LASKI

PISMO REHABILITACYJNO–SPOŁECZNE
Z ŻYCIA DZIEŁA
MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI
LASKI

ROK XXVII, Nr 1–2 (159-160) 2021

Wydawca:

Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Laski, ul. Brzozowa 75
05–080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 22 752 32 21
Centrala: tel. 22 752 30 00
fax: 22 752 30 09

Redakcja:

Sekretariat: 22 752 32 89

Konto:

PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
– z zaznaczeniem: na czasopismo Laski

Zespół redakcyjny:

Władysław Gołąb
Anna Pawełczak‑Gedyk – sekretarz redakcji
Józef Placha – redaktor naczelny

Korekta:

Justyna Gołąb

Okładka: Zmartwychwstały Jezus – autor: s. Alma Skrzydlewska FSK

Skład i łamanie:

www.anter.waw.pl
00–372 Warszawa, ul. Foksal 17
biuro@anter.waw.pl

Drukarnia:

P.H.U. Impuls, ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20–706 LUBLIN, tel. 81 533 25 10
impuls@phuimpuls.pl www.phuimpuls.pl
Nakład 500 egz.


Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów oraz skracania przekazanych materiałów.


SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI

Józef Placha – Odnowić w sobie żywą wiarę

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Paweł Kacprzyk

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

m. Judyta Olechowska FSK

LIST

Władysław Gołąb – Nie tylko na Wielkanoc

W ZACISZU IZDEBKI

Józef Korn – Razem z Jezusem w drodze

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski – Tajemnica nadziei

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht – Bądź cudem bez rozgłosu

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek – O radości nadprzyrodzonej

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha – Wartość religii w budowaniu kultury pedagogicznej

BEZ AUREOLI

Zygmunt Podlejski – Cyprian Kamil Norwid – w dwusetną rocznicę urodzin

Z KSIĘGARSKIEJ PÓŁKI

Józef Placha – Niewidoma Matka niewidomych

Józef Placha, Władysław Gołąb – Odnowić sposób myślenia i bycia

o. Ludwik Wiśniewski OP

Głód Boga

Pascha

Trzy kroki

Anna Pawełczak‑Gedyk – Zapowiedź nowej książki o księdzu biskupie Bronisławie Dembowskim

PRZYGOTOWANIA DO BEATYFIKACJI MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

s. Leona Czech FSK – Kronika

ODESZLI DO PANA

śp. s. Eliza – Krystyna Janczak s. Alverna Dzwonnik FSK

śp. s. Filipa – Janina Czartoryjskas. Alverna Dzwonnik FSK

śp. ks. Alfons Skowronekks. Tomasz Wojtall

śp. Antoni TomaszewskiWładysław Gołąb

śp. Kazimiera MusiałowiczWładysław Gołąb

śp. płk Wacław SajewskiWładysław Gołąb

śp. Józef MendruńWładysław Gołąb

ZE WSPOMNIEŃ

śp. Ewa z Cieńskich FedorowiczJerzy Meissner

śp. o. Włodzimierz Zatorski OSBs. Hieronima Broniec FSK

Teresa Lubowiecka

Marta Zielińska

śp. Zygmunt GrzelakJan Michalik

NEKROLOGI

śp. Eleonora Tutajewicza

śp. Staś Zdyb

INNE WYDARZENIA

OD REDAKCJI

Odnowić w sobie żywą wiarę

Tegoroczne święta wielkanocne, podobnie jak w roku ubiegłym, najprawdopodobniej przyjdzie nam przeżywać w warunkach wciąż trwającej pandemii, ale podczas wdrażanej już machiny szczepień, która rodzi nadzieję na jej przezwyciężenie. Kiedy to nastąpi? Trudno przewidzieć. Z pewnością przez cały bieżący rok będzie trzeba zmagać się z uciążliwym wirusem – i to z niewiadomym skutkiem; zwłaszcza że pojawiają się groźne mutacje, których działanie może wymknąć się spod kontroli nawet najbardziej doświadczonych ekspertów.

W tej sytuacji powstaje pytanie: co robić, aby ten obecny czas mimo wszystko sensownie przeżyć?

Myślę, że po prostu należy robić swoje, to znaczy – mimo koniecznych ograniczeń epidemiologicznych – nadal starać się dobrze pracować, uczyć się nieustannie, więcej czytać, słuchać dobrej muzyki, częściej niż zwykle poruszać się na świeżym powietrzu, mieć więcej czasu dla najbliższych – czy to w rodzinie, czy w innych wspólnotach - a także modlić się intensywniej i bardziej niż dotychczas.

Niektórzy uważają, że obecność pierwiastka religijnego w środkach masowego przekazu jest zbyt intensywna. Jadąc kiedyś autobusem z Lasek do Warszawy, mimo woli usłyszałem rozmowę dwóch pań, które miały coś do powiedzenia na ten temat. Twierdziły mianowicie, że zwłaszcza Msza święta, transmitowana codziennie w telewizji i radiu, to jakieś nieporozumienie; ciągle to samo, co staje się po prostu nudne i niepotrzebnie zajmuje czas antenowy, a w efekcie otumania widzów i słuchaczy. Przed pożegnaniem się porozumiewawczo skwitowały ten swoisty dialog ironicznymi uśmiechami, ukrytymi pod obowiązkową maską, by z zadowoleniem wysiąść na najbliższym przystanku.

Oczywiście trudno było mi włączyć się do tej rozmowy, ale pomyślałem sobie: jakże zasadniczo i gruntownie rozminęły się owe panie ze zrozumieniem istoty tego najważniejszego w życiu chrześcijanina wydarzenia, jakim jest Msza święta. A tą istotą jest przecież, ponawiana za każdym razem podczas sprawowania Eucharystii, realna obecność Jezusa wśród nas. Jest ona zarówno przypomnieniem ofiary złożonej na Golgocie, jak i uobecnieniem Zmartwychwstałego Jezusa tu i teraz – pod postacią przeistoczonego chleba i wina – ale przede wszystkim w naszych sercach, niezależnie od tego, czy to będzie przyjęcie Go duchowo podczas transmisji telewizyjnej lub radiowej, czy osobiście w kościele.

Dla osób postrzegających to wydarzenie tylko zewnętrznie, z pozycji biernego widza lub słuchacza, może to być trudne. Owa „nuda” – o której mówiły moje współpasażerski z autobusu – przetrwała jednak wśród nas już blisko dwa tysiące lat i wciąż jest dla wielu najważniejszym pokarmem, jak codzienny chleb, który pozwala nabrać sił na cały dzień. Oczywiście może pojawić się rutyna, a nawet jakieś znużenie, ale tylko wówczas, gdy osłabnie w nas duch wiary, który wciąż wymaga codziennej troski i pielęgnacji poprzez otwarcie się na ten niezasłużony dar Boży pomagający nam na osobisty kontakt z żywym Jezusem.

W czasie zbliżającej się Paschy i kolejnej rocznicy ustanowienia sakramentu Eucharystii – a także w całym okresie wielkanocnym - odnowienie wiary w tym duchu pozwoli z pewnością ożywić nasze osobiste relacje z Bogiem i sprawić, że szczególnie w tym niełatwym okresie pandemii, odnajdziemy potrzebny nam wszystkim spokój wewnętrzny oraz najgłębszy sens życia.

Tego w imieniu redakcji LASEK z całego serca życzę zarówno sobie, jak i naszym Przyjaciołom, a wśród nich szanownym i wiernym Czytelnikom naszego czasopisma..

Józef Placha

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Dzisiejszy tekst jest już piętnastym napisanym przeze mnie do czasopisma Laski. Kiedy powstawał pierwszy, uzgodniliśmy z redakcją, że mają stać się one nośnikiem informacji o tym, co dzieje się w Laskach i innych placówkach Towarzystwa z perspektywy Zarządu, jakie motywacje czy powody przyświecają poszczególnym decyzjom, co dla nas, jako instytucji, jest trudne, jakie wyzwania stoją przed nami, co planujemy robić.

We wszystkich dotychczasowych tekstach starałem się ująć te ważne zagadnienia. Próbowałem również pokazać Towarzystwo, jako instytucję, która funkcjonuje w przestrzeni publicznej nie tylko jako Dzieło duchowe, ale też jako szkoła, ośrodek zdrowia, ośrodek rehabilitacyjny, gospodarstwo, dom pomocy społecznej etc.

Wiem, że dla wielu osób przyjęcie takiej perspektywy jest trudne, jednak to ona określa zdolność Towarzystwa do oferowania realnego wsparcia osobom niewidomym.

Zdania, które dziś kreślę, powstają pod koniec lutego, ze względu na cykl wydawniczy jest to więc mój ostatni tekst przed majowym Zebraniem Ogólnym Towarzystwa, będzie więc niejako próbą podsumowania 5 lat kadencji obecnego Zarządu.

Zanim to jednak nastąpi, najpierw odrobina aktualności. Konwencja moich artykułów jest odrobinę kronikarska, dlatego wspomnę, że do Bożego Narodzenia placówki edukacyjne pracowały w trybie mieszanym. Niestety, ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne nie odbył się ośrodkowy opłatek, poszczególne szkoły i internaty spotykały się w swoim gronie. Później nadeszły święta i wspólne dla całej Polski ferie, po których uczniowie wrócili do przedszkoli, szkół i internatów. Obecnie nasze placówki pracują w trybie stacjonarnym. Są prowadzone wszystkie zajęcia edukacyjne oraz rewalidacyjne.

Warto wspomnieć, że Dział ds. Absolwentów rozpoczął realizację programu wsparcia asystenckiego osób niewidomych. Obecnie z programu korzysta około trzydziestu osób.

W sferze gospodarczej trzeba odnotować, że nadal trwa ter-momodernizacja budynków; obecnie rozpoczynamy prace w budynku ambulatorium, tzw. szpitaliku. Nasi pacjenci są przenoszeni do innych placówek, panie zamieszkają w naszym domu w Żułowie, zaś panowie w prywatnym Domu Seniora „Rezon” w Laskach.

Niestety przeciąga się remont domu św. Maksymiliana. Przyczyn jest wiele, aktualnie Towarzystwo wypowiedziało umowę dotychczasowemu wykonawcy i prowadzimy rozmowy z nowym, aby móc dokończyć inwestycję. Cała sprawa jest wyjątkowo trudna w wielu aspektach: zapewnienia możliwości prowadzenia zajęć w zastępczych lokalizacjach, napięcia i stresu u dzieci, rodziców oraz wśród personelu, nie można zapomnieć też o wymiarze prawnym, niektóre procesy muszą toczyć się w określonym tempie i nie da się ich przyspieszyć. Jak sprawa się rozwinie, a mam nadzieję zakończy, dowiedzą się Państwo w maju na Zebraniu Ogólnym lub z następnego artykułu w „Laskach”.

Rozpoczęliśmy też remont budynku kuchni i stołówki w So-bieszewie oraz przygotowujemy się do budowy zbiornika przeciwpożarowego w Rabce.

Na bieżąco staramy się naprawiać wszystkie awarie. Wiosną czeka nas wymiana części linii ciepłowniczych na głównej magistrali grzewczej.

W kolejnych akapitach chciałbym, zmierzyć się z perspektywą ostatnich czterech, a właściwie pięciu lat. Czteroletnia kadencja obecnego Zarządu kończy się w maju, dlaczego więc pięć lat? Już rok przed obecną kadencją zaczęliśmy pracę w tym składzie.

Obecny Zarząd przejmował kierowanie Towarzystwem w ujemnym kilkumilionowym bilansem, niepewną sytuacją finansową i z dużą dozą niepewności co do możliwości przyszłego funkcjonowania.

Pierwszy rok pozwolił na przygotowanie zmian statutowych oraz wstępne rozpoznanie wyzwań i zagrożeń. Po przyjęciu nowego Statutu, odbyły się wybory na nową, czteroletnią kadencję.

Być może niektórzy z czytających te słowa pamiętają tamto zebranie – bilans Towarzystwa był ujemny na trzy miliony złotych, rezerwy zredukowane niemal do zera oraz brak chętnych osób do podjęcia odpowiedzialności za trudne decyzje naprawcze. Na dziewięć miejsc w Zarządzie kandydowało dziewięciu kandydatów, były to te same osoby, które rok wcześniej podjęły się rozpoczęcia reform.

Rozpoczynając nasze cztery lata, postawiliśmy sobie za cel uzdrowienie finansów Towarzystwa, zaktualizowanie wewnętrznych aktów prawa pracy, zlikwidowanie deficytu, odbudowę rezerw i co najtrudniejsze, odbudowę potencjału Towarzystwa. Co z tego się udało? Wiele.

Instytucjonalnie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, cztery lata temu wymagało trudnych i mało popularnych decyzji. O deficycie już wspomniałem. Inne bolączki, z którymi się borykaliśmy, to porządkowanie regulaminów, dokumentacji technicznej obiektów i umów zewnętrznych. Niewątpliwie w tym zakresie mogę powiedzieć, że najwięcej zostało zrobione. Zostały wprowadzone nowe Regulaminy Pracy i Płacy, oczywiście każde dotknięcie kwestii płacowych jest trudne i okupione wieloma problemami, jednak takie decyzje były konieczne, by zachować płynność finansów. Można dyskutować o poszczególnych zapisach, jednak w swoim głównym kształcie nowy regulamin jest realny do spełnienia i oddala widmo niewypłacalności.

Będąc przy funduszach, muszę poświęcić i temu zagadnieniu akapit. Czy finanse Towarzystwa są w lepszym stanie niż cztery lata temu? Tak, niewątpliwie. Czy są stabilne i bezpieczne? Tu nie ma tak prostej odpowiedzi. Wciąż musimy oszczędzać i ostrożnie planować wydatki. Nadal nie udało się odtworzyć rezerw kapitałowych. Dwie główne przyczyny to inwestowanie każdej oszczędzonej złotówki w wysłużoną już laskowską infrastrukturę, kolejna to niepewny napływ środków. Obecny Zarząd poszedł drogą ewolucji nie rewolucji. Pisałem kilkakrotnie, że tak rozbudowana oferta i oczekiwania wobec TOnOS rodzą koszty, które z trudem dźwigamy. 2/3 naszych kosztów to płace, ale bez płacy nie ma specjalistów, bez nich nie ma edukacji i rewalidacji, można napisać „kwadratura koła”, ale to po prostu nasza rzeczywistość. Nam udało się uniknąć ostatecznych decyzji: zamknięcia jakiejś część działalności w imię ratowania innej, jednak stabilność nie jest trwała i pewnego dnia, Zarząd być może stanie przed takim wyborem.

Kolejne zadania to porządkowanie dokumentacji technicznej obiektów. W samych Laskach mamy około 80 budynków z różnych okresów. Księgi przeglądów, pozwolenia na użytkowanie i inne dokumenty przez cały czas pracy naszego Zarządu były uzupełniane. Niestety, nie udało się doprowadzić do końca tego procesu. Przed nowym Zarządem stoi konieczność kontynuowania tego zadania. Ekspertyzy przeciwpożarowe są druzgocące, dostosowanie budynków do współczesnych norm to miliony złotych. Dla przykładu remont budynku św. Maksymiliana kosztował nas już ponad milion złotych, a jest to jeden z mniejszych budynków dydaktycznych. Ryzyko jest właściwie jedno: odmowa prawa do użytkowania budynku, czyli de facto zamknięcie danej placówki.

I tu kolejne zadania, które były dla nas ważne – remonty. Przez cztery lata były remontowane różne obiekty. Czasem udało się pozyskać środki celowe, jak w przypadku parkingu. Często jednak musieliśmy sięgać po środki zaoszczędzone – jak jest to trudne, pisałem dwa akapity wyżej. Udało się wymienić podłogę w kaplicy, wyremontować dom w Krynicy Morskiej, kończymy termomodernizację kilku budynków, trwa remont budynku szkół specjalnych. Przeprowadzono niezliczoną ilość remontów łazienek, dachów, instalacji elektrycznej, sieci wodnej i grzewczej. To wszystko to jednak niekończąca się historia i będzie ona towarzyszyła Laskom dalej.

Te wszystkie działania, chyba nazwałbym je, porządkowe w obszarze prawa, finansów i infrastruktury, mogę określić jako zrealizowaną część planów, a więc sukces.

Rubryka ma ograniczoną pojemność, czas więc przejść do porażek. Zazwyczaj jest tak, że sukces przeplata się z porażką. Myślę, że w wielu obszarach mogliśmy zrobić więcej. Czasami słyszę, że Laski stały się firmą, że zapomina się tu o człowieku. Nie mogę się z tym zgodzić, każda nasza decyzja była analizowana pod kątem niekrzywdzenia ludzi. Nie da się jednak tak zarządzać, żeby każdy dostał to, czego chce. Niestety trzeba wybierać. Rzadko przywołuję w ekonomii Matkę Czacką, ale z tego, co wiem, potrafiła Ona i zwalniać ludzi i wyrzucać robotników z budowy. Kierowała się nadrzędnym celem, jakim byli niewidomi. Na pewno kilkakrotnie nam zabrakło tej determinacji.

Osobiście żałuję, że nie udało się stworzyć kanału lepszej komunikacji z pracownikami. Podjęte próby grzęzły w codzienności i gubiły się w innych zadaniach. Angażując się w kłopoty wewnętrzne, często mało byliśmy zaangażowani na zewnątrz, w nagłaśnianie sprawy niewidomych. Wspomniane wyżej nie-wyprowadzone jeszcze sprawy prawne części budynków, również nas obciążają.

Pracowaliśmy tak, jak pozwalały nam umiejętności, warunki wewnętrzne instytucji i zewnętrzne. Kilka razy uznaliśmy, że konsekwencje społeczne mogą przerosnąć spodziewane efekty.

Jako Prezes Zarządu mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że wszyscy członkowie obecnego składu oddali Laskom to, co mogli. Każdy zgodnie ze swoimi umiejętnościami i kompetencjami. To, że w składzie są siostry, niewidomi i świeccy, to jedno, jednak olbrzymią wartością jest także to, że są w nim przedstawiciele różnych środowisk. Osoby mające wiedzę w zakresie finansów, ale też z prowadzenia gospodarstwa, uczące młodzież i z wykształceniem prawniczym, znający się na promocji i pracownicy naukowi. Każda z tych osób dołożyła swoją cegiełkę przez ostatnie lata.

Jeszcze nie wiem, czy członkowie obecnego Zarządu zdecydują się kandydować ponownie. Mam nadzieję, że tak. Obecne majowe wybory zadecydują o drodze Towarzystwa na następne lata. Droga, którą pokonaliśmy, jest wycinkiem w ponad stuletniej historii Towarzystwa, sporo zostało zrobione, ale to nie jest koniec, a jedynie jakiś etap. Wierzę, że model, który zaproponowaliśmy, choć czasem trudny i bolesny, jest właściwy. Każda decyzja ma swoje konsekwencje; ważne, żeby w swoich działaniach być uczciwym wobec samego siebie.

To Państwo w maju zdecydują, czy już wystarczy „tych porządków”, czy jednak nie. I przede wszystkim, kto to będzie robił. Osobiście sądzę, że wiele jest jeszcze do zrobienia.

Dziękuję za ostatnie lata, dziękuję współpracownikom, członkom Zarządu i czytelnikom „Lasek”. Kto napisze następny tekst „z perspektywy Zarządu”, zdecyduje Zebranie Ogólne.

Kończąc, życzę owocnego okresu Wielkiego Postu, który właśnie się zaczął. Dobrego czasu, który rozwinie w nas dobro. Życzę też wspaniałego świętowania Zmartwychwstania, wszelkich łask i dobra w życiu.

Paweł Kacprzyk
Prezes Zarządu TOnOS

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z ŻYCIA ZGROMADZENIA FSK

Najwyższy, chwalebny Boże,
rozjaśnij ciemności mego serca.
Daj mi, Panie, prawdziwą wiarę,
niezachwianą nadzieję,
głęboką pokorę,
zrozumienie i poznanie,
abym mógł wypełnić Twą świętą
i nieomylną wolę.

Modlitwa św. Franciszka z Asyżu przed Ukrzyżowanym

Kochani

Piszę te kilka słów u progu Wielkiego Postu, ale ten numer „Lasek” ukaże się już w bliskości świąt Wielkiej Nocy. To jest tak, jak w życiu – żyjemy dziś, tu i teraz, ale w szerszej perspektywie - w perspektywie wieczności. Wielki Post to czas szczególny w naszym życiu – czas szukania Boga i dążenia do większej miłości, wierności i nadziei w Bogu. Jest to też czas większej świadomości, że każdy trud i cierpienie możemy łączyć z cierpieniem i ofiarą Jezusa. Niech ten czas będzie szczególny również ze względu na przygotowania do rychłej już – ufamy! – beatyfikacji naszej Matki Elżbiety Czackiej. Pragnę podzielić się fragmentami z „Dyrektorium”, w którym Matka zostawiła nam głęboką naukę o przyjmowaniu cierpienia i tak bardzo związanej z tym łasce wiary.

Laski, dn. 23 II 1928
Wiara sprawia, że człowiek przyjmuje każde cierpienie z głębokim przeświadczeniem, że Bóg je dopuszcza dla uświęcenia jego. Rozumie wtedy rację cierpienia. Nie tylko przyjmuje je z poddaniem się woli Bożej, ale nawet z wdzięcznością. Chociaż cierpi bardzo, z miłością zwraca się ku Bogu, bo wie, że za tym cierpieniem jest miłosierna Opatrzność Boża, która chce jedynie dobra jego. Człowiek żyjący z wiary nie tylko ze spokojem i radością nawet przyjmuje większe cierpienia. Przyjmuje on w ten sam sposób wszelką przeciwność, która go spotyka. Wiara ta sprawia, że z męstwem i z wytrwałością wszystkie cierpienia swoje znosi. Ufać Bogu, że krzywdy człowiekowi nigdy nie zrobi, chociaż karci i próbuje, ale przeciwnie, otacza jednocześnie człowieka i zalewa go potokami łask płynących z Męki Pana Jezusa.Te łaski sprawiają, że człowiek mający głęboką wiarę we wszystkie prawdy, których Kościół uczy, stoi nieustraszony wobec cierpień, które go spotykają (....) Cierpienie, przyj mowane z wiarą w celowość tego cierpienia, daje rozwiązanie całego zagadnienia cierpienia.

Kto na podstawie cnót teologicznych żyje, idzie za wskazówkami dekalogu. Cnoty kardynalne uczą go, co mu wolno, a co mu zabroniono.Wszelkie ślady grzechów głównych tępi w sobie, bo wie, że są źródłem wszystkich jego złych uczynków, i dlatego nawet z myśli swoich je ściga, i skłonności nawet złe, które w sobie spostrzega, stara się za pomocą modlitwy i aktów przeciwnych zamieniać na cnoty. Życie człowieka żyjącego z wiary, choć na pozór często szare i nudne, jest w rzeczywistości pełnym treści i światła. W swoich obowiązkach widzi on wyraz woli Bożeji, dlatego stara się je spełnić dokładnie z miłości ku Niemu. Ma drogę jasno wytkniętą przed sobą i dlatego ze spokojem idzie naprzód, nie oglądając się na żadne względy ludzkie. Co za wolność w tej zależności jedynie od Boga. Dary Ducha Świętego, które przepełniają duszę człowieka mającego Miłość w duszy, tę królowę cnót teologicznych, sprawiają, że żyje w pełni życiem nadprzyrodzonym. Przeciwności, trudności i wszelkie cierpienia są szczeblami, po których coraz wyżej się ku Bogu wznosi. (...) Do tej pełni życia Bożego wszyscy ludzie są powoływani, nie tylko zakonnicy. Wszystkich Pan Jezus zaprasza, by przyszli zakosztować, „jak słodki jest Pan”. Do wszystkich Pan Jezus powiedział: „Jarzmo moje lekkie, a brzemię moje słodkie”. Powiedział również do wszystkich: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obarczeni jesteście, a ja was ochłodzę” (Mt 11, 28).

Jezus przyjął cierpienie i krzyż z miłości – potykał się, upadał, ale powstawał i szedł do końca.Wpatrując się w Jego przykład, dziękujmy za tak wielką Jego miłość i wierność, nie poddawajmy się.Tak! Jesteśmy słabi, upadamy, ale nigdy nie jesteśmy sami. On żyje i wciąż jest z nami, wzywa nas, abyśmy szli za Nim i naśladowali Go. Pragnie prowadzić każdą i każdego z nas.

Jezus przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!(Mk 8,34-9,1).

Zaprzeć się siebie, to pozwolić poprowadzić się Bogu i uznać, że On zna drogę. Pójść za Jezusem, to wziąć krzyż, – to wszystko, co dzień przynosi: radości, troski, cierpienie. Naśladować,

Jest to zatem ta noc, która światłem ognistego słupa
rozproszyła ciemności grzechu,
a teraz ta sama noc
uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa na całej ziemi
od zepsucia pogańskiego życia i od mroku grzechów,
do łaski przywraca i gromadzi w społeczności świętych.
Tej właśnie nocy Chrystus, skruszywszy więzy śmierci,
jako zwycięzca wyszedł z otchłani.
Nic by nam przecież nie przyszło z daru życia, gdybyśmy nie zostali odkupieni.
...O, jak przedziwna łaskawość Twej dobroci dla nas!
O, jak niepojęta jest Twoja miłość:
aby wykupić niewolnika, wydałeś swego Syna.

Z Orędzia Wielkanocnego

Kochani,
Na święta Wielkiej Nocy życzymy głębokiej wiary, że Zmartwychwstały Jezus idzie przed nami i towarzyszy nam na drogach życia. On jest nadzieją, On jest prawdziwym pokojem i radością. Życzymy doświadczenia bliskości Chrystusa żyjącego pośród codzienności. Niechaj On będzie wciąż na nowo źródłem siły do wiernego i niestrudzonego dawania świadectwa o obecności Boga - Miłości w świecie. Alleluja!

Pamiętamy w modlitwie o wszystkich osobach związanych z Dziełem, niewidomych i potrzebujących, i również polecamy się pamięci, abyśmy mogły wypełniać powierzone nam przez Boga zadania. Prosimy też o modlitwę o nowe powołania do Zgromadzenia.

W imieniu sióstr
m. Judyta Olechowska
Przełożona Generalna Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

LIST

Władysław Gołąb

Nie tylko na Wielkanoc

Nie zna śmierci Pan żywota
Chociaż przeszedł przez jej wrota;
Rozerwała grobu pęta ręka święta, Alleluja(...)
Przez twe święte Zmartwychwstanie
Z grzechów powstać daj nam, Panie, –
Potem z Tobą królowanie, Alleluja, alleluja!

Słowa: Franciszek Karpiński,
muzyka: Teofil Klonowski

Już za kilka tygodni kolejne święta Zmartwychwstania Pańskiego. Na rezurekcję zabrzmią dzwony, ale niestety na radosne „Alleluja”, nie wyjdą z kościołów liczne procesje, bo pandemia na to nie zezwoli. Wielu z nas będzie uroczystość tę przeżywać we własnych mieszkaniach, przy odbiornikach radiowych lub telewizyjnych. A przecież Chrystus prawdziwie zmartwychwstał, a zatem radujmy się. Na wstępie przytoczyłem fragment pieśni wielkanocnej Franciszka Karpińskiego, który wydał w 1793 r. w Wilnie śpiewnik kościelny. Znajdziemy w nim takie pieśni, jak: „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, „Psalmy na nieszpory niedzielne” i przede wszystkim najpiękniejszą kolędę „Bóg się rodzi”. Chciałem wszystkim przypomnieć, że właśnie w tym roku obchodzimy 280 urodziny Karpińskiego.

W związku z nadchodzącymi świętami, chciałbym wszystkim życzyć dużo radosnych przeżyć i przede wszystkim jedności oraz wzajemnego zrozumienia. Tymczasem króluje na co dzień wzajemna niechęć, rodząca zgoła nienawiść. Przytoczę poniżej wiersz ludowego poety Antoniego Kucharczyka (1874-1944): „Wiarę, nadzieję, miłość daj mi, Boże!”, napisanego na uczczenie w Krakowie pięćsetnej rocznicy „Bitwy pod Grunwaldem” w 1910r.

Wiarę, o Boże, daj mi taką żywą,
Daj taką silną, bym tej wiary cudem
Mógł iść do braci, na serc, duszy żniwo...
Byłposłannikiem Twoim między ludem (...)
Miłość mi taką zapal w łonie, Chryste, By serce moje, jako Twoje, biło,
Miłością Boską wielkie, promieniste.
Tylko dla Ciebie i Ojczyzny żyło
.

Powiecie, to zwykły romantyk, dla takich już posłuchu nie ma. My wychodzimy na ulicę, aby protestować przeciwko temu, co z nami czynią. Ksiądz duszpasterz środowisk twórczych powiedział: Patrzyłem na te niemal jeszcze dzieci, a przecież były ochrzczone, u pierwszej Komunii świętej, a może i bierzmowane, i co stało się z ich wiarą?

Kościół w Polsce, to nie tylko biskupi, proboszczowie i inne osoby z kręgów hierarchii kościelnej. Kościół to my wszyscy razem. My odpowiadamy za to, jakim jest ten Kościół. Denerwującą rzeczą jest sojusz „tronu z ołtarzem”. Augustianin o. Wiesław Dawidowski nazwał stosunki kościelno-państwowe w Polsce „konkubinatem”, który przynosi szkodę przede wszystkim Kościołowi. Te krytyczne oceny słyszymy także z ust wielu dostojników kościelnych, polityków i naukowców. Krytyczne uwagi w ujęciu historycznym opisał przed trzydziestu laty znany znawca spraw Kościoła: Tadeusz Żychiewicz (1922-1994) – autor zamieszczanej swego czasu na łamach „Tygodnika Powszechnego” rubryki „Poczta Ojca Malachiasza”. W zbiorze swoich felietonów pt „Cnoty i nie-cnoty” T. Żychiewicz napisał: „Ani Kościół państwowy, ani państwo wyznaniowe. I wydaje mi się, że jeśli ktokolwiek chciałby rzecz przechylić na tę, czy tamtą stronę – są to ciągotki warte poważnego zastanowienia. W moim pojęciu także i sprzeciwu Dalej autor ten stwierdza: Było bardzo źle, gdy w jakikolwiek bądź sposób Kościół wtapiał się w Państwo i jego struktury, ulegając państwowej dominacji i stając się narzędziem jego polityki. Tak było np. w Cesarstwie Bizantyńskim, gdzie tylko cesarz był źródłem praw i mógł je dyktować także Kościołowi; on też nadawał moc prawną uchwałom Synodu.

Jakże podobne obyczaje wprowadził car Piotr I w cesarstwie rosyjskim w odniesieniu do Cerkwi prawosławnej. Rząd Związku Radzieckiego rygory te jeszcze bardziej zaostrzył. W Cerkwi nie mogło dziać się nic, co nie byłoby wcześniej zatwierdzone przez władze państwowe. Można jedynie zdecydowanie stwierdzić, że mariaż Kościoła z państwem, był od urodzenia czymś patologicznym.

Może ktoś zarzucić, że mariaż ten jest typowy dla stosunków naszych wschodnich sąsiadów, ale T. Żychiewicz i na to odpowiada następująco: A w czymże się różnił upaństwowiony przez Henryka VIII Kościół w Anglii? Przecież król jako głowa Kościoła Anglii ingerował w rozstrzygnięcia dogmatyczne, dyktował Credo, nie mówiąc już o prawie kościelnym czy administracji.

Podobnych metod chwytał się Bierut i jego ekipa; dlatego aresztowano prymasa Stefana Wyszyńskiego, gdy powiedział swoje: non possumus.

To prawda, że odzyskanie niepodległości w 1989 r. było dużą zasługą Kościoła w Polsce, ale to nie znaczy, że stanowiąc prawo, możemy liczyć się tylko z Kościołem katolickim, pomijając ludzi inaczej myślących. Państwo Polskie jest domem wszystkich zamieszkujących te ziemie Polaków, niezależnie od ich pochodzenia i światopoglądów. A już wydaje się zgoła niedopuszczalne, gdy politycy od ołtarza głoszą swoje poglądy sprzeczne z Ewangelią i nauką Kościoła.

***

Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał! Życzę nam wszystkim, aby – zgodnie z myślą Antoniego Kucharczyka – Zmartwychwstały Chrystus wlał w nasze serca Swoją miłość, tę, która gasi wszelkie przejawy nienawiści i budzi przyjaźń tak potrzebną w naszej Ojczyźnie. Alleluja.

Władysław Gołąb
Prezes Honorowy TOnOS Laski, 21 lutego 2021 r.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

W ZACISZU IZDEBKI

Józef Korn

Razem z Jezusem w drodze

Jezus wciąż cierpi
oraz umiera:
w zabójczych wojnach
w domach rodzinnych
w kościele
w szpitalach i w więzieniach
w tramwaju
w metrze i na ulicy

Los ludzki
to wielki obszar cierpienia
i jego własna droga krzyżowa –
nie omija żadnego człowieka –
do tej, którą szedł Jezus
podobna

***

I
Jezus na śmierć skazany

Kłaniamy Ci się...

Przed nami
ogromna rzesza ludzi:
krzyk i wrzawa
oraz wszechobecna nienawiść
która podnieca i judzi
ciekawską zgraję
do oskarżania

A po drugiej stronie
Bóg‑Człowiek stoi:
uosobienie spokoju
ostoja sprawiedliwości –
wszyscy czekają na wyrok sądu:
winny ? niewinny? – pytają

Gdy człowiek
człowiekowi wilkiem
wydaje się jeszcze jeden wyrok
hańbiący nas wszystkich –
również i mnie...

Któryś za nas cierpiał rany...

***

II
Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

Kłaniamy Ci się…

Co Jezus może w tej chwili myśleć:
czy brak Mu wewnętrznego oporu?

Lub tak utożsamił się z krzyżem
że podniósł go aż do rangi symbolu?

To symbol naszego zbawienia –
nieważne że Mu go nieść kazali –
wszak Sam chciał
nie bacząc na zranienia
niosąc swój krzyż do końca
razem z nami...

Czy jestem gotów
na mej drodze życia –
szczególnie pod pręgierzem cierpienia –
razem z Jezusem
nieść swój ciężar krzyża
z własnej woli
bez wymuszenia?

Któryś za nas cierpiał rany…

***

III
Jezus pierwszy raz upada

Kłaniamy Ci się…

Człowiek który wpadł w moralne pęta –
jak przeżywał swój pierwszy upadek?
być może już tego nie pamięta
poza przejściowym zakłopotaniem?

Taka natura każdego upadku
oraz cisnące się do ust słowa:
nie powtórzy się to już ni razu –
postanawiając żyć
kolejny raz od nowa

A może ulegliśmy już zniechęceniu?
Może zbyt szybko złożyliśmy broń?

Któryś za nas cierpiał rany…

***

IV
Jezus spotyka Matkę swoją

Kłaniamy Ci się…

Człowiek obarczony ciężarem
który jest niemal ponad jego siły
i piętrzące się trudności
duże i małe –
oto los...
jakby wciąż mu przeciwny
Gdy bardzo ciężko –
myśli wówczas o Matce...

Któryś za nas cierpiał rany…

***

V
Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż

Kłaniamy Ci się.

Na ogół w cierpieniu człowiek jest sam –
często nie ma chętnych do pomocy –
na niewielu można polegać
zwłaszcza w obliczu
ciężkiej choroby

Choć ludzi nieraz dużo wokoło
ocierających się o siebie
z zadowoleniem żyjących obok
i mówiących
że to nie są
ich problemy przecież

Czyżby zabrakło wśród nas Szymonów:
takich co nawet
nie specjalnie
ale mimochodem i po prostu
chcą służyć pomocą
najzwyczajniej?

Któryś za nas cierpiał rany…

***

VI
Weronika ociera twarz Jezusowi

Kłaniamy Ci się…

Są różni ludzie i z różną twarzą:
jedne radosne – inne smutne
jeszcze inne zmęczone lub krwawią –
podobnie było z Jezusem

Krew na Jego
oraz naszej twarzy

A my nie mamy
czystych chusteczek

Może boimy się by nie ujrzeć
odbitych na nich
naszych licznych win?

Któryś za nas cierpiał rany…

VII
Jezus drugi raz upada

Kłaniamy Ci się.

Wydaje się że człowiek upada
tylko raz –
życie jednak poświadcza
że nie jeden ani nawet dwa...
brak mu sił –
jakby sobą nie władał

Być może inni
wówczas nawet się cieszą
że tym razem nie oni upadli –
jeszcze popychają
i się śmieją
domagając się
solidnej kary

Nie ma dla nich
nic bardziej śmiesznego
niż upadek drugiego
lub ktoś chory –
nic bardziej upokarzającego
niż człowiek słaby
lub opuszczony

Są to najczęściej
ludzie silni i bogaci:
uśmiechnięte i nieczułe głazy
które nie wiedzą
że najwspanialsi są ci
co podnoszą się wiele razy

Któryś za nas cierpiał rany…

***

VIII
Jezus pociesza płaczące niewiasty

Kłaniamy Ci się...

Zdarza się
że płaczemy gdy nam ciężko
ale innym również niełatwo –
stąd łzy w oczach
są sprawą powszechną.

Odnaleźć
w tym zbiorowym płaczu uśmiech
lub życzliwy ruch ręki
to mimo głębokiego żalu
pocieszenie dla tego kto cierpi

Oto sens ewangelicznej radości...

Któryś za nas cierpiał rany…

***

IX
Jezus trzeci raz upada

Kłaniamy Ci się...

Niektórym trzy razy żyć się zdarza
co oznacza trzy razy
rodzić się na nowo –
może i nam tak trzeba:
upadać – podnieść się
upaść – i znowu podnosić się?

Tak więc można rodzić się wiele razy
zaczynając ciągle od nowa

Oby zawsze z Bogiem i dla Boga

Któryś za nas cierpiał rany…

***

X
Jezus z szat obnażony

Kłaniamy Ci się...

Obnażenie to wielkie cierpienie –
chociaż zraniona wówczas
godność osoby:
oto Człowiek –
można powiedzieć

Nie gorszmy się nagością Jezusa
nie gorszmy się naszą nagością
wszak to tylko zewnętrzna skorupa –
wtedy tym bardziej
możemy być sobą

Nieraz w życiu
zostaniemy sami i nadzy –
bez tego co nas upiększa
i bez tego z czym nam do twarzy –
boć to strata nie największa.

Uczmy się zatem żyć
z obnażoną słabością
i z tym z powodu czego cierpimy.

Nie lękajmy się być wówczas sobą
gdy nam ktoś powie na oczach wszystkich:
oto Człowiek...

Któryś za nas cierpiał rany…

***

XI
Jezus do krzyża przybity

Kłaniamy Ci się…

Krzyż
i wygiętą sylwetkę znamy:
glowa, dlonie i nogi krwawią –
Jezus został przybity
gwoździami
na wzgórzu
nazwanym trupią czaszką

Może to mój gwóźdź tak mocno trzyma
i przebija skrwawione ciało Jezusa?

Może moje złe słowo
zabija bardziej
niż ostry nóż lub rózga?

Może to moje zbyt ostre łokcie
którymi wciąż
przepycham się w tłumie –
robiąc to dyskretnie i spokojnie
lub brutalnie
bez względu na skutek?

A może uchylam się od winy
tłumacząc się znajomością prawa
lub obarczając swą winą innych
z pominięciem jakichkolwiek zasad?

Tak czy inaczej –
Bóg‑Człowiek
zawisł na krzyżu

Któryś za nas cierpiał rany…

***

XII
Jezus umiera na krzyżu

Kłaniamy Ci się…

Ukrzyżowany został sam Jezus –
znamy to dobrze z doniesień prasy
kreatywnych newsów reporterów
aby stało się zadość sensacji

Zabrakło w tym miejsca
na wielką ciszę
lub potężny okrzyk dezaprobaty
protest wobec tego co niesprawiedliwe
a co wciąż dzieje się przy każdej okazji

Niech więc ogarnie nas najgłębsza cisza…

Umęczony Jezus wprawdzie umarł
ale dlatego aby zmartwychwstać
i być na nowo
nadal pośród nas

Życie ludzkie i śmierć
są ważne –
uczmy się więc żyć oraz umierać
jak najlepiej
i jak najodważniej
przybliżając w ten sposób
perspektywę nieba

Któryś za nas cierpiał rany…

***

XIII
Zdjęcie z krzyża

Kłaniamy Ci się…

Oto tej drogi kolejny fragment
gdy dojrzały owoc spadł z drzewa –
zatem i my mamy wielką szansę
podnieść ów owoc
Bożego Człowieka

Upadajmy przed Nim
ze skruchą i żalem –
podtrzymując Jego martwą głowę
zjednoczny się z umęczonym Ciałem
stanowiąc Jego
choćby najskromniejszą podporę

Któryś za nas cierpiał rany…

***

XIV
Złożenie do grobu

Kłaniamy Ci się…

Grób jest wpisany
w bieg ludzkiej doli i niedoli
znaczonej także masową zagładą –
oby te groby
na zawsze zniknęły z naszej historii;
chociaż jakieś grobowe ciemności
nam pozostaną

Być może
będziemy wówczas szli
po omacku
ale z promieniem światła
przed nami
abyśmy już w życiu pozagrobowym
podobnie jak Jezus
z martwych powstali

Któryś za nas cierpiał rany…

***

Koniec drogi krzyżowej
jest także jej początkiem
z jasno naszkicowanym kierunkiem –
o ile zechcemy pójść
w szarej codzienności
razem z cierpiącym
i kochającym Jezusem

Ojcze nasz. Zdrowaś Mario…
Chwała Ojcu…

Wykorzystano stacje Drogi Krzyżowej wykonane techniką sgrafitto – autorstwa s. Almy Skrzydlewskiej FSK. Znajdują się one wewnątrz kościoła św. Marcina w Warszawie

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski

Tajemnica nadziei

On, Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. To zdanie zapisane jest w soborowej konstytucji Gaudium et spes (nr.22). Powtarza je dwukrotnie św. Jan Paweł II w swej pierwszej encyklice Redemptor hominis, dodając: człowiek – każdy bez wyjątku – został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ z człowiekiem – każdym bez wyjątku – Chrystus jest w jakiś sposób zjednoczony, nawet gdyby człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy(nr.14):

A więc, w jakiś sposób z każdym człowiekiem! Obszerne objaśnienie znajduję u Thomasa Mertona: Bóg nie tylko umiłował swoje stworzenie jako Ojciec, ale w nie wstąpił, ogołacając Samego Siebie, skrywając się, jakby nie był Panem, tylko stworzeniem... chociaż jest oczywistą prawdą, że jest Królem i Panem wszystkich, zwycięzcą śmierci, sędzią żywych i umarłych, Pantokratorem, to jednak jest także Synem Człowieczym.

Ale ponieważ stał się człowiekiem, zjednoczył ludzką naturę ze Sobą, umarł za ludzi i zmartwychwstał w ludzkim ciele, spowodował, że cierpienia wszystkich stały się Jego cierpieniami; ich słabość i bezbronność stała się Jego słabością i bezbronnością.

Bóg stając się człowiekiem nie stał się jedynie Jezusem Chrystusem, ale też potencjalnie każdym mężczyzną i każdą kobietą, jacy kiedykolwiek istnieli. W Chrystusie Bóg stał się nie tylko tym konkretnym człowiekiem, ale też, w szerszym i bardziej mistycznym sensie, jednak niemniej prawdziwie, wszystkimi ludźmi.

Jeżeli wierzymy we Wcielenie Syna Bożego, to powinniśmy w każdym człowieku na ziemi dostrzegać mistyczną obecność Chrystusa (Nowy posiew kontemplacji, 1999, str. 280–283).

Mam ochotę napisać: a cóż to za wielka prawda i niezwykła tajemnica! Z pewnością, ogromna większość ludzi, ani w przeszłości ani teraz nie zdaje sobie sprawy, nie rozumie, nie przeżywa tej tajemnicy. Czy nie dotyczy to także większości ludzi ochrzczonych, większości chrześcijan? Mieściłem się wśród nich przez większość mojego życia, bo dopiero całkiem od niedawna rozmyślam nad tą tajemnicą, a przecież czytałem kiedyś i konstytucję Gaudium et spes (uchwaloną ponad 55 lat temu) i encyklikę Redemptor hominis (wydaną przed 42 laty). Jeżeli tak wolno dociera, dojrzewa i upowszechnia się prawda, to rzeczywiście młyny kościelne mielą powoli. Inni mówią: młyny Boże mielą powoli.

Oczywiście, chrzest, a potem inne sakramenty, Eucharystia i Komunia święta, modlitwa i adoracja, Pismo Święte, i świadome starania człowieka o rozwój życia wewnętrznego i moralnego, ustanawiają, a potem pogłębiają, umacniają i odnawiają więź z Chrystusem, a przez Niego z Ojcem i Duchem Świętym; czynią z chrześcijan Lud Boży, albo inaczej – mistyczne Ciało Chrystusa.

Niemniej mam przyjąć do wiadomości, że znamię Chrystusowe – jeśli można użyć takiego określenia – dzięki Wcieleniu Syna Bożego, jest obecne w każdym człowieku na tym świecie. To jest – czy powinien być (?) – ważny argument w debatach o świętości każdego życia ludzkiego.

Dobrze, ale jest przecież grzech, tajemnica nieprawości (misterium inequitatis), są grzechy wielkie, zbrodnie, okrucieństwa, pycha i wyrafinowane kłamstwa, oszustwa i zdrady, wywoływanie wojen i niszczycielskich konfliktów; jest jawna i ukryta walka z Chrystusem i z Kościołem; jest, ostatnio, plaga apostazji, odstępstwa, wyrzeczenia się aktu chrztu, wystąpienia ze wspólnoty Kościoła... Są ludzie, którzy to wszystko czynią. Co z nimi?

Za głupi jestem, by głębiej wchodzić w tę trudną materię. Nie mam zamykać oczu na zło, ale mam rozróżniać między złem słów i czynów, idei i ideologii, a sądem o człowieku, zwłaszcza o jego ostatecznym losie. Świadomość tajemnicy, że Jezus umarł za wszystkich, ale też, że przez swe wcielenie w każdym człowieku odcisnął znamię swej obecności – powinna mnie chronić przed sądami zbyt pochopnymi, przed słowami złymi i złośliwymi, przed niekontrolowanymi wybuchami gniewu, także tam, gdzie święte oburzeniejest uzasadnione, a zwłaszcza przed pogardą i nienawiścią w stosunku do kogokolwiek.

Kiedy się zezłościsz – mówi Papież Franciszek – co powinieneś czynić? – Idź, oręduj za tą osobą. To nam bardzo pomoże. W innej swej katechezie Papież wzywa, do modlitwy także za zatwardziałych grzeszników, ludzi najgorszych, najbardziej skorumpowanych przywódców ponieważ Jezus wstawia się za wszystkimi.

Mam więc przyjąć również tę prawdę: Jezus wstawia się za wszystkimi. Czy nie umarł także za wrogów swoich? Czy nie wstawia się, i nie walczy o nas, o każdego i każdą z nas, także wtedy, gdy zsyła lub dopuszcza trudne i te najtrudniejsze doświadczenia? I czy nie pragnie jakiegoś naszego, to znaczy również mojego, udziału w tym Jego wstawiennictwie? Przez modlitwę, post, dobre czyny i postanowienia, dobrowolne ofiary?

To są dobre pytania do przemyśleń w czasie Wielkiego Postu. A potem w czasie Świąt Zmartwychwstania Pańskiego może inne pytania: Panie, co z nami? Panie, co z grzesznikami?

W Twoim miłosierdziu, Panie Zmartwychwstały, cała nasza nadzieja.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht

Bądź cudem bez rozgłosu

WStarym Testamencie opisane są cuda, których Bóg dokonuje na modlitewną prośbę proroka Elizeusza. Są to cuda bez rozgłosu. Chociaż dokonało się coś nadzwyczajnego: wskrzeszenie chłopca i rozmnożenie pokarmu, to wydarzenia te owiane są głęboką ciszą do tego stopnia, jakby nic wielkiego się nie stało (2 Krl 4,8-44).

Przypatrzmy się bliżej tym cudom bez rozgłosu.

Prorok Elizeusz był zaprzyjaźniony z pewną rodziną z małym synem. Prorok często po codziennych trudach odwiedzał tę rodzinę, aby odpocząć i nabrać sił na dalsze posługiwanie Bogu i ludziom. Pewnego dnia chłopiec ciężko zachorował i umarł w ramionach swej matki. W tej trudnej sytuacji matka dziecka szukała ratunku w interwencji proroka.

I stało się, że Elizeusz przyszedł do domu, gdzie leżał zmarły chłopiec, i nie zwlekając, prosił Boga o cud wkrzeszenia dziecka.

Bóg wysłuchał proroka Elizeusza.

Bóg jest zawsze po stronie życia! Jest też i z tymi, którzy rozsiewając miłość i życie, nie zapominają o Jezusowej prośbie -„Niech nie wie twoja lewa ręka o tym, co czyni prawa” – i wysłuchuje ich.

Podobny cud bez rozgłosu sprawił prorok, rozmnażając worek zboża i dwadzieścia chlebów jęczmiennych, które przyniósł mężczyzna z Baal-Szalisza. Elizeusz rozkazał słudze: „Podaj ludziom i niech jedzą”, lecz sługa odrzekł: „Jakże to rozdzielę między stu ludzi?”. Prorok odpowiedział: „Podaj ludziom i niech jedzą”. A ci jedli i jeszcze pozostawili resztki.

I ten cud – to niezauważalne dawanie. To szlachetność, która jest świadectwem prawdy o pięknie Boga i człowieka.

Człowiek przy Bogu staje się Jego stwórczym przedłużeniem na ziemi.

Tu pragnę głośno zawołać: Człowieku, poznaj swoją godność i nią żyj!

W Nowym Testamencie Pan Jezus powiedział o sobie: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca” (Mt 11,29).

Nad jeziorem Genezaret Jezus rozmnaża pięć chlebów i dwie ryby, karmiąc wielką rzeszę ludzi (Mt 14, 13-21). Po tym cudzie oddala się od tego miejsca, aby w ciszy i skupieniu modlić się, dziękując Ojcu Niebieskiemu za to, że ma upodobanie w dawaniu.

Stwórca nieba i ziemi daje zawsze więcej, niż się spodziewamy.

I, co ważne, czyni to bez rozgłosu, bezszelestnie, bezinteresownie.

Bóg pragnie, abyś i ty czynił wiele „cudów” bez rozgłosu.

Każde dobro, które czynisz bezinteresownie, jest cudem sprawiającym Bogu wielką radość. Po prostu: w Jego oczach jesteś wielki!

Kiedy przez całe życie będziesz postępował na drodze „małych cudów”, staniesz się Jego ukochanym „cudem”. Spłynie na ciebie błogosławieństwo; tu – na ziemi i tam – w Królestwie Bożym.

„Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5.5).

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

KONFERENCJE W LASKACH

ks. Tomasz Bek

O radości nadprzyrodzonej

Czy Pan Bóg może mieć poczucie humoru? Pomyślmy... Poczucie humoru nie wymaga posiadania ciała; wszak można je uznać za dyspozycję intelektu, która pozwala dostrzegać szczególny – zwykle zabawny – aspekt rzeczywistości. Można je powiązać z myśleniem i kojarzeniem, a więc uznać za czynność umysłu. A skoro Bóg jest osobą, to ma rozum i wolną wolę. Posiada intelekt. Poza tym, jeśli człowiek posiada zmysł humoru i potrafi posługiwać się nim, to chyba został przez kogoś w ten dar wyposażony. Stworzenie nie może przewyższać swego Stwórcy, a to, co przysługuje stworzeniu, przysługuje Stwórcy w sposób o wiele doskonalszy, z wyjątkiem braku i niedoskonałości. A przecież zmysł humoru nie wiąże się z żadnym brakiem ani niedoskonałością, skoro pośród wielu sprawności można wyróżnić cnotę „eutrapelii” – określaną po łacinie iucunditas, a po polsku można by ją opisać jako żartobliwość, wesołość, a może nawet dowcipność.

Starożytny filozof rzymski Epiktet uczył, że „wszystko zależy od sposobu patrzenia”. Ten sam obiekt bowiem dla jednego może być powodem do smutku, dla drugiego zaś motywem radości. Poczucie humoru daje poniekąd okazję do takiego spoglądania - patrzenia z różnych perspektyw na historię naszego życia. Broni więc nas przed załamaniem się i zniechęceniem, a kiedy człowiek już jest przygnębiony, wówczas podnosi. Przypomnijmy sobie chociażby różnicę między pesymistą a optymistą w kontekście pytania: „Czy szklanka jest do połowy pusta, czy do połowy pełna?”.

Święty jest zdolny do życia pełnego radości i poczucia humoru i nie tracąc realizmu, oświeca innych pozytywnym i pełnym nadziei duchem. Bycie chrześcijanami jest „radością w Duchu Świętym” (Rz 14, 17) i w konsekwencji staje się egzystencjalnym przeżyciem, że Bóg jako źródło prawdziwego szczęścia, wystarczy. Jeśli więc pozwolimy Panu, aby w nas działał, to wtedy On może wydobyć każdego człowieka z jego własnej skorupy i przemienić jego życie, by ten mógł wypełnić prośbę św. Pawła ukazaną w Liście do Filipian: „Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!” (Flp 4, 4). A radość, do której nawołuje apostoł nie jest ani powierzchowna, ani czysto emocjonalna. Raczej dotyka ona głębi ludzkiej istoty. Łączy się z oczekiwaniem na Jezusa i Jego obecnością pośród swego ludu. Bo przecież, gdy jest Jezus, ciemności grzechu zostają rozświetlone Jego miłością, a pustynna samotność zostaje ubogacona osobistym spotkaniem z Tym, który jest Pełnią.

Zauważmy, że Maryja, która umiała odkryć nowość przynoszoną przez Jezusa, śpiewała: „Magnificat, anima mea Domi-num!” – „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. Ta radość związana jest z uznaniem własnej małości wobec Najwyższego, z przyjęciem, że Ten, którego imię Pan, spogląda na uniżenie Służebnicy swojej. Uniżenie Maryi zatem to wywyższenie Boga i uwielbienie Go za wielkie rzeczy, które czyni. W Starym Testamencie „wielkimi rzeczami” były cudowne interwencje Boga w historii Narodu Wybranego. Dla Maryi zaś wielką rzeczą jest dziewicze poczęcie Syna. Ale pamiętajmy, że Pan Bóg zawsze dokonuje rzeczy wielkich; On sam przecież jest wielki, najwyższy spośród wszelkiego jestestwa; realizacja natomiast Jego dzieł dokonuje się przy współpracy maluczkich – osób, które w duchu wierności – w ciszy i w ukryciu – potrafią służyć.

Kiedyś św. Teresa z Lisieux wyjaśniała karmelitańskim nowi-cjuszkom, co to znaczy być małym i co należy czynić, aby nabyć ducha dziecięctwa. „Być małym – twierdziła Święta – to uznawać swą nicość, to oczekiwać wszystkiego od Boga, jak małe dziecko oczekuje wszystkiego od swego ojca. Niczym się nie kłopotać ani nie gromadzić mienia. Nawet w domu ubogich, póki dziecię jest małe, dają mu to co jest niezbędnie potrzebne, lecz gdy podrośnie, ojciec już go żywić nie chce i mówi do niego: teraz pracuj! możesz już sam dać sobie radę. Otóż, aby nie usłyszeć tego, nie chciałam nigdy być dużą, czułam się niezdolną, by zapracować sama na moje życie, na życie wieczne w Niebie (...) Być małym - kontynuowała Teresa – to nie przypisywać sobie cnót, które się pełni, nie sądzić, że jest się zdolnym do czegokolwiek, lecz uznawać, że Bóg daje swemu małemu dziecku skarb cnót w ręce, aby go używało w potrzebie; lecz jest to zawsze skarb Pana Boga”. Ale bycie małym, to również realizacja prośby, by „...nie zniechęcać się swoimi błędami, bo dzieci upadają często, ale są za małe, aby uczynić sobie wielką krzywdę”.

Magnificat Maryi nie był jednak odosobnionym znakiem radości. Również sam Jezus „rozradował się w Duchu Świętym” (Łk 10, 21), a ludzie potrafili się cieszyć „...ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego” (Łk 13,17b); ale jak nie trudno zauważyć, w życiu człowieka pojawiają się chwile trudne, czasy krzyża. Jak wskazywał Kohelet: „Jest (...) czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, (...) czas szukania i czas tracenia”. Jednak nic nie może zniszczyć nadprzyrodzonej radości, która dostosowuje się do sytuacji życiowej. Mimo więc cierpienia, ta radość „...pozostaje przynajmniej jako promyk światła rodzący się z osobistej pewności, że jest się nieskończenie kochanym, ponad wszystko” (Ojciec Święty Franciszek, Evange-lii gaudium, 6). I co ciekawe, że im „...bardziej panowanie i królowanie Pana Jezusa się utrwala, tym większe szczęście i tym większy pokój i radość wśród walki. Im człowiek bardziej poddany i uległy Bogu jako swemu Panu i Stwórcy, tym bardziej sam Bóg zwycięża w duszy i daje światło i siły do walki” (Matka Elżbieta Czacka, Dyrektorium, 28 II 1931). W każdym z nas przecież „...tyle krzywizny! – wskazywał o. Korniłowicz – Jakaż to radość pomyśleć sobie, że Bóg wszystko to, co jest krzywe, chce w nas wyprostować. Jaka wstępuje w nas moc w stosunku do grzechu. Jeżeli pomyślimy o tym, że mamy Pomocnika, Sprzymierzeńca w tej walce na ziemi ze złem, ze ślepotą, z ciemnotą, który w Swym miłosierdziu wielkim chce nas wyprowadzić z krainy ciemności i naprostować drogi nasze i wyprowadzić kroki nasze na drogi pokoju!”.

Ważne jest zatem, aby pozwalać Bogu przebywać we własnym sercu. Wówczas On sam będzie radością ludzkiego życia. A kiedy człowiek odrzuca Boga, wtedy sytuacja jego wnętrza staje się tragiczna. Kiedy bowiem Pan i Stwórca jest odepchnięty, odtrącony, zapomniany, wówczas serce człowieka samo skazuje się na rozpacz i to na rozpacz, która może naznaczyć całą wieczność.

Nadprzyrodzona radość jest pewnością wewnętrzną, pogodą ducha pełną nadziei, dającą zadowolenie duchowe, niemożliwe do zrozumienia według kryteriów świata. Zazwyczaj radości chrześcijańskiej towarzyszy poczucie humoru, tak widoczne, na przykład u św. Tomasza Morusa, św. Wincentego a Paulo, czy też św. Filipa Nereusza. Pewnego razu, ostatni z wymienionych świętych, odwiedził więzienie. Szedł od celi do celi i pytał po kolei wszystkich więźniów, za co są skazani i dlaczego znajdują się tutaj. Każdy po kolei odpowiadał, że jest niewinny. Gdy św. Filip doszedł do celi ostatniej, podobnie jak w poprzednich sytuacjach, spytał więźnia dlaczego przebywa w tym miejscu. Ów mężczyzna powiedział, że popełnił wiele złych czynów i słusznie się tu znajduje, bo zasłużył na karę. Po wysłuchaniu tych słów Apostoł Rzymu zwrócił się do strażników: „Tego tutaj proszę wypuścić, bo zepsuje tych pozostałych niewinnych”.

Zły humor nie jest oznaką świętości. Tak wiele przecież otrzymujemy od Pana. On daje nam wszystko. Niekiedy więc ludzki smutek może być związany z niewdzięcznością, z tak wielkim zamknięciem w sobie, że nie jest się zdolnym do przyjęcia Bożych darów. Niewątpliwie dobrą sprawą jest zauważać miłość Boga i umieć delektować się nią, a własne życie przeżywać jako nieustanną odpowiedź na tę miłość. Godne i sprawiedliwe jest dziękczynienie w odniesieniu do Boga-Dawcy, a taka postawa czyni człowieka pięknym i promiennym. Bycie wdzięcznym ma i tę wielką zaletę, że chroni przed popadnięciem w zgorzknienie, pretensjonalność czy pychę. A i tak – jak wskazuje Księga Mądrości Syracha: „Nie jest dane świętym Pana, by mogli opowiedzieć wszystkie godne podziwu dzieła Jego (...) zaledwie iskierką są te, które poznajemy” (Syr 42, 17. 22). Słowo Boże nie tylko ośmiela nas do dziękowania Stwórcy, ale również i zobowiązuje do tego: „Ogłaszajcie przed wszystkimi ludźmi dzieła Boże, jak są godne uwielbienia, i nie wahajcie się wyrażać Mu wdzięczności” – podpowiada Księga Tobiasza (Tb 12,6). Podobne wezwania znajdziemy także w Psalmach lub w pismach św. Pawła, który nalega, by kształtować w sobie „wdzięczne usposobienie” (Ef 5,4). Pamiętamy przecież słowa: „Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!” (Ef 5, 20) albo proste wezwanie: „I bądźcie wdzięczni!” (Kol 3,15).

W każdym dniu mamy wiele powodów, by być wdzięcznymi wobec Boga. Ale jeśli człowiecze serce nie uznaje Stwórcy, to komu ma dziękować? Samemu sobie? Innym ludziom? To trochę za mało. Warto – pisze ks. Korniłowicz w kontekście rekolekcji - „....upraszać łaski dla siebie, dla Zgromadzenia, dla Kościoła,

Ojczyzny – łaski, które Pan Bóg chce nam dać, ale pod warunkiem, że będziemy o nie prosić. Ale nie tylko prosić, ale mamy również wielbić i dziękować (...) słyszeliśmy Ewangelię o 10 trędowatych, którzy otrzymali łaskę. Jeden tylko przyszedł podziękować Chrystusowi za cud – pozostali nie docenili tej wielkiej łaski – nie oddali chwały Bogu za to, co się stało. Pan Jezus pyta ze smutkiem: „A gdzież jest tych dziewięciu?” Piętnuje niewdzięczność ludzką za dary otrzymane od Boga (...) Im lepiej sobie te dary uświadomimy, tym większa obudzi się w nas wdzięczność za nie – tym wierniej oddamy chwałę Bogu”.

Radość, która spotyka człowieka, ma swoje szczególne miejsce przeżywania we wspólnocie. Czym bowiem „...smak truskawek i czereśni bez tego kogoś kto jest obok?”. Braterska miłość pomnaża naszą zdolność do radości, ponieważ czyni nas zdolnymi do radowania się dobrem innych: „Weselcie się z tymi, którzy się weselą” – wzywa Apostoł Paweł (Rz 12, 15), a jeśli „... skupiamy się przede wszystkim na naszych własnych potrzebach, to jesteśmy skazani na życie z niewielką radością”. „Jeżeli osoba, która kocha, może uczynić dobro dla drugiego lub gdy widzi, że drugiemu się powodzi, przeżywa to z radością, to tym samym oddaje chwałę Bogu, ponieważ „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 7), a nasz Pan docenia szczególnie tego, kto cieszy się ze szczęścia innych (...) jak powiedział Jezus, „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35)” (Ojciec Święty Franciszek, Amoris laetitia 110).

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha

Wartość religii w budowaniu kultury pedagogicznej1

W poszukiwaniu kulturowej tożsamości w najtrudniejszych latach doświadczeń

Poczucie własnej godności i tożsamości nigdy nie opuszczało Polaków – nawet w czasach największych zagrożeń. Także w czasie wojny wielu wykazywało się niespotykanym hartem ducha. Przywołać można tutaj jednego z wielkich pedagogów polskich: Zygmunta Mysłakowskiego (1890-1971) – który wyrażał w tamtych warunkach swoje zatroskanie o ducha własnej godności i kulturowej tożsamości. W czasie okupacji hitlerowskiej 7 sierpnia 1942 roku zanotował: „W kulturze naszej tkwi pewien błąd, przez który wiele najcenniejszych egzystencji marnuje się i jałowieje: wydaje się ludziom, że można zbudować własne szczęście, dostosowując się tylko powierzchownie do środowiska społecznego, a w rzeczywistości wycofując się z niego, w głąb życia prywatnego, jak najdalej, tak daleko, jak tylko można bez narażania się na konflikt z obyczajem, normą prawną lub regulaminem instytucji. Powstaje ideał życia w gruncie rzeczy aspołecznego, opartego na programie brania jak najwięcej, dawania jak najmniej. [...]. Wykorzystać cudzą pracę lub własne stanowisko, zebrane środki ulokować w najpewniejszym banku zagranicznym – dla iluż to ludzi było wyrazem najwyższej mądrości życiowej. [...] Nowa kultura powinna być zbudowana na innym przeświadczeniu: że jedynie życie wolne, prawdziwe i szczęśliwe wiedzie przez służbę społeczności. Jak najwięcej dawać, jak najmniej brać, oto jedyna droga do wolności i spokoju, bez potrzeby ucieczki na Galapagos lub inne niezamieszkałe wyspy, których zresztą jest coraz mniej”2.

Z kolei do moich rąk trafiła ostatnio książka Andrzeja Niesiołowskiego ( 1899-1945) Zarys pedagogiki ogólnej. Jest to zaledwie 1/10 jego rękopisów pisanych w niemieckim oflagu. Pozycja ta została wydana przez Uniwersytet Jagielloński w serii: Polska Myśl Pedagogiczna. W jej założeniach jest odtworzenie i zrekonstruowanie „zapomnianych treści polskiej myśli pedagogicznej” oraz odkrywanie „naszej narodowej tożsamości”3.

Gdyby nie śmierć Andrzeja Niesiołowskiego 9 lutego 1945 roku w niemieckim obozie w Dossel (w wieku 46 lat) z pewnością jego ścieżka naukowa nabrałaby wymiarów, które sytuowałyby go w rzędzie najwybitniejszych polskich pedagogów XX wieku.

A. Niesiołowski szczególnie podkreśla we wspomnianym Zarysie syntetyczny charakter swoich założeń pedagogicznych, uwzględniający „wszystkie zasadnicze wartości”; przy czym wyraźnie zmierza ku wartościom transcendentnym, które ze swej natury znacznie poszerzają doczesne horyzonty oddziaływania pedagogicznego i ubogacają go także o wartości wieczne, „które dane nam zostały raz jeden jako fundament naszej cywi-lizacji”4.

Proces poszukiwania kulturowej tożsamości przebiegał w Polsce bardzo gwałtownie, zwłaszcza w latach pięćdziesiątych, następnie siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia – aż do tzw. „okrągłego stołu”. I trwa nadal.

Wspomniane wyżej lata zmagania się i rozliczania z przeszłością, jak również poszukiwania nowych modeli życia, nie ominęły także pedagogiki.

Jednak zaraz po wojnie w ówczesnej Polsce liczyło się tylko to, co „typowe” i oznakowane marką: „socjalistyczne”; wszystko inne, a więc konkretny człowiek w jego niepowtarzalnych i złożonych egzystencjalnie uwarunkowaniach, to przypadki niegodne pedagogicznej uwagi. Obowiązywał wówczas model wychowania „masowego”.

Także stosunek do teoretycznych badań budził sceptycyzm i poczucie zagrożenia. Pedagogiczna teoria była zgoła „czymś niebezpiecznym – jak stwierdza Bogdan Suchodolski – ponieważ mogła zakwestionować wartość czy słuszność praktycznego po-stępowania”5. Innymi słowy, obawiano się jakiegokolwiek twórczego i krytycznego myślenia.

Nic więc dziwnego, że z biegiem czasu zrodziła się potrzeba zmiany przyjętego postrzegania rzeczywistości na odcinku życia społecznego, nie wyłączając również obszaru pedagogicznego myślenia.

Wydaje się, że przynajmniej część tych krytycznych i niedawnych, pięknych pragnień z zakresu społecznej i pedagogicznej odnowy, rozbiła się o zbyt zewnętrzne działania, zmierzające raczej do zmian instytucjonalno-prawnych, za którymi nie zawsze kryła się prawdziwa chęć wewnętrznej przemiany człowieka. Po okresie radosnego entuzjazmu z odzyskanej wolności – jak to diagnozuje biskup Jan Chrapek – pojawiło się zmęczenie i gorycz, a nawet wewnętrzna, nie zawsze szlachetna chęć rywalizacji; choć tęsknota za „czymś więcej”, za nieskończonością, za metafizyką, za doświadczeniem religijnym nigdy nie opuszczała Polaków. Jednocześnie przestrzega biskup J. Chrapek przed zjawiskiem lokowania tej tęsknoty w rożnego rodzaju wspólnotach o zabarwieniu sekciarskim. „W tym czasie przemian – stwierdza biskup Jan Chrapek – doświadczamy pewnego chłodu, lodowa-tości międzyludzkich stosunków, braku czasu dla siebie nawzajem, kultu dla ludzi sukcesu, dla ludzi, którzy czegoś dokonali. Z tego kultu rodzi się oczywiście określony stosunek do siebie nawzajem. Jest to świat naznaczony wszechwładną obecnością coraz bardziej precyzyjnych mediów informatycznych. Media -od tych najprostszych, aż po telewizje wysokiej rozdzielczości i media wirtualne, takie jak film czy telewizja, to współczesne technologie komunikowania, a jednocześnie pewnego rodzaju konkurencyjny wychowawca” 6.

By mówić o prawdziwej, wewnętrznej odnowie, trzeba zatem „czegoś więcej”, niż rozbudowana technologia komunikacyjna i wyszukana frazeologia, oraz idee często oderwane od życia. O to „coś więcej” – jak się wydaje – chodzi również chrześcijańskiej pedagogice personalno-egzystencjalnej, której twórcą jest Janusz Tarnowski7. A zwłaszcza ta jej warstwa treściowa, którą najogólniej możemy określić jako swoistego rodzaju „upomnienie się” o kulturę pedagogiczną.

Rola czynnika religijnego w poszukiwaniu sensu życia

Zanim dokładniej przeanalizujemy problem kultury pedagogicznej, zwróćmy najpierw uwagę na to „coś więcej”, podkreślając rolę czynnika religijnego w strukturze osobowej człowieka. W związku z tym nawiążemy do poziomów rozwoju w ujęciu Kazimierza Dąbrowskiego – twórcy koncepcji dezintegracji pozytywnej. Chodzi o najwyższy z tych poziomów, nazywany integracją wtórną, który można nazwać szczytem rozwoju człowieka. Autor tej koncepcji stwierdza, że „Na poziomie wtórnej integracji ideał osobowości jest podstawowym źródłem życia wewnętrznego i zewnętrznie wyrażonego postępowania”8.

Swoistego rodzaju interioryzacja (uwewnętrznienie) wartości prowadzi więc do autentycznego ich przeżywania, zwłaszcza w sytuacjach jakiegokolwiek zagrożenia. Najwyraźniej ujawnia się to w sytuacjach egzystencjalnych (losowych), kiedy dochodzi nieraz do szczytu rozwoju osobowego na przykład u osób dotkniętych jakąkolwiek niepełnosprawnością, cierpieniem lub znajdujących się w obliczu utraty życia. Odkrycie przez nich wówczas wartości duchowych, które przekraczają ich smutek i ograniczenia, jest być może tym, co stanowi „koło zamachowe” w odnajdowaniu najgłębszego sensu w ich bardzo nieraz skomplikowanym życiu.

Jan Paweł II podczas audiencji generalnej w dniu 19 października 1983 roku powiedział między innymi, że człowiek, poszukując sensu swojego życia „dosięga swego szczytu i otwiera się przed religią. Religijność bowiem stanowi najwznioślejszy wyraz osoby ludzkiej, gdyż jest szczytem jego rozumnej natury. Wypływa ona z głębokiego dążenia człowieka do prawdy i stanowi podstawę swobodnego i osobistego poszukiwania Boskości”9.

Doniosłą rolę odgrywa w tym procesie także tzw. „zmysł religijny”, na który zwraca uwagę L. Giussani. Ów „zmysł religijny” jest wpisany w naturę ludzką; daje się rozpoznać jako coś, co ogarnia całość życia człowieka: „miłość, naukę, politykę, pieniądze aż po posiłek i odpoczynek, bez zapominania o czymkolwiek: o przyjaźni, nadziei, przebaczeniu, złości czy cierpliwości”10.

Ksiądz Tadeusz Fedorowicz – zmarły w opinii świętości duszpasterz niewidomych w Laskach – w 1947 roku na święta wielkanocne napisał list do sióstr przebywających w Żułowie – jednej z ważnych placówek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach – o następującej treści:

„To myśl stara, ale jakby wciąż nowa, że BÓG JEST. I nie umiem tej myśli inaczej powiedzieć, tylko tymi dwoma słowami: Bóg jest. Ale ta rzeczywistość, którą te słowa wyrażają, jest tak uderzająca, tak nowa, tak olśniewająca, że kiedy się ją trochę pojmie, to ustaje myśl osłupiała i oczarowana i serce zamiera z wrażenia. Bóg jest (...)

Jest ten Wieczny, który się nie zaczął i nie skończy, ten Wszechmocny, przed którym świat cały przez Niego stworzony jest pyłkiem znikomym, ten Wszechobecny, który jest swą mocą w każdej rzeczy stworzonej i w duszy każdej z Sióstr, ten Ojciec, od którego wszelkie ojcostwo pochodzi, który kocha swoje dzieci, jak nikt nigdy na ziemi kochać nie umiał. On jest naprawdę. Nie może nie być! To Jego najgłębsza ISTOTA, ŻE JEST. „Jam jest, którym jest” – powiedział Mojżeszowi z krzaka gorejącego. Czy ludzie chcą czy nie chcą, On jest. Choćby pisali tysiące niby uczonych książek, że Go nie ma – bo nie chcą, by był – to mimo to On jest. Gdyby Jego nie było, to by niczego nie było. Każda najmniejsza rzecz, która jest, mówi że ON JEST. Każdy kamień na drodze i kwiat na łące, i gwiazdy na niebie, i krople deszczu i rosy, i ptaszki śpiewające – i przede wszystkim dusze nasze takie spragnione Jego, spragnione, żeby On był.

To, że Bóg jest, to jest największa i najważniejsza, i najcudowniejsza prawda. (.) Chrystus najpierw dał świadectwo tej prawdzie. „W tym jest żywot wieczny, aby poznali Ciebie, jedynego Boga żywego i któregoś posłał, Jezusa Chrystusa”11.

Nade wszystko chodzi więc o to, aby na nowo odkryć osobę Jezusa Chrystusa w swoim życiu. Dlatego Jan Paweł II na początek nowego tysiąclecia napisał List Apostolski Novo Millennio Ineunte, w którym wskazuje na wielowiekowe zakotwiczenie kultury w tradycji chrześcijańskiej jako najpewniejszym drogowskazie życia. Chciałoby się powiedzieć: vetera et nova, czyli przeszłość, i to, co odkrywamy jako nowe, mają stanowić program naszego rozwoju, w którego centrum wciąż pozostaje osoba Jezusa Chrystusa. Mimo zmienności epok Ojciec Święty nieustannie powtarza: „Program ten nie zmienia się mimo upływu czasu i ewolucji kultur, chociaż bierze pod uwagę epokę i kulturę, aby możliwy był prawdziwy dialog i rzeczywiste porozumienie. Ten właśnie niezmienny program jest naszym programem na trzecie tysiąclecie”(NMI 29).

Znaczenie kultury pedagogicznej w chrześcijańskim wychowaniu

Mając na uwadze podkreślenie wartości religii w budowaniu kultury pedagogicznej, musimy uwzględnić szeroki zakres tego pojęcia. Dlatego spróbujmy odwołać się do definicji.

Wincenty Okoń kulturę pedagogiczną określa jako dziedzinę, „która jest szczególnie związana ze sprawami wychowania i oświaty. Jej elementy składowe to ogół urządzeń wychowawczo--oświatowych, piśmiennictwo pedagogiczne, twórczość pedagogiczna oraz dotyczące edukacji przekonania i postawy reprezentowane zarówno przez pedagogów i nauczycieli, jak przez całe społeczeństwo”12.

Z kolei Czesław i Małgorzata Kupisiewiczowie stwierdzają, że dzięki kulturze pedagogicznej „podstawę działalności dydaktyczno-wychowawczej stanowi partnerskie traktowanie dzieci i młodzieży przez rodziców i nauczycieli, zaznajamianie ich z najważniejszymi osiągnięciami światowej i narodowej kultury oraz wdrażanie do recepcji tych osiągnięć”13.

Jakkolwiek by chcieć określić pojęcie kultury pedagogicznej, jedno jest pewne, że musi tutaj pojawić się umiejętność współpracy rodziny i szkoły, oraz właściwie rozumiana pomoc pedagogiczna skierowana pod adresem wszystkich podmiotów, mających na celu optymalny rozwój dziecka. Stąd potrzeba szeroko rozumianej pedagogizacji; ale takiej, aby rzeczywiście pomagać a nie wyręczać z osobistego wysiłku wychowanka.. Chodzi więc nie o gotowe recepty, ale sposób takiego pedagogizowania, który pozwoli uruchomić mechanizmy samopomocowe, o wiele trwalsze i skuteczniejsze niż doraźne wsparcie. Ten trud mądrego wspomagania można nazwać jeszcze inaczej: jako „rodzinną kulturą pedagogiczną”, która „jest podstawowym warunkiem prawidłowego i efektywnego wychowania dziecka w rodzinie”14.

Kultura pedagogiczna rodziców i nauczycieli oraz całego społeczeństwa powinna prowadzić do dojrzałego rozwoju osobowego nas wszystkich, gdzie kluczową rolę odgrywa osobisty przykład. W związku z tym, aby skutecznie pomagać w budowaniu owej kultury pedagogicznej, Maria Ryś zwraca uwagę na następujące cechy osobowe: autentyczność i szczerość, akceptacja siebie, prawidłowa samoocena, otwartość na innych, wolność szanująca najważniejsze wartości. Osoba taka powinna również umieć wybaczyć sobie i innym oraz spotykać się z innymi w wyjątkowej relacji prawdziwej miłości. „Ważne jest także, aby to była osoba o głębokiej empatii, rozumiejąca drugiego człowieka i potrafiąca z miłością wejść w jego świat”15.

Chodzi o to, aby pojawiła się u dziecka i dorastającej młodzieży – w dobrym tego słowa znaczeniu – chęć naśladownictwa dobrych przykładów, co pięknie wyraża łacińskie przysłowie: verba docent, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają.

Dochodzi więc do sytuacji, w której dziecko, a później dorastająca jednostka, niejako „staje na własnych nogach”; choć -w chrześcijańskiej koncepcji wychowania – może ona wciąż liczyć na dalsze wspomaganie przez Boga samego, rodziców i wychowawców, biorąc stopniowo swój los w swoje ręce.

Zakorzenienie kultury pedagogicznej w religii warunkiem pełnego rozwoju człowieka

W tym procesie „stawania na własnych nogach” religia, a w niej osobowe odniesienie do Boga, stanowi wciąż zasadniczy punkt odniesienia. Jest podstawową wartością, która nadaje właściwy sens wszystkim innym wartościom oraz stać się może czynnikiem najpełniejszego rozwoju człowieka. Wyeliminowanie jej z życia człowieka może powodować poważne wręcz zagrożenia i prowadzić do zubożenia wewnętrznego, a także do pomniejszenia tego, co nazywamy kulturą w jej najgłębszym rozumieniu.

Franciszek Adamski w związku z tym przestrzega: „Odrzucenie wartości religijnych i wartości z nimi związanych stwarza iluzję doskonałości człowieka i jego nieskończonych możliwości, a w końcu ułudę, iż wszystko jest jednakowo dobre, wszystko się dzieje dobrze, nawet gdy w imię wzniosłych haseł niszczy się samego człowieka”16.

Wspomniana już wcześniej pedagogika personalno-egzysten-cjalna księdza Janusza Tarnowskiego – oprócz takich kategorii jak: spotkanie, dialog i zaangażowanie – akcentuje również kategorię autentyzmu, która ułatwia człowiekowi drogę do Prawdy. Nie można więc nie włączyć tego istotnego ogniwa pedagogicznych poszukiwań także w horyzont pracy nad kulturą pedagogiczną, z fundamentalną rolą religii włącznie.

Chodzi przy tym o swoistego rodzaju triadę w odkrywaniu owej Prawdy: zarówno wobec siebie, bliźnich i Boga samego. W personalno-egzystencjalnej koncepcji człowieka istota ludzka z natury niejako jest otwarta na te trzy płaszczyzny realizacji swojego człowieczeństwa17.

W procesie nieraz żmudnych poszukiwań najgłębiej rozumianej tożsamości, podkreśla się więc szczególną rolę czynnika nadprzyrodzonego, który nie jest tylko działaniem dziwnego splotu „losowych przypadków”. Ów splot różnego rodzaju sytuacji życiowych, w koncepcji pedagogiki personalno-egzystencjalnej, rozumiany jest jako Boża Opatrzność, która niejako ostatecznie decyduje – bez pogwałcania ludzkiej woli – o godnej lub niegodnej realizacji siebie.

Nie kwestionując zatem aspektu humanistycznego w wychowaniu, jednocześnie koncepcja ta otwiera się na Transcendencję, jako warunek pełnego oraz integralnego rozwoju człowieka, a zarazem właściwy kierunek chrześcijańskiego budowania także kultury pedagogicznej.

Powyższe refleksje korespondują z koncepcją rozwoju człowieka w ujęciu Stefana Swieżawskiego, który formułuje swoje przesłanie, kojarząc kulturę pedagogiczną z „kulturą ducha”. W swoim wystąpieniu, skierowanym do personelu pedagogicznego w Laskach 28 sierpnia 1986 roku stwierdził, że „głębokie źródła i pokłady kultury tkwią znacznie głębiej niż to się zwykle przypuszcza – ujawniają się najbardziej tam, gdzie spotykamy się ze «znakami, którym się ludzie sprzeciwiają». Pojawia się tu w całej pełni słuszność sławnego już rozróżnienia Marcelowskiego między «być» i «posiadać». Okazuje się to bardzo wyraźnie, że być kulturalnym, a więc być wyposażonym w to, co stanowi istotę kultury ducha, jest nieporównanie ważniejsze i cenniejsze niż posiadanie największych nawet skarbów”18.

Nie wystarczy zatem „posiadanie” wyuczonych nawet na pamięć zasad savoir vivru i techniczne opanowanie określonych gestów, popisując się nimi w tzw. towarzystwie, ale chodzi o nieustające „bycie” w pełni tego słowa znaczeniu człowiekiem kultury.

Oznacza to stałą gotowość „bycia” dla innych, czyli pełne zaangażowanie w proces pedagogicznego wspomagania. Konsekwentnie więc można stwierdzić, że owa „kultura ducha”, kojarzona także z kulturą pedagogiczną, wykracza poza sferę tylko posiadania, a utożsamiana jest z najgłębszą istotą „ja” człowieka.

Osobowe spotkanie z Bogiem u podstaw kultury pedagogicznej

Zmierzając do podsumowania powyższych rozważań zwróćmy uwagę na kilka narzucających się wniosków. Przede wszystkim, należałoby podkreślić to, że włączając kulturę pedagogiczną do współczesnej nauki o wartościach, jednym z podstawowych założeń powinno być zagwarantowanie jej stałości. Nie można „być” człowiekiem kultury tylko od czasu do czasu, w zależności od sprzyjających lub niesprzyjających uwarunkowań. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy zauważa się wciąż rosnącą tendencję do relatywizowania wszystkiego – także na płaszczyźnie etycznej.

Wydaje się, że również ograniczanie się w sferze wartości jedynie do wymiaru humanistycznego – jakkolwiek godne szacunku i uznania – nie może nam wystarczać. Istnieje zatem potrzeba zwrócenia się ku wartościom niejako przekraczających nas samych, a co wcześniej nazwaliśmy potrzebą upominania się w życiu o „coś więcej”.

Aksjologia pedagogiczna wskazuje na dwukierunkowość tej potrzeby, którą można jeszcze inaczej nazwać potrzebą transcendencji. Z jednej strony pozwala nam ona ukierunkować się na to, co „poza nami”, by jednocześnie bardziej odkryć samych siebie. Pięknie wyraził to Władysław Stróżewski: „istota człowieczeństwa zakłada jego transcendencję, jego nieustanne przekraczanie siebie i wychowanie poza siebie, zawsze ku i zawsze dla. Przekraczanie siebie, budowanie człowieka w sobie, ale nie tylko dla siebie”19.

Urszula Ostrowska dodaje, że „owa transcendencja nie jest bynajmniej podróżą tylko w jedną stronę. Jest też droga powrotna. Niemniej ów powrót dotyczy osoby bogatszej w doświadczenia i wiedzę. Inaczej rzecz ujmując, transcendencja wiedzie wówczas ku zakorzenieniu”20.

Z punktu widzenia prakseologii pedagogicznej, w tego rodzaju aksjologii, w której szczególnie podkreślamy „zakorzenienie” religii w budowaniu najgłębiej rozumianej kultury pedagogicznej, ważne jest najpierw zdobycie wiedzy o hierarchii wartości w ogóle; następnie wolny wybór wartości najważniejszej (nie może być mowy o jakiejkolwiek formie przymusu) i wreszcie zinternalizo-wanie najważniejszej z nich, czyli jej uwewnętrznienie, a więc przyjęcie jej za swoją własną.. Będzie to oznaczało nie tylko dbałość o zewnętrzne praktyki religijne, ale przede wszystkim troskę o takie ich „uwewnętrznienie”, które będzie prowadzić do osobistego spotkanie z Bogiem, nadając życiu człowieka najgłębszy sens.

A zatem przed rodzicami i wychowawcami – a także przed każdym z nas – jawi się ten rodzaj aksjologii, która umiejętnie wdrażana w życie, powinna pozwolić na realizację jednego z najważniejszych pedagogicznych wyzwań, otwierających drogę do najpełniejszego ludzkiego rozwoju.


1 Temat ten został zaprezentowany w .2018 r. w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie podczas konferencji naukowej zorganizowanej z okazji jubileuszowych obchodów 10‑lecia istnienia Wydziału Nauk Pedagogicznych tej uczelni. Powyższy tekst ukazał się również w wydaniu książkowym pt. WARTOŚCI – CZŁOWIEK – WYCHOWANIE. Aksjologia w europejskich systemach edukacyjnych, red. M. Czarnecka, S. Dziekoński, A. Gralczyk, J. Michalski, Wydawnictwa Naukowe UKSW, Warszawa 2019. powrót do treści

2 Za: T. Nowacki (red naukowa), W poszukiwaniu podstaw pedagogiki. Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), Warszawa 1999, s. 25–26. powrót do treści

3 A. Niesiołowski, Zarys pedagogiki ogólnej. Rękopis z oflagu. Odczytanie i opracowanie J. Kostkiewicz., Kraków 2017, s 2. powrót do treści

4 Tamże, s. 46 powrót do treści

5 B. Suchodolski, O pedagogikę na miarę naszych czasów, Warszawa 1958, s. 563. powrót do treści

6 J. Chrapek, Jak na nowo odkryć swoje powołanie pedagogiczne?, w: „Laski”, nr 3/1996, s. 37–38. Por. J. Placha, Pedagogika wewnętrznej odnowy, w: „Warszawskie Studia Teologiczne”, XXII/2/2009, s. 301. powrót do treści

7 J. Tarnowski, Problem chrześcijańskiej pedagogiki egzystencjalnej, Warszawa 1982. powrót do treści

8 K. Dąbrowski, Funkcje i struktura emocjonalna osobowości, Lublin 1984, s. 69. powrót do treści

9 Jan Paweł II, Audiencja generalna 19.X.1983., w: „L’Osservatore Romano” (wydanie polskie), 10(1983), s. 24. powrót do treści

10 L. Giussani, Zmysł religijny, Poznań 2000, s. 65. powrót do treści

11 Za: I. Broszkowska, Szczęśliwe życie. Opowieść o księdzu Tadeuszu Fedorowiczu, Warszawa 2018, s. 138–139. powrót do treści

12 W. Okoń, Nowy Słownik Pedagogiczny, Warszawa 1998, s. 198. powrót do treści

13 Cz. Kupisiewicz, M. Kupisiewicz, Słownik Pedagogiczny, Warszawa 2009, s. 91. powrót do treści

14 A. Skreczko, Rola Kościoła katolickiego w kształtowaniu kultury pedagogicznej rodziców w Polsce, Białystok 2011, s. 30. powrót do treści

15 M. Ryś, Wspieranie rozwoju osobowego w rodzinie, w: M. Ryś, M. Jankowska (red.), W trosce o rodzinę, Warszawa 2007, s. 40. powrót do treści

16 F. Adamski, Kultura między sacrum i profanum, w: F. Adamski (wybór tekstów i red.), Człowiek, wychowanie, kultura, Kraków 1993, s. 206. powrót do treści

17 J. Tarnowski, Wychowanie do autentyczności, w: „Chrześcijanin w świecie”, nr 29/3, 1974, s. 70–71. powrót do treści

18 S. Swieżawski, Kultura a filozofia, w: „Laski” nr. 1–2(45–46), 2002, s. 16. powrót do treści

19 Za: red. B. Śliwerski, Pedagogika, tom 1, Gdańsk 2006, s. 399. powrót do treści

20 Za: Tamże, s. 399. powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

BEZ AUREOLI

Z okazji dwustulecia urodzin jednego z największych polskich poetów, uchwałą Sejmu Rzeczypospolitej, rok 2021 został ogłoszony „Rokiem Cypriana Kamila Norwida”. Tym bardziej więc i na łamach LASEK nie może zabraknąć miejsca dla tego wybitnego poety – nieco zapomnianego i nie zawsze docenianego.

Refleksja ks. Zygmunta Podlejskiego z pewnością przybliży nam tę postać i uwypukli jego geniusz nie tylko w zakresie wkładu do literatury polskiej i szeroko rozumianej kultury, ale także jako człowieka głębokiej wiary w Boga.

Redakcja

ks. Zygmunt Podlejski

Cyprian Kamil Norwid
1821–1883
W dwusetną rocznicę urodzin

Cyprian Norwid przyszedł na świat 24 września 1821 roku we wsi Laskowo-Głuchy, leżącej na Mazowszu między Radzyminem a Wyszkowem. Cyprian był trzecim dzieckiem Jana Norwida i jego żony Ludwiki ze Zdzieborskich. Ojciec Cypriana pochodził z rodziny szlacheckiej ze Żmudzi i był z wykształcenia prawnikiem, matka była szlachcianką z Mazowsza. Norwid został ochrzczony w kościele parafialnym w Dąbrówce i otrzymał na chrzcie imiona: Cyprian, Ksawery, Gerard i Walenty.

Cyprian miał cztery lata, gdy przyszło mu pożegnać matkę. Pani Ludwika została pochowana na cmentarzu parafialnym w Dąbrówce. Czwórką dzieci zajęła się prababcia Hilaria, bo ojciec przebywał w Warszawie, gdzie pełnił ważną funkcję w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Pan Jan Norwid ożenił się po raz drugi w 1827 roku z Ludwiką Rembielińską, ale małżeństwo to okazało się niewypałem.

Po śmierci prababci Hilarii dziećmi zajęli się dalsi krewni. W czasie powstania styczniowego Jan Norwid sprowadził swoje dzieci do Warszawy. Po zakończeniu działań wojennych Cyprian i starszy brat Ludwik zdali egzamin do drugiej klasy Gimnazjum Wojewódzkiego na Lesznie, jednak po roku przerwali naukę z powodu braku opieki. Dzieci Norwidów były praktycznie sierotami, jako że ojciec przebywał w Mariampolu, gdzie pełnił funkcję komisarza obwodowego. Dręczony wyrzutami sumienia, wrócił jednak do Warszawy, gdzie zajął stanowisko kasjera w dyrekcji poczt i opiekował się zaniedbanymi synami. Cyprian i Ludwik zdali egzamin do trzeciej klasy gimnazjalnej i uczęszczali do Gimnazjum Gubernialnego na Krakowskim Przedmieściu. Dwoje pozostałych dzieci przebywało na wsi pod opieką krewnych. Cyprian kochał ojca i był do niego mocno przywiązany.

Chłopcy przerwali po raz kolejny naukę, bo ojciec został przeniesiony służbowo do Mińska Mazowieckiego. Po przerwie kontynuowali naukę, zostali bowiem umieszczeni na stancji u guwernera Sahlinga, gdzie czuli się osamotnieni i zdani wyłącznie na samych siebie. Jak widzimy, mieli trudne dzieciństwo.

W 1835 roku ojciec przybył na kurację do Warszawy. Został wówczas aresztowany i zmarł nagle 25 lipca w więzieniu. Sierotami zajęła się trzyosobowa rada opiekuńcza złożona z najbliższych krewnych. Cyprian i Ludwik mogli w dalszym ciągu mieszkać na stancji w Warszawie i kontynuować naukę. Chłopcy czytali zachłannie dostępne książki, rozmawiali godzinami na temat tajemnicy świata, Boga i miłości. Ludwik zajmował się poezją, choć zapisał się do Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego w Marymoncie, a Cyprian zrezygnował z edukacji gimnazjalnej i wybrał prywatną szkołę malarską Aleksandra Kokulara, bo poczuł nieodpartą chęć, żeby zostać Rembrandtem. Robił zaskakujące postępy, rysując w krótkim czasie cykl obrazków rodzajowych, nad którymi mistrz Aleksander stawał zaskoczony i zadumany. Cyprian był nieprzeciętnie utalentowany. W szkole nawiązał bliski kontakt z artystą malarzem Janem Klemensem Minasowiczem, który stał się jego opiekunem i mistrzem.

Cyprian miał świadomość politycznego zniewolenia. Władze carskie prześladowały polskich patriotów. Polska literatura i sztuka rozwijały się w podziemiu. Chłopak odkrywał ich piękno i zaangażowanie w walkę o wolność ducha i sprawiedliwość.

W tym czasie przeżywał swoją pierwszą, młodzieńczą miłość. Jego wybranką była kuzynka, piętnastoletnia Brygida Dybowska. Pod wpływem pierwszych porywów serca zaczął pisać sonety opiewające piękno miłości i smutek z powodu jej efemeryczności.

Cyprian stanął na rozdrożu. Z jednej strony posiadał zamiłowanie do sztuki malarskiej, z drugiej dość niespodziewanie odkrył pasję literacką i debiutował jako poeta, a potem nawiązał stałe kontakty z prasą warszawską. Jego wiersze od razu zyskały uznanie krytyków. Norwid spotykał się z przedstawicielami młodej literatury warszawskiej i dosyć luźną grupą cyganerii. Brał udział w tajnych spotkaniach młodych rewolucjonistów, ale nie podzielał ich radykalnych idei społecznych i planów rewolucyjnych. Młody Norwid to nie tylko poeta, ale i odważny i krytyczny myśliciel. Potrafił realnie ocenić aktualną sytuację społeczno--polityczną, stąd jego dystans do hurra-rewolucjonistów. Cyprian wiele pisał i trochę malował.

Mimo młodego wieku, zaczął współpracować z „Biblioteką Warszawską” i bywał mile widziany w salonach arystokratycznych i literackich. Odniósł wiele sukcesów, marzył jednak o dalszych studiach w Berlinie.

W 1841 roku powstały pierwsze dramaty Norwida i kilka portretów znanych literatów. Poeta i malarz miał raptem dwadzieścia lat.

Cyprian rozliczył się z rodzeństwem ze spadku po matce i zaręczył się z niejaką Kamilą. Chciał koniecznie opuścić Warszawę, żeby za granicą „wydoskonalić się w sztuce rzeźbiarskiej”. Pożegnanie było dosyć huczne.

Norwid udał się do Krakowa, potem przez Wrocław do Drezna. Był oszołomiony Zachodem. Znalazł się wreszcie w Monachium, gdzie do końca 1842 roku studiował malarstwo. Już w następnym roku zwiedził Wenecję, Weronę, Ferrarę i Florencję. Norwid chłonął jak gąbka dzieła wielkich włoskich mistrzów. Zwiedzał muzea, klasztory, zamki, kaplice i kościoły. Był pilnym i bacznym obserwatorem przyrody i ludzi. Jego myśli krążyły wokół ostatecznego sensu życia, a dziecięca wiara rozsypała się jak oderwany od dachu sopel lodu. Na jej szczątkach budował wiarę dogłębnie przemyślaną, przestudiowaną, dojrzałą. Jezus Chrystus był dla niego Synem Boga i człowieka. Tajemnice wcielenia i zbawienia przez krzyż zmuszały do pokory i miłości. Norwid miał świadomość swoich możliwości, ale zdawał sobie sprawę także z własnych braków. We Florencji zaczął studiować rzeźbę w pracowni mistrza Luigiego Pampaloniego.

Cyprian uczył się zachłannie, studiował oprócz rzeźby także rytownictwo, czytał Dantego i odwiedzał teatry. Wiosną 1844 roku odwiedził powtórnie Wenecję, gdzie dowiedział się, że Kamila zerwała zaręczyny, co mocno go zabolało. Świadczy to o tym, że ją kochał i myślał o wspólnym życiu. Dziewczyna była jednak realistką. Zdążyła się zorientować, że z Norwidem łatwego życia mieć nie będzie. Cyprian tymczasem zwiedził Rzym, Neapol i Pompeję. Wrócił do Florencji, gdzie agent księcia Adama Czartoryskiego próbował pozyskać go dla ideologii Hotelu Lambert. Cyprian nie miał na razie głowy do polityki. Przeżywał dotkliwą depresję z powodu Kamili, co wyraża się w jego ówczesnych wierszach Moja piosenka, To rzecz ludzka!... czy Do mego brata Ludwika.

Wiosną 1845 roku Norwid udał się do Rzymu, gdzie wynajął pracownię malarską i całkowicie oddał się pracy. Nawiązał kontakt z polskimi malarzami, którzy go podziwiali lub krytykowali. Jedni i drudzy wyczuwali, że mają do czynienia z geniuszem. Tymczasem Norwid często zamieniał pędzel na pióro. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób lepiej, jaśniej i głębiej się zrealizować. Gdy malował, miał świadomość, że zaniedbuje poezję, gdy pisał, wiedział, że nie troszczy się o malarstwo.

Ludzie obdarzeni wieloma talentami nie mają łatwego życia.

W marcu 1845 roku został bierzmowany w kościele San Claudio. Na własne życzenie otrzymał nowe imię Kamil, będące pamiątką po byłej narzeczonej. Norwid był człowiekiem uczuciowym i wrażliwym na kobiece wdzięki. W tym czasie poznał Marię Kalergis. W jej towarzystwie zwiedził Pompeję, Herkulanum, Sorrento, Capri i szczyt Wezuwiusza. Towarzyszyła im Maria Trębicka. Norwid był tak zauroczony piękną i nad wyraz inteligentną panią Kalergis, że podążał za nią przez pół Europy do Berlina, gdzie zdążył jeszcze zastać obie damy. Maria wróciła do Warszawy. Trębicka zachorowała w Berlinie, gdzie opiekował się nią Norwid. Sam zaś odwiedzał znanego okulistę Schonleina, miał bowiem kłopoty ze wzrokiem. W Berlinie poznał Jana Koź-miana.

Norwid uczęszczał na wykłady uniwersyteckie jako wolny słuchacz, brał czynny udział w zebraniach berlińskiej Polonii, wygłosił nawet odczyt „Kraj a Ojczyzna”. W marcu 1846 roku udał się do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, gdzie miało wybuchnąć powstanie. Norwid chciał dołączyć do walki. Wrócił jednak do Berlina, żeby uniknąć kłopotów. Był pewny, że jest śledzony przez policję. Jego obawy potęgował fakt, że nie miał paszportu, bo odstąpił go przed kilkoma miesiącami rosyjskiemu dezerterowi. Do Ambasady rosyjskiej w Berlinie dotarła wiadomość o losach jego paszportu. Pracownik ambasady Fonton zaproponował Norwidowi współpracę w charakterze tajnego agenta, co poetę do tego stopnia zbulwersowało, że postanowił wrócić do królestwa przez zieloną granicę, żeby podjąć walkę z Moskalami. Na granicy schwytała go pruska straż. Został odesłany do Berlina, gdzie przesiedział kilka miesięcy w więzieniu. Uwolniono go na skutek osobistej interwencji księcia Wilhelma Radziwiłła. Musiał jednak pod eskortą opuścić Prusy. Wyjechał do Brukseli, gdzie nawiązał kontakt z tamtejszą Polonią i poznał między innymi Joachima Lelewela. Norwid wygłosił dla Polonii belgijskiej szereg odczytów. Ponadto studiował malarstwo i tłumaczył Boską Komedię Dantego na język polski.

Norwid nie mógł przestać myśleć o Marii Kalergis. Gdy przebywała ona w Rzymie, podążył za nią. Spotkanie rozczarowało Cypriana. Serce wprawdzie żywiej zabiło mu na jej widok, umysł jednak pozostał przenikliwy i krytyczny.

Norwid pracował gorączkowo nad poematem „Wesele” i misterium dramatycznym „Wanda”. Prawie równolegle namalował olejny obraz Chrystus błogosławiący z krzyża Żył w ciągłym napięciu twórczym i był zmęczony.

Przez Europę przetoczyła się fala Wiosny Ludów, która Norwida napawała nadzieją i inspirowała do okolicznościowej twórczości poetyckiej. W tym czasie w Rzymie poznał Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego. Norwid nie podzielał poglądów Mickiewicza co do kwestii tworzenia polskich legionów. Po słynnej alokucji Piusa IX udał się wraz z Krasińskim pod Kwirynał, żeby bronić papieża przed rozwścieczonym pospólstwem. W maju 1848 roku został przedstawiony Piusowi IX. Papież udzielił mu odpustu zupełnego na godzinę śmierci.

Krasiński wsparł Norwida finansowo, bo Cyprian borykał się od dłuższego czasu z biedą. Norwid wyjechał z cudzym paszportem do Pudliszek. Zatrzymał się u Lubieńskich. Potem wrócił przez Paryż do Rzymu, wyleczony z zauroczenia Marią Kalergis, która często posługiwała się pięknymi słowami bez pokrycia. W Paryżu poznał Fryderyka Chopina, którego szczerze podziwiał. Tam spotkał także Aleksandra Hercena i Iwana Turgieniewa. Zostali przyjaciółmi, dyskutowali po nocach, pragnęli zbawić świat.

Norwid odczuwał coraz dotkliwsze problemy materialne. Był zadłużony i żył na skraju nędzy. Pogrążał się w depresji. Krytycy nie rozumieli jego twórczości i gnębili go nieprzychylnymi artykułami, nawet Krasiński się do niego zraził. W Ostendzie zmarł przyjaciel Cypriana Włodzimierz Lubieński. Dla człowieka nadwrażliwego, emocjonalnego, sprawiedliwego i prostolinijnego była to zbyt trudna sytuacja. Żeby uzyskać wreszcie źródło dochodu, Norwid nawiązał kontakt z prasą poznańską.

W Paryżu żył na granicy nędzy. Zaczął podupadać na zdrowiu, miał kłopoty z oczami i coraz gorzej słyszał. Krytycy w dalszym ciągu nie zostawiali na nim suchej nitki. Daremnie zabiegał o publikację kolejnego poematu „Trzy pytania”. Skoro krytycy niszczyli Norwida, wydawcy pozostawali ostrożni. W czerwcu 1850 roku Norwid podpisał umowę z Adamem Potockim: będzie kasował ratami cztery tysiące franków tytułem honorarium za historię i filozofię sztuki. Pieniądze jednak przekazywał braciom Ludwikowi i Ksaweremu, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Cyprian sam cierpiał biedę, ale pomagał braciom. Tak pojmował chrześcijaństwo.

Do chóru krytyków Norwida dołączyli August Cieszkowski i Zygmunt Krasiński, którzy zarzucali mu niejasność myśli, niedojrzałość i brak komunikatywności z czytelnikiem. Norwid odpowiadał na ataki, ale nie liczył na zrozumienie. Jedynie Mickiewicz stanął w jego obronie. Wielki Adam wiedział, że Norwid poszybował tak wysoko, że zjadacze chleba przestali za nim nadążać. Norwid pracował nieustannie, pisał i malował. Trzeba będzie poczekać trzy pokolenia, żeby ludzie dostrzegli bystrość, dociekliwość i piękno jego proroczych wizji. Na razie Cyprian zmagał się z chorobą, nędzą i zajadłymi pisarzami trzeciej ligi. Norwid planował wyjazd do Ameryki. Miał dosyć Paryża, Polonii i biedy.

Niedługo potem Norwid otrzymał list od Marii Trębickiej. Niestety mylnie go odczytał i w 1852 roku listownie poprosił o jej rękę. Trębicka była zaskoczona i odmówiła, co poetę psychicznie dobiło. Cyprian nie miał szczęścia do kobiet. Zrażony nagonką krytyków, Norwid zawiesił chwilowo pisanie i malował jak opętany. Fatalna sytuacja finansowa zmusiła go do prostych zajęć zarobkowych, takich jak malowanie hali przemysłowej i modelowanie form.

Dzięki protekcji Władysława Zamoyskiego wyruszył 29 listopada do Stanów Zjednoczonych. Okręt Margaret Evans po sześćdziesięciu dwóch dniach dobił do celu. W czasie przeprawy przez ocean silne burze uszkodziły statek, cholera dotknęła kilku pasażerów, doskwierał głód. Norwid był jednak do głodu przyzwyczajony.

Poeta poważnie zachorował tuż po przybyciu do Ameryki, potem uganiał się za pracą zarobkową. Dostał w końcu dobrze płatną posadę jako grafik. Przygotowywał katalogi do Światowej Wystawy Nowojorskiej. Pracownię jednak zamknięto w październiku 1853 roku. W tym czasie do Nowego Jorku dotarła wiadomość o wybuchu wojny krymskiej. Norwid napisał do Mickiewicza i Hercena, żeby umożliwili mu powrót do Europy. Mimo fatalnego nieporozumienia, korespondował z Marią Trębicka, tęsknił za krajem i przeżywał stany głębokiej depresji. Ameryka była mu obca, mentalność Amerykanów niezrozumiała. Dolar był bogiem, co Cypriana napawało obrzydzeniem.

W tych trudnych miesiącach Norwid spotkał księcia Marcelego Lubomirskiego, który uciekł do Ameryki przed wierzycielami. Pozorował się na lekkoducha i utracjusza, a w rzeczywistości był człowiekiem dobrym, mądrym i subtelnym. Książę dowiedział się o śmierci swej matki i o ogromnym spadku po niej. Zabrał ze sobą Norwida do Europy. 24 czerwca 1854 roku wyruszyli na parowcu Pacific do Liverpoolu, stamtąd koleją do Londynu, gdzie Norwid wybił się, pracując jako artysta rzemieślnik. Stworzył między innymi model szczęki z wosku dla jednego z dentystów. Marzył jednak o pielgrzymce do Santiago de Com-postela, drogą Św. Jakuba. Wylądował znowu w Paryżu, gdzie utrzymywał się z rysunku i prac rytowniczych.

Car Aleksander II ogłosił w 1856 roku amnestię dla uchodźców politycznych, Norwid jednak nie skorzystał z łaski carskiej. Ponowił kontakt z Marią Trębicką, która nieopatrznie przesłała mu zapomogę finansową, co do tego stopnia dotknęło go, że korespondencję przerwał. Poeta pracował jak galernik. Powstały nowe wiersze, poematy i prace malarskie: Chrystus na krzyżu, Łódź apostolska na jeziorze Genezaret, Zwiastowanie pasterzom i wiele innych.

W 1858 roku, korzystając z amnestii carskiej, Ksawery Norwid wrócił do Królestwa, zaś brat Ludwik zaręczył się z bogatą panną Anną Janowską, wnuczką byłego gubernatora Jamajki. Norwid wyjechał latem do Cette leczyć wzrok, a w drodze powrotnej wziął udział w ślubie i weselu brata. W Paryżu spotkał się z Krasińskim. Doszło między nimi do porozumienia i zgody.

Norwid coraz częściej niedomagał. Walczył z biedą. Wszelkie podejmowane przez niego próby publikacji utworów zawodziły. Był zniechęcony i zdegustowany. Udało mu się jedynie wydrukować „Garstkę piasku” w Paryżu i tomik wierszy w Petersburgu. Głęboko przeżył śmierć Zygmunta Krasińskiego, którego podziwiał i cenił. Zbulwersowała go natomiast obojętność Czartoryskich, którzy nie odwołali balu wyznaczonego na dzień śmierci wieszcza.

Stan zdrowia Norwida stał się krytyczny. Poeta chciał przenieść się do Rzymu, ale nie miał pieniędzy. Ambicja nie pozwalała mu zwrócić się do brata Ludwika o pomoc. Wiosną 1860 roku wygłosił sześć wykładów o Juliuszu Słowackim, które zrobiły furorę, zwłaszcza wśród młodzieży polskiej studiującej w Paryżu. Ukazały się potem w druku. Mimo permanentnego niedostatku, Norwid przekazał księżom zmartwychwstańcom złoty medalik z XVII wieku i złotą pięciofrankówkę wybitą w roku szturmu na Sewastopol, osobisty dar dla papieża Piusa IX. Norwid opatrzył później złotą monetę komentarzem: „Co Polska gromiła, to Francja broniła”. Otrzymał później prywatny list Piusa IX, w którym papież podziękował za dar i przesłał pasterskie błogosławieństwo. Artysta znad Wisły powinien jego zdaniem głosić chwałę Kościoła i Polski. Poeta był mocno zakorzeniony w wierze i polskości. List sprawił mu wielką radość.

W 1862 roku Norwidowi udało się wydać u Brockhausena w Dreźnie „Krakusa” i tom „Poezji wybranych”. Otrzymał od wydawnictwa pięćset franków, co pozwoliło mu wynająć nowe mieszkanie. Rok później wybuchło powstanie styczniowe. Norwid angażował wszystkie swoje siły i możliwości na rzecz Rządu Narodowego. Korespondował z Kraszewskim, spotykał się z Trauguttem. Pisał odezwy, memoriały, deklaracje, prośby, artykuły i wiersze patriotyczne. W tym czasie dowiedział się, że uwielbiana przez niego Maria Kalergis poślubiła w Baden-Baden młodszego o jedenaście lat rosyjskiego pułkownika Sergieja Muchanowa, a jego brat Ksawery umarł we Wrocławiu, bo musiał opuścić Warszawę z powodu udziału w powstaniu. Norwid był bliski załamania, ale pracował jak opętany. Próbował tu i ówdzie coś wydać lub sprzedać jakiś obraz, ale nie posiadał zdolności kupieckich. Był znowu biedny jak mysz kościelna. Żył doraźnie z zasiłku poety Cieszkowskiego, który podziwiał jego geniusz. Niespodziewanie otrzymał z Drezna propozycję wydania drugiego, obszernego tomu swoich „Wierszy wybranych”. Uradowany pracował nad redakcją, ale wydawnictwo wycofało się z oferty. Głodny i schorowany spędzał czas nad obrazem ołtarzowym Wizja świętego Stanisława Kostki przygotowywanym dla zakonnic opiekujących się biednymi. Sam korzystał często z ich gościnności.

Ludwik Norwid przegrał cały majątek żony i ukrywał się przed wierzycielami. Cyprian, sam zmagając się z biedą, zajął się Ludwikiem i jego żoną Anną. Annę zdołał umieścić w charakterze damy do towarzystwa u marszałkowej Kuczyńskiej w Korczewie, a z bratem dzielił się każdą kromką chleba. Jego sytuacja materialna stała się beznadziejna, od kiedy kuzyn Michał Kleczkowski przestał przesyłać mu skromną pensyjkę, która nie pozwalała poecie dotychczas zginąć z głodu.

Na początku 1868 roku na dorocznym salonie paryskim ukazała się akwaforta Norwida Muzyk niepotrzebny W miesięczniku „L'Artiste” opublikowano dwie inne akwaforty Norwida, co go ogromnie podbudowało, ale wnet przyszedł kolejny atak depresji, bo dowiedział się, że Kleczkowski postanowił go, za pośrednictwem ks. Jełowieckiego, umieścić w zakładzie dla paryskiej biedoty. Norwid zerwał stosunki z kuzynem i nawiązał kontakt z felietonistką Zofią Węgierską, Sewerynem Goszczyńskim i muzykiem Władysławem Żeleńskim. Znajomość z Zofią Węgierską przekształciła się z biegiem czasu w osobliwy romans, który trwał do jej śmierci.

Pod wpływem nieporozumienia z Kraszewskim Norwid napisał „Rzecz o wolności” słowa, którą zreferował po francusku na jakimś posiedzeniu naukowym, co przyniosło mu wiele uznania i pochlebnych recenzji. Jego brat, Ludwik, powrócił do Królestwa Polskiego. Tymczasem Prusacy natarli w 1870 roku na Paryż. Zycie w oblężonym mieście stało się trudne. Norwid spędził końcówkę roku w warunkach straszliwych. Został aresztowany, bo pewien nadgorliwy tropiciel niemieckich szpiegów oskarżył go o robienie notatek na rzecz Prusaków. Kiedy go zwolniono, zamknął się w czterech ścianach i pracował jak szalony. Wokół padały pociski. Poeta był głodny. Po kapitulacji Paryża starał się o uzyskanie pożyczki, żeby przetrwać, ale do głosu doszła Komuna Paryska, co oznaczało dalszą strzelaninę i głodówkę. Pomagało mu grono przyjaciół. Poeta starał się sprzedać kilka ze swoich obrazów, ale bezskutecznie. Pisał więc nowe poematy i wiersze, w których rozważał doświadczenia ostatnich lat.

Norwid zapadł na gruźlicę płuc. O leczeniu nie mogło być mowy. Cierpiał w dodatku z powodu afrontu, jakiego doznał od generałowej Jadwigi Zamoyskiej. Pisał kilka poematów równocześnie („Kleopatra i Cezar”, „Pierścień Wielkiej Damy”) i swoją biografię, którą wysłał do Krakowa. W 1873 roku wygłosił płomienną mowę na temat dziejów i znaczenia polskiej emigracji. Przejmował się losem prześladowanych w Królestwie Polskim unitów, wzywając emigrację do solidarności z nimi.

Norwid był na skraju wyczerpania. Od dwóch lat pluł krwią. Przyjął go jeden z paryskich szpitali, ale lekarze niewiele mogli dla niego zrobić. Wrócił więc do swojej samotni i pisał. Znajomość z Marią Sadowską przerodziła się w niebezpieczny romans. Poeta próbował go radykalnie zakończyć, planując ucieczkę do Włoch. Liczył na pożyczkę i honoraria z Warszawy, ale przyjaciele zawiedli. Zamiast wyjechać do Florencji, został zmuszony przez kuzyna Kleczkowskiego do pobytu w Domu św. Kazimierza na przedmieściu Ivry. Jedynym człowiekiem, z którym mógł sensownie rozmawiać, był poeta Tomasz Olizarowski, także podopieczny sióstr, człowiek mocno schorowany. Mimo trudnych warunków, Norwid intensywnie pracował. Był w nim jakiś kategoryczny, wewnętrzny przymus, który nie pozwalał mu odpoczywać.

W 1882 roku w jednej z warszawskich gazet ukazała się notatka o Domu św. Kazimierza w Ivry: „tu mieszkał i umarł Oli-zarowski, tu dogorywa Cyprian Norwid”.

Poeta wiosną tego roku odwiedził kilku paryskich przyjaciół, w kwietniu wygłosił nawet okolicznościowy referat na temat twórczości Juliusza Słowackiego, ale potem musiał coraz częściej pozostawać w łóżku. Lekarze radzili pobyt na południu Francji lub Italii, ale Norwid nie miał grosza przy duszy. W tym czasie wierny uczeń i przyjaciel Norwida – Szyndler, pod czujnym okiem mistrza malował portret poety. Norwid przeczuwał, że zbliża się śmierć. Próbował się ratować, pisząc trzy krótkie nowele. Chciał je wydać za pożyczone pieniądze, z dochodu zaś oddać dług i wyjechać do Włoch. Swego planu nie zdołał zrealizować, bo nikt nie chciał mu pożyczyć pieniędzy. W sytuacji wręcz tragicznej Norwid napisał dużą rozprawę „Milczenie” i, niezależnie od niej, poemat pod tym samym tytułem, poza tym esej „Ostatnia z bajek”, kilka wierszy i krótkich utworów prozą.

W pierwszych miesiącach 1883 roku Norwid pracował nad ukończeniem włoskiej trylogii – trzy nowele, których akcja toczy się w Italii. Poprosił wdowę po bracie Ksawerym o pożyczkę, żeby wydać ową trylogię, pożyczki jednak nie otrzymał. Nie dostał także obiecanego zaproszenia do Nicei od Zofii Radwanowej, wdowy po bracie. Norwid pogrążał się w głębokiej depresji. W maju nie opuszczał łóżka. Był ciągle zamyślony. Modlił się i często płakał. Na nic się nie uskarżał. Przesiadywał z nim często Michał Zalewski, podopieczny zakładu, weteran powstania listopadowego.

22 maja poeta był spokojny i jakby pogodzony z losem. Wieczorem przed snem poprosił Zalewskiego, żeby go lepiej przykrył.

Cyprian Kamil Norwid zmarł we śnie nad ranem 23 maja 1883 roku. Skromny pogrzeb odbył się 25 maja na cmentarzu w Ivry. Mogiłę zakupiono na pięć lat. Siostry miłosierdzia spaliły część rękopisów poety. Resztę przekazały rodzinie Dybowskich z Paryża.

Jeden z największych polskich poetów, który konsekwentnie dążył do dobra, prawdy i piękna, człowiek głęboko wierzący i bez reszty oddany upokorzonej ojczyźnie, wrażliwy i łaknący miłości, zmarł osamotniony w skrajnej nędzy, na obcej ziemi, niedoceniony przez współczesnych, których przerastał.

Aleksander Jełowicki napisał: „Geniusz, który dlatego dzisiaj nie dość ceniony, iż o sto może lat za wcześnie na świecie się pojawił”.

Władysław Mickiewicz, syn Adama, umieścił zwłoki Norwida w 1888 roku na cmentarzu Montmorency, gdzie spoczywały w zbiorowym polskim grobie przez piętnaście lat. Zarząd cmentarza, na polecenie sekretarza księcia Witolda Czartoryskiego, przeniósł w 1903 roku doczesne szczątki Norwida w małej trumience do osobnej mogiły.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z KSIĘGARSKIEJ PÓŁKI

Józef Placha

Niewidoma Matka niewidomych*

Książka, która jest przedmiotem niniejszej rekomendacji, zasługuje na szczególną uwagę. W swojej strukturze składa się z dwóch odrębnych części, tworzących zwartą, integralną całość.

Pierwsza część obejmuje trzy rozdziały rozbudowane o szczegółowe zagadnienia.

W pierwszym rozdziale Autorka przedstawia zwięzły życiorys Matki Elżbiety Róży Czackiej. Na ogół jest on znany w środowisku Lasek, ale dla osób spoza tego kręgu, z pewnością będzie bardzo interesującym kompendium najważniejszych wydarzeń z Jej bogatego życia. Taka prezentacja wydaje się wręcz konieczna, aby ukazać osobę Matki w konkretnych uwarunkowaniach rodzinnych, środowiskowych i kulturowych; zwłaszcza poprzez kolejne etapy zmagania się z nieustającym w Jej życiu cierpieniem – dysfunkcją wzroku, aż po jego całkowitą utratę. W konsekwencji tego wydarzenia zakłada najpierw Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, a potem także Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Gdy swoją działalność przeniosła do Lasek, zatroszczyła się o rozwój jedynego w swoim rodzaju modelu służby na rzecz niewidomych w oparciu o tzw. Triuno, czyli „oddawanie chwały Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu”. W nazwie tej chodziło również - jak pisze Autorka opracowania – „o jedność trzech kategorii osób uczestniczących w Dziele: niewidomych, sióstr i osób świeckich oraz jego trzy cele: edukacyjny, apostolski i charytatywny”.

Na uwagę zasługuje dość dokładny opis okresu okupacji z czasów II wojny światowej i problemów związanych z funkcjonowaniem Dzieła Lasek w tym czasie pogardy dla człowieka. Mimo to pokonuje dzielnie pojawiające się trudności. Także zaakcentowanie przez Autorkę ostatniego okresu ziemskiego życia Matki Czackiej, wypełnionego szczególnie dokuczliwym cierpieniem, zasługuje na uwagę; jest to apogeum Jej ofiary – aż po śmierć – i wprowadzenie w świat, w którym staje się obecna w zupełnie innym już wymiarze.

Autorka opracowania w drugim rozdziale rozwija zagadnienie duchowości Dzieła Matki Czackiej, która wybrała dla całego Dzieła ideał świętego Franciszka z Asyżu i posłuszeństwa nauce Kościoła. Podkreślała też szczególną rolę Bożej Opatrzności, potrzebę ścisłej współpracy sióstr oraz innych osób duchownych ze świeckimi na rzecz osób niewidomych, oraz znaczenie Krzyża Chrystusa – i własnego – który stał się fundamentem sensu Jej życia, ukierunkowanego na bliską zażyłość z Bogiem; zwłaszcza poprzez codzienne uczestnictwo w Eucharystii, oraz pełne zaangażowanie w służbę niewidomym - zarówno na ciele jak i na duszy. Obszarem szczególnie ważnym w rozwoju życia wewnętrznego była Jej nieustająca modlitwa – zwykle połączona z pracą.

I wreszcie rozdział trzeci, w którym Autorka przywołuje liczne przykłady uzdrowień i nadzwyczajnych ingerencji Boga za wstawiennictwem Matki Czackiej w różnych trudnych sytuacjach życiowych osób, proszących o pomoc. Powiązała to ze słowami Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który już podczas pogrzebu Matki 19 maja 1961 roku zwrócił uwagę na Jej świętość. Całość jego przemówienia została umieszczona na zakończeniu tego rozdziału.

Wcześniej Autorka informuje o poszczególnych etapach procesu, prowadzącego do oficjalnego wyniesienia Matki na ołtarze.

Druga część opracowania s. Radosławy Podgórskiej – w formie aneksu – jest zbiorem modlitw Matki Czackiej, które stanowią chyba najpiękniejszą puentę Jej życia – wypełnionego do końca Bogiem.

***

W podsumowaniu należy podkreślić, że Autorka wykorzystała wiele materiałów źródłowych oraz opracowań związanych z osobą Matki Czackiej. Uzupełniła to wszystko wręcz drobiazgowo rozbudowanymi przypisami.

Mimo bez wątpienia naukowego charakteru opracowania, spełnia ono również oczekiwania szerszego grona odbiorców, co w perspektywie zbliżającej się beatyfikacji Założycielki Dzieła Lasek sprawia, że Jej osoba stanie się z pewnością bliższa dla każdego przeciętnego czytelnika.

Ponadto Jej przesłanie ideowe może stać się także uniwersalnym ładunkiem treści, do ewentualnego wykorzystania w procesie osobistego rozwoju życia wewnętrznego.


* s. Radosława Podgórska FSK, Niewidoma Matka Niewidomych, Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, Laski 2020. powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Józef Placha, Władysław Gołąb

Odnowić sposób myślenia i bycia

Wśród lektur wspólnie czytanych na głos w domu Państwa Justyny i Władysława Gołąbów nie sposób pominąć książki ojca Ludwika Wiśniewskiego*, która stała się dla nas nie tylko swoistego rodzaju objawieniem i odnowieniem ewangelicznego myślenia, ale także potwierdzeniem – od dawna już prezentowanej przez Autora – autentycznej troski o właściwy kształt sposobu bycia tych, którzy uważają się za chrześcijan.

Nie jest to ani powieść, ani esej lub tym bardziej akademicki podręcznik życia społecznego i religijnego. Oprócz własnych przemyśleń są to w dużej mierze luźno wybrane, ale w sposób chronologiczny usystematyzowane, wypisy z różnego rodzaju periodyków oraz innych źródeł publikowanych w Polsce w latach 1996-2002; ukazujących się nie tylko w prasie katolickiej, ale także w szerszym spektrum przekazu. Są one często opatrzone celnymi komentarzami o. Ludwika, a także czasem polemicznymi i ciętymi ripostami, niepozbawionymi domieszki uzdrawiającego humoru.

Struktura książki zredagowana jest w formie czterech bloków tematycznych:

Każda z tych części jest niezwykle interesująca, ale najbardziej – jak się wydaje – przykuwają uwagę czytelnika refleksje dotyczące Kościoła i świata oraz przemyślenia związane z poszukiwaniem Boga. Najtrudniejszy, ale również ważny, jest trzeci blok tematyczny, który ze względu na jego głębokie zakorzenienie w filozofii i teologii wymaga jednak większej uwagi, a nawet specjalistycznej wiedzy.

Tak czy inaczej, otrzymaliśmy zestaw luźnych zapisków kogoś, komu nie jest obojętny los zarówno naszego kraju, jak i Kościoła; a nade wszystko nasze postawy religijne. Aż do bólu Autor demaskuje te postawy, które ograniczają się tylko do wiary deklaratywnej, podkreślając konieczność odkrycia oraz powrotu do Ewangelii. Uderza jego autentyczna troska o to, abyśmy w zetknięciu z ewangelicznym orędziem, mogli doświadczyć prawdziwej radości z bycia chrześcijaninem, z bycia prawdziwymi świadkami Chrystusa.

Aby przekazać naszym czytelnikom próbkę tego interesującego zestawu „niepokornych” notatek ojca Ludwika Wiśniewskiego, publikujemy poniżej trzy fragmenty z rekomendowanej książki, korespondujące z przeżywanym obecnie okresem Wielkiego Postu i Wielkanocy.


* Ludwik Wiśniewski OP, Czarne z białym. Zapiski niepokorne, Wydawnictwo WAM 2020. powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

o. Ludwik Wiśniewski OP

Głód Boga

24 marca 1997 r.

W1990 roku wyjechałem do Sankt Petersburga (wtedy jeszcze Leningradu) i przebywałem tam kilka lat. W Rosji rozpoczęły się wtedy głębokie przemiany, zaczęło odradzać się nie tylko życie obywatelskie, ale także religijne. Głównym moim zadaniem jako duszpasterza, zrozumiałem to bardzo szybko, było przygotowywanie dorosłych ludzi do chrztu.

Przygotowywanie trwało kilka miesięcy i zazwyczaj kończyło się chrztem w Wielką Sobotę. Kiedy zgłaszali się do mnie ludzie i prosili o chrzest, pytałem, co ich skłania do takiego kroku. Odpowiedzi były różne, czasem banalne, ale niekiedy dojrzałe i bardzo poważne.

Kilkakrotnie mówiono mi mniej więcej tak: „Ojcze, ja wszystkiego w życiu próbowałem. Zaspokajałem wszelkie możliwe zachcianki i głody. I oto kilka tygodni temu odkryłem, że jest we mnie taki głód, którego nic zaspokoić nie może. Długo nie chcia-łem tego głodu nazywać. W końcu przełamałem się i powiedziałem sobie: to jest głód Boga. Dlatego przychodzę i proszę o chrzest”.

Nie jestem młodzieniaszkiem i w swoim życiu spotkałem różnych ludzi, w różnych, czasem bardzo dziwnych sytuacjach. I twierdzę, że niezwykłym darem, właściwie niezwykłą przygodą, jest odkrycie w sobie tego wielkiego głodu, którego nikt i nic nie potrafi zaspokoić, tylko Bóg! Mówiłem to już wiele razy i jeszcze raz powtarzam – jest w człowieku głód Boga. Nasz papież te głód nazywa głodem Transcendencji.

Ludzie pytają, jakie znaczenie mają dla nas te niezwykłe Święta Paschalne. Można by wiele mówić, ale mnie dzisiaj ciśnie się na usta trochę dziwna odpowiedź: Święta Paschalne są wielką okazją do odkrycia w sobie największego głodu, głodu Boga. Trzeba powiedzieć, że ludzie na ogół śpią. Kończą szkołę, studia, żenią się, rodzą dzieci i... ciągle śpią, żyją w jakimś wydumanym świecie, nie zdając sobie sprawy z tego, co jest najważniejsze.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Pascha

26 marca 1997 r.

Nadchodząca Wielkanoc, tak myślę, jest szansą na obudzenie. Dlatego usilnie namawiam, aby nawet ci, którzy rzadko pojawiają się w świątyni, zechcieli jednak w najbliższy czwartek, piątek i sobotę próbować dostrzec dramatyczne przesłanie, które dotyczy Jezusa z Nazaretu, ale także dotyczy każdego z nas.

Pascha znaczy „przejście”. Trzeba chyba jakoś przejść przez heroiczną miłość, ale też przez straszną nienawiść; przez ciemność, ale i światło; przez bezinteresowną służbę człowiekowi, ale też przez chęć zniszczenia drugiego; przez haniebną śmierć, ale też tryumfalne życie. Powtarzam, chyba przez to wszystko jakoś trzeba przejść, dotknąć dobra i zła, aby stanąć na równe nogi i powiedzieć Chrystusowi za Tomaszem Apostołem: „Pan mój i Bóg mój”.

Zmartwychwstanie jest największym świętem chrześcijaństwa z dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że zmartwychwstanie jest zasadniczym argumentem naszej wiary. Święty Paweł jasno to dostrzegał, kiedy mówił: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15,17). Po wtóre dlatego, że zmartwychwstanie wyraża samą istotę chrześcijańskiej wiary: Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek zmartwychwstał i żyje. Dla nas żyje. Każdego z nas dotyka swoją mocą. I cała rzecz polega na tym, abyśmy ten Jego dotyk chcieli uznać i przyjąć.

Bardzo często, kiedy zdumieni stoimy przed Chrystusem, próbując choć trochę pojąć z tego, co On nam mówi, zaczynamy jakby czuć jego dotyk. Takiego przeżycia wszystkim życzę.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Trzy kroki

21 marca 2019 r.

Jest Wielki Post. Wygłosiłem rekolekcje. Szkic jednej z konferencji postanowiłem zapisać. Oto jej treść.

Wszyscy jesteśmy trochę porozrywani, poplątani, mniej lub bardziej chorzy. A równocześnie jest w nas wielkie pragnienie pokoju, radości, wybawienia od lęków, od chorób i śmierci. Pragniemy zbawienia, szukamy Wybawiciela.

Ale czy jest jakiś Zbawiciel? Jest. Jest Zbawiciel, Jezus z Nazaretu! I tylko On! Jezus naprawdę wybawia od nędzy, jakiej człowiek doświadcza, i naprawdę zbawia człowieka. Czyni to bezinteresownie, z miłości.

Jednakże człowiek powinien jakby zrobić miejsce w swoim wnętrzu dla Jego łaski. Powinien uczynić jakiś kroczek, a może dwa czy nawet trzy, aby mogło się w nim dokonać to, czego bardzo pragnie. A oto te trzy kroki.

Pierwszy krok: trzeba, abym uznał, że ja jestem grzesznikiem. Mówimy: moja wina, moja wina; spowiadamy się, ale tak naprawdę rzadko uznajemy się za grzeszników.

Już małe dziecko zrzuca winę na innych. Mama pyta: dlaczego to zrobiłeś? A dziecko odpowiada: to nie ja, to siostrzyczka, brat, kolega. A ostatecznie: to się samo zrobiło, ale to nie ja.

I to się ciągnie przez całe życie – to nie ja jestem winien, to żona, mąż, teściowa, trudne warunki życia, Żydzi, masoni, komuniści. Oni są winni, ale nie ja.

Trzeba wreszcie powiedzieć: to ja jestem winien, ja jestem grzesznikiem!

Najprzeróżniejsze okoliczności wpływają na nasze życie. To prawda, ale to ja jestem grzesznikiem. Bywa, że nie rozumiem skąd i dlaczego to na mnie przyszło. Grzech jest jakąś ciemnością Ale to ja zgrzeszyłem. Smutne, ale prawdziwe.

Drugi krok: przebaczyć. Ciągle mówimy w modlitwie Pańskiej: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” i wiemy doskonale, że warunkiem uzyskania Bożego miłosierdzia jest okazanie miłosierdzia naszym bliźnim, a jednak trwamy w gniewie i nienawiści.

Przebaczenie bywa niekiedy bardzo, bardzo trudne, ale chrześcijaństwo jest religią przebaczenia. Bywa czasem tak, że jakaś osoba dawno już umarła, a my ciągle jej nie przebaczamy. „Jeśli nie przebaczycie z serca waszym bliźnim i Ojciec Niebieski wam nie przebaczy”.

Słyszałem czasem od ludzi: ojcze, nie umiem przebaczyć, to jest ponad moje siły. Mówiłem wtedy: kochany, stań i głośno wykrzyknij: chcę przebaczyć – przebaczam. Możesz tak krzyknąć w kościele. Możesz to uczynić gdzie indziej. Przebaczam i proszę Cię, Boże, abyś obdarował tę osobę swoją łaską.

Rekolekcje, zwłaszcza wielkopostne, to taki czas, abyśmy sobie przebaczyli nasze winy i urazy.

I wreszcie trzeci krok: dogłębnie otworzyć się na działanie Pana Boga.

W Chełmie Lubelskim (to miasto przy granicy z Ukrainą) mieszkają moi krewni. To rodzina mego brata ciotecznego, który już nie żyje. Jakiś czas temu dzwoni do mnie Marysia, matka tej rodziny, i mówi: – Marian**, przyjedź do nas. Najmłodsza córka wychodzi za mąż i chciałabym, abyś był. Pojechałem. Rozmawiam, rozmawiamy, po czym Marysia odprowadza mnie na bok i mówi mi tak: – Wiesz, ja wszystko oddałam Panu Bogu i o nic się nie martwię. A wiesz, kto mnie tego nauczył? Moja własna córka Ania.

Ania pojechała zdawać egzamin na wyższe studia. Zdała, ale nie przyjęto jej. Przyjeżdża do domu, a mama Marysia mówi: -Aniu, i co my teraz zrobimy? Tata nie żyje, co my zrobimy? A Ania odpowiada: – Mama, co Ty mówisz, skoro Pan Bóg mnie stworzył, to coś ze mną zrobi! I mówi Marysia: – Wiesz, od tej pory o nic się nie martwię. Nigdy nie mówię synowi: jedź ostrożnie samochodem, bo jest ślisko. Nigdy nie dzwonię i nie pytam: a szczęśliwie dojechaliście?

O coś takiego chodzi w naszym życiu. Przestać się zamartwiać. Oddać wszystko Panu Bogu! Otworzyć szeroko ramiona i powiedzieć: wszystko przyjmę z Twoich rąk, bo wiem, że mnie kochasz.


** Imię chrzcielne ojca Ludwika. powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Anna Pawełczak‑Gedyk

Zapowiedź nowej książki o księdzu biskupie Bronisławie Dembowskim

Jarosław Śliwiński oddaje do rąk czytelników książkę „Świadek rzeczy niezwykłych. Biskup Bronisław Dembowski o sobie i we wspomnieniach”. Jest to zapis rozmów Autora z bp. Dembowskim i ludźmi, którzy spotkali go na swej drodze.

Ci, którzy go znali, nazywają go kapłanem, ojcem, bratem i przyjacielem, człowiekiem dialogu i kompromisu, autorytetem, który budził do uczciwości, uczył wzajemnego szacunku. Zastanawiają się, co by dziś Wuj Bronek powiedział.

On sam opowiada o swojej rodzinie, o posłudze jako kapłana i biskupa, i o tych, których znał.

Porusza też wiele ważnych tematów dotyczących wydarzeń, spraw społecznych, postawy chrześcijanina we współczesnym świecie.

Rzeczywiście – ks. Bronisław był świadkiem rzeczy niezwykłych.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

PRZYGOTOWANIA DO BEATYFIKACJI MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

s. Leona Czech FSK

Kronika

3 grudnia 2021 r. Po Mszy św. sprawowanej w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach o godz. 6:00, po śniadaniu, spotkaliśmy się na cmentarzu, gdzie dokonano ekshumacji doczesnych szczątków Czcigodnej Sługi Bożej Matki Elżbiety Czackiej. Nad przebiegiem czynności i zachowaniem wszelkich procedur czuwała s. Radosława. Po przewiezieniu trumny z doczesnymi szczątkami Matki Elżbiety Czackiej do Domu Rekolekcyjnego na sali św. Anny został zaprzysiężony Trybunał.

Kiedy okazało się, że przygotowany sarkofag jest za mały, zamówiono nową trumnę z metalowym wkładem i, za zgodą

22 grudnia. Rano przybyła ekipa z Rabki, aby zamontować nowy sarkofag w pokoju Matki Czackiej. W ekipie uczestniczyli: s. Alberta, s. Irmina, p. Wiesław, p. Marcin i p. Mirek. Obecny sarkofag jest umieszczony w pokoju Matki Czackiej przy ścianie od strony kaplicy. Obydwa projekty (wcześniejszy mniejszy i duży sarkofag w obecnym kształcie) były zrealizowane w Skawie koło Rabki w firmie p. Jana Filipka „Jandrew” – producenta wyrobów z drewna na Podhalu. Siostra Alberta osobiście doglądała prac związanych z wykonywaniem projektu, podejmując stałą współpracę z bezpośrednim wykonawcą p. Wiesławem Chrycem.

23 grudnia. Historyczny dzień dla całej laskowskiej wspólnoty. Przed godz. 9:00 w Domu Rekolekcyjnym św. Pawła zebrał się Trybunał, aby dokończyć czynności rozpoczętych w dniu 3 grudnia. Spotkaniu przewodniczył delegat Kazimierza kard.

Nycza – ks. Andrzej Gałka. Nad całością czuwała s. Radosława.

Doczesne szczątki Czcigodnej Sługi Bożej Matki Elżbiety od Krzyża, Róży Czackiej spoczęły w sarkofagu w dawnym pokoju Założycielki przy kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. W okienku łączącym pokój Założycielki z kaplicą, umieszczone jest godło Matki z napisem po łacinie:

CARITAS CHRISTI URGET NOS – Miłość Chrystusa przynagla nas PAX ET GAUDIUM IN CRUCE – Pokój i radość w Krzyżu; oraz napis: BŁOGOSŁAWIONA

Zgodnie z wytycznymi prawa kanonizacyjnego i instrukcją Stolicy Apostolskiej „Sanctorum Mater”, doczesnym szczątkom nie oddaje się czci publicznej, jaka jest należna relikwiom błogosławionych i świętych, co nastąpić może dopiero po oficjalnym orzeczeniu Kościoła, wyrażającym się w beatyfikacji, której oczekujemy z ufnością w sercach.

Zapowiedzią zbliżającej się beatyfikacji są słowa ks. kard. Kazimierza Nycza, który w przedświątecznym wywiadzie dla KAI powiedział: Wraz z Prymasem błogosławioną zostanie ogłoszona Matka Elżbieta Czacka. Kardynał Wyszyński był z nią bardzo związany, nie tylko przez pięć lat podczas wojny, kiedy przebywał w Laskach, ale i w całym okresie powojennym aż do jej śmierci. Mieli wspólnego ducha.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ODESZLI DO PANA

s. Alverna Dzwonnik FSK

22 listopada 2020 roku odeszła do Pana Siostra Eliza Od Matki Bożej Królowej Polski
Krystyna Janczak

w 82. roku życia, 59. roku powołania, 57. roku profesji zakonnej

Siostra Eliza – Krystyna Janczak pochodziła z Lubelszczyzny, ze wsi Kolano w powiecie parczewskim. Urodziła się 30 sierpnia 1938 roku. 4 września została ochrzczona w kościele parafialnym Najświętszej Maryi Panny. Tam też jedenaście lat później, 21 czerwca 1949 roku, z rąk biskupa Mariana Jankowskiego przyjęła sakrament bierzmowania.

Rodzice – Dominik i Helena z domu Czajka – mieli niewielkie gospodarstwo. Zajmowała się nim głównie mama i czwórka dorastających dzieci, gdyż ojciec, który był stolarzem-cieślą, często przebywał poza domem. W 1949 roku odszedł od rodziny.

Jako półroczne dziecko Krystyna przeszła chorobę oczu. Lekarz prowincjonalny nie potrafił jej wyleczyć, wskutek czego straciła wzrok. Opatrznościowo, po kilku miesiącach objazdowy okulista we Włodawie przeprowadził operację, która uratowała szczątkowe widzenie w jednym oku. Planowana była dalsza kuracja, ale leczenie przerwała wojna.

W jubileuszowych wspomnieniach z okazji 50-lecia profesji zakonnej, s. Eliza przywołała opowieść swojej mamy o tych wydarzeniach:

Lekarz powiedział: „Nie płacz, matko, ona będzie tyle widziała, że nie będziesz musiała jej prowadzać”. Gdy wypisano mnie ze szpitala, mama musiała czekać do wieczora na tatę, a nie miała gdzie się zatrzymać. Żona kościelnego przyjęła nas do przedpokoju i mama położyła dziecko w kąciku na podłodze. Pamiętam do dzisiaj to opowiadanie mamy i jest dla mnie wskazaniem, że powinnam być pokorna.

Siostra wspominała też pielgrzymkę na Jasną Górę, dokąd już po wojnie zabrała ją mama, aby prosić o uzdrowienie córki. Miała wówczas około ośmiu lat i powinna pójść do szkoły. Dziewczynka jednak nie prosiła dla siebie o wzrok. Zapisała we wspomnieniach:

Pamiętam dokładnie, że powiedziałam świadomie: „Matko Boska, mama modli się, żebym przejrzała, ale ja nie chcę, bo jak będę niewidoma, to będę mogła lepiej apostołować”. Na pewno do końca nie pojmowałam tych słów...

Było to chyba pierwsze natchnienie łaski Bożej, dzięki któremu intuicyjnie dostrzegła w swojej niepełnosprawności szansę i drogę, jaką tak wyraźnie Matka Elżbieta Czacka wytyczyła osobom niewidomym. W dalszym życiu s. Eliza ją podjęła i zrealizowała.

Początkowo Krystyna nie chodziła do szkoły, gdyż mama obawiała się, że ze względu na tak słaby wzrok nie dałaby sobie rady. Chciała też zaoszczędzić córce przykrości, jakich mogłaby zaznać od dzieci, dokuczających jej z powodu niepełnosprawności. Dziewczynka nauczyła się czytać i pisać w domu z pomocą siostry, która także przygotowała ją do I Komunii świętej. Dopiero przed samą uroczystością razem z dziećmi chodziła do kościoła na kilka ostatnich lekcji.

Naukę w szkole, w pierwszej klasie, podjęła mając 10 lat. Uczyła się dobrze, choć z ogromnym wysiłkiem, szczególnie w starszych klasach. Traktowano ją na równi ze wszystkimi uczniami. Lekcje odrabiała przy słabym świetle lampy naftowej, gdyż we wsi nie było jeszcze elektryczności. Siostra wspominała to jednak bez jakiegokolwiek żalu:

Nauczyciele nie stosowali dla mnie żadnych ulg. Byłam na równych prawach ze wszystkimi uczniami, co wyszło mi na dobre.

Naukę w miejscowej szkole podstawowej ukończyła w 1955 roku, uzyskując promocję do klasy siódmej, jak wynika z zachowanych świadectw szkolnych. Miała siedemnaście lat i pragnęła od razu wstąpić do jakiegoś zgromadzenia. W jej imieniu ksiądz proboszcz napisał do sióstr urszulanek, tzw. czarnych, do Lublina. Nie została przyjęta, ze względu na brak wzroku. Brat z kolei chciał, żeby kształciła się dalej muzycznie. Jej podanie do szkoły w Łodzi zostało odrzucone, gdyż nie miała żadnego przygotowania muzycznego i nie byłaby w stanie z odległości czytać nut. Zaproponowano jej natomiast szkołę dla niewidomych w Krakowie. Jak się okazało, i tam nie mogła podjąć nauki, gdyż realizowano tam program muzyki tylko w zakresie szkoły podstawowej. Została więc stamtąd skierowana do Lasek. Wierzyła, że to Bóg sam pokierował jej życiem w ten sposób.

Krystyna przyjechała do szkoły w Laskach w styczniu 1956 roku i od pierwszej chwili poczuła się jak w domu. Podjęła naukę w ostatniej klasie szkoły podstawowej, żeby nauczyć się pisma brajla (w tym czasie jako jedyna w szkole używała „czarnego druku”). Po uzyskaniu świadectwa ukończenia ośmioklasowej szkoły podstawowej, uczyła się dziewiarstwa w laskowskiej szkole zawodowej. W trzeciej klasie zachorowała poważnie na gruźlicę płuc. Cały rok przebywała w sanatorium. Okazało się, że płuca zostały całkowicie wyleczone, co jej lekarka określiła nawet jako cud. Siostra Eliza zapisała:

O cud się nie modliłam, ale bardzo pragnęłam przyjść do Zgromadzenia i martwiłam się, że jestem chora. Matka Maria Stefania [Wyrzykowska] powiedziała mi, że Pan Jezus chce mnie oczyścić, to cierpienie pozwoliło mi dojrzeć wewnętrznie i jestem za to Panu Bogu bardzo wdzięczna.

Wkrótce po powrocie z sanatorium zdała egzaminy i w czerwcu 1960 roku otrzymała dyplom czeladnika dziewiarstwa.

Powołanie swoje odczytywała od wczesnych lat. Była od dziecka osobą bardzo czułą na sprawy Boże, a dzięki wrażliwości muzycznej, poprzez pieśni kościelne nawiązała bliski kontakt wewnętrzny z Matką Bożą.

Krystyna lubiła się modlić już od wczesnego dzieciństwa. Ponieważ kościół był daleko, modliła się w domu przed figurką Matki Bożej. Będąc zaś na lekcjach w szkole, korzystała z tego, że parafia była blisko i często na dużej przerwie biegła, by modlić się, klęcząc na stopniach zamkniętego kościoła -także zimą, na śniegu. W maju chodziła codziennie do kościoła na nabożeństwo majowe, po którym szła jeszcze do drugiej wioski, aby prowadzić majówkę dla jej mieszkańców. W październiku chodziła na różaniec, zawierzając się opiece Maryi.

Siostra Eliza została przyjęta do nowicjatu 14 sierpnia 1962 roku. Pierwsze śluby złożyła w kościele św. Marcina 15 sierpnia 1963 roku, na ręce m. Marii Stefanii Wyrzykowskiej. Śluby wieczyste – 15 sierpnia 1969 roku w Laskach.

Począwszy od nowicjatu przez dwadzieścia trzy lata mieszkała w Klasztorze na ul. Piwnej. Wykonywała chałupniczo szczotki dla Spółdzielni Ociemniałych Żołnierzy (jedenaście i pół roku), a następnie znowu jedenaście i pół roku pracowała na dziewiarstwie ręcznym w Nowej Pracy Niewidomych w Warszawie. W stanie wojennym jej dodatkowym ważnym zajęciem było otwieranie bramy wjazdowej do ogrodu Klasztoru dla bardzo licznej grupy osób działających w Prymasowskim Komitecie Pomocy Internowanym. Poza tym była odpowiedzialna za liturgię i śpiew w kościele. Śpiewała przez około szesnaście lat w świę-tomarcińskim chórze niewidomych, prowadzonym przez Stanisława Głowackiego. W latach 1963-66 uczęszczała na kursy katechetyczne organizowane przy kurii warszawskiej. W domu zakonnym zmywała naczynia i pomagała wszędzie, gdzie była potrzeba. Te lata cichej służby przyjmowała z radością.

W 1985 roku została skierowana przez ówczesną przełożoną generalną, m. Almę Skrzydlewską, do Lasek, do Domu św. Franciszka. Po dwudziestu pięciu latach wróciła do swojej dawnej szkoły i podjęła w Jabłonkach naukę masażu leczniczego. Mimo różnicy, wieku s. Eliza miło wspominała lata nauki razem z młodszymi kolegami i koleżankami. W domu zakonnym pełniła dyżury na furcie przy telefonie.

Po czterech latach i ukończeniu nauki, została przeniesiona do Domu w Żułowie, gdzie – w bliskości rodzinnych stron – od razu poczuła się bardzo dobrze. Miała wtedy powiedzieć matce, że zostaje tam do śmierci. Jak się okazuje, nie myliła się.

W pierwszych latach zadaniem s. Elizy była opieka nad chórem pań, prowadzenie liturgii w kaplicy i masaż. We wrześniu 1990 roku została opiekunką pań na „Skrzydle św. Teresy”. Posługę tę pełniła aż do lutego 2016, kiedy to została pensjonariusz-ką Domu Pomocy Społecznej w Żułowie. W dalszym ciągu zajmowała się chórem, pomagała w refektarzu, w miarę potrzeby podejmowała zastępstwa na „skrzydłach”. Dzięki dwom operacjom okulistycznym w 2011 roku (przeszczep rogówki i usunięcie zaćmy), znacznie poprawił się siostry wzrok. Podczas złotego jubileuszu s. Eliza z wdzięcznością podsumowała swoją posługę w Żułowie, a także szczególne apostolstwo życia:

Panie Jezu, w ciągu pięćdziesięciu lat otrzymałam tak wiele łask i pragnę Ci za nie podziękować.

[...] Dziękuję, że mogę Ci śpiewać, śpiewać z racji służby i śpiewać z miłości. Dziękuję, że ja, prawie niewidoma, mogę służyć Paniom niewidomym w Żułowie. Dziękuję, że prowadzisz mnie za rękę przez całe życie. Dziękuję, że trzymasz mnie, Panie za słowo, które Ci kiedyś dałam. Proszę Cię, Panie Jezu, nie pozwól, bym Cię kiedykolwiek zdradziła.

O ostatnim okresie życia śp. s. Elizy oraz jej chorobie napisała s. Benedykta Bartnik, przełożona wspólnoty w Żułowie:

„Siostra Eliza żyła wielką wdzięcznością za łaski, jakich jej Pan Bóg udzielał przez całe życie. W ostatnich miesiącach dzieliła się często z całą wspólnotą swoimi wspomnieniami z młodości i z pobytu w Laskach. Wiedziała i potwierdzała to, że Pan Bóg spełnił, ponad wszelkie oczekiwanie, każde jej pragnienie i marzenie. Była ogromnie wdzięczna, że znalazł ją w maleńkiej wiosce, przyprowadził do Lasek i obdarzył łaską powołania.”

W Żułowie była trzydzieści lat. Panie na „Skrzydle św. Teresy” uważały siostrę za swoją mamę i taką dla nich była. Gdy kilka lat temu odeszła ze „skrzydła”, panie zapraszały siostrę na wszystkie spotkania, by z nimi była; cieszyły się jej obecnością.

Siostra Eliza troszczyła się o liturgię, o przygotowanie śpiewów całego chóru, świadczyła różne usługi komputerowe, m.in. przegrywała paniom książki. Podejmowała dla ich dobra wiele innych posług. Wszystko to było wyrazem jej wielkiej miłości do niewidomych Pań.

W czerwcu Siostra przeszła udaną operację oka. Cieszyła się, że może dalej służyć. Miała do dyspozycji tablet, z którego szybko nauczyła się korzystać i zawsze dziękowała Panu Bogu za taki dar, o którym nawet nie marzyła.

W ostatnim miesiącu s. Eliza zachorowała na różę, miała wysoką temperaturę i została przeniesiona do Domu Nadziei, bo od kilku lat mieszkała w „Soli Deo”. Stan siostry zaczął się pogarszać. Dwukrotnie wzywane pogotowie nie mogło siostry zabrać do szpitala, by udzielić pomocy, gdyż nie miała wykonanych testów na Covid-19. Siostra przyjęła namaszczenie chorych i była gotowa na spotkanie z Panem Jezusem. Wezwane po raz trzeci pogotowie natychmiast zabrało siostrę do szpitala; z Krasnego-stawu przewieziono ją do Łęcznej, do najlepszego szpitala leczącego chorych na koronawirusa. Stan był bardzo ciężki. Towarzyszyłyśmy Siostrze modlitwą całego Domu.

Wcześniej, 16 listopada, zmarła w szpitalu w Chełmie pen-sjonariuszka Domu Nadziei, śp. p. Jadzia Ociesa, z którą siostra była bardzo związana; wzajemnie sobie pomagały.

Siostra Eliza pozostawiła po sobie piękne świadectwo wdzięczności Panu Bogu, radości w spełnianiu najmniejszych posług i nade wszystko wielkiej miłości do niewidomych. Pragnęła być pochowana w Żułowie, bo tu był jej dom. Spoczęła na cmentarzu w Kraśniczynie obok śp. Jadzi Ociesy.

Pogrzeb śp. s. Elizy odbył się 24. listopada 2020 roku.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

s. Alverna Dzwonnik FSK

9 grudnia 2020 odeszła do Pana Siostra Filipa od Najświętszego Imienia Jezus
Janina Czartoryjska

w 93. roku życia, 70. roku powołania, 68. roku profesji zakonnej

Siostra Filipa – Janina Czartoryjska urodziła się 24 listopada 1927 roku w Teodorowie, w gminie Rzekuń, na Kurpiach, w powiecie łomżyńskim. Rodzicami byli Jan i Zofia z domu Dar-mohwał. Była drugą córką spośród sześciorga dzieci. Miała dwie siostry i trzech braci. Mama zajmowała się domem, a tato, jako drobny rolnik, zarabiał na utrzymanie rodziny.

W niektórych dokumentach pojawia się nazwisko Czartoryska; tak też siostra się podpisywała, gdy wstępowała do zgromadzenia. Trudno obecnie ustalić, jaka wersja jest prawidłowa, ale zachowujemy pisownię ze współczesnej ewidencji.

Ochrzczona została 6 stycznia 1928 roku w kościele parafialnym w Rzekuniu. Pierwszą Komunię świętą przyjęła w kościele św. Antoniego w Ostrołęce.

W dziewiątym roku życia Janina zaczęła naukę w szkole powszechnej w Wojciechowicach, gdzie ukończyła cztery oddziały. To w miarę stabilne dzieciństwo w 1939 roku przerwał wybuch drugiej wojny światowej. Okupacja, przechodzące kolejno fronty: niemiecki i sowiecki, i znowu niemiecki, przesuwanie przez okupantów granic i przesiedlenia całych wiosek z pogranicznego terenu zapadły w serce młodej dziewczyny jako okres strachu, niepewności i troski o los i życie najbliższych. W jubileuszowych wspomnieniach z okazji 50-lecia ślubów zakonnych w 2002 roku s. Filipa podsumowała ten czas krótko:

„.. .wojna i tułaczka, wygnanie z własnego domu. Wepchnęli nas, pięć rodzin, do poniemieckiego domu o trzech pomieszczeniach. Życie było niełatwe. Wciąż strach, najazdy sowieckie, a potem niemieckie – trudno opisać to, co się działo. Tatuś był w AK. Mama jakoś sobie radziła z gromadką dzieci.”

Po przesiedleniu rodzina znalazła się w Srebrnym Borku, w powiecie zambrowskim, około 50 kilometrów na wschód od rodzinnych stron. W poniemieckiej wiosce rodzice otrzymali niewielki kawałek ziemi, a Janina podjęła znowu, choć na krótko, naukę w szkole. Nie był to jednak czas stabilizacji. Do młodej dziewczyny docierały przerażające informacje o zabiciu dwóch księży z miejscowej parafii czy wymordowaniu jednej nocy dziewiętnastu osób z wioski, w tym małych dzieci. W tym trudnym okresie, jak to zapisała w życiorysie napisanym przed wstąpieniem do zgromadzenia, modliła się gorąco, by przeżyła wojnę i mogła podjąć życie zakonne. Po wojnie już nie wróciła do szkoły, gdyż wtedy młodsze rodzeństwo rozpoczęło naukę. Ona, jako starsza, pomagała w gospodarstwie domowym i na polu.

Przy okazji złotego jubileuszu s. Filipa o swoim powołaniu napisała:

„Ja od najmłodszych lat chciałam być zakonnicą, ale potem to pragnienie mi minęło. Powołanie do zakonu wróciło po szesnastu latach. Zapisałam się do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Chodziłam na zebrania i to życie mi się podobało, ale pragnęłam być w zakonie habitowym”.

Od znajomej rówieśnicy, która wstąpiła do sióstr szarytek, dostała adres do Lasek. 20 sierpnia 1949 roku napisała prośbę o przyjęcie do zgromadzenia. Ze względu na trudności z dojazdem poprosiła, by wszelkie formalności, o ile to możliwe, załatwić listownie. Tak też się stało. Otrzymała kwestionariusz, który odesłała wraz z życiorysem, potrzebnymi zaświadczeniami i opinią proboszcza. Została przyjęta. Przyjechała do Lasek 2 stycznia, bo chciała od nowego roku 1950, zacząć życie zakonne. Oto jak Siostra Filipa zapamiętała ten swój „nowy początek”:

„Do Warszawy przyjechałam autobusem na dworzec, kupiłam bilet i poszukałam stanowisko «Laski». Stała tam śp. s. Faustyna [Jagiełło] i czekała na autobus, ale ja jej nic nie mówiłam, tylko patrzyłam, gdzie wsiądzie i myślałam, że to pewnie siostra z Lasek. Wysiedliśmy. Ona podeszła do mnie i spytała, dokąd chcę iść. Gdy odpowiedziałam, że do s. Bonawentury na próbę, s. Faustyna już się mną zaopiekowała. Pomogła mi nieść bagaż. Był duży – pierzyna, poduszka, koc i wiele innych rzeczy, które mi polecono wziąć z domu, jeżeli są możliwości.

Tak się dostałam do Lasek. Weszłam do kaplicy i tak sobie po cichu zaśpiewałam: «Do szopy, hej, pasterze, do szopy, bo tam cud». Cudem wydawała mi się szopa i Pan Jezus w Niej – mały, ale Bóg wszechmocny”.

Do postulatu Janina została przyjęta 22 stycznia 1950 r; nowicjat rozpoczęła 10 lutego 1951 r; pierwszą profesję złożyła 11 lutego 1952 r., a śluby wieczyste – 11 lutego 1958 r.

Początkowy okres formacji pod okiem s. Bonawentury Stat-kowskiej jako kierowniczki postulatu i s. Marii Gołębiowskiej, mistrzyni nowicjatu, s. Filipa wspominała jako dobry czas. Pomagała w kuchni i oborze, po profesji – w pralni i refektarzu. Prawdopodobnie pod koniec drugiego roku profesji s. Filipa przeżyła trudny okres, kiedy to w wyniku nieporozumień z kierowniczką pracy o mało nie została odesłana do domu. Siostra wspominała:

„Nie miałam odwagi odwołać się do siostry przełożonej domowej, choć ją bardzo kochałam. Bałam się powiedzieć coś nietaktownego na kierowniczkę działu pracy. Kiedyś Matka Generalna zawołała mnie do siebie i powiedziała mi, że jestem nieposłuszna i mam wyjechać do domu. Mogę zostać do lutego. Ja się nie tłumaczyłam, ale się rozpłakałam i wyszłam z pokoju Matki. [...] dalej pracowałam dobrze i modliłam się dużo. Przeniesiono mnie też do innego działu pracy”.

Sprawa wyglądała bardzo poważnie. Siostra zawiadomiła nawet o swoim powrocie rodzinę, która podjęła starania, by mogła podjąć naukę w szkole krawieckiej. Nie było to potrzebne, dzięki interwencji s. Marii i wyjaśnieniu z Matką całego nieporozumienia.

Po krótkim, zaledwie dwumiesięcznym pobycie w Sobieszewie, gdzie s. Filipa podczas kolonii dzieci pomagała w kuchni s. Karolinie Pytelewskiej, ponad trzy lata należała do wspólnoty w Żułowie (1953-1956). Pracowała tam w kuchni, oborze, ogrodzie i gdzie było trzeba. Z właściwym sobie poczuciem humoru wspominała tę bardzo wyczerpującą pracę:

„Jak byłam w oborze, często wstawałam wpół do czwartej, bo trzeba było krowy wydoić i nakarmić. Kiedyś rano podczas Oficjum Parvum (mówiłyśmy je po łacinie), na Gloria Patri... przewróciłam się, bo zasnęłam. Ale po tym przewróceniu mogłabym ze trzy noce nie spać – jeszcze szybciej wstałam, jak się przewróciłam... Później, gdy byłam w oborze, to s. Maria Janina [Borkowska] po południu wysyłała mnie na spoczynek”.

W 1957 roku s. Filipa wróciła do Lasek, skierowana była do pracy w Domu Rekolekcyjnym przy sprzątaniu i obsłudze gości, gdzie pracowała przez dziesięć lat (do 1967). Następnie dziewięć lat w infirmerii- przy chorych i w kuchence (1967-1976). Najdłużej, bo osiemnaście lat, pomagała w gabinecie stomatologicznym (1976-1991). A przez kolejne lata w miarę możliwości pomagała w szwalni w podwórzu (1991–2004).

Gdy z wiekiem pogorszył się stan jej zdrowia, przeszła do szpitalika jako pensjonariuszka, a od 2009 roku należała do wspólnoty św. Rafała. Mieszkała w pokoju na parterze.W jubileuszowych wspomnieniach zostawiła piękne świadectwo, które przez kolejne blisko dwadzieścia lat nic nie utraciło ze swej aktualności:

„Wszędzie z pomocą Bożą jest mi dobrze. [...] Com mogła zrobić dobrego, to robiłam. [...] Przez te 50 lat tak mi się wy-daje, że było więcej dobrego niż złego. Bardzo radośnie i szybko przeszło te 50 lat, zaledwie jakby się otworzyło jakieś drzwi. A tu już niedługo trzeba będzie wejść w inne Drzwi – do wieczności. Mam wielką ufność i wciąż mówię Panu Jezusowi: Jezu, ufam Tobie, że mnie zabierzesz do siebie”.

Pięknym dopełnieniem słów s. Filipy jest świadectwo s. Anity, która jako przełożona, a także pielęgniarka była z siostrą siedem lat we wspólnocie:

„W ostatnich latach życia, kiedy słabła fizycznie, nie mogła się samodzielnie poruszać i bolące stawy nóg i rąk bardzo dokuczały, kiedy traciła słuch, nie słyszałam, żeby narzekała. Kiedy ból był nie do zniesienia, prosiła o pomoc, mówiąc, że boli, ale jeszcze nie tak strasznie.

Modliła się właściwie cały czas. Prosiła o wczesne budzenie rano, żeby jeszcze przed jutrznią i mszą świętą zmówić cały różaniec: za Ojca Świętego, za ojczyznę, zgromadzenie, rodzinę i zawsze za nocną dyżurną oraz w powierzonych siostrze intencjach.A potem w ciągu dnia też właściwie nie rozstawała się z różańcem. Codziennie dużo modliła się w domowej kaplicy, podczas adoracji czy w ciszy, na wózku, blisko ołtarza.

Pogoda ducha i poczucie humoru były cechą szczególną siostry. Pomagające w codziennych czynnościach siostry czy panie były obdarowywane uśmiechem i wdzięcznością za każdą usługę, czasami anegdotą, a w czasie dłużej trwających czynności wspominała dawne czasy rodzinne czy laskowskie. Kochała bardzo swoją rodzinę, jak również tę laskowską z siostrami, pracownikami, niewidomymi i każdego dnia zanurzała ich w modlitwie.

Miała szczególny dar komunikacji z siostrami z Indii czy Afryki. Brak języka nie tylko nie utrudniał kontaktu, ale stawał się okazją do nawiązywania jeszcze bliższych relacji. Poczucie humoru, zawsze zainteresowanie i troska o innych,niosło radość przebywania z siostrą Filipą. Pogodne i takie dojrzałe przyjmowanie ograniczeń i dolegliwości związanych z wiekiem sprawiało, że siostra emanowała pięknem osoby, która żyje i kocha naprawdę Pana Jezusa i bliźnich. Tęskniła za Niebem i cieszyła się na spotkanie z Panem Bogiem i Bliskimi.

Od 10 października br. s. Filipa miała poważne zaburzenia mowy, wskazujące na niewielki udar. Była coraz słabsza, chwilowo traciła kontakt z otoczeniem. Zdecydowane pogorszenie stanu zdrowia zaczęło się 13 listopada. Siostra stopniowo przestawała jeść, wspomagana była kroplówkami, silnymi lekami przeciwbólowymi i tlenem.

Odchodziła przez dwie doby, cichutko gasnąc. Siostry czuwały przy niej na zmiany. Przy łóżku Siostry modliła się Matka Judyta, s. Szymona, przełożona, cała wspólnota i siostry z innych domów.

Msza święta pogrzebowa była sprawowana w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach w sobotę,12 grudnia 2020, o godz. 11.00

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

18 grudnia 2020 roku zmarł profesor zw. dr hab. ks. Alfons Józef Skowronek – znany polski ekumenista i autorytet naukowy o randze międzynarodowej. Także bliski współpracownik naszego czasopisma. Był wypróbowanym Przyjacielem naszego środowiska. Pogrzeb odbył się 23. grudnia br. w Laskach, gdzie został pochowany na miejscowym cmentarzu Zakładu dla Niewidomych.

Ksiądz profesor Skowronek urodził się w 1928 roku w Piekarach Śląskich. Zaraz po maturze rozpoczął formację w Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie oraz studia teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Święcenia prezbiteratu otrzymał 29 czerwca 1954 roku w bazylice piekarskiej z rąk biskupa częstochowskiego Zdzisława Golińskiego. Rektor Seminarium, ksiądz doktor Józef Baron podkreślał jego wybitne zdolności naukowe, dlatego po święceniach został skierowany na studia z dogmatyki na Katolicki Uniwersytet Lubelski.

Jako wybitny teolog przez lata był związany z Akademią Teologii Katolickiej w Warszawie. Był też członkiem Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu i Podkomisji ds. Dialogu z Kościołami zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej. W 1993 roku przeszedł na emeryturę i pozostał w Warszawie. Od 1998 roku był mieszkańcem Domu dla Księży Emerytów w Otwocku, a później „Domu nad Świdrem” również w Otwocku. Ostatnie lata spędził w Domu Księży Emerytów w podwarszawskich Łomiankach – Kiełpinie, gdzie przebywał aż do śmierci.

Poniżej drukujemy notatkę przygotowaną przez ks. Tomasza Wojtalę – Rzecznika Arcybiskupa Katowickiego i Dyrektora Biura Prasowego Archidiecezji Katowickiej, z którą Zmarły w szczególny sposób był związany.

Redakcja

ks. Tomasz Wojtala

śp. ks. Alfons Józef Skowronek

Uroczystościom pogrzebowym w kościele p.w. Matki Bożej Królowej Meksyku w podwarszawskich Laskach przewodniczył metropolita katowicki, abp Wiktor Skworc.

(...) Homilię podczas Mszy świętej wygłosił ks. dr hab. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Nawiązując do czasu adwentu – oczekiwania, obietnicy i wskazywania na cel – zauważył, że śp. ks. Alfons Skowronek działał, by przybliżać cel drogi. „Znam go jako teologa, wyrazistego, dającego do myślenia, nie znoszącego marazmu myśli i braku natchnień w przestrzeni wiary. Wielu z Was zna go osobiście, uczestniczy w tej modlitwie, nosząc w sobie głębokie, żywe wspomnienia spotkań z nim” – mówił kaznodzieja.

Zmarły Ksiądz Profesor już od początku swojej formacji do kapłaństwa ujawniał, że służba księdza wiąże z pogłębioną intelektualnie refleksją nad wiarą Kościoła. Stąd jego droga dalszych akademickich studiów: doktorat na KUL w 1964, habilitacja w Munster w 1970, potem długoletnia praca naukowa i dydaktyczna. Pozostawił wiele publikacji, wyuczył wielu studentów. Z łatwością dostrzegamy kluczowe punkty jego zainteresowania teologicznego: ekumenizm, sakramentologia, eklezjologia. Nade wszystko jego teologia czerpie inspiracje z nauki Soboru Watykańskiego II. Czytelnik jego prac może odczuć, że ma do czynienia ze świadkiem epokowych debat i postanowień soborowych, z człowiekiem, który spotykał się i współpracował z teologicznymi doradcami ojców soborowych. Jego teksty brylują klarownością i ostrością widzenia problemów teologicznych, widać też w nich krytyczny namysł nad różnymi praktycznymi problemami Kościoła, w diagnozach podbudowany teologiczną analizą -zarysowywał naukowe zainteresowania Zmarłego ks. Kempa.

Zwrócił uwagę przede wszystkim na ekumeniczne zaangażowanie ks. Skowronka, nazywając go „zwolennikiem i współtwórcą teologicznego dialogu ekumenicznego w Polsce. Z tego rysu jego osoby, który nie jest tylko postawą intelektualną, biegnie prosta droga do duchowej głębi wiary. Najpierw prowadzi ona do spotkania z drugim człowiekiem. Do spotkania, które nie zatrzymuje się na zewnętrznych miarach, na narzuconych ograniczeniach. Do spotkania, w którym górę bierze wzajemne słuchanie i chęć coraz lepszego porozumienia. Dalej, ekumeniczna wrażliwość wymaga otwartości na prawdę o Bogu, który jest Tajemnicą, rzeczywistością ,zawsze większą' – od naszych ubogich zdolności do rozumienia. Taka postawa duchowa zawsze pozwala Bogu być Bogiem i chroni przed upadaniem na kolana przed Jego obrazem wytworzonym na miarę własnych wyobrażeń albo chwilowych potrzeb; chroni przed Bogiem nazbyt „swojskim”, który łatwo staje się nieprzyjacielem Boga ,innych'. Pamięć o tym, że Bóg jest ,semper maior', umożliwia wejście na drogę ekumenizmu. Otwiera na to, że własna tradycja wiary – choć zanurzona w prawdzie objawionego Boga -prawdy nie wyczerpuje. Dlatego warto słuchać i poszukiwać głębszego porozumienia w braterskim spotkaniu uczniów Jezusa” – mówił kaznodzieja.

Dzisiaj go żegnamy: księdza, teologa, z życiowej pasji ekume-nistę, przyjaciela. Po ludzku żegnając oddajemy go w ręce Tego, na którego czekał on, jak i czekamy my wszyscy.

Dokończył adwentu życia. To wymowny symbol: na wieńcu zapłonęły wszystkie cztery świece – powiedział ks. Kempa, dodając na koniec: „liturgia pogrzebowa w wielu miejscach przywołuje słowa nadziei o życiu wiecznym, w którym nie ma narzekania ani bólu, ale pokój i radość. Powinniśmy dziś dopowiedzieć w tej pociesze takie słowa: odszedł do domu, w którym nie ma podziałów między dziećmi Boga. Na ekumenicznej drodze dociera do celu. Natrudził się na niej, wskazywał na cząstkowe cele. Z pewnością był zapatrzony w cel ostateczny. Wierzymy, że dziś go osiągnął, przyjmując go jako dar.”

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Władysław Gołąb

śp. Antoni Tomaszewski

4 grudnia 2020 roku w Pieścidłach zmarł Antoni Tomaszewski, wieloletni pracownik gospodarstwa w Pieścidłach, członek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, wielki przyjaciel Dzieła Lasek. Pogrzeb odbył się 18 grudnia w parafialnym kościele pod wezwaniem św. Bartłomieja we wsi Grodziec. Drewniany kościół z 1854 r. wypełniony był po brzegi, bo Zmarły cieszył się też ogromnym uznaniem miejscowej ludności. Laski reprezentowała grupa pracowników Zakładu, siostry franciszkanki oraz prezes honorowy Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Władysław Gołąb z małżonką.

Antoni Tomaszewski urodził się w Pieścidłach 18 grudnia 1933 r. i z tą miejscowością był związany do końca życia. W wieku 16 lat podjął pracę w miejscowym gospodarstwie rolnym jako traktorzysta, kombajnista i specjalista od wszelkich urządzeń mechanicznych.

W 1953 r. ożenił się z Teresą Durdasiak. Z małżeństwa tego urodziło się troje dzieci: Halina, Bożena i Zenon, którzy założyli swoje własne rodziny, a w których przyszło na świat sześcioro wnucząt i dziesięcioro prawnucząt.

Antoni od najmłodszych lat odznaczał się dużym zaangażowaniem społecznym; starał się robić coś dobrego, przydatnego dla miejscowej społeczności. Niestety, przyszły i nieszczęścia: w 1995 r. poważna choroba zakończona amputacją nogi, w 2011 r. śmierć ukochanego wnuka 31-letniego syna Haliny Kamińskiej i wreszcie w tym samym 2011 roku śmierć żony Teresy po 61 latach szczęśliwego małżeństwa.

Antoni Tomaszewski był człowiekiem mocnym; mimo amputacji prawej nogi nie przestał pracować. Nadal jeździł samochodem i niemal do samej śmierci, przywoził do Lasek truskawki oraz warzywa z gospodarstwa pieścidłowskiego, prowadzonego przez kuzyna Grzegorza Rosiaka, załatwiał sprawy wielu osób z otoczenia, mniej zaradnych. Z jego to inicjatywy miejscowy cmentarz parafialny wyposażony został w dróżki wyłożone kostką. Wspierał też księdza proboszcza i cieszył się ogromnym uznaniem społecznym.

Choroba przyszła nagle. W dniu 1 listopada zabrano go do szpitala ze stwierdzeniem obustronnego zapalenia płuc. Do domu wrócił 6 listopada. Tu zaopiekowała się nim córka Halina. W dniu 28 listopada pan Antoni telefonował do mnie i powiedział: „Ostatnio ciężko chorowałem. Miałam obustronne zapalenie płuc, półpasiec i inne schorzenia. Ale już wróciłem do domu i chyba wszystko dobrze”. Niestety te słowa nie spełniły się. W dniu 3 grudnia stan zdrowia pogorszył się i w nocy z 3 na 4 grudnia zakończył życie.

W kościele po mszy pogrzebowej, żegnając Zmarłego, między innymi powiedziałem: „Drogi Panie Antoni, w imieniu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, pracowników Zakładu w Laskach i swoim własnym, żegnam Cię i gorąco dziękuję za piękną służbę, za gorące serce, wrażliwe na drugiego człowieka. Niech Dobry Ojciec przyjmie Cię w Swoje miłosierne ramiona i obdarzy miłością i wiecznym pokojem. A Ty przed tronem Najwyższego módl się za nami, aby Dzieło Lasek rozwijało się na chwałę Bożą!”.

Z tego miejsca chciałbym gorąco podziękować rodzinie Zmarłego i proboszczowi – księdzu Piotrowi Fabrykiewiczowi za piękne zorganizowanie i przeprowadzenie uroczystości pogrzebowych.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Władysław Gołąb

śp. Kazimiera Musiałowicz

11stycznia 2021 roku w Sulejowie zmarła na koronawirusa Kazimiera Musiałowicz rodzona siostra prezesa honorowego Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Władysława Gołąba.

Moja siostra Kazimiera urodziła się 25 lutego 1926 r. w Sulejowie. Była dzieckiem niezwykle uzdolnionym o wielostronnych zainteresowaniach. Od 1936 r., za aprobatą rodziców, wszystkie wieczory jesieni i zimy przy lampie naftowej czytała dla całej naszej rodziny powieści wybitnych polskich i obcych pisarzy, w tym Sienkiewicza, Prusa i innych. Mnie za zgodą nauczycielki przyprowadzała na popołudniowe spotkania z pięknem geograficznych obrazów ziemi. Gdy podejmowałem naukę w pierwszej klasie szkoły powszechnej, umiałem już czytać i pisać.

Lata okupacji to ciągłe spotkania z działaczami podziemia. Siostra, aby jej nie wywieziono na prace przymusowe do Niemiec, podjęła naukę w zawodzie fryzjerskim. W 1946 r. wyszła za mąż za Feliksa Musiałowicza, późniejszego wybitnego działacza samorządowego. Z małżeństwa tego przyszło na świat troje dzieci, siedmioro wnucząt i ośmioro prawnucząt. Po śmierci naszej mamy w 1950 r. Kazia matkowała nam wszystkim. Jej dom pozostawał dla nas domem rodzinnym o pięknych polskich tradycjach. Po moim wypadku w 1944 r., w wyniku którego utraciłem wzrok, otoczyła mnie serdeczną opieką (rodzice i brat byli aresztowani przez Gestapo). Później cieszyła się z moich sukcesów życiowych i wspierała w trudnościach. Gdy podjąłem działalność w Dziele Lasek, już w 1985 r. przystąpiła jako członek do Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, a z chwilą ukazania się pierwszego numeru czasopisma „Laski” stała się jego wierną czytelniczką.

Ostatnie Święta Bożego Narodzenia spędziła jeszcze w rodzinnej atmosferze. Objawy choroby ukazały się dopiero 28 grudnia, a do szpitala, z wyraźnymi oznakami korona wirusa, została zabrana wieczorem 29 grudnia. W szpitalu stan zdrowia uległ poprawie i 7 stycznia powróciła do domu. Śmierć nastąpiła w godzinach rannych 11 stycznia 2021 r.

Pogrzeb odbył się 13 stycznia w Sulejowie. Mimo pandemii, kościół pod wezwaniem św. Floriana i Leonarda był pełny uczestników.

Kochana Kaziu, w imieniu mojej małżonki, która traktowała Cię jako ukochaną siostrę, i swoim własnym, dziękuję Ci za Twoje piękne życie, za dobro, którym tak hojnie obdarzałaś nas wszystkich. Dziękuję za spotkania z Tobą, które tyle radosnych wzruszeń wnosiły w nasze życie. Niech Dobry Bóg wprowadzi Cię w Swoją krainę pokoju i miłości.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Władysław Gołąb

śp. płk Wacław Sajewski.

16 grudnia 2020 roku w Domu Pomocy Społecznej w Działach Czarnowskich koło Radzymina zmarł płk Wacław Sajewski.

Od 1997 r. członek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.

Wacław Sajewski urodził się 11 sierpnia 1931 r. w Łagowie w rodzinie o tradycjach wojskowych. Nic za tym dziwnego, że młody Wacław po ukończeniu szkoły średniej zdecydował się na zawodową służbę wojskową. W administracji wojskowej dosłużył się stopnia pułkownika.

W 1982 r. zwolniono go jednak z wojska, gdyż jego postawa nie odpowiadała ówczesnym ideom Wojska Polskiego. Wówczas to został zatrudniony na stanowisku dyrektora biura Zarządu Głównego Związku Ociemniałych Żołnierzy RP i na tym stanowisku przepracował 27 lat, aż do zawieszenia działalności Związku, z powodu braku środków do kontynuowania pracy.

Płk Sajewski na stanowisku dyrektora wobec członków Związku wykazał się ogromną odpowiedzialnością, życzliwością, przechodzącą w prawdziwą przyjaźń. Wspierał Zakład dla Niewidomych w Laskach, a gdy przeczytał książkę ks. Tadeusza Fedorowicza „Drogi opatrzności”, ofiarował księdzu swój pas oficerski (ks. Tadeusz swój utracił). Do końca życia zachował pełną świadomość. Pochowany został na cmentarzu ewangelickim w Warszawie przy ul. Młynarskiej.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Władysław Gołąb

śp. Józef Mendruń

26 stycznia 2021 roku w swoim mieszkaniu w Warszawie zmarł – wybitny działacz Polskiego Związku Niewidomych, długoletni kierownik Działu Tyflologicznego ZG PZN, redaktor naczelny czasopisma o charakterze naukowym „Przegląd Tyflologiczny”, założyciel Towarzystwa Pomocy Głuchonie-widomym, współtwórca Fundacji Polskich Niewidomych i Sła-bowidzących „Trakt” i prezes tej Fundacji oraz zasłużony działacz „Europejskiej Unii Niewidomych”.

„Od wielu lat wszystko, co jest ważne dla niewidomych w Polsce, co wyznacza słuszne kierunki działania PZN – dzieje się przy jego czynnym udziale, a bardzo często z jego inspiracji” – napisał Józef Szczurek w „Pochodni” z października 1997 roku.

Józef Mendruń urodził się 14 listopada 1938 roku we wsi Borki Wielkie koło Tarnopola. W 1945 r. w ramach akcji „Wisła” jego rodzina została przeniesiona na teren woj. wrocławskiego. W czasie długotrwałej podróży mały Józio znalazł niewypał, który eksplodował, w wyniku czego chłopiec utracił lewą dłoń i wzrok. W 1955 r. w trafił do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Z pobytu tutaj z dużym uznaniem i wdzięcznością wspominał siostry zakonne: Monikę, Mieczysławę i Miriam. Laski opuścił w 1961 r. i podjął pracę w Spółdzielni „Nowa Praca Niewidomych” oraz zaoczną naukę w szkole średniej zakończoną egzaminem maturalnym w 1963 r. Następnie podjął studia na wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. 1 stycznia 1969 r. już jako magister podjął pracę w Zarządzie Głównym PZN na stanowisku instruktora w dziale rehabilitacji. Po roku powierzono mu funkcję kierownika Warszawskiego Okręgu PZN.

W lipcu 1977 r. Józefa Mendrunia wybrano na urzędującego sekretarza generalnego i kierownika Związku. Po czterech latach powrócił na stanowisko kierownika Działu Tyflologicznego, podejmując działalność opiekuńczą nad niewidomymi dziećmi; nawiązał współpracę z Wyższą Szkołą Pedagogiki Specjalnej w Warszawie i akademiami medycznymi w różnych miastach Polski. Zajął się też problematyką głuchoniewidomych oraz niewidomych chorych na cukrzycę. Ostatecznie odszedł z pracy w Zarządzie Głównym PZN w 2004 r.

Przez następne lata aż do dnia śmierci ogromnym zaangażowaniem prowadził Fundację „Trakt”. Jeszcze w dniu 25 stycznia był w biurze Fundacji, pił kawę i planował dalszą działalność Fundacji w trudnych warunkach pandemii.

Pogrzeb odbył się 4 lutego br. na cmentarzu południowym w Warszawie.

Dzieło Lasek reprezentował Piotr Grocholski, wieloletni dyrektor Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Laskach i wiceprezes – do 2014 roku – Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Pogrzeb miał charakter bezwyznaniowy.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ZE WSPOMNIEŃ

Jerzy Meissner

Ewa z Cieńskich Fedorowicz

E wa Fedorowicz urodziła się 29 lipca 1923 roku na Kresach Wschodnich w Jezupolu koło Stanisławowa, w pałacu dziadka Władysława Dzieduszyckiego. Rodzice: Witold Cieński i Aniela z Dzieduszyckich Cieńska.

Dzieciństwo spędziła z rodzicami i dwoma młodszymi siostrami – Anią i Lilą w Ossowcach koło Buczacza w województwie tarnopolskim.

Po rodzicach i ich przodkach odziedziczyła głęboki patriotyzm oparty na historii, kulturze i wierze narodu polskiego. Wyrażało się to w jednoznacznym potępieniu władz i systemu sowieckiego, następnie bezkompromisowym stanowisku wobec wszelkich nieprawidłowości, zarówno systemu komunistycznego do 1989 roku, jak i do rzeczywistości po tym roku.

Historię swojego niezwykle burzliwego życia opisała w poruszającej książce ,,Wędrówki niezamierzone”. Wspomina w niej z nostalgią dzieciństwo spędzone z rodzicami, siostrami i przyjaciółmi we dworze usytuowanym w pięknych okolicach Kresów Wschodnich nad rzeką Strypą, wpadającą dalej do Dniestru. Zachwycała się sielankowym życiem na wsi, interesowała się okoliczną przyrodą, uwielbiała zabawy z dziećmi z sąsiednich dworów, ale również z dziećmi wiejskimi. Kiedy była już nieco starsza, interesowała się organizacją i funkcjonowaniem dworskiego życia na co dzień i od święta.

Rodziców wspominała jako kochających i dbających o ich dobre wychowanie, ale jednocześnie uczących odpowiedzialności, troski o innych, a także praktycznych umiejętności potrzebnych do życia codziennego. Matka, Aniela Cieńska, miała przygotowanie pielęgniarskie, które często wykorzystywała do pomagania rannym czy chorym mieszkańcom wsi. Swoją wiedzę przekazała córce, co niewątpliwie, jak i cały sposób wychowania, miało istotny wpływ na przetrwanie nieludzkich warunków na zsyłce w głąb Związku Radzieckiego.

Podobnie do innych dziewcząt z rodzin ziemiańskich w tamtych stronach, pobierała początkowo nauki w domu, a następnie w klasztorze Niepokalanek w Niżniowie i słynnym Jazłowcu. Z siostrami i wychowankami Jazłowca miała bardzo serdeczny kontakt praktycznie do końca swojego życia.

28 sierpnia 1939 roku Witold Cieński dostał powołanie do wojska do jednostki artylerii w Toruniu. We wrześniu 1939 roku Ewa wraz z siostrami została wysłana z Ossowiec do Jazłowca, gdzie rozpoczęła kolejny rok szkolny u Niepokalanek.

Informacja o wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski 17 września była całkowitym zaskoczeniem dla wszystkich. Po kilku dniach, wobec zagrożenia ze strony okupantów w Ossowcach, matka młodych dziewcząt Cieńskich wyjechała początkowo powozem, a potem 30 kilometrów doszła pieszo do Jazłowca, wyposażona jedynie w szkatułkę z kosztownościami. Po kilku dniach szkatułka wraz z wotami Matki Boskiej Jazłowieckiej zostały zakopane w pobliskim lesie.

W październiku pani Cieńska zdecydowała się na wyjazd z córkami do Lwowa w nadziei, że tam uda się im uniknąć wywózek w głąb Rosji. O spodziewanych wywózkach polskich rodzin ziemiańskich już wtedy się mówiło. Zima była sroga, co mocno dawało się we znaki paniom Cieńskim, bo wszystkie ciepłe ubrania, jak i inne rzeczy niezbędne do życia, zostały w Ossowcach. Miały ze sobą tyko to, z czym pojechały we wrześniu do szkoły w Jazłowcu czyli-letnie ubrania. Ze względu na zagrożenie aresztowaniem przez okupanta jazda do Ossowiec w celu uzupełnienia braków nie wchodziła w rachubę. Jedynie raz udało się służącemu dowieźć trochę ciepłych rzeczy, które we Lwowie wydawały się być nie bardzo przydatne, ale bardzo się przydały w Kazachstanie. Było to wielkie futro ojca, dwie ciepłe kurtki na polowania, kołdra, dwa koce i jakieś drobiazgi. Niestety nie przywiózł ciepłego obuwia, którego brak bardzo doskwierał w następnych miesiącach.

Dziewczynki prawie od samego początku pobytu we Lwowie zaczęły chodzić do szkoły Sacre Coeur, ale z opisu tamtego czasu wygląda, że Ewa z Anią i matką zajmowały się głównie zdobywaniem środków do życia, co wobec dużych braków w sklepach w przepełnionym uchodźcami Lwowie, było bardzo trudnym i mało efektywnym zajęciem.

W lutym 1940 roku zaczęły się wywózki. Zima była wyjątkowo ostra, co wobec sposobu transportu w wagonach bydlęcych bez ogrzewania było powodem licznych zgonów głównie osób starszych i dzieci. W nocy z 12 na 13 kwietnia Pani Cieńska z córkami zostały zabrane z domu do wagonu bydlęcego w pociągu składającym się z około 50 wagonów. Podróż pociągiem w koszmarnych warunkach trwała 17 dni. Potem jeszcze kilkanaście godzin ciężarówką do Men-Bułak – sowchozu w Kazachstanie w okolicach Semipałatyńska. Tam, jak i inne zesłane rodziny, mieszkały w rozlatujących się ziemiankach w brudzie, zimnie i głodzie. Wszystkie musiały ciężko pracować, bo nie pracując, nie dostawały żadnego wynagrodzenia i wprawdzie bardzo kiepskiego, ale wyżywienia.

Po wybuchu wojny Niemiec ze Związkiem Radzieckim w czerwcu 1941 roku została ogłoszona tak zwana „Amnestia” dla zesłańców i zaczęło się mówić o tworzeniu polskiego wojska na terenach Związku Radzieckiego. Aniela Cieńska zdecydowała się wyjechać z córkami w kierunku zachodnim w poszukiwaniu polskiego wojska w nadziei, że uda się w ten sposób wrócić do Polski. Roczna tułaczka do czasu wyjazdu w sierpniu 1942 roku do Persji była najtrudniejszym okresem zsyłki. Wprawdzie już nie było tak silnych mrozów i bezpośredniego zagrożenia ze strony władzy sowieckiej, ale do głodu, okropnych warunków bytu dołączyły się plagi wszy, na zmianę z plagami pluskiew w mieszkaniach, szpitalach i innych miejscach publicznych oraz choroby zakaźne.

Podobnie jak tysiące innych Polaków, którzy dotarli w okolice punktu zbornego w Jangi-Julu, pani Cieńska z córkami chorowały na tyfus, malarię, ospę i inne choroby. Brak żywności, lekarzy i odpowiednich warunków sanitarnych był powodem rozprzestrzeniania się chorób, które dziesiątkowały wojskowych i cywilów – głównie dzieci i osoby starsze.

W wielki piątek 1942 roku zmarła Ania – młodsza siostra Ewy. Bezsilność wobec braku możliwości zdobycia pomocy lekarskiej dla ginącej w oczach przez kilka tygodni Ani, była najokropniejszym przeżyciem pozostałej części rodziny.

Do Persji – dzisiejszego Iranu – ewakuowano około 110 tysięcy żołnierzy i kilkanaście tysięcy najbardziej chorych, w tym dzieci głównie z sierocińców. Większość Armii Polskiej pod przywództwem Generała Andersa i część cywilów oraz dzieci, w tym również siostra Ewy Lila, dotarli do Persji przez Morze Kaspijskie. Ewa z Mamą dotarły do Teheranu pociągami i ciężarówkami. Mimo że jedzenia było pod dostatkiem, to osoby ewakuowane nadal bardzo licznie umierały z powodu wycieńczenia organizmów i nieprzystosowania do normalnego jedzenia.

Przez jakiś czas Ewa pracowała w Czerwonym Krzyżu przy uzupełnianiu kartotek przywiezionych do Teheranu dzieci, z których wiele nie miało rodziców i wiele nie wiedziało nic o sobie i swoich rodzicach.

Po około trzech miesiącach przemieściły się wraz z wojskiem przez Irak do Palestyny. Tam wreszcie spotkały się z ojcem. Nie można powiedzieć, że od tego czasu zaczęło się wspólne życie rodzinne, bo Witold Cieński jako wojskowy przemieszczał się tam, gdzie potrzebowała go armia, Pani Cieńska z Lilą mieszkała oddzielnie, a Ewa wstąpiła do Szkoły Młodszych Ochotniczek, co było traktowane jako służba wojskowa, a jednocześnie było kontynuacją nauki w celu zrobienia matury. Prawie cały 1943 rok Ewa przechorowała w szpitalach Palestyny z powodu malarii. Uczyła się ze skryptów i w ten sposób zaliczyła drugą klasę licealną. Na szczęście potem jej zdrowie poprawiło się i maturę zdała w październiku 1944 roku.

W styczniu 1945 roku rozpoczęła studia w Libanie na uczelni w Bejrucie. Studiowała nauki polityczne i ekonomię. W 1947 roku zdała ostatnie egzaminy, uzyskała dyplom i wyruszyła statkiem do Anglii, gdzie dotarła w listopadzie.

Uzyskanie dobrej pracy w Wielkiej Brytanii było dla Polaków trudne, bo niestety byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii, ale mimo to cała rodzina nie zdecydowała się na powrót do Polski. Zadecydował o tym fakt, że ukochane z dzieciństwa Ossowce po wojnie znalazły się w Związku Radzieckim, a Polska w strefie wpływów tego państwa. Doświadczenia z władzą sowiecką we Lwowie, a następnie ze zsyłki do Kazachstanu, wykluczały jakiekolwiek kontakty z tą władzą.

Ewa w 1951 roku wyszła za mąż za Jana Fedorowicza, który przeżył podobnie do Ewy zsyłkę do Rosji, ewakuację z Armią Andersa do Persji, gdzie długo chorował i jako chory został przewieziony statkiem do Szkocji.

W 1975 roku państwo Jan i Ewa Fedorowiczowie sprzedali swój dom w Londynie i przeprowadzili się po 35 latach tułaczki na stałe do Polski, do Lasek. Tu Ewa, jak zwykle z dużym zapałem i zamiłowaniem, zabrała się do zorganizowania domu otwartego dla licznych gości i oddawała się uprawom warzyw i kwiatów w ogrodzie. Państwo Fedorowiczowie byli odwiedzani przez bardzo liczne grono przyjaciół z kraju i zagranicy, liczną rodzinę oraz nieznajomych, którzy byli mile w tym domu widziani.

Ewa w chwilach wspomnień z wielkim sentymentem wspominała swój ,,raj utracony” – dzieciństwo i wczesną młodość w domu rodzinnym w Ossowcach na Kresach Wschodnich. To jednak zwykle łączyło się ze wspomnieniami ze zsyłki. W 2017 roku ufundowała obelisk poświęcony „Dzieciom Polskim deportowanym po napaści Sowietów na Rzeczpospolitą 17.IX.1939 r. Zmarłym i Zaginionym na Nieludzkiej Ziemi”, postawiony obok kościoła parafialnego w Laskach.

O charakterze Ewy Fedorowicz fantastycznie świadczy nauczenie się obsługi komputera, napisanie wspomnień i wydanie ich w formie książki w 2005 roku – czyli w wieku około 80 lat. Drugie, rozszerzone przez autorkę, wydanie ,,Wędrówek niezamierzonych” ukazało się w 2014 roku.

Ewa Fedorowicz zmarła 28 października 2020 w Laskach. Pogrzeb odbył się w Dniu Niepodległości 11 listopada 2020 roku. Mszę świętą celebrował i wygłosił homilię, połączoną ze wspomnieniem jej życia, ksiądz Krzysztof Małachowski – bliski rodzinie i Polakom z Kresów. Urna z prochami Zmarłej została złożona na cmentarzu Zakładu dla Niewidomych w Laskach w grobie rodzinnym Fedorowiczów.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

śp. o. Włodzimierz Zatorski OSBs. Hieronima Broniec FSK

s. Hieronima Broniec FSK

śp. Ojciec Włodzimierz Zatorski OSB (27.06.1953–28.12.2020)

Ojca Włodzimierza poznałam u prof. Świderkówny jakieś 15 lat temu. Rozmawiali o książkach, o Biblii o świeżo przetłumaczonej przez Gospodynię „Regule” św. Benedykta. Prof. Świ-derkównę niedawno poznałam, ale ona mnie już „oswoiła”, więc ledwie się za Gościem drzwi zamknęły, zapytałam: „Skądeś Ty takiego księdza wzięła?”,

Ania – kazała do siebie tak mówić – opowiedziała mi, kim jest o. Włodzimierz; mnich tyniecki, założyciel i dyrektor wydawnictwa, sporo pisze, szczególnie o Biblii. Pracowałam wtedy w bibliotece brajlowskiej w Laskach, więc zainteresował mnie od razu. Kontakty duszpasterskie Lasek z Tyńcem jeszcze od czasów o. Piotra Rostworowskiego, który głosił dla nas wspaniałe rekolekcje, były dość częste i bliskie. Potem nasz powojenny kapelan -został w Tyńcu o. Franciszkiem. Może jest już pora i okazja je ożywić. I stało się.

Ojciec Włodzimierz podjął lekcje biblijne dla nowicjuszek na Piwnej. Niestety, nie mogło to trwać długo, ale spotkania były cenne i oczekiwane. Jakiś czas młode siostry jeździły do Tyńca uczyć się chorału gregoriańskiego.

O. Włodzimierz przez jakiś czas przywoził do Lasek oblatów tynieckich na niedzielne spotkania. Dla mnie to była za każdym razem wielka radość. Korzystałam wtedy zawsze ze spowiedzi u Ojca i rozmów. Umiał słuchać, poradzić pomóc. Widywaliśmy się na Targach Książek. Czasem nabywałam coś dla Biblioteki, a książki jego autorstwa często otrzymywałam dla siebie. Dzieliłam się nimi z przyjaciółmi.

Kiedy Tyniec organizował dużą i ważną konferencję poświęconą o. Piotrowi Rostworowskiemu, miałam brać w niej udział. Osobiste zaproszenie mnie przez o. Włodzimierza zaciekawiło mnie tyleż samo, co uradowało. Ojciec był uważny i natychmiast polecił mi oddzielny pokój, bo wspólna sypialnia byłaby dla mnie za trudna po niewidomemu. Okazało się, że był to pokój, w którym zatrzymywała się prof. Świderkówna i raz Jan Paweł II. Moje zdumienie sięgnęło szczytu kiedy przed rozpoczęciem konferencji w drzwiach sali czekał na mnie o. Włodzimierz z magnetofonem i dziesiątką kaset. Posadził mnie w pierwszym rzędzie i powiedział: - Ja nie mam teraz na to czasu, a to trzeba będzie zrobić.

Pojęłam i strach mnie obleciał. Spisanie takiej konferencji, której uczestników się nie widzi i nie rozróżnia ich głosów, graniczy z cudem po niewidomemu. Jakoś po powrocie do domu to zmogłam.

W czasie jakichś wakacji odpoczywałam z s. Elżbietą w Sta-niątkach u sióstr benedyktynek. Pokusa była duża, tak blisko Tyniec. Wybrałyśmy się tam z zaprzyjaźnioną właścicielką samochodu. Przywitał nas o. Włodzimierz, jakby na nas czekał. Oprowadził nas po Opactwie i ugościł. Zdumiewało mnie u Ojca naprawdę to, że nie udało mi się zauważyć przy spotkaniu, że mu przeszkadzam. Niezmiernie jestem Ojcu wdzięczna za tak wierne przysyłanie mi homilii na aktualny dzień. To nic, że to już drukowane teksty, choć chciałoby się słyszeć mówione jego głosem.

Cieszyłam się każdym oblackim spotkaniem, więc zaproponował mi przeprowadzenie jednych adwentowych rekolekcji o Wcieleniu. Niestety, jesienią miałam udar mózgu i nie mogłam się ani przygotować, ani do Tyńca jechać. Odwiedził mnie w szpitalu i na moją prośbę, żeby poszukał kogoś innego, z udanym gniewem powiedział: „Nie będę szukał. Muszę sam”. Po przeszło pół roku lekarz się zgodził na wyjazd do Tyńca. Wypadło to w tygodniu przed Palmową Niedzielą. Kiedy stanęłam w piątek przed słuchaczami, wbiegł Ojciec do sali z książeczką w dłoni i dając mi ją, powiedział ze śmiechem: „A tej książce to siostra jest winna". Okazało się, że jest to zapis adwentowych rekolekcji o Wcieleniu, których ja nie mogłam przygotować, ani tym bardziej przeprowadzić.

Ojciec dosyć często wydawał głoszone przez siebie rekolekcje. Często cieszyły się te małe książeczki powodzeniem.

Po odejściu do Domu Ojca Profesor Świderkówny ks. Prof. Kudasiewicz usiłował mnie przekonać, że powinnam napisać o niej. Nie mogłam podjąć takiego zadania. Wtedy o. Włodzimierz poradził spisać wspomnienia jej uczniów, przyjaciół, następców i innych słuchaczy. Zebrałam wspomnienia 28 osób. O. Włodzimierz pomógł mi, żeby wydało to wydawnictwo Tyniec. Tytuł: „Od Aten do Jerozolimy” zaproponował ks. Prof. Marek Starowieyski.

Był to mój ostatni pobyt w Tyńcu. Ojca jeszcze parę razy spotkałam. Teraz trzeba mi dziękować Bogu za postawienie go na mojej ścieżce, modlić się i czekać na spotkanie w Domu Ojca, jeżeli będzie Jego wola.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Teresa Lubowiecka

W1992 roku przyjechałam do Tyńca na spotkanie oblatów. Wtedy bardzo nieliczną wspólnotą opiekował się o. Wawrzyniec Ratajczak, aby się poprzyglądać „czym to się je”. Na zakończenie pojawił się młody mnich, który szukał pomocników w nowo powstającym wydawnictwie. Ponieważ stosunkowo niewiele wcześniej rozpoczęłam pracę w czasopiśmie „Acta Physica Polonica” zgłosiłam się do pomocy. I tak się zaczęła nasza współpraca z o. Włodzimierzem, która potem przerodziła się w przyjaźń.

Ojciec był człowiekiem czynu i pełnym pomysłów. Zaczynaliśmy od zera, uczyliśmy się wszystkiego. Początkowo Ojciec był dyrektorem, księgowym, dystrybutorem i nauczycielem. Bywało różnie, nie obeszło się bez wpadek, pomyłek w doborze współpracowników; przeżyliśmy kradzież transportera Volkswagena, którym Ojciec rozwoził książki po Polsce. Było to zimą, razem z, wówczas jeszcze bratem, Konradem Małysem wstąpili na herbatę, a kiedy wyszli, samochodu już nie było. Na pytanie br. Konrada, co teraz zrobimy? Ojciec odpowiedział: odmówmy Ojcze Nasz. Niedługo potem napisał jedną z pierwszych książek „Przebaczenie”. Pamiętam też, jak w książce „Przewodniczka wiary”, na wniosek cenzora z Kurii Krakowskiej Ojciec musiał zmieniać Marię na Maryję. Był bardzo wzburzony, ale pokornie osobiście nanosił poprawki.

Stosunkowo szybko złożyłam przyrzeczenia oblackie i już jako oblatka nadal pomagałam w Wydawnictwie Tyniec, które rozwijało się, a moje obowiązki, dzięki inspiracjom Dyrektora, też stawały się coraz bardziej ambitne. Obok Wydawnictwa na terenie Opactwa powstała księgarnia. Do jej założenia zainspirowała Ojca słynna księgarnia AmBasador w Olsztynie prowadzona przez Basię Marszałek moderatorkę wspólnoty Benedictus.

Tu chcę napisać o wielkiej wdzięczności wobec o. Włodzimierza, dzięki któremu poznałam wielu wspaniałych ludzi i trafiłam do wielu niezwykłych miejsc, takich jak chociażby wspomniana księgarnia czy gościnny dom w Istebnej, o którym można przeczytać we wspomnieniach Teresy i Tadka Legierskich. Bez Ojca nie poznałabym jego rodziny w Czechowicach-Dzie-dzicach i ich ciepłego domu na ulicy nomen omen Słonecznej. Nie spędziłabym wielu dobrych chwil, nie tylko na rekolekcjach, w domu św. Józefa w Orlinkach na Wyspie Sobieszewskiej i nie zaprzyjaźniła się z Ewą Witkowską.

Lista osób poznanych dzięki Ojcu mogłaby stworzyć sporą książkę telefoniczną, wspomnę więc tylko tych, którzy poprzedzili Ojca i czekali na niego w Domu Pana: Prof. Annę Świder-kówną, Darka Waldzińskiego, ks. Witolda Andrzejewskiego, ks. Herberta Hlubka, s. Rafaelę Nałęcz z Lasek, a potem z Rwandy, Beatę Helizanowicz czy Agnieszkę Boruch.

Kiedy Wydawnictwo Tyniec mocno stanęło na nogach i nie tylko wydawało, ale też, dzięki inicjatywie Ojca, drukowało książki, Pan Bóg skierował go za pośrednictwem ówczesnego Opata na nową drogę.

W tym czasie Opactwo otwarło się na świat, Dom Gości przestał świecić pustkami. Rekolekcje mogli odbywać już nie tylko oblaci, ale wszyscy poszukujący Boga i to płci obojga. Być może także dla zapełnienia pustki po Wydawnictwie Ojciec stał się najgorliwszym rekolekcjonistą.

Kolejny Opat powierzył też Ojcu funkcję opiekuna oblatów. W sposób naturalny po wielu latach współpracy w Wydawnictwie poprosił mnie o pomoc w sprawach organizacyjnych, których było coraz więcej, bo wspólnota rosła i młodniała. Zmienił się też stosunek państwa do Kościoła i oblaci mogli wyjść z podziemia. Udział w rekolekcjach przekraczał możliwości finansowe zwłaszcza starszych oblatów. Ojciec wymyślił więc legitymacje, dzięki którym byliśmy traktowani przez Opactwo na szczególnych prawach.

Jak wspomniałam, Ojciec był człowiekiem czynu, a więc oprócz nas, oblatów, zajął się liderami. Po wyjeździe o. Szczepana do Kartuzji przejął jego duszpasterstwo w Jarosławiu, a po śmierci o. Jana Pawła zaopiekował się Krakowskimi Grupami Medytującymi. Podczas wakacji wiernie spotykał się w Istebnej z przyjaciółmi z Duszpasterstwa Akademickiego ks. Hlubka, był opiekunem duchowym rekolekcji z postem (bywało, że sam też pościł) no i dwa razy do roku prowadził dni skupienia dla wspólnoty Benedictus w Olsztynie i Gietrzwałdzie. Oprócz tego pełnił funkcję szafarza klasztoru i był dyrektorem Jednostki Gospodarczej. Tych obowiązków było tak wiele, że dla oblatów automatycznie miał coraz mniej czasu.

Towarzyszyłam też Ojcu w wyjazdach na rekolekcje czy spotkania w KIK w Gliwicach. Stałym punktem programu było odmawianie w drodze Liturgii Godzin, na co brakowało czasu w miejscach docelowych. Prawie zawsze Ojciec był przy kierownicy, więc mnie przypadała rola lektorki. Często potem Ojciec wyjaśniał moje pytania związane z przeczytanym tekstem. W samochodzie obowiązkowo musiało być radio. Słuchaliśmy nagrań muzyki lekkiej i poważnej według układu Ojca, później także nagrań Starego Testamentu w interpretacji aktora, którego nazwiska nie pamiętam, w uszach brzmi mi tylko jego głęboki głos. Te wspólne podróże były dla mnie swoistymi rekolekcjami.

Ojciec lubił szybką jazdę, ale nie łamał przepisów, chyba że było to w małej wiosce na Mazurach, gdzie chytry sołtys ustawił fotoradar i przyszło upomnienie o przekroczeniu prędkości w miejscu absolutnie bezpiecznym. Na trasie Kraków – Warszawa Ojciec znał dokładnie miejsca, gdzie umieszczono fotoradary lub policja zwykła czaić się w krzakach. Miał świetną orientację w terenie, zdarzyła się też jazda na azymut z Łodzi do Józefowa, kiedy pilnowaliśmy, żeby słońce mieć za plecami.

Tu z kolei przypominają mi się imieniny Ojca świętowane w Istebnej, na których śpiewaliśmy piosenkę autorstwa Adama Jasionka o tym, że Ojciec jest naszym GPSem. Myślę, i pewnie nie tylko ja, że prawdziwie był dla nas GPSem na zawiłych drogach naszego życia prowadzącym pewnie do celu, jakim jest Królestwo Boże, do którego On sam już pewnie dotarł.

P.S Wśród wielu zadań, jakie powierzał mi Ojciec znalazło się redagowanie naszego Benedictusa. Praca nad tym pisemkiem sprawia mi wiele radości i pomogła mi przetrwać trudny czas pandemii. Bogu i Ojcu niech będą dzięki!

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Marta Zielińska

P owiedziała do mnie Teresa Lubowiecka – napisz wspomnienie o Ojcu Włodzimierzu.

Siedzę nad pustą kartką papieru i rozważam, co mogę napisać ja, jedna z najmłodszych stażem oblatek benedyktynów tynieckich, mając w pamięci wielkie, uczone i święte poprzedniczki, które przyciągnął swą duchowością i pięknem Tyniec.

Byłam starsza od Niego o 15 lat i ten Kościół, w którym przystępowałam do Pierwszej Komunii św. w 1948 roku, a następnie do bierzmowania z rąk arcybiskupa Eugeniusza Baziaka, był inny. Potem, przez ponad 30 lat trwałam w laskowskiej kaplicy w charyzmacie służby niewidomym Matki Czackiej, aż dotarłam do benedyktyńskiej służby Słowem.

Ojciec Włodzimierz – mój pierwszy prefekt wspólnoty oblatów. Na rekolekcjach i dniach skupienia słuchałam Jego rozważań i nauk, często porywających głębią i uduchowieniem, ale też często spierałam się z Nim, werbalnie i duchowo. Patrzyłam, jak oddalał się od Tyńca, w którym już się nie mieścił, jakby gnany pragnieniem suwerenności w tworzeniu czegoś nowego i własnego. Może Bóg zawrócił Go z tej drogi?

Codziennie wieczorem, na ekranie mego komputera patrzę na prezbiterium tynieckiego kościoła – Ojcowie recytują psalmy. Godziny Czytań. Nie mogę uwierzyć, że Go tam nie ma,

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Jan Michalik
(biegowy pseudonim: John)

śp. Zygmunt Grzelak
1932–2021

W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem
2 Tm, 4-7/

Wspomnienie dedykuję Żonie Zygmunta: Krystynie oraz ich córkom:
p. Ewie, p. Magdalenie z ich rodzinami.

Pierwszy kontakt z Zygmuntem miał miejsce w listopadzie 1986 roku i był właściwie dziełem przypadku. Zachęcił mnie do tych odwiedzin Edward Bienias – kolega biegowy, z którym od kilku miesięcy odbywaliśmy treningi w Puszczy Kampinoskiej. Edek był już wtedy zaprzyjaźniony z pp. Grzelakami. Zaś ja zupełnie ich nie znałem.

Pobiegliśmy więc na Chomiczówkę (7 km) już o zmroku. Było to wtedy całkiem możliwe, bo ruch na trasie do Warszawy nie był zbyt wielki. Nasze niezapowiedziane odwiedziny i moje przybycie nie wywołało większego zdziwienia i zaskoczenia. Spotkanie okazało się bardzo sympatyczne i utwierdziło mnie w przekonaniu, że będę miał jeszcze jednego kolegę do treningów biegowych.

W rozmowie dowiedziałem się, że p. inż. Zygmunt Grzelak jest kierownikiem Stacji Nadawczej Radiowej w Konstantynowie koło Gąbina. Jest to bardzo odpowiedzialne stanowisko pracy (z czasem miałem zaszczyt odwiedzić to miejsce). Jego żona Krystyna jest pracownikiem naukowym (w stopniu doktora) w Instytucie Ziemniaka w Radzikowie. Pani Krystyna okazała się również miłą i sympatyczną osobą. Po tej wizycie już dość regularnie umawiałem się z Zygmuntem i Edwardem na treningi do lasu. Oprócz tego wypadały nam wyjazdy na zawody i wtedy Zygmunt służył kolegom i mnie jako trener, pilot i przewodnik.

Częste wspólne treningi i starty w zawodach zbliżyły nas do siebie do tego stopnia, że z czasem staliśmy się przyjaciółmi.

Kolejnym etapem naszych kontaktów były wzajemne, przyjacielskie odwiedziny u pp. Grzelaków i u nas, w Laskach. W trakcie spotkań przekonaliśmy się, że Krystyna i moja żona akceptują nasze treningi i więzi przyjacielskie. PP. Grzelakowie – zaproszeni przez nas – zwiedzali również zakład i ośrodek w Laskach. Kilka razy uczestniczyli w Laskowskim kolędowaniu. Udzielała im się charakterystyczna dla środowiska Lasek otwarta atmosfera.

Na treningach poruszaliśmy z Zygmuntem wiele ważnych tematów, a on okazywał duże zainteresowanie problematyką niewidomych. Bardzo chętnie czytał czasopismo „Laski”.

Różne zagadnienia z tej dziedziny budziły zainteresowanie pp. Grzelaków podczas naszych spotkań, w których z góry wykluczyliśmy tematy natury politycznej.

Z czasem Zygmunt zaangażował się maksymalnie w szerszą pomoc kolegom z klubu biegowego niewidomych. Była to pomoc nie tylko związana z bieganiem. Dotyczyła również zakupów, spraw urzędowych, lekarskich oraz potrzeb domowych. Wszystko, czego się podjął, wykonywał sumiennie od początku do końca. Zawsze można było na niego liczyć. Prowadził notatki, w których zapisywał, co i komu trzeba pomóc; nigdy nie żałował swojego czasu, jaki nam poświęcał.

Mnie osobiście darzył szczególną przyjaźnią i serdecznością; przenosiło się to także na naszych kolegów.

Podziwiałem jego cierpliwość przy udzielaniu pomocy, np. wówczas, gdy trzeba było nieraz czekać wspólnie na jakiegoś urzędnika, czy na wizytę lekarską. Nie pamiętam, aby Zygmunt na coś lub na kogoś narzekał. Zawsze miał na ustach uśmiech i celny dowcip.

Do dziś nie mogę pojąć jak on to robił, że z jednej strony traktował nas niewidomych kolegów jak najnormalniej, a z drugiej dyskretnie pomagał, bez zbędnych komentarzy. Myślę, że akceptacja żony Krystyny pomagała mu w podejmowaniu tych działań.

Kim był dla mnie Zygmunt?

Przez 30 lat mogliśmy się dobrze poznać. Nie do policzenia są przykłady jego życzliwości, pomocy i wyrozumiałości. W sprawach trudnych okazywał dyskrecję, delikatność oraz umiejętność słuchania rozmówcy, co było chyba jego największą zaletą.

Ciekawą dziedziną jego zainteresowań było zbieranie aforyzmów i wielokrotne czytanie na głos ich treści. Chciał przez to przekazać wiele mądrości życiowych, przestróg i dobrych rad. Obecnie, kiedy sięgam po sprzęt dźwiękowy, który naprawiał Zygmunt, nie mogę o nim zapomnieć.

Często, przebywając w lesie, wspominam wspólnie przebyte (przebiegane) szlaki i w niektórych miejscach przypominam sobie jego wypowiedzi.

Kochana Krysiu. Dziękuję Ci za Twoją przyjacielską gościnność, życzliwość i wyrozumiałość. Na bieżąco interesowałaś się wynikami naszych poczynań biegowych sekundując nam jako kibic podczas „Biegu Chomiczówki”. Duchem zawsze byłaś z nami. Dziękuję Ci po prostu za Zygmunta.

Kochany Przyjacielu. Żegnam Cię, dziękują za setki przebieganych kilometrów, za Twoje zaangażowanie w czynieniu dobra, za okazane przyjacielskie serce. Niech dobry Bóg wynagrodzi Cię niebieskim medalem za wszystko, czego dokonałeś. Do końca życia będę się za Ciebie modlił i nigdy Cię nie zapomnę.

Zygmunt Grzelak zmarł 24 stycznia. Był wieloletnim pracownikiem Telekomunikacji Stacji Radiowych i Telewizyjnych Radiowego Centrum Nadawczego w Gąbinie.

W dniu 9 lutego został pochowany na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

NEKROLOGI

6 stycznia 2021 r. w szpitalu warszawskim przy ul. Wołoskiej zmarła długoletnia pielęgniarka Zakładu dla Niewidomych w Laskach – Eleonora Tutajewicz. Urodziła się w Tomaszowie Mazowieckim 22 lutego 1936 r,

Tam też została pochowana w rodzinnym grobie swojego brata.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

śp. Staś Zdyb

27 stycznia 2021 roku w wieku pięciu lat odszedł do Pana
śp. Staś Zdyb

Przez ostatnie tygodnie dzielnie walczył w szpitalu, otoczony czułą opieką rodziców, lekarzy i pielęgniarek. Pan Bóg zawołał Go do siebie i dziś Staś, tak jak w Jego ulubionej piosence, biega po łące i śpiewa: „Kto chce się z latem spotkać, niech idzie z nami tam. Rumianek i stokrotka pokażą drogę nam”.

30 stycznia 2021 r. po Mszy świętej pogrzebowej w Kaplicy M. B. Anielskiej w Laskach odprowadziliśmy Stasia na cmentarz laskowski.

Rodzinę otaczamy serdeczną modlitwą

Koleżanki i koledzy Stasia, personel Przedszkola w Laskach

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

INNE WYDARZENIA

LISTOPAD 2020

Laski – Warszawa

9.11. Po kwarantannie znów możemy modlić się w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. Zgodnie z zasadami bezpieczeństwa wewnątrz może przebywać 12 osób.

11.11. W 102. rocznicę odzyskania Niepodległości we wszystkich kościołach odprawiane były Msze św. za Ojczyznę. W tym dniu świętomarcińska wspólnota w Warszawie z racji wspomnienia Patrona – św. Marcina – uczestniczyła we Mszy św. odpustowej o godz. 17.30, również poprzez transmisję radiową.

17.11. Dzień imienin Czcigodnej Sługi Bożej Matki Elżbiety Czackiej. Dziękujemy Bogu za Matkę Założycielkę i modlimy się za siostry FSK. Z uwagi na sytuację epidemiologiczną święto zgromadzenia i jubileusze naszych sióstr, a także spotkanie sióstr przełożonych z Matką i Zarządem zostały przesunięte na styczeń 2021.

20.11. W Laskach Domy: św. Franciszka i św. Antoniego zakończyły prawie miesięczną kwarantannę. Siostry zdrowe, choć wyczerpane brakiem przestrzeni, z wielką ulgą wyszły na laskowskie ścieżki odetchnąć świeżym powietrzem.

22.11. Niedziela Chrystusa Króla – w Laskach w kaplicy MB Anielskiej podczas jutrzni siostry FSK odnowiły śluby zakonne. Wieczorem przyszła wiadomość o śmierci s. Elizy Janczak, która zmarła w szpitalu w Łęcznej. Przebywała tam z powodu zakażenia covid-19.

25.11. W laskowskiej kaplicy odbył się pogrzeb śp. Bolesława Gasińskiego (1935–2020), artysty malarza związanego przed laty z ks. Jerzym Wolfem, któremu użyczał swoją pracownię. Z relacji Oli Rogalskiej: Laski, późna jesień... wilgotny listopadowy dzień. Pogrzeb wybitnego artysty wyjątkowo cichy i skromny. Sceneria w kaplicy i na cmentarzu, w otoczeniu dzikiej puszczy bardzo wzruszająca. Ostatnie pożegnanie. Na zdjęciu koło urny Bolesław patrzy na nas uśmiechnięty... Stoimy blisko siebie... przyjaciele, rodzina, związani wspomnieniami.

29.11. I Niedziela Adwentu. Rozpoczynamy czas oczekiwania na przyjście Pana.
W kościele św. Marcina odbyło się spotkanie niewidomych. Ze względu na pandemię we Mszy św. o 12:30 ograniczona liczba osób. Nie było spotkania w klasztorze. Po Mszy św. uczestnicy złożyli życzenia ks. Andrzejowi z racji imienin, a przy wyjściu z kościoła każdy otrzymał słodki poczęstunek.

Rabka

1–8.11. Wraz z wychowankami Ośrodka wspólnota domu włączyła się w inicjatywę Różaniec do Granic Nieba, modląc się codziennie przed Najświętszym Sakramentem o godz. 17:30.

10.11. Ksiądz prof. Edward Staniek wygłosił konferencję dla pracowników, a po wieczornej Mszy św. dla sióstr ze zgromadzeń zakonnych w Rabce.
Tego dnia nasz Ośrodek z okazji Narodowego Święta Niepodległości włączył się w akcję MEN – Szkoła do Hymnu. Punktualnie o godz. 11:11 siostry, uczniowie i nauczyciele odśpiewali hymn Polski. W dalszej części spotkania obejrzeliśmy pantomimę dotyczącą rozbiorów Polski i postaci Józefa Piłsudskiego. Zwieńczeniem był wspólny śpiew pieśni patriotycznych.

11.11. Obchody Narodowego Święta Niepodległości rozpoczęliśmy Mszą świętą w intencji Ojczyzny w kaplicy św. Franciszka. O godz. 12:00 przed budynkiem naszej szkoły odbył się Bieg dla Niepodległej. W biało – czerwonej sztafecie poszczególne grupy przekazywały sobie dużą flagę. Towarzyszyły nam znane pieśni patriotyczne, które wszyscy z radością śpiewaliśmy. Na zakończenie biegu rozłożyliśmy dużą flagę i odśpiewaliśmy hymn narodowy.

12.11. W Internacie odbył się Festiwal Jesiennej Twórczości pt. Złota szyszka. Wszystkie grupy zaprezentowały się w trzech kategoriach: plastycznej, muzycznej i literackiej. Mogliśmy posłuchać pięknych piosenek i wierszy jesiennych, gry na instrumentach, obejrzeć pokazy tańca i zobaczyć wykonane różnymi technikami przepiękne prace plastyczne o tematyce jesiennej.

27.11. Z okazji święta zgromadzenia uczniowie wraz z nauczycielami zaprosili siostry na spotkanie, w czasie którego zaprezentowali zimową inscenizację pt. Śnieżynka. Wybrzmiało w nim podziękowanie , że „siostry wypełniają swoje zadanie, tam gdzie zostały posłane" – czyli wśród wspólnoty Ośrodka . Jak co roku z tej okazji nie obyło się bez losowania niespodzianki przygotowanej przez uczniów: wiersza, piosenki, instrumentalizacji i tańca. Na pamiątkę każda z nas sióstr otrzymała piernikową śnieżynkę.

29.11. Rabka przywitała pierwszą niedzielę Adwentu białą szatą śniegu. Po Mszy świętej ksiądz kapelan Józef Kapcia poświęcił wieńce adwentowe przygotowane przez przedstawicieli grup internatowych i przedszkola.

Sobieszewo

3 -11. Turnus szkoleniowy "Naprawdę Można" dla osób niewidomych i słabowidzących z województwa śląskiego. Pomimo dużych ograniczeń z powodu pandemii, wszystkie zajęcia szkoleniowe odbywały się zgodnie z planem. Instruktorzy pracowali indywidualnie z osobami, które mają trudności w wykonywaniu codziennych czynności, a wszyscy z dużym zaangażowaniem poznawali nowe technologie, szczególnie aplikacje w telefonach komórkowych, umożliwiające np. korzystanie z pomocy asystenta lub odczytywanie informacji z kodów oraz innych urządzeń np. znaczników.

12 -20.11. Turnus szkoleniowy "Naprawdę Można" dla osób niewidomych i słabowidzących ze Świdnicy i Jeleniej Góry.. Podczas zajęć częściej niż zwykle były przerwy, aby przewietrzyć sale. Wprowadzone zasady i wymagania nie przeszkodziły w realizacji poszczególnych zadań, np. w nauce smażenia placków ziemniaczanych, albo prasowaniu i składaniu ubrań ani w zajęciach orientacji przestrzennej. Dla wzmocnienia odporności i poprawy kondycji zalecany był półgodzinny spacer brzegiem morza. Propozycja ta zawsze przyjmowana była entuzjastycznie.

30.11. Jak co roku w Adwencie, przedszkolaki zaczynają swój dzień wędrówką z zapalonymi lampionami do kaplicy św. Ojca Pio, by tam wspólnie, głośno modlić się prostą dziecięca modlitwą: „Przyjdź Panie Jezu – czekamy na Ciebie!”

GRUDZIEŃ 2020

Lask–-Warszawa

1.12. W 102. rocznicę powstania naszego Zgromadzenia dziękujemy Bogu za naszą Matkę Założycielkę, za pozostawiony charyzmat służby niewidomym na duszy i na ciele oraz modlimy się o dobre przygotowanie i owoce beatyfikacji.

24.12. Po nieszporach odprawionych o godz. 16:00 Matka Judyta wraz z ks. Tomaszem Bekiem skierowali do wszystkich obecnych w kaplicy i przy głośnikach w domu św. Rafała i szpitaliku słowa życzeń. W tym roku nie było tradycyjnego nawiedzenia wszystkich wspólnot ze słowem życzeń i opłatkiem.
Stosując się do wytycznych, Wigilię i Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy w gronie naszych wspólnot. W Laskach i na Piwnej nie było gości, którzy co roku spędzali tam święta. Pamiętamy w modlitwie o tych wszystkich, których zabrakło po raz pierwszy przy wigilijnym stole, a także tych, którzy utracili swoich najbliższych, Ogarniamy modlitwą tych, którzy ten czas spędzają w szpitalach oraz na służbie bliźnim.

28.12. Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci o. Włodzimierza Zatorskiego OSB, wieloletniego przyjaciela Zgromadzenia FSK, cenionego spowiednika i kierownika duchowego, autora wielu publikacji, rekolekcji, konferencji i warsztatów, założyciela i wieloletniego dyrektora Wydawnictwa Benedyktynów w Tyńcu. Pełnił funkcję przeora, mistrza nowicjatu i szafarza Opactwa oraz był wieloletnim prefektem oblatów tynieckich. W ostatnim czasie zaangażowany i oddany Fundacji „Opcja Benedykta”.
Ojciec zmarł w szpitalu, gdzie trafił 9. grudnia z powodu trudności z oddychaniem na skutek obustronnego zapalenia płuc i COVID-19. Miał 67 lat. Pogrzeb śp. o. Włodzimierza odbył się 2 stycznia o godz. 11:30 w kościele oo. Benedyktynów w Tyńcu. Wspólnota mnichów tynieckich z racji ciągle trwającego zagrożenia epidemicznego zachęcała do uczestniczenia online we Mszy św. pogrzebowej.

29.12. Podczas porannej Mszy św. sprawowanej w kaplicy Matki Bożej Anielskiej modliliśmy się w intencji Drogiego Solenizanta ks. Tomasza Beka z okazji imienin. Życzenia w imieniu wszystkich zebranych złożyła s. Dobrosława, dziękując Solenizantowi za każdą Mszę św. i każdą homilię. Dziękowałyśmy ks. Tomaszowi za świadectwo wierności i dyspozycyjność.

31.12. W godzinach porannych dotarła z Wrocławia wiadomość o śmierci o. Macieja Zięby OP. Ojciec wielokrotnie gościł w Domu Rekolekcyjnym w Laskach. Ostatnio, jesienią 2019 roku po ciężkiej operacji onkologicznej, przebywał u nas z grupą z Instytutu Tertio Millennio i został jeszcze na tygodniowej rekonwalescencji. Bardzo cieszył się z tego pobytu, mówił, że ma tutaj na cmentarzu swoich przyjaciół. Ojciec zmarł po wielu miesiącach ciężkiego zmagania się z chorobą nowotworową. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym.
W ostatnim dniu roku po wieczornej Mszy św., a zaraz po niej podczas nabożeństwa dziękczynno-błagalnego przepraszaliśmy, dziękowaliśmy i prosiliśmy o błogosławieństwo Boga w Trójcy Jedynego. Modlitwie przewodniczył ks. Tomasz Bek.
Również dzisiaj dotarła do nas informacja o odejściu z Lasek ks. rektora Michała Wudarczyka. Pamiętamy o nim w naszych modlitwach.

Rabka

1-2.12. W szkole miały miejsce ogólnopolskie zawody na ergometrach. W związku z pandemią konkurencje odbywały się w poszczególnych placówkach oświatowych, a nie – jak zwykle – na ogromnej hali w Krakowie, gdzie mogliśmy współuczestniczyć w dużej imprezie i rywalizować z innymi zawodnikami. W zawodach zorganizowanych w szkole uczestniczyło czterech chłopców i trzy dziewczynki. Sztafeta żeńska zdobyła trzecie miejsce, a sztafeta męska drugie. Szkoła otrzymała puchar za udział w zawodach. Wszystkim zawodnikom gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów sportowych.

9.12. Ksiądz kapelan Józef Kapcia otrzymał dekret odwołujący go z funkcji kapelana w Ośrodku w Rabce.

Zgromadzenie FSK – Podsumowanie roku 2020

W kończącym się roku jest 166 sióstr franciszkanek. W Polsce posługuje 118 sióstr, w Indiach – 35, na Ukrainie – 6, w Afryce – 7.

Pierwszą profesję złożyły w tym roku w Indiach dwie siostry: s. Christina i s. Isha.

W Polsce śluby wieczyste złożyły dwie siostry: s. Klara i s. Marta.

Po wielu latach służby osobom niewidomym na różnych naszych placówkach w minionym roku zmarły dwie siostry; w listopadzie s. Eliza z Żułowa na skutek zakażenia COVID-19, a w grudniu s. Filipa, która przebywała ostatnie lata w Domu św. Rafała w Laskach. Ufamy, że wstawiają się za nami u Pana i wypraszają nam wszystkim potrzebne łaski...

ROK 2021

Na początku 2021 roku Ks. Kardynał Kazimierz Nycz powierzył pełnienie obowiązków rektora ks. Tomaszowi Bekowi. Decyzja ta związana jest z przebywaniem ks. Michała Wudarczyka poza terenem naszego rektoratu. Rok 2021 będzie szczególnym czasem dla Zgromadzenia FSK, całego Dzieła Lasek oraz wszystkich osób niewidomych; nastąpi uroczystość beatyfikacji Matki Elżbiety Czackiej – Niewidomej Matki Niewidomych.

15.01. W kopii wizerunku z kościoła oo. Jezuitów przybyła do Lasek Matka Boża Łaskawa – Patronka Warszawy. Pożegnanie Matki Bożej odbyło się 22.01. o godz. 15:00 podczas wspólnej modlitwy, której przewodniczył ks. Tomasz Bek, a błogosławieństwa na koniec udzielił ks. Grzegorz Jankowski – dziekan dekanatu laseckiego i proboszcz naszej parafii.

18.01. Ku wielkiej radości wszystkich wróciły do szkół i internatów dzieci. Wychowawcy i nauczyciele po długiej przerwie podjęli pracę „na żywo” we wszystkich placówkach.
W Domu Rekolekcyjnym ekipa Górali z Nowego Targu rozpoczęła remont pomieszczeń, w których powstanie „Izba pamięci Matki Elżbiety”.

Rabka

23.01. Po feriach zimowych powitała wszystkich uczniów w Rabce przepiękna, zimowa sceneria, która zachęciła do skorzystania z zimowych atrakcji na świeżym powietrzu. Delegacja wychowanków z Internatu wraz z wychowawcami pojechała do Zakopanego – zimowej stolicy Tatr pod Wielką Krokiew, by z bliska zobaczyć skocznię, na której odbywają się konkursy skoków narciarskich, z radością oglądane w TV. Nawiedziliśmy także Sanktuarium na Krzeptówkach, powierzając Matce Bożej Fatimskiej nas samych, nasze rodziny i domy, kontynuując codzienną modlitwę zawierzenia naszych rodzin św. Rodzinie z Nazaretu.

GRUDZIEŃ – STYCZEŃ

Sobieszewo – przedszkole

Przez nasz Ośrodek przeszła fala wirusa. Chorowały panie, siostry i Ojciec Eugeniusz, który przeszedł tę infekcję najciężej i po trzytygodniowym pobycie w szpitalu, powrócił na czas rekonwalescencji do wspólnoty ojców Dominikanów w Gdańsku. Został tam też objęty domową rehabilitacją, która przysługuje chorym na COVID‑19.

18.12. Przedszkole odwiedził długo wyczekiwany św. Mikołaj. Jego przyjście w tym roku było opóźnione z powodu kwarantanny w przedszkolu. Tym większa była radość ze spotkania, że zdążył do nas dotrzeć jeszcze przed świętami. Oczywiście wszyscy zostali obdarowani prezentami.

27.01. Dzieci oraz pracownicy przedszkola spotkali się przy szopce przedszkolnej i po modlitwie na błogosławieństwo domu i przy śpiewie kolęd poświęcone zostały wszystkie pomieszczenia domu św. Ojca Pio. Pierwszy śnieg przyniósł przedszkolakom wiele radości, zabawy, każda grupa ulepiła bałwana i wreszcie można było wyciągnąć sanki i na nich pozjeżdżać z górki.

Ośrodek w Sobieszewie

7–15.01. Turnus szkoleniowy "Naprawdę Można" dla osób niewidomych i słabowidzących z Jaworzna. Po świątecznej przerwie do naszego Ośrodka przyjechała grupa szkoleniowa. W kolejnych dniach zajęcia realizowane były zgodnie z planem. Uczestnicy poznawali między innymi nowe sposoby prostych z pozoru czynności, jak nawlekanie igły i przyszywanie guzików czy też prasowanie i składanie ubrań. Podczas zajęć z orientacji cenne uwagi i podpowiedzi instruktorów weryfikowały dotychczasowe nawyki i przyzwyczajenia naszych beneficjentów. Po intensywnych zajęciach, niezależnie od pogody, wszyscy ruszali nad morze. Natomiast najbardziej wytrwali dzień kończyli wspólnym kolędowaniem.

19–27.01. Turnus szkoleniowy "Naprawdę Można" dla osób niewidomych i słabowidzących z Chorzowa. Uczestnicy tego turnusu zrzeszeni są w Stowarzyszeniu o nazwie "W Labiryncie". Udział w szkoleniu był dla każdego z nich wyzwaniem i dużą motywacją do podnoszenia swoich umiejętności. Wszystkie zajęcia jak zwykle odbywały się po dokonaniu wstępnych ustaleń i wymaganych dokumentacji. Zaangażowanie uczestników podczas zajęć z czynności dnia codziennego i orientacji w przestrzeni oraz poznania nowych technologii przynosiło pozytywne efekty.
W wolnym czasie nasi goście bardzo aktywnie spędzali czas trenując nordic walking.

Laski – Warszawa

2.02. Dzień Życia Konsekrowanego. Podczas porannej Eucharystii siostry odnowiły śluby. Po południu Adoracja Najświętszego Sakramentu. Zracji trwającej pandemii nie było w tym roku spotkania osób życia konsekrowanego z Biskupem w katedrze warszawskiej. Tego dnia s. Benita, s. Alberta i s. Radosława uczestniczyły w pogrzebie Mamy Małgosi i Joli Kaufman, który miał miejsce w Gdańsku.

22.02. O godz. 19:00 w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach odbył się kolejny wykład ks. Wojciecha Janygi, po którym-uczniowie przygotowujących się do przyjęcia sakramentu bierzmowania-mieli swoje spotkanie. Zespół osób odpowiedzialnych za przygotowanie młodzieży do bierzmowania to m.in.: ks. Tomasz Bek, s. Maristella, s. Aleksandra i s. Jadwiga.

26.02. W godzinach porannych dotarła do Lasek wiadomość z Bielska Białej o śmierci śp. Marii – mamy s. Jany Marii. Modlimy się za śp. Marię oraz w intencji całej rodziny.

Rabka

2.02. W godzinach popołudniowych w kaplicy św. Franciszka odprawiona została Msza św., która kończyła nasz udział w akcji modlitewnej Nazaret moim Domem. Z awierzyliśmy nas samych, nasze rodziny i cały Ośrodek Świętej Rodzinie z Nazaretu.

12.–14.02. Z okazji dnia św. Walentego w Ośrodku została uruchomiona ,,poczta walentynkowa”: w dużej skrzynce można było zostawić. Powstał także kiermasz prac uczniów o tematyce walentynkowej. Listy i drobne niespodzianki otrzymali wszyscy. Było to wyrazem wdzięczności i sympatii osobom które na co dzień nam pomagają i są blisko nas.
Zimowa sceneria w lutym zachęciła wszystkie grupy internatowe do korzystania z różnych atrakcji na świeżym powietrzu. Miał też miejsce kulig na góralskich saniach z zaprzęgiem konnym. Każda grupa wybrała sobie jeden dzień na przejażdżkę do Doliny Lepietnickiej i Ponickiej. Było prawdziwe zimowe ognisko ze śpiewem i pieczeniem kiełbasek.

Sobieszewo

2.02. Uroczysta Msza św. z poświęceniem gromnic w kościele parafialnym. Tego dnia również modliliśmy się w intencji s. Symeony z racji imienin. Radością było też spotkanie z przedszkolakami, którzy przyszli z życzeniami, piosenką i prezentami imieninowymi. Tego też dnia przyjechał do Sobieszewa o. Eugeniusz wraz z przeorem Dominikanów. Było to pierwsze spotkanie po dwóch miesiącach nieobecności Ojca.

Przedszkole

17.02. Radując się tegorocznym śniegiem, przedszkolaki skorzystały z jazdy saniami. Mogły również nakarmić konie marchewkami, przyniesionymi z domu.
W kolejnych dniach wybrały się do lasu, by zobaczyć paśnik, dowiedzieć się, jak dokarmia się zimą zwierzęta w lesie. Przyniosły dla nich z domu buraki, marchewkę, jabłka i ziemniaki. Dzieci pamiętają również o ptaszkach zostawiając w karmnikach ziarno dla nich i słoninę zawieszoną na gałązkach drzew w ogrodzie.

Żułów

14.01. Mszą św. pogrzebową pożegnaliśmy zmarłą dnia 9 stycznia.2021 r. śp. Wacławę Kozłowską. Pochowana została w rodzinnej parafii w Otwocku. Pani Wacława, miała 94 lata. Wniosła w nasz Dom wiele radości, entuzjazmu, pogody ducha. Była absolwentką KUL i chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami i doświadczeniami z minionych lat. Mimo że była z nami tylko kilka miesięcy, pozostawiła świadectwo o swoim pięknym życiu, służbie ludziom i wdzięczności Panu Bogu.

21.01. Grupa mieszkanek Domu Nadziei przyjęła pierwszą szczepionkę na COVID-19. Szczepienie było wykonane przez ekipę pielęgniarek z Krasnegosta-wu i lekarza rodzinnego z Kraśniczyna na miejscu w domu. Następnego dnia grupa pracowników i sióstr miała szczepienie w Krasnymstawie. Za kilka dni kolejna grupa pań przyjęła szczepienie w Krasnymstawie.

02.02. W katedrze lubelskiej na uroczystej Mszy św., z okazji dnia życia konsekrowanego, jako delegatka uczestniczyła s. Liliana, która kilka dni przebywała w Lublinie.

07.02. Niedziela Niewidomych. Tradycyjnie świętowanie rozpoczęło się Mszą św. w intencji mieszkanek. W świetlicy Domu przygotowana była część artystyczno-rozrywkowa. Po prezentacji „Co słychać w niebie” był czas na radosne zabawy, tańce i niespodzianki.

11.02. Święto Chorego – to także święto Skrzydła św. Bernadetty. Mieszkanki z s. Kingą przygotowały i odczytały, niektóre świadectwa o cudach, jakie miały miejsce w Lourdes. Był też czas na słodki poczęstunek i radosny śpiew.

25.02. Transportem sanitarnym wraz z opiekunką przywiezione zostały dwie panie ze szpitalika w Laskach: p. Regina Żywica i p. Zofia Czesunist.

27.02. Tego dnia dziękowałyśmy p. Mateuszowi Pelcowi, który jako rehabilitant prowadził dla naszych pań zajęcia od 2013 r., jednocześnie przywitałyśmy p. Anię Antoniak z Krasnegostawu, którą p. Mateusz zaproponował na swoje miejsce. Pani Ania zapoznała się z paniami i od poniedziałku zacznie zajęcia rehabilitacyjne w naszym Domu.

INNE WYDARZENIA przygotowała Anna Pawełczak‑Gedyk – na podstawie „Karty z życia Zgromdzenia Sióstr FSK” redagowanej przez s. Leonę Czech FSK, informacji placówek TOnO z Rabki, Sobieszewa i Żułowa oraz strony internetowej Lasek redagowanej przez Weronikę Kolczyńską.

FOTOGRAFIE WEWNąTRZ NUMERU: s. Leona Czech FSK, Weronika Kolczyńska oraz archiwum z Rabki, Sobieszewa i Żułowa.


Warunki prenumeraty czasopisma „Laski” na cały rok

Prosimy o przekazanie na adres:
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, Laski, ul. Brzozowa 75, 05–080 Izabelin
– kwotę 50 zł (pięćdziesięciu złotych)
z koniecznym zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

lub na konto:
PKO BP S.A. II O/Warszawa
Nr 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
również z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”
(w miejscu: rodzaj zobowiązania – na odcinku przeznaczonym dla posiadacza rachunku)

Redakcja


Lista ofiarodawców
na czasopismo „Laski” – na 2020 rok

Helena Adamczyk, Ludwika Amber, Irena i Antoni Bełchowie, Jadwiga Bieniak, Maria Burczyńska, Bożena Cierżyńska, Teresa Chartman, Stefania i Wacław Czyżyccy, ks. Stanisław Ćwierz, ks. Antoni Drosdz, Maria i Wiesław Dworniccy, Zofia Formańska, Stanisław Gąsior, Joanna Geiger, Katarzyna i Adam Glema, Norbert Głowik, Jan Gołąb, Justyna i Władysław Gołąbowie, Czesława i Kazimierz Gorzelokowie, Marian Grobelny, Anna i Piotr Grocholscy, Teresa Herman, Christina Hakuba, Maciej Jakubowski, Marian Jaworek, bp Jacek Jezierski, Jarosław Komorowski, Maria Kowalska, Genowefa Krużyńska, Maria Kwiatkowska, Kazimierz Lemańczyk, bp Piotr Libera, Jarosław Łabęcki, Anna Maria Manek, Paweł Meissner, Kazimiera Musiałowicz, Urszula Teodozja Mikusek, ks. Jan Niewęgłowski, Barbara Niewiadomska-Michałowicz, Genowefa Niziołek, Władysław Norkiewicz, Marianna Ogień, Zofia Okrutniewicz, ks. Jan Ornat, Bożena Paradowska, Krystian Pendziwiatr, Agnieszka Piotrowska, Teresa i Bolesław Pochopień, ks. Zygmunt Podlejski, Urszula Pokojska, ks. Jarosław Popławski, Henryk Przewłocki, Jacek Putz, Alicja Rakowska, Maria Rawicz, Grzegorz Rosiak, Maria Ruszkowska, Paweł Sawicki, Zofia Sądej, ks. Tadeusz Skura, Barbara Strońska, Teresa Szymańska. Elżbieta Ślipska, ks. Tadeusz Śliwowski, Jadwiga Śmiałowska, ks. Antoni Tronina, Jan Tronina, Elżbieta Więckowska, Agnieszka Wężyk, Zofia Wilczyńska, Krystyna Wróbel

Serdeczne Bóg zapłać

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

⤌ powrót na początek dokumentu