było liceum, to byłem zbyt słaby, by tam się uczyć. W zawodówce zacząłem się uczyć tapicerstwa. Niestety, język polski szedł mi słabo, ale tylko ortografia, i za nią dostawałem złe stopnie. Natomiast pisałem piękne opowiadania i wypracowania. Ortografii nauczyło mnie wydarzenie, o którym chcę napisać. A mianowicie w zakładzie miewaliśmy zabawy taneczne, na które zapraszaliśmy dziewczęta z Liceum im. Żmichowskiej z Warszawy. Na jednej z tych zabaw poznałem dziewczynę, która mi się bardzo podobała, i zakochałem się w niej. Na spotkania nie mogliśmy chodzić, więc pisaliśmy listy i tu powstał problem, bo moje listy miały tak dużo błędów ortograficznych, że moja Wisia nie mogła tego znieść i często robiła mi wyrzuty, a mnie było bardzo wstyd, więc uczyłem się ortografii. Skuteczniejsza była miłość niż złe stopnie. Ta miłość trwała niecałe dwa lata, a umiejętność pisania pozostała mi na całe życie.

Należy wspomnieć, że w 1959 roku, pod koniec czerwca grupa dzieci z naszego internatu, a więc i ja, pojechała na kolonię do Sobieszewa. Przeżycie wielkie, bo przecież nigdy nie byłem na koloniach, a tu jedziemy nad morze. Jechaliśmy pociągiem do Gdańska, a z Gdańska autobusem miejskim, specjalnie dla nas wynajętym, do Sobieszewa. Pamiętam, że przyjechaliśmy nad Wisłę i czekaliśmy na prom, bo mostu nie było. Mnie się wydawało, że to już morze. Przywieziono nas do ośrodka i ulokowano w baraku. Spaliśmy w drewnianych łóżkach, na siennikach ze słomy. Łóżka te były stare i często w nocy się zawalały, a to budziło wszystkich. Gryzły nas komary, myć się chodziliśmy rano pod studnię artezyjską, a wieczorem do Wisły, która wtedy była jeszcze czysta.

Może nie warto byłoby wspominać tych kolonii, ale pewne wydarzenie miało chyba wpływ na dalsze moje życie. Otóż pewnego późnego popołudnia z Andrzejem Jurkiem (był moim kolegą klasowym, już zmarł), poszliśmy nad Wisłę łowić ryby. Byliśmy tam chwilę, a potem wracaliśmy do ośrodka i w bramie spotkaliśmy dziwnego człowieka. Był ubrany w białą szatę i czarną pelerynę. Pierwszy raz kogoś takiego widziałem i ten człowiek zaczął nas wypytywać o różne sprawy, ale ja stwierdziłem, że wychowawcy zabraniają nam rozmawiać z obcymi i poszliśmy. Była to sobota, a następnego dnia w kaplicy pojawił się podobny człowiek i odprawił nam mszę świętą. Wtedy dowiedziałem się, że ci dziwni ludzie to dominikanie (Będąc już w Zakonie stwierdziłem, że tym człowiekiem przy bramie był o. Konstanty Dubiński, a mszę św. odprawiał o. Romuald Kostecki. To był jakiś początek moich myśli o zakonie, ale jeszcze bardzo niesprecyzowanych. Później spotkałem w Laskach niewidomego Francuza ojca Perrin, któremu służyłem do mszy świętej, i już wtedy zaczął mi się podobać habit dominikański.

W zawodówce czułem się dobrze, gdyż nauka zaczynała mi iść nieźle. Najważniejsze było to, iż zauważyłem, że nauczyciele i wychowawcy w zakładzie dostrzegli moje możliwości i pomagali mi je rozwijać. Muszę tu wspomnieć siostrę Monikę Bogdanowicz, która przez trzy lata mojej zawodówki była wychowawczynią naszej klasy i uczyła nas przez cały czas rosyjskiego, a w pierwszej klasie higieny. Ona też prowadziła kółko zainteresowań geografią, na które uczęszczałem, bo przecież chciałem się dalej uczyć. Nie mogłem wyjść z podziwu, gdy opowiadała o swoich podróżach po krajach, o których nas uczyła. W szkole dbała o naszą wiedzę, a w drugiej klasie zauważyłem, że szczególnie mnie dopingowała do nauki i do dobrego zachowania. Wydawało mi się, że jest osobą oschłą, ale to były tylko pozory, była ona pełna miłości i troski o niewidomych. Doświadczaliśmy tego wiele razy, gdy wisiały nad nami chmury gniewu innych nauczycieli. Prawdą jest, iż była wymagającą i nie tolerowała kłamstwa i lenistwa. Jeżeli jednak widziała pracę ucznia, to robiła wiele, by uczeń czuł się doceniony.

Przypomina mi się historia z mojego egzaminu końcowego z technologii. Nasz majster, Bogusławski, wymagał od nas polskich określeń i nazw, a my posługiwaliśmy się nazwami niemieckimi i takimi, jakie były w obiegu. Miałem napisać, że materiał się przyszpila gwoździkami, a ja napisałem, że się heftuje. Oczywiście na ustnym egzaminie majster to mi zakwestionował i wtedy siostra Monika wkroczyła do akcji, mówiąc: „Panie majstrze, mówiłam panu, że pan jest z tych okolic, gdzie się przyszpila, a on z tych, gdzie się heftuje”. Majster skapitulował. Pamiętam jej małą postać. Utykała na jedną nogę i zawsze chodziła z laską. Kiedy nas uczyła, to miała już kłopoty ze słuchem i należało do niej głośniej mówić.

Wiele też serdeczności i wdzięczności mam do siostry Miriam Isakowicz, która uczyła nas matematyki. Wtedy jeszcze była młoda, ogromnie miła. Nawet niektórzy chłopcy podkochiwali się w niej. Był jeden taki, który obmyślał, jak ją wyciągnąć z zakonu. Natomiast ja zawdzięczam jej wiadomości z matematyki i to, że miała cierpliwość do mnie i do moich zwariowanych zachowań na lekcjach.

Na pewno nie można pominąć pani Zofii Bielskiej, nauczycielki polskiego. Miała wielką wiedzę i umiejętność przekazywanie tej wiedzy uczniom. Baliśmy się jej, ale i ceniliśmy bardzo. Większość naszych nauczycieli miała styl życia nauczyciela przedwojennego, więc i wymagania względem nas były duże. To właśnie siostra Monika i pani Bielska dbały bardzo o nasze morale. Pamiętam takie wydarzenie: Pewnego dnia, a byłem chyba w drugiej klasie zawodowej, przyszedłem wcześniej do szkoły, bo często dopiero przed lekcjami odrabiałem zadania z matematyki. Klasa była pusta, na korytarzu we wnęce siedziała pani Bielska. Po chwili do klasy weszła Lucyna, jedna z koleżanek, więc się poderwałem i rozłożywszy szeroko ramiona krzyknąłem: „Lucyno, pójdź w moje objęcia!” Lucyna nie potrzebowała większej zachęty i w objęcia mi padła, a w drzwiach klasy stanęła pani Bielska i powiedziała: „Lucynko, nie tak szybko, a ty, Eugeniuszu, idź do pana dyrektora”.

Naszym majstrem był pan Jerzy Bogusławski, człowiek, który chyba wielkiego wykształcenia nie miał, ale umiał uczyć nas zawodu i wielu dobrych zachowań.

Na początku lat sześćdziesiątych pojawiła się w Laskach Hanka Wąsalanka, która wstąpiła do Zgromadzenia i dano jej imię Blanka. Całe życie artystyczne Lasek było z nią związane, bo ona je organizowała.

W 1964 roku ukończyłem szkołę w Laskach. Uzyskałem dyplom czeladnika w zawodzie tapicerskim. Ukończenie szkoły było też powodem mojego wyjazdu z Lasek. Pan Ruszczyć umieścił nas w spółdzielni inwalidzkiej w Jastrowiu. Rozpoczęło się moje życie człowieka dorosłego. Życie trudne, ale ciekawe. W Jastrowiu byłem tylko niecały rok. W tym czasie ukończyłem jedną klasę liceum. Stworzyłem zespół muzyczny i kabaretowy. Niestety, musiałem opuścić Jastrowie z powodu ciężkich warunków materialnych.

We wrześniu rozpocząłem pracę w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach Warszawskich. Pomysł ten zrodził się przypadkiem. Z kolegą zabawialiśmy się w naśladowanie naszych wychowawców i w pewnej chwili stwierdziłem, że my też moglibyśmy tam pracować. Po wielu rozmowach z panem Ruszczycem nasza propozycja została przyjęta. Zostałem więc zatrudniony jako pomoc wychowawcza. Uczęszczałem do szkoły w Warszawie, gdzie zdałem egzamin maturalny.

Po roku od opuszczenia internatu w Laskach nasza klasa postanowiła zorganizować pogodny wieczór w klasztorze sióstr franciszkanek służebnic Krzyża w Warszawie przy ul. Piwnej. Panie miały przygotować jedzenie, a my przynieść wino. Wszystko udało się wspaniale. Z wielką kulturą bawiliśmy się, a o godzinie 22.30 opuściliśmy klasztor ogromnie zadowoleni. Nigdy jeszcze tak dużo nie tańczyłem i nie miałem tak wielkiego powodzenia u dziewcząt. Refleksja przyszła w autobusie PKS-u, w drodze powrotnej do Lasek. Mając dwadzieścia lat, stwierdziłem, że ten świat rozrywki i zabawy jest piękny, ale to nie dla mnie - moją drogą jest życie zakonne. Po niedzielnej mszy świętej kolega przy kawie poruszył sprawę wczorajszego wieczoru, prosząc o komentarz. Odpowiedziałem, że to nie dla mnie i że jutro, w poniedziałek, jadę do dominikanów prosić o przyjęcie mnie do Zakonu. Zareagował na to wyzwiskami, nazywając mnie idiotą i debilem. Zobaczymy, pomyślałem. Po kilku miesiącach mojego pobytu w nowicjacie rozeszła się wieść, iż mój kolega się żeni. On miał wtedy dwadzieścia trzy lata, a ona czterdzieści dziewięć. Odwiedzili mnie. Szczęśliwi. A kiedy zostaliśmy sami, zadałem mu pytanie o to, kto z nas jest wariatem i idiotą, ale on stwierdził, że ta jego wybranka jest inteligentną kobietą i zna sześć języków. Niedługo byli razem.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

s. Alverna Dzwonnik FSK
Śp. s. Regina Świder FSK

Dnia 16 kwietnia 2022 roku, w Wielką Sobotę, odeszła do Pana

w 66. roku życia, 48. roku powołania, 45. roku profesji zakonnej

Siostra Regina Świder pochodziła z ziemi łomżyńskiej. Urodziła się 10 czerwca 1956 roku we wsi Pełty, która należała do parafii w Myszyńcu, w powiecie ostrołęckim, obecnie województwo mazowieckie. Miała cztery siostry i czterech braci. Przyszła na świat jako piąte dziecko Stanisława i Anny z domu Kulas. Po dwóch tygodniach, to jest 24 czerwca1956 roku, została ochrzczona w kościele parafialnym Świętej Trójcy i otrzymała imię Regina.

Z dziewięciorga rodzeństwa troje już zmarło: siostry Stefania i Marianna oraz brat Wacław. Żyją dwie siostry: Zofia i Eugenia oraz bracia mieszkający w Stanach Zjednoczonych: Władysław, Eugeniusz i Andrzej. Tato s. Reginy zmarł w 1983 roku, a mama w 2012 r. Rodzice mieli duże gospodarstwo, ale były to bardzo

słabe ziemie i podmokłe łąki. Rodzina mieszkała na kolonii, skąd wszędzie było daleko: do najbliższego sąsiada półtora kilometra, do szkoły - cztery, do kościoła - dwanaście kilometrów. Część drogi do kościoła czy do szkoły wiodła przez las, zimą trzeba było pokonywać zaspy śniegu.

Siostra Regina wspominała, że pod czujnym okiem rodziców rodzeństwo wzajemnie się wychowywało i uczyło. Pacierz rano i wieczorem najczęściej odmawiała wspólnie cała rodzina. Katechizmu nauczyła ją w domu mama. Rano lub wieczorem, kiedy rodzice rozmawiali głośno o wszystkich sprawach: co jest do zrobienia, na co trzeba bardziej zwrócić uwagę, dzieci słuchały rozmowy, aby we wszystkim być na bieżąco i wiedzieć, jaka praca do nich będzie należała. Panowała atmosfera wzajemnej współpracy i podział obowiązków. Każde podejmowało to, co mogło wykonać. Siostra wspominała, jak bardzo lubiła paść krowy, bo wtedy miała wiele czasu na modlitwę.

Praca w gospodarstwie była ciężka; bez maszyn, traktorów, większość czynności trzeba było robić własnymi rękami, a ciężary nosić na plecach. Zimą chodziło się często w gumowych butach, skutkiem czego siostra miała poodmrażane palce u nóg. Żywność i odzież trzeba było dla licznej rodziny „wyprodukować” własną pracą. Gdy w domu pojawił się rower, rodzeństwo dzieliło się między sobą, kto pojedzie rowerem, a kto pójdzie pieszo.

W czerwcu 1971 roku Siostra Regina ukończyła ośmioklasową szkołę podstawową w Księżym Lasku. Dalszej nauki nie podejmowała. Na ile mogła, pomagała rodzicom w pracach w gospodarstwie. Sakrament bierzmowania przyjęła 24 kwietnia 1973 roku.

Od dzieciństwa Regina była wrażliwa na sprawy Boże, choć sama określiła siebie jako dziecko żywe i trudne, z którym mama nie umiała sobie poradzić. Któregoś razu nakazała dziewczynce cały pacierz odmówić na własną intencję, aby Bóg dał jej potrzebne łaski i światło, by „wyrośli z niej ludzie”. Wkrótce też drobne z pozoru, ale niezmiernie ważne w istocie wydarzenie stało się iskrą, która zapaliła w duszy niespełna siedmioletniego dziecka pragnienie służby i całkowitego oddania się Bogu. Siostra Regina przywołała tę historię w 2002 roku, kiedy przeżywała jubileusz 25-lecia profesji zakonnej. Wspomnienia jej są wyjątkowo zwięzłe i oszczędne w formie, ale niosą wiele treści i ukazują piękno duszy Siostry. Oto jak zapamiętała tę chwilę:

„…było to w zimny majowy dzień, który Bóg wybrał, aby mi przekazać swoją łaskę. Pomagałam na swój sposób siostrze i bratu przy drzewie, rąbaliśmy cienkie gałązki na opał. Kiedy już wszystkie były porąbane, brat powiedział, że z siostrą jedzie teraz po następne gałęzie do lasu, a ja mam się zająć uporządkowaniem porozrzucanych zrąbanych gałązek. Taką decyzję przeżyłam bardzo mocno, bo ja też chciałam pojechać do lasu. Usiadłam i długo płakałam, i nawet nie myślałam, aby robić cokolwiek. Ale kiedy tak siedząc na ziemi porządnie zmarzłam, pomyślałam, że nie mogę nawet pójść do mieszkania, aby się ogrzać, bo jak mnie Mama zobaczy tak zapłakaną, a zapyta, co się stało, to ja nic nie mam na swoją obronę, tylko niewłaściwą postawę.

Postanowiłam szybko składać w jedno miejsce gałązki i zagrabić teren. Kiedy wypełniłam polecone zadanie, poczułam wielki pokój i radość w sercu, tak wielką, że postawiłam sobie dużo przeróżnych pytań, na które w zamyśleniu dawałam odpowiedzi. Między innymi, dlaczego ja tak walczę o swoje, o to, co mi się podoba, co lubię, kiedy wystarczy wykonać to, o co prosi mama, tato, starsze rodzeństwo, a w sercu jest tyle pokoju i radości. I tego dnia powiedziałam sobie, że kiedy skończę szkołę, pójdę do zgromadzenia i oddam wszystkie moje siły Bogu do dyspozycji…”

W wieku 15 lat Regina ciężko zachorowała i znalazła się w szpitalu w Warszawie. Tam odwiedziła ją ciocia, s. Rozalia Świder z Lasek. Dziewczynka miała tylko jedną prośbę: aby ciocia zechciała ją przed powrotem do domu zabrać do Lasek. Za pozwoleniem rodziców, po trzech tygodniach pobytu w szpitalu, pojechała do Lasek, gdzie z pomocą s. Rozalii, spotkała się z Matką Marią Stefanią Wyrzykowską. Poprosiła wtedy o przyjęcie do Zgromadzenia i uzyskała zgodę. Natychmiast wysłała list do domu z wiadomością, że jest przyjęta do Zgromadzenia i z prośbą o przesłanie jej wyprawki. Ostatecznie jednak usłuchała prośby mamy, by chociaż na tydzień przyjechała do domu i pomogła wspólnie wszystko, co potrzebne przygotować. We wspomnieniach Siostra pisze:

„Ten tydzień trwał trzy lata… Tato był ciężko chory, młodsze rodzeństwo małe, a Mama mi powiedziała, że jeśli to jest powołanie prawdziwe, to jak będę miała 18 lat, będę mogła je podjąć”.

4 listopada 1974 roku, mając 18 lat, Regina z błogosławieństwem rodziców przyjechała do Zgromadzenia.

Do postulatu została przyjęta 1 stycznia 1975 roku. Nowicjat rozpoczęła 14 sierpnia 1976 roku. Pierwsze śluby złożyła 15 sierpnia 1977 roku, a profesję wieczystą - 15 sierpnia 1982 roku.

Będąc już w Zgromadzeniu (jako juniorystka), ukończyła w 1980 roku pięciomiesięczny kurs gotowania i pieczenia w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego w Warszawie, co dało jej zawód i możliwość posługi w kuchni w Laskach. W tym dziale służyła większość swojego życia, choć w różnych wspólnotach i placówkach, począwszy od nowicjatu na Piwnej. Pierwsze trzy lata junioratu należała do wspólnoty klasztoru warszawskiego (1977-1980); dwa lata pomagała w kuchni Domu Dziewcząt (1980-1982); trzy lata kierowała kuchnią w ośrodku w Sobieszewie (1982-1985); przez rok była w Żułowie, także służąc w kuchni, skąd na rok powróciła jeszcze do Sobieszewa. Od 1987 roku była nieprzerwanie w Laskach i należała do wspólnoty św. Franciszka aż do września 2021 roku. Początkowo dwa lata pracowała w magazynie żywnościowym, a od 1989 roku była kierowniczką tzw. kuchni centralnej. O tej pracy s. Regina zapisała w swoich wspomnieniach:

„Wbrew pozorom, że jest ciężka, jest też piękna. Dla mnie jest szczególnie droga, bo jest ciągłą mobilizacją wszystkich sił i ciągłym zadziwieniem. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże i aż tylu ludzi, co zrozumieją. Ta cicha praca dla mnie jest też ciągłym dziękczynieniem, że bez końca jest możliwość odkrywania czegoś nowego: i siebie, i ludzi w przeróżnych okolicznościach. Pracy jest zawsze dużo, wydawałoby się, że więcej niż czasu […], ale kiedy budzę się rano, nawet się niewiele zastanawiam, tylko zaczynam dzień od modlitwy, Mszy świętej, bo ufam, że z Nim wszystko będzie na czas i bywa”.

Dodatkowo, po śmierci s. Rozalii, s. Regina przez ponad trzy lata służyła pomocą śp. Zofii Morawskiej w jej codziennym życiu (2007-2010).

Siostry, które były z s. Reginą we wspólnocie lub współpracowały bliżej i znały ją dobrze, zauważają, że była tytanem pracy: kładła się spać późno i wstawała ok. 4 rano, aby jeszcze przed przyjściem pań do kuchni przygotować co trzeba albo pomodlić się przed jutrznią, jeśli zapowiadał się dzień wypełniony pracą. Ceniła każdy najmniejszy dar, ofiarę, nawet parę owoców czy warzyw. Wszystko przerabiała, aby nic się nie zmarnowało.

Ceniła każdego wolontariusza, a szczególnie troszczyła się o tych, którzy odpracowywali godziny społeczne. Okazywała każdemu serce i szacunek, widziała w nim dziecko Boże. Dawała świadectwo nie tylko słowem zaczerpniętym z Eucharystii czy Pisma Świętego, ale ciężką pracą wraz z nimi. Nawet po odpracowaniu kary niektórzy z własnej inicjatywy dalej pomagali Siostrze.

W sytuacjach konfliktowych w miejscu pracy, modliła się za osoby, których one dotyczyły, prosiła też innych o modlitwę, by następnego dnia przyjść do zwaśnionych ze słowem jednoczącym i odniesieniem do Boga. Prostowała sprawy i zabierały się do pracy. Była szanowana i kochana przez panie z kuchni i pracowników działów gospodarczych. Czasami trzeba było przygotować obiady dla około 300 osób. Mimo tak wielkiej odpowiedzialności, starczało jej sił i serca, aby dbać i troszczyć się o indywidualne potrzeby poszczególnych osób i sióstr. Z miłością i cierpliwością przyjmowała „niespodzianki losu”, jakimi były niezapowiedziane grupy czy prośba o dodatkowy ciepły posiłek dla większej liczby gości; Podejmowała to zadanie, nawet jeśli zostawała w kuchni sama po zakończeniu pracy przez panie.

Mieszkała wiele lat na strychu. Z czasem chodzenie po stromych schodach było dla Siostry coraz trudniejsze, ale zawsze z uśmiechem i pogodą ducha szła w górę. We wszystkich sytuacjach umiała zobaczyć dobre strony. Gdy podczas remontu kuchni coś było wykonane nie tak, jak trzeba, zamiast się denerwować i martwić o przyszłość, umiała z uśmiechem powiedzieć: „Nie martwmy się, nie wiadomo, jak długo tu będziemy, czy dożyjemy. Bóg się zatroszczy”. Nie martwiła się, że meble czy sprzęty są stare. Stwierdziła tylko: „Przynajmniej nikt nam nie zazdrości”. Gdy widziała, że ktoś ma trudny czas, umiała podnieść na duchu dobrym słowem, zawsze znalazła słowo mądrości czy słowo Boże. Nigdy się nie poddawała.

Siostry i inne osoby, które s. Reginę znały, ceniły w niej praktyczną, Bożą, życiową mądrość, umiejętność docenienia tego, co wyniosła z domu rodzinnego, co otrzymała w czasie formacji zakonnej i w ogóle w kontaktach z ludźmi. Widziała zwyczajne potrzeby ludzi, z którymi się spotykała. W trudniejszych sytuacjach czy relacjach sięgała po środki nadprzyrodzone: ofiarę Mszy świętej, modlitwę osobistą, nowennę do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły albo do modlitwy o uwolnienie. W sytuacjach sprzecznych potrzeb ludzkich czy obowiązków, nie kierowała się formalną stroną przepisów - mówiła: „Litera zabija, Duch zaś ożywia”.

Siostra bardzo dbała o spotkania z siostrami swojego ślubnego rocznika z okazji imienin, szczególnie 3 maja, w imieniny

s. Dąbrówki, która towarzyszyła siostrom w początkowym okresie życia zakonnego: od postulatu, poprzez nowicjat i wszystkie lata junioratu. Spotkania odbywały się u s. Reginy w maleńkim pomieszczeniu za kuchnią.

Cechą Siostry, którą dostrzegali wszyscy, było trwanie w dziękczynieniu: wdzięczność Bogu i ludziom, wdzięczność Zgromadzeniu: przełożonym i siostrom - za każdą dobrą myśl, która zrodziła się w sercu każdej siostry - jak to wypowiedziała w nagraniu zapisanym dzięki s. Anicie w ostatnich dniach życia s. Reginy. Wdzięczność za wszystko. Umiała się też pięknie odwdzięczać za wyświadczoną pomoc: zrobić niespodziankę siostrom, które ofiarnie pomogły jej w pracy i zaprosić na skosztowanie świeżo upieczonego ciasta. Widziała też potrzeby innych i zawsze gotowa była usłużyć, nie zważając na własne zmęczenie. Siostra Anastazja wspomina:

„Jestem Siostrze ogromnie wdzięczna za okazanie serca podczas mojej choroby. Wróciłam późnym wieczorem ze szpitala i Siostra zmęczona po całodziennym dniu pracy odwiedziła mnie w laskowskiej infirmerii z zapytaniem, na co miałabym ochotę, czy mi czegoś nie zrobić dla pokrzepienia. Poprosiłam o rosół i Siostra mimo zmęczenia z radością spełniła moją prośbę. Wiele razy doświadczyłam dobroci Siostry i siostrzanej miłości”.

Pośród prostej, ciężkiej codziennej pracy s. Regina odnajdywała zawsze to, co bł. Matka Elżbieta określała mianem „wylot do Boga”. Siostry, które znały ją bliżej, widziały, że modlitwa s. Reginy oparta była na najgłębszych prawdach wiary, wyczytanych, zanotowanych i rozważanych. Kontemplowała zwłaszcza obraną przy ślubach tajemnicę Eucharystii, a także tajemnicę Chrystusa Króla, związaną z jej imieniem chrzestnym, które zachowała także w Zgromadzeniu.

Życie słowem Bożym usłyszanym i przemodlonym, było istotną treścią życia s. Reginy. Mimo absorbującej i męczącej fizycznie pracy w kuchni, na ile czas pozwolił spotykała się z siostrą ze swojej wspólnoty, aby dzielić się życiem wiary, porozmawiać o tym, co je poruszyło w słowie Bożym usłyszanym podczas Mszy świętej. W codziennych spotkaniach czy rozmowach z siostrami zawsze było miejsce na sprawy Boże, na dziękowanie Panu Bogu za wszystko.

Miała szerokie zainteresowania: wrażliwość na piękno liturgii, śpiewu i całej oprawy liturgicznej. Wspominała s. Teresie, że gdyby mogła śpiewać, to wykorzystałaby każdą sposobność do posługi w czasie liturgii. Spisywała wszystkie rekolekcje i konferencje, w których uczestniczyła. Odsłuchiwała nagrania pogadanek, konferencji. Mimo ciężkiej pracy, czytała książki i robiła notatki. Przede wszystkim zgłębiała Pismo Święte, katechizm. Rozważała problemy teologiczne, interesowała się zasadami życia duchowego, obecnymi problemami w Kościele. Z pożyczonej książki francuskiego poety Charlesa Peguy „Przedsionek tajemnicy drugiej cnoty”, wynotowała ostatnio długi fragment o nadziei, której poświęcony jest ten poemat.

Ogromną radością i czasem szczególnej modlitwy było dla s. Reginy pisanie ikon. Talent ten i dar odkryła w latach przełożeństwa m. Radosławy. Do ostatnich dni przed śmiercią o tym wspominała i wyrażała swoją ogromną wdzięczność ówczesnej Matce za możliwość tej szczególnej kontemplacji Pana Boga, której nie potrafiła wyrazić słowami. Zapraszała siostry do swojej pracowni, żeby wspólnie się ucieszyć postępami w pracy twórczej.

Sztuki pisania ikon uczyła się pod kierunkiem p. Elżbiety Cyganek, która wspomina:

„Siostra najpierw pisała «Oblicze Pana Jezusa nie ręką ludzką uczynione», czyli Mandylion. Potem pisała ikonę Marii Egipskiej. Następnie zapragnęła pisać krzyż i wybrała ikonę krzyża z kościoła św. Marcina. Siostra Regina (…) przy swojej ogromnej prostocie i ciężkiej pracy, przy stałym bólu, miała pragnienie piękna, autentyczne, takie pierwotne, jeszcze z dzieciństwa wymarzone. (…) potrafiła już w dojrzałym życiu duchowym, pośród tak ciężkiej pracy i tych wielkich garów, gdzie się gotuje setki litrów, przejść do czegoś tak bardzo subtelnego, gdzie trzeba coś namalować w oku Pana Jezusa, wąsik, włosy. Mówiła: «Ufam Bogu, On mi pomoże. - I na buzi uśmiech od ucha do ucha. - Ja wiem, że to jest niedoskonałe, ale ja ufam Bogu». Tak to wszystko było zawierzone. (…) siostrę Reginę poznałam bliżej: to takie Boże arcydzieło naturalności, otwartości serca, pokory zżytej z prawdą”.

Przed każdym pisaniem ikony s. Regina modliła się słowami:

Ty, Boski Mistrzu wszystkiego, co istnieje, oświeć i kieruj duszą i ciałem sług Twoich, prowadź ich ręce, by mogli godnie i doskonale przedstawiać Twój obraz. Obraz Twojej Matki i świętych Aniołów i wszystkich świętych. Ku chwale, radości i upiększeniu świętego twego Kościoła Amen.

Siostra Regina podzieliła się z p. Łukaszem Trzeciakiem szczególnym doświadczeniem, że choć zwykle bardzo bolały ją stawy, to gdy siadała do pisania ikony, była zupełnie inna. Zauważył on też, że choć Siostra miała ręce spracowane, pokaleczone, obolałe, to przy tym wielką delikatność przy malowaniu. Dużo się modliła, czytała, bo chciała poznać zasadę pisania ikon. Zarówno on sam, jak i jego znajomi z profesji artystycznej, byli zaskoczeni jej talentem, jakością wykonania, precyzją pracy, bo pisanie ikon nie jest łatwe. „Zaś wszystkie ikony s. Reginy są przez nią wymodlone, tak że można uklęknąć i modlić się”.

We wrześniu 2021 roku s. Regina przeszła do wspólnoty Domu św. Pawła. Potrzebowała zmiany, aby móc podreperować swoje zdrowie, gdyż chodzenie sprawiało jej coraz większą trudność. Podjęta rehabilitacja przyniosła dużą ulgę. Jednocześnie Siostra uważała, że Pan Jezus skierował ją do tej wspólnoty, aby przygotowała się na wieczność. Dawała temu świadectwo w czasie, gdy jeszcze dobrze się czuła i ani ona sama, ani nikt inny nie podejrzewał nawet tak ciężkiej i szybko postępującej choroby.

Wyrażała ogromną wdzięczność Panu Bogu, ale i Matce Judycie, która zwolniła ją z kuchni centralnej i skierowała do innej posługi, dzięki czemu miała więcej czasu na modlitwę.

Niepokojący uporczywy kaszel pojawił się u Siostry w grudniu 2021r. Początkowo wydawało się, że to powikłania po przebytej wcześniejszej chorobie. Nowotwór płuc rozwinął się bardzo szybko. Zanim udało się postawić diagnozę, dalsze leczenie okazało się niemożliwe.

„W Wielki Poniedziałek, 11 kwietnia, Siostra została zawieziona na konsultację onkologiczną do szpitala na Płockiej do dra Emila Wojdy. Gdy siedziałyśmy w gabinecie - wspomina s. Teresa - doktor długo przeglądał w komputerze wyniki badać i histopatologii. Wreszcie powiedział: ja już nic siostrze pomóc nie mogę. Można się zwrócić do innych lekarzy i tu wymienił różne osoby. Siostra odpowiedziała: „Dziękuję, panie doktorze. Jesteśmy w ręku Boga”. Wyrażała mu wdzięczność i podkreślała, jak trudna jest jego praca”.

Te słowa-modlitwę: „Jesteśmy w rękach Boga. Idziemy dobrą drogą, Idziemy w dobrym kierunku”, powtarzała Siostra często. I szła świadomie na spotkanie Chrystusa, z radością w sercu i na twarzy, pomimo coraz większych trudności w oddychaniu. W ostatnim czasie obdarowywała odwiedzające ją siostry kartkami, na których własnoręcznie napisała ważne dla niej przesłanie: „Jesteśmy piękni Twoim pięknem, Panie”. Świadoma zła obecnego na świecie i grzechów, ofiarowywała za nie swoje cierpienie. W Wielki Czwartek powiedziała, że jeszcze tylko musi „zamknąć oddech”, pocierpieć z Chrystusem, ale - wskazując palcem w górę - święta Zmartwychwstania będzie już świętować z Panem.

Pani Elżbieta Cyganek podzieliła się jeszcze jednym spostrzeżeniem dotyczącym s. Reginy:

(…) Fascynowała ją głębia Wielkiej Soboty: «Niesamowite, co tam się działo w Wielką Sobotę. Kiedy my tu cierpimy z Matką Bożą, to Pan Jezus już tam całą Otchłań opróżnił. I te wszystkie kondygnacje w Otchłani, On tam wszedł». To ją fascynowało bardzo”.

Wspomnienie to jest tym bardziej znaczące, gdy myślimy o tajemnicy przejścia Siostry z tego świata, które dokonało się właśnie w ciszy Wielkiej Soboty.

Siostry, które odwiedziły s. Reginę w ostatnim tygodniu - Jej Wielkim Tygodniu - wychodziły poruszone i zbudowane postawą, wewnętrznym pięknem Siostry. W noc z piątku na sobotę towarzyszyła s. Reginie s. Ancilla. Uderzająca było dla siostry zbieżność liturgii i życia:

Miałam wrażenie, słuchając tekstów liturgii Wielkiego Piątku, że ta liturgia jest jakby równolegle: w kaplicy Matki Bożej Anielskiej i w jej pokoju się dokładnie uobecnia. Patrząc na Siostrę, miałam takie uczucie, jakbym widziała żywego - cierpiącego Jezusa. (…) Podczas liturgii siostra była całkowicie świadoma i świadomie przeżywała w sobie wszystkie teksty, adorację krzyża, świadomie przyjęła Komunię świętą, której w trakcie liturgii udzielał siostrom z Domu św. Rafała ks. Kazimierz. (…) W nocy siły stopniowo słabły, parę razy świadomie uczyniła znak krzyża świętego. Z jej ust nie popłynęło przez ten cały czas, żadne słowo skargi… takiej cierpliwości nie widziałam jeszcze nigdy u nikogo… oprócz Pana Jezusa.

O 3.00 przyszła do nas przełożona domu, s. Szymona, razem modliłyśmy się i wydawało się nam, że siostra Regina jeszcze z nami zostanie, a jednak po godzinie 6 stan zaczął się zmieniać. Zdążyła do nas dojść matka Judyta i…. Siostra odeszła do Pana ok. 6.45. Liturgię Wielkiej Soboty przeżywała już z perspektywy wieczności. A psalmy «ciemnej jutrzni» brzmiały tego roku… wyjątkowo… Siostra Goretti powiedziała: «Jakby były dla niej napisane…»„

Siostra Anastazja zapisała:

Ostatni raz spotkałam się z Siostrą w Wielki Piątek. Szłam z zamiarem, żeby Siostrze towarzyszyć, ale nie męczyć rozmową, bo wiedziałam, że jest coraz słabsza. Siostra Regina miała ogromne pragnienie podzielenia się ze mną różnymi wydarzeniami ze swojego życia. Patrząc na drzewo za oknem, wspominała konferencję Ojca Tadeusza Fedorowicza, który mówił do sióstr, że drzewo rozwija się, rośnie, ma zielone liście, kwitnie, a potem wszystko przemija, liście więdną, kwiat usycha. Siostra była gotowa na przejście do Domu Ojca. Powtarzała często: wszystko w Bożych rękach. Mówiła do mnie: zobacz, jaka to tajemnica, Bóg mnie w młodych latach powołał do Zgromadzenia i teraz mnie do siebie zaprasza.

Siostra umarła w Wielką Sobotę, kiedy Kościół trwa w milczeniu i adoracji. Nie było dzwonu obwieszczającego, że Siostra zmarła, jak to jest w zwyczaju laskowskim. Zrodziła mi się refleksja, że takie było Siostry życie: ciche, ukryte, ofiarne, oddane. Na końcu «ciemnej jutrzni» ks. Rektor Marek Gątarz poinformował zebranych na modlitwie o śmierci Siostry i poprosił o zaintonowanie psalmu 51. Głęboko wierzę, że Siostra wyśpiewuje radosne Alleluja i raduje się ze Zmartwychwstałym Panem”.

W podaniu przed ślubami wieczystymi s. Regina wyraziła pragnienie: „Całą moją ufność pokładam w Bogu i liczę, że Bóg pozwoli mi zrealizować moje pragnienie oddania Mu się w całej pełni”. Patrząc na życie i śmierć Siostry, jesteśmy świadkami, jak Bóg sam dopełnił w Siostrze to, co zamierzył.

Eksportacja ciała śp. s. Reginy z kaplicy Domu św. Rafała miała miejsce w Wielką Sobotę, 16 kwietnia, o godz. 12. Modlitwę licznie zebranych sióstr i przedstawicieli wspólnoty Lasek poprowadził ks. Kazimierz Olszewski.

Pogrzeb miał miejsce 19 kwietnia we wtorek, w Oktawie Wielkanocy, o godzinie 10.00.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Mowa pożegnalna siostrzenicy śp. s. Reginy - Małgorzaty

Zgromadziliśmy się tutaj, by towarzyszyć siostrze Reginie w jej ostatniej drodze. „Jeśli śmierć nas czegoś uczy, to przede wszystkim tego, że na świecie nie liczy się nic poza miłością”. Ciocia była człowiekiem niezwykłym, a jej niezwykłość przejawiała się każdego dnia w drobnych gestach, radości z rzeczy małych. Swoim pozytywnym usposobieniem dodawała otuchy i sprawiała, że zły dzień stawał się po prostu lepszym. Każdemu chętnie pomagała, kto tylko zwrócił się do niej o pomoc, krzywda innych nigdy nie była jej obojętna. Zawsze uśmiechnięta, bardzo pracowita, a przy tym bardzo rozmodlona, gdyż gdy tylko nie pracowała, w ręku trzymała różaniec i modliła się. „Serce przy Bogu, a ręce przy pracy” - tymi słowami najlepiej można byłoby ją opisać. Ciocia stawiała Boga zawsze na pierwszym miejscu. Jej głęboka i żywa wiara była dla mnie inspiracją i przykładem.

Choroba przyszła niespodziewanie. Tydzień przed śmiercią udało nam się spotkać i porozmawiać, z czego ogromnie się ucieszyła. Nikt nie chciał nawet przypuszczać, że to będzie ostatnie nasze spotkanie. Ciocia do ostatnich chwil starała się zachować pogodę ducha i mimo utraty sił i konieczności podłączenia do tlenu, próbowała odnaleźć się w tej trudnej sytuacji z godnością. Do samego końca miała nadzieję, że pokona chorobę, tak bardzo kochała życie, tak bardzo chciała żyć... Dlatego też trudno pożegnać się nam z naszą ciocią, siostrą Reginą. Śmierć cioci w Wielką Sobotę tuż przed Wielkanocą jest symbolicznym czasem. Wielka Sobota uobecnia znaczenie Paschy, czyli przejście ze śmierci do życia, z ciemności do światła. Jej odejście napełnia nas żalem i ogromnym smutkiem. Pomimo tego, że śmierć spotka w życiu każdego z nas, zawsze odejście bliskiej osoby jest dla nas

Mowa pożegnalna siostrzenicy śp. s. Reginy - Małgorzaty

w nieodpowiednim czasie. Tyle jeszcze chciało się powiedzieć, tyle miało się wspólnych planów i celów do zrealizowania, a to wszystko zostało nagle przerwane. Zachowamy wszystkie najmilsze wspomnienia i obiecujemy je pielęgnować, aby siostra Regina zawsze pozostała w naszych sercach. Można odejść na zawsze, ale myślami stale być blisko.

Ciocia była wielkim człowiekiem, mimo że nie zdobyła tytułów naukowych. Dziękujemy jej za wielkie serce, za uśmiech, łagodność i niezwykłą życzliwość okazywaną wszystkim. Była dla mnie wsparciem w trudnych momentach życia. Miałam możliwość mieszkać kilka lat w Laskach i widziałam, jak wyglądała codzienność cioci. Praca w kuchni, oprócz modlitwy i zadań wykonywanych w Zgromadzeniu, stanowiła zasadniczą treść jej codziennego życia. Była siostrą z powołania, taką na 100 procent, która zawierzyła życie Bogu. Mamy nadzieję, że będzie teraz nad nami czuwać w niebie, a kiedyś, gdy przyjdzie na nas czas, wyjdzie nam na spotkanie w drugim życiu.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

***

Małgorzata Walkiewicz-Krutak,
Małgorzata Paplińska (oprac.)
prof. dr hab. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz
1951-2022

Zmarła 23.03.2022 w jubileuszowym roku 40-lecia pracy naukowej. Pogrzeb odbył się 29.03. w Warszawie w parafii św. Marii Magdaleny.

Prof. dr hab. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz wybitna tyflopedagog, współtwórczyni Zakładu Tyflopedagogiki w Akademii Pedagogiki Specjalnej (dawniej Wyższa Szkoła Pedagogiki Specjalnej), odpowiedzialna za rozwój tej uczelni jako prorektor ds. badań i współpracy zagranicznej w APS (1996-2002), w latach 1999-2009 redaktor naczelna czasopisma „Szkoła Specjalna”.

Pani Profesor ukończyła studia magisterskie w Akademii Wychowania Fizycznego. Po nich rozpoczęła studia doktoranckie w Instytucie Badań Pedagogicznych w Warszawie, gdzie w 1982 r. obroniła pracę doktorską pt. „Sprawność fizyczna a orientacja prze-

M. Walkiewicz-Krutak, M. Paplińska - śp. prof. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz

strzenna u niewidomych w wieku szkolnym”, uzyskując stopień doktora nauk humanistycznych. W 1994 r. na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie uzyskała stopień doktora habilitowanego. Podstawą habilitacji była monografia pt. „Efektywność kształcenia młodzieży niewidomej i słabowidzącej w zakresie orientacji przestrzennej i samodzielnego poruszania się”.

Pani Profesor była autorką łącznie około stu prac dotyczących pedagogiki specjalnej, zwłaszcza obejmujących swą tematyką rehabilitację i edukację osób niewidomych i słabowidzących, w tym orientację przestrzenną. W ostatnich latach naukowo zajmowała się recepcją myśli pedagogicznej Matki Elżbiety Róży Czackiej. W 2016 r. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz uzyskała tytuł naukowy profesora nauk społecznych.

W latach 1987-2013 pracowała w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej (później APS), w której współtworzyła Pracownię Tyflopedagogiki, przekształconą w Zakład Tyflopedagogiki, którym kierowała. Była kierownikiem Katedry Pedagogiki Specjalnej (1999-2002), a przez dwie kadencje (1996-2002) także prorektorem ds. badań i współpracy zagranicznej w APS.

Pani Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz współpracowała z Centrum Metodycznym Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej jako nauczyciel i konsultant (w latach 1992-2003).

Pani Profesor od 2002 r. była związana z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie kierowała Katedrą Pedagogiki Specjalnej. Była dziekanem Wydziału Nauk Humanistycznych UKSW (2005-2008), a później dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UKSW (2008-2016).

Działalność naukowo-dydaktyczna prof. Jadwigi Kuczyńskiej-Kwapisz na rzecz rozwoju współczesnej tyflopedagogiki jest nieoceniona. Będąc absolwentką pierwszego w Polsce kursu dla nauczycieli orientacji przestrzennej, który prowadzili w Laskach w 1979 r. prof. Stanley Suterko i Don Nelson, w oparciu o wprowadzony przez nich program nauczania orientacji przestrzennej, utworzyła w 1988

r. w WSPS pierwsze w Polsce Tyflopedagogiczne Studium Podyplomowe o specjalności Orientacja Przestrzenna. Z zespołem absolwentów kolejnych edycji studium wdrażała nowe metody pracy i nauczania orientacji przestrzennej osób niewidomych.

Państwo Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz i Jacek Kwapisz są autorami pierwszego w Polsce poradnika metodycznego poświęconego nauce orientacji przestrzennej: „Orientacja przestrzenna i poruszanie się niewidomych oraz słabo widzących” (1990).

Pani Profesor była inicjatorką i orędowniczką wprowadzenia orientacji przestrzennej, rehabilitacji wzroku i wczesnej interwencji do programu studiów tyflopedagogicznych. Zorganizowała także wolontariat studencki na rzecz samotnych osób niewidomych, tworząc Bank Lektorów i Przewodników Niewidomych. Razem z zespołem tyflopedagogów z Polski nawiązała w 1998 r. współpracę z międzynarodową organizacją ICEVI - International Council for Education and Re/habilitation of People with Visual Impairment (dawniej International Council for Education of People with Visual Impairment). Dzięki staraniom Pani Profesor - ówczesnej prorektor - APS była gospodarzem 3rd Workshop on Training of Teachers of the Visually Impaired in Europe, Preparing teachers of the visually impaired to support integration / inclusion w 2002 r.

Niemal całe swoje zawodowe życie związana była z dziećmi z niepełnosprawnością wzroku; W latach 1973 -1987 r. pracowała w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach, z którym do końca życia była blisko związana. Od 2008 r. brała udział w projekcie „Międzynarodowa Szkoła Matek”, w którym beneficjentami były rodziny z małymi dziećmi niewidomymi z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Była autorką koncepcji programu i miała wpływ na jego realizację. Przez siedem lat - co roku w lipcu - Pani Profesor wraz z mężem prowadziła w ośrodkach w Ukrainie szkolenia dla tyflopedagogów i wolontariuszy

M. Walkiewicz-Krutak, M. Paplińska - śp. prof. Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz

pracujących z osobami z niepełnosprawnością wzroku oraz pracowała z małymi dziećmi niewidomymi i ich rodzicami.

Za wybitne zasługi dla rozwoju pedagogiki specjalnej w Polsce i na świecie oraz za osiągnięcia w pracy naukowo-badawczej i dydaktycznej Profesor Jadwiga Kuczyńska-Kwapisz została odznaczona m.in. Medalem Komisji Edukacji Narodowej (1993), Złotym Krzyżem Zasługi (1997), Krzyżem Kawalerskim (2001) oraz Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2014).

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

16 kwietnia 2022 roku, tuż przed świętem Wielkiej Nocy, odeszła śp. Halina Winiarska-Kiszkis

Uroczystości pogrzebowe na Cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku, którym przewodniczył ksiądz Krzysztof Niedałtowski, poprzedziła Msza święta w kościele św. Jana. To tam, w kościele środowisk twórczych, przez wiele lat Halina Winiarska-Kiszkis wraz z mężem Jerzym byli lektorami i czytali Pismo Święte.

Przez wiele lat w okresie Wielkiego Tygodnia Państwo Kiszkisowie przyjeżdżali do Lasek, by w kaplicy pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej brać czynny udział w Triduum Paschalnym, włączając się swoim talentem aktorskim w czytania liturgiczne przewidziane na ten czas.

Swoim niezwykle charakterystycznym głosem - podobnym do Założycielki Dzieła Lasek - nagrała na płytach CD „Notatki Osobiste i Ostatnie Słowa” Matki Elżbiety Róży Czackiej. W biogramie zamieszczonym w Internecie - przygotowanym przez Agatę Olszewską - napisano, że była jedną z najwybitniejszych aktorek swojego pokolenia.

Redakcja

 

Urodziła się 8 października 1933 roku w Chrzanowie. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim i rozpoczęła pracę aktorską w amatorskim teatrze Nurt w Nowej Hucie (1952). W latach 1956-1958 występowała w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, gdzie grając rolę Kamy w „Faraonie” według Prusa, zdała eksternistyczny egzamin aktorski i otrzymała uprawnienia zawodowego aktora (1957).

Występowała w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (1958-1960), w Teatrze Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze (1960- 1963) i w Teatrze Dramatycznym w Poznaniu (1963-1966).

W 1966 związała się z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku, gdzie na początku zagrała Ewę w dramacie Tadeusza Różewicza „Wyszedł z domu” (reż. Jerzy Goliński). Ma na swoim koncie ponad sto ról teatralnych, kilkanaście filmowych.

Wykładała w Studium Aktorskim przy Teatrze Wybrzeże, w gdańskim Biskupim Seminarium Duchownym i Liceum Jezuitów w Gdyni (1977-1985). Przez ponad trzydzieści lat - wspólnie z mężem i w pojedynkę - wykształciła z zakresu fonetyki i kultury żywego słowa wiele pokoleń studentów, m.in. Uniwersytetu Gdańskiego, a także kapłanów opuszczających Gdańskie Seminarium Duchowne. Była członkinią SPATiF-ZASP (1961- 1981) i Zarządu Głównego (1979-1981).

W Sierpniu ’80 występami w Stoczni Gdańskiej im. Lenina wspierała strajkujących robotników. Trzy miesiące później uczestniczyła w strajku okupacyjnym pracowników służby zdrowia, oświaty i kultury w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Od września 1980 roku pełniła funkcję przewodniczącej Komisji Zakładowej „Solidarności” w Teatrze Wybrzeże.

Po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana (13.12.1981 - 19.01.1982). Artystycznie angażowała się podczas mszy za Ojczyznę w gdańskich kościołach (1982-1988) i w sierpniu 1988 roku w trakcie strajków w Stoczni Gdańskiej i Porcie Gdańskim. W podziemiu realizowała koncerty poetyckie z okazji rocznic narodowych oraz spektakle teatralne z kręgu kultury niezależnej. W 1989 roku weszła w skład Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Gdańsku.

Nieustępliwie broniła wartości fundamentalnych. Tak było w czasach pierwszej Solidarności, później w stanie wojennym, kiedy była internowana, w dobie opozycji podziemnej i w wolnej Polsce. Także w ostatnich latach bezkompromisowo stawała w obronie zagrożonej demokracji, trójpodziału władzy i samorządności.

Uhonorowana m.in. Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2007), Pomorską Nagrodą Artystyczną (2010). Była Laureatką Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska „Neptun” (2012). W 2020 roku wraz z mężem Jerzym Kiszkisem została wyróżniona tytułem Honorowego Obywatela Miasta Gdańska.

Napisano o Niej: „Stała się jedną z tych gdańskich postaci, które są symbolem nie tylko wielkiej sztuki, ale także prawości i uczciwości”.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

***

INNE WYDARZENIA

1.04. O godz. 15:00 na laskowskim cmentarzu rozpoczęła się Droga Krzyżowa. Za przygotowanie rozważań do poszczególnych stacji odpowiedzialne były różne grupy naszej wspólnoty. Był to czas głębszej wielkopostnej refleksji. Pogoda kwietniowa - chłód i padający śnieg. Wspólna modlitwa zgromadziła pracowników i przyjaciół Dzieła Lasek, siostry i kapłanów oraz garstkę naszych niewidomych uczniów, gdyż większość rozjechała się do rodzinnych domów. (Treść Drogi Krzyżowej publikujemy w tym numerze LASEK)

1-3.04. W Domu rekolekcyjnym w Laskach odbyły się rekolekcje dla osób głuchoniewidomych, które prowadził ks. Piotr Markiewicz. Za organizację odpowiedzialne były s. Ludmiła i s. Ancilla. Również w tych dniach s. Daria wyjechała do Lwowa, zawożąc dary dla Starego Skałatu.

19.04. W kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach podczas Mszy św. o godz. 18:00 modliliśmy się za przyczyną błogosławionej Matki Elżbiety we wszystkich zgłoszonych intencjach. Po Eucharystii miała miejsce adoracjia z modlitwą uwielbienia.

7-9.04. W kościele św. Marcina w Warszawie odbyły się rekolekcje wielkopostne, które prowadził benedyktyn o. Michał Dragan. Temat rozważań: „Po co sakramenty”.

11.04. W ramach rekolekcji parafialnych w parafii Matki Bożej Ostrobramskiej na Boenerowie w Warszawie s. Radosława z s. Margeritą poprowadziły spotkania z grupami dzieci ze szkoły podstawowej.

Tego samego s. Daria, s. Dominika i s. Olga uczestniczyły w katedrze św. Jana w pogrzebie śp. ks. Grzegorza Kalwarczyka długoletniego kanclerza Kurii Warszawskiej.

12.04. s. Agata wraz z s. Margeritą poprowadziła rekolekcje dla trzeciej, ostatniej grupy uczniów klas ósmych ze szkoły podstawowej na warszawskim Boernerowie. Siostry przybliżyły uczniom postać Błogosławionej Matki Elżbiety Czackiej, charyzmat jej Dzieła, a s. Margerita zachwyciła wszystkich, śpiewając hymn

„Wszystko dla Boga”. Triduum Sacrum w Laskach

14.04. O godz. 17:00 Msza św. Wieczerzy Pańskiej, którą celebrowali nasi czcigodni Kapłani wraz z ks. Jarosławem Tomaszewskim. On też wygłosił homilię. Po Liturgii złożono Kapłanom życzenia i wyrazy wdzięczności za ich ofiarną posługę, troskę i ojcowską miłość.

15.04. W Wielki Piątek po południu gościliśmy w Laskach ks. kard. Kazimierza Nycza, który rozpoczął swoją wizytę od obejrzenia wystawy Ślady Obecności bł. Matki Elżbiety. Po krótkiej modlitwie w kaplicy Matki Bożej Anielskiej, ks. Kardynał spotkał się w Domu św. Franciszka z księżmi naszego rektoratu oraz licznie zgromadzonymi siostrami, niewidomymi, pracownikami świeckimi Dzieła Lasek i naszymi ukraińskimi gośćmi. Ksiądz Kardynał w słowie do nas skierowanym nawiązał do sytuacji wojny na Ukrainie, zachęcając wszystkich do pomocy, która jest naszym obowiązkiem chrześcijańskim. Nasz gość odwiedził również siostry z Domu św. Rafała, które mają udział w krzyżu Chrystusa, niosąc swój krzyż choroby, słabości i niemocy, a potem spotkał się w Domu Rekolekcyjnym z kapłanami posługującymi w Dziele Lasek. O godz. 16:00 rozpoczęła się Liturgia Wielkiego Piątku; Adoracja Pana Jezusa w grobie Pańskim trwała całą noc.

16.04. Po modlitwie wielkosobotniej Ciemnej Jutrzni ks. rektor Marek Gątarz przekazał nam wiadomość, że ok. godz. 6:50 zmarła s. Regina.

O godz. 20:00 obrzędem poświęcenia ognia rozpoczęła się Liturgia Paschalna, której przewodniczył ks. rektor Marek Gątarz. W przygotowanie Liturgii Słowa zaangażowane były siostry, niewidomi i świeccy współpracownicy Dzieła Lasek. W związku z obecnością naszych grekokatolickich i prawosławnych Gości z Ukrainy czytanie z Listu św. Pawła do Rzymian, wezwanie w modlitwie wiernych oraz śpiew podczas dziękczynienia był w języku ukraińskim. Byliśmy też świadkami przyjęcia I Komunii św. przez

18-letnią Paulinę z Ukrainy.

Święta w Laskach spędzałyśmy w naszych wspólnotach wraz z towarzyszącymi nam gośćmi. Do Domu Dziewcząt przyjechało sześć pań niewidomych: Jagoda Tonicka, Henia Kwiatkowska, Krysia Kalinowska, Halina Filipiak, Marysia Kotowska, Ala Słowik i p. Hania - siostra s. Agaty. Podczas posiłków dołączyli jeszcze organista Marcin wraz z przewodnikiem p. Henrykiem. Przy świątecznym stole grono poszerzyło się o gości z Ukrainy. W sumie było 50 osób..

19.04. Licznie zgromadzone siostry, świeccy współpracownicy i niewidomi - pożegnaliśmy s. Reginę. Wzruszające kazanie pogrzebowe wygłosił. ks. Jakub Szcześniak, mówiąc o życiu i odchodzeniu do Pana s. Reginy w świetle czytań Liturgii Wielkosobotniej. Podczas dziękczynienia po Komunii św. kaplicę wypełniły dźwięki pieśni „Jesteśmy piękni Twoim pięknem, Panie”, której słowami s. Regina obdarowywała odwiedzające ją w Domu św. Rafała osoby.

24,04. W Gdańsku odbył się pogrzeb śp. Haliny Winiarskiej, w którym wzięły udział s. Alberta, s. Radosława, s. Daria oraz p. Badeński. Z Sobieszewa dojechała m. Judyta wraz z kilkoma siostrami z Lasek, Żułowa i Piwnej, będących w tym czasie na rekolekcjach. Pani Halina Winiarska zmarła 16 kwietnia nad ranem w wieku 89 lat. Była aktorką, a jednocześnie osobą zaangażowaną w sprawy społeczne. Wielokrotnie wraz ze swoim mężem Jerzym Kiszkisem odwiedzała naszą laskowską wspólnotę. To właśnie p. Halina "użyczała" głosu Matce Elżbiecie Czackiej na nagraniach pism i notatek osobistych Błogosławionej.

(Więcej w rubryce: ODESZLI DO PANA)

26.04. W laskowskiej wspólnocie składaliśmy życzenia naszemu Solenizantowi - ks. Markowi Gątarzowi - rektorowi tutejszej kaplicy. Msza św. o godz. 6:30 była sprawowana w intencji Księdza. Po niej życzenia w imieniu całej społeczności Lasek złożyła s. Anita. W ciągu dnia Solenizant przyjmował delegacje z poszczególnych placówek Dzieła.

27-28.04.

W Domu Rekolekcyjnym diecezji ełckiej, w Smolanach miało miejsce spotkanie i rekolekcje duszpasterzy osób niewidomych. Uczestniczyło w nich 20 kapłanów, s. Ludmiła, a także kierowca. Konferencje głosił ks. Jacek Stefański z Wigier.

27 kwietnia uczestnicy pielgrzymowali do Wilna, do Matki Bożej Ostrobramskiej, gdzie o 12:00 odprawili Mszę św., a następnie nawiedzili Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie znajduje się oryginalny obraz Jezusa Miłosiernego namalowany według wizji s. Faustyny przez Eugeniusza Kazimirowskiego.

8.05. W gdańskim klasztorze oo. Dominikanów zmarł o. Eugeniusz Pokrywka OP. Miał 77 lat. 48 lat kapłaństwa. Odszedł po długiej chorobie, którą znosił z wiarą i męstwem, oraz właściwym sobie poczuciem humoru. Ojciec ze względu na pogarszający się stan zdrowia od piątku 6 maja przebywał w Gdańskim klasztorze. Pogrzeb śp. O. Eugeniusza odbył się 12 maja w Bazylice oo. Dominikanów w Gdańsku. Mszy św. przewodniczył ks. bp Wiesław Szlachetka, koncelebrowali: prowincjał o. Łukasz Wiśniewski OP, przeor o. Michał Osek OP oraz współbracia i inni kapłani min. Proboszcz z Sobieszewa - saletyn ks. Maciej Kucharzyk oraz ks. Marek Gątarz z Lasek. Podczas homilii o. Przeor mówił, że spotkały się trzy rodziny bliskie sercu śp. O. Eugeniusza - rodzina biologiczna, dominikańska i laskowska. Trumnę, którą wynieśli z kościoła współbracia dominikanie i ks. Marek Gątarz, złożono w grobowcu zakonnym Ojców Dominikanów na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Modlitwie na cmentarzu przewodniczył proboszcz z Sobieszewa - ks. Maciej Kucharzyk. Po zakończonych uroczystościach wszyscy spotkali się na posiłku w Ośrodku Rehabilitacyjno-Wypoczynkowym w Sobieszewie. (Więcej w rubryce: ODESZLI DO PANA)

Rabka

1-3.04. Czteroosobowa delegacja uczniów z p. dyr. Elżbietą Radiowską i dwoma nauczycielami wyjechali na sportowy weekend do Bydgoszczy. Uczestniczyli w zawodach na ergometrach o Puchar Dyrektora z okazji 150-lecia Kujawsko- Pomorskiego Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Bydgoszczy. Zawody odbyły się w hali przystani Lotto-Bydgostii. Wszyscy zawodnicy otrzymali medale, słodycze, nagrody rzeczowe. Szkoła otrzymała puchar i tabliczkę okolicznościową. W czasie trwania zawodów był też czas na zwiedzanie Bydgoszczy, a w myśl przesłania Milion dzieci modli się na różańcu o pokój na Ukrainie, łączyliśmy się online w transmisji różańca z kaplicy Niepokalanego Serca Maryi w Zakopanem na Krzeptówkach.

3-6.04. W parafii odbywały się rekolekcje wielkopostne, które prowadził ks. Piotr Filas salwatorianin. W ramach rekolekcji, Ksiądz Rekolekcjonista wygłosił w kaplicy św. Franciszka konferencję dla sióstr zakonnych z sześciu zgromadzeń przynależących do parafii.

10.04. W Niedzielę Palmową, wspominając pamiątkę przybycia Jezusa Chrystusa do Jerozolimy na Święto Paschy, dziewczęta z grupy III wzięły udział w ,,Konkursie Palm Wielkanocnych” organizowanym przez Muzeum im. Władysława Orkana w Rabce - Zdroju. Palma został wykonana z naturalnych materiałów: z kolorowych, bibułkowych kwiatów przeplatanych bukszpanem. Przygotowanie palmy na konkurs to tradycja naszej szkoły. Pierwsze dwa tygodnie kwietnia do Świąt Wielkanocnych były czasem skupienia naszych serc na pomocy gościom z Ukrainy. W tym czasie chorowała czwórka dzieci - odbyło się kilka wizyt lekarskich, wzywaliśmy pogotowie ratunkowe, dwoje dzieci skorzystało ze specjalistycznego leczenia szpitalnego w Instytucie w Rabce i w Szpitalu Dziecięcym w Krakowie.

 

Sobieszewo

11.04. Tego dnia przyjęliśmy uroczyście do naszego Domu św. Ojca Pio relikwie bł. Matki Elżiety Czackiej. Na podstawie tekstu s. Miriam zaprezentowana została inscenizacją o życiu Matki Elżbiety Przedszkolaki złożyły również życzenia świąteczne p. prezesowi Pawławi Kacprzykowi i s. Jeremii, którzy uczestniczyli w naszej uroczystości.

13.04. Pracownicy Przedszkola i WWR z Sobieszewa wyjechali do Lasek. Ogromnym przeżyciem było spotkanie przy sarkofagu bł. Matki Elżbiety, zwiedzenie muzeum i prelekcja s. Angelici Jose. Dla niektórych pracowników był to pierwszy wyjazd do Lasek.

przygotowała Anna Pawełczak-Gedyk na podstawie „Karty z życia Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża” redagowanej przez siostrę Leonę Czech FSK, informacji placówek TOnO z Rabki, Sobieszewa i Żułowa oraz strony internetowej Lasek redagowanej przez Weronikę Kolczyńską.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Warunki prenumeraty czasopisma „Laski” na cały rok

Prosimy o przekazanie na adres:
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach,
Laski, ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin

– kwotę 50 zł (pięćdziesięciu złotych)z koniecznym zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

lub na konto:
PKO BP S.A. II O/Warszawa
Nr 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
również z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”
(w miejscu: rodzaj zobowiązania – na odcinkuprzeznaczonym dla posiadacza rachunku)

Redakcja

⤌ powrót na początek spisu treści