LASKI

PISMO REHABILITACYJNO–SPOŁECZNE
Z ŻYCIA DZIEŁA
BŁOGOSŁAWIONEJ MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI LASKI

ROK XXVIII, Nr 4 (168) 2022

ISSN 1425–3240

Wydawca:

Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi
Stowarzyszenie Laski, ul. Brzozowa 75
05–080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 22 752 32 21
Centrala: tel. 22 752 30 00
fax: 22 752 30 09

Redakcja:

Sekretariat: 22 752 32 89

Konto:

PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
– z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

Zespół redakcyjny:

Władysław Gołąb
Anna Pawełczak‑Gedyk
– sekretarz redakcji
Józef Placha – redaktor naczelny

Korekta:

Zespół redakcyjny

Okładka: kaplica św. Franciszka w Kościele pw. św. Marcina na Piwnej w Warszawie

Skład i łamanie:

www.anter.waw.pl
00–372 Warszawa, ul. Foksal 17
biuro@anter.waw.pl

Drukarnia:

P.H.U. Impuls, ul. Powstania Styczniowego 95d/2
20–706 LUBLIN, tel. 81 533 25 10
impuls@phuimpuls.pl www.phuimpuls.pl
Nakład 500 egz.

Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów oraz skracania przekazanych materiałów.

SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI

Józef Placha - W górę ręce i serca

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Paweł Kacprzyk - Laski w obliczu nowych wyzwań

ŚWIĘTO DZIĘKCZYNIENIA

Dziękczynienie Bogu za dar beatyfikacji Matki
Elżbiety Róży Czackiej i Kardynała Stefana Wyszyńskiego

bp Jan Kopiec - Niech będzie uwielbiony Bóg w swoich
Świętych (homilia)

Z ŻYCIA SZKOŁY PODSTAWOWEJ

Małgorzata Galster, Agnieszka Lewicka - Pożegnanie klasy VIII

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht - Bądźcie doskonali

ks. Marek Gątarz - Troska o życie duchowe w Laskach i nie tylko

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski - Mamy być świadkami prawdy i miłości

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Józef Placha - Pomocnicza rola wychowawcy
w procesie rewalidacjiosób z niepełnosprawnością

TYFLOLOGIA

Krystyna Konieczna - Ośrodek Wsparcia i Testów w Laskach

ks. Piotr Buczkowski - Audiodeskrypcja liturgiczna po pięciu latach

MY, NIE ONI - NIEPEŁNOSPRAWNI W KOŚCIELE

Hanna Pasterny - Polski akcent na konferencji w Rzymie

W TROSCE O OSOBY Z NIEPEŁNOSPRAWNOŚCIAMI

Spotkanie u Rzecznika Praw Obywatelskich - notka

BEZ AUREOLI

Zygmunt Podlejski - Maria Stromberg (1898-1957)

ARCHIWALIA

Waldemar Kozioł, Zofia Kozioł (red.) - Moja droga do Lasek
(rozmowa z p. Michałem Żółtowskim)

ODESZLI DO PANA

Piotr Konczewski - śp. Stanisław Świderski

Władysław Rybiński - śp. Olga Czartoryska

Kazimierz Lemańczyk - Pożegnanie śp. Henryka Bety

s. Lidia Witkowska FSK - śp. Barbara Witkowska - Moja Mama

NEKROLOGI

śp. Helena Bętkowska

śp. Marian Placha

śp. Sławomir Sądej

INNE WYDARZENIA


OD REDAKCJI

W górę ręce i serca

Uniesione w górę ręce Mojżesza to symbol zaufania w Bożą Opiekę w czasie zmagań Jozuego z Amalekitami, którzy w końcu zostali pokonani. I my żyjemy w czasach, które wymagają nieustającej modlitwy i wiary w jej najgłębszy sens. Tak więc w sytuacji permanentnego zagrożenia zechciejmy kontynuować naszą gotowość modlitewną, aby odwrócić niszczący wszystkich klimat wojny i nienawiści, nie tylko między narodem rosyjskim i ukraińskim, ale także w szerszym, globalnym wymiarze; jak również w tym najmniejszym - między nami.

Módlmy się zatem nieustannie, abyśmy byli choćby tylko najmniejszą podporą - jak ludzie Mojżesza podtrzymujący jego ręce w górze, by wytrwał - mimo ogarniającego nas wszystkich zmęczenia; wszak ufamy, że prędzej czy później dojdzie do zwycięstwa Prawdy i Sprawiedliwości oraz upragnionego Pokoju - także w naszych sercach.

Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka w swoim „Dyrektorium” traktuje modlitwę jako swoistego rodzaju drogowskaz, twierdząc, że „przede wszystkim w modlitwie trzeba szukać pokoju, siły i światła na drogę życia. Nie w modlitwie powierzchownej i płytkiej, ale w głębokim zetknięciu się duszy wprost z Bogiem”.

Idźmy zatem drogą wskazań naszej błogosławionej Założycielki i życzmy sobie nawzajem tego jedynego w swoim rodzaju wewnętrznego umocnienia.

Tak jak w poprzednim numerze LASEK spróbujmy i teraz sformułować nasze modlitewne wezwania w oparciu o bieżący rok liturgiczny (C), obejmując naszą uwagą okres od końca września, aż do Uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata:

- Mądrość Ewangelii nigdy nie była i nie jest kolorowym afiszem lub jakąkolwiek krzykliwą manifestacją. Natomiast od samego początku była i jest uboga oraz ukryta, a zarazem otwarta na innych. Prośmy zatem, aby także Dzieło Lasek wciąż rozwijało się w tym duchu, i z wpisanym w nie prostym i skromnym Krzyżem, stawało się prawdziwym odblaskiem Ewangelii...

- Bogactwo samo w sobie nie jest złem, o ile zostało nabyte uczciwą pracą lub innymi godziwymi metodami. Natomiast staje się egoistyczną nieprzyzwoitością, gdy syci jedynie nieograniczone pragnienia bogacza. Prośmy Boga, aby posiadający wiele, zechcieli choćby tylko drobną część swoich dóbr przekazać na dobre cele potrzebujących ...

- Przypowieść o bogaczu i Łazarzu zatrważa i budzi nadzieję. Rodzi bojaźń z powodu nieuchronności i konsekwencji złych postaw bogacza, które spotykają go po jego śmierci. Ale rodzi również ufność, że Bóg może odmienić zły los. Obudź w nas Boże choć odrobinę nadziei w sytuacjach, gdy wydaje się, że wszystko układa się nie po naszej myśli, a wręcz nawet jakby przeciwko nam .

- Doświadczając w Laskach ewangelicznego bogactwa, uobecnionego także w Krzyżu Niewidomych - prośmy, aby gromadzony tutaj skarb, był dla nas i dla innych prawdziwym znakiem tego, co w życiu jest najważniejszą wartością ...

- Za nas wszystkich, abyśmy nie czekając na reformy społeczne polityków, próbowali we własnym kręgu otwierać oczy na wszelką biedę, i swoją aktywną postawą, zapobiegać jej, lub choćby tylko trochę zmniejszyć jej niszczący wpływ ...

- Zniecierpliwienie wobec „opóźniającej się” ingerencji Bożej w sytuacji jakiegokolwiek zagrożenia, budzi niepokój, a nawet bywa powodem odwrócenia się od Niego. Mimo to zaufajmy do końca Bożej Opatrzności; spraw Boże, abyśmy doczekali się Twojej pomocy w Tobie tylko wiadomym czasie ...

- Błogosławiona Matka Elżbieta Róża Czacka, opisując w swoim „Triuno” codzienne życie w Laskach, nacechowane zdrową ascezą i rożnego rodzaju cierpieniem, dodaje, że „wymaga to również męstwa, pokory, ukochania prawdy, cierpliwości, a przede wszystkim wiary, ufności oraz miłości Boga i bliźniego”; umiejmy w tej szarej codzienności w Laskach pogłębić swoją wiarę, oraz odnaleźć tutaj najgłębszy sens swojego życia ...

- Jedynie obcy człowiek, z dziesięciu uzdrowionych z trądu, okazał Jezusowi wdzięczność; spraw Jezu, abyśmy nigdy nie znaleźli się w gronie dziewięciu pozostałych uzdrowionych, zadowolonych wyświadczoną im przysługą, ale niezdolnych do okazania nawet symbolicznej wdzięczności ...

- Odnajdźmy się w postawie uzdrowionego cudzoziemca, który zawrócił z drogi, i okazał Jezusowi wdzięczność; spraw Boże, abyśmy doświadczając Twojego Miłosierdzia, doznali również wewnętrznego nawrócenia i potrafili już do końca życia oddawać Ci należną chwałę .

- Ewangelia wyznacza nam perspektywę drogi do Nieba: jest nią z pewnością pełna pokory postawa celnika. Idąc tym śladem, obdarz nas Boże mądrością w ocenie bliźnich i siebie; a dystansując się od postawy faryzeusza, byśmy na swoich piersiach nie zawieszali medali swoich zasług, a innym nie przypisywali całego zła tego świata; spraw, byśmy potrafili raczej uderzyć się we własne piersi i całkowicie otworzyć na Twoje Miłosierdzie .

- Można zaryzykować stwierdzenie, że życzeniem błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej było, aby jej Dzieło również stało się czymś w rodzaju symbolicznego drzewa sykomory. Prośmy, aby wszyscy szczerze angażujący się w Laski i wszystkie placówki naszego Towarzystwa, lepiej zobaczyli Jezusa i odkryli Jego zaproszenie do autentycznej służby Bogu i Niewidomym ...

- Drzewo, na które wspiął się Zacheusz, nie zawsze musi oznaczać wspinania się wzwyż za wszelką cenę. Może być również miejscem lepszego spojrzenia na naszą codzienność. Spraw Boże, abyśmy dystansując się od wszelkich przepychanek o lepsze i pierwsze miejsca, doświadczyli Twojego Miłosiernego Spojrzenia; być może w zaciszu swojej izdebki; w zmaganiu się z chorobą; czy jakąkolwiek słabością; lub z zadaniami, które wydają się nam zbyt trudne do wypełnienia. Dodaj nam odwagi i umocnij nas...

- W funkcjonującym na co dzień w Laskach pozdrowieniu:

„Przez Krzyż - do Nieba” zawarta jest perspektywa eschatologicz# na naszego ziemskiego bytowania; miejmy nadzieję, że nie jest to & jakaś bliżej nieokreślona perspektywa wieczności, ale realna rzeczywistość osobistego spotkania z Bogiem twarzą w twarz .

- Liczenie się z naturalnym procesem przemijania jest wpisane w oczywistą wizję losu człowieka, ukierunkowanego także na czasy ostateczne. Prośmy, abyśmy - mimo różnych prób, do jakich dopuściła Twoja niezbadana do końca Opatrzność, które nawiedziły nas w postaci takich czy innych kataklizmów, wojen i katastrofoczekiwali na to, co ma nadejść, ze spokojem i nadzieją, że Bóg, jako Sędzia Sprawiedliwy, okaże nam również swoje Miłosierdzie ...

- Nasi bliscy Zmarli, których groby w listopadzie będą w centrum naszej szczególnej uwagi, potrzebują bardziej modlitwy niż lampek, wieńców i kwiatów. Daj nam Boże Ducha Mądrości i Roztropności, abyśmy nie ulegli li tylko zewnętrznej otoczce przyjętego w naszej kulturze obyczaju, ale byśmy nie zapomnieli o tym, co dla naszych bliskich Zmarłych jest najważniejsze.

- Módlmy się o obecność Jezusa Chrystusa - Króla Wszechświata - w życiu tych, którzy rządzą innymi, aby ich decyzje służyły wspólnemu dobru człowieka...

- Jezu, króluj także w naszych, czasem zagubionych sercach, i umacniaj nas swoją Mocą...

- Pomyślmy o tych, którzy bronią Pokoju - często za cenę utraty swojego życia...

- Módlmy się w intencji wspólnoty Lasek, gdzie Krzyż został wpisany w testament błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej; abyśmy już tu i teraz - zainspirowani Ewangelią Jezusa Chrystusa - budowali Królestwo Miłości...

***

Tak usposobieni modlitewnie, podtrzymujmy nieustannie Mojżeszowe ręce w górze, z nadzieją, że Bóg wysłucha nasze prośby, wypełnione nie tylko samymi słownymi wezwaniami, ale najgłębszym poruszeniem serc.

***

Aby przedłużyć modlitewną tonację przemyśleń, wybrałem niektóre fragmenty z książki Francesco Bersiniego pt. „Mądrość Ewangelii” (Wydawnictwo OO. Franciszkanów „Bratni Zew”, Kraków 2015; www.bratnizew.pl) i umieściłem je w dowolnych miejscach tego numeru LASEK w ramkach, licząc na to, że - podobnie jak w przypadku „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis - wpiszą się one także w świadomość Czytelników i towarzyszyć będą w trakcie lektury, a może i później.

Józef Placha

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

Laski w obliczu nowych wyzwań

W ostatnim (3/2022) numerze „Lasek” mogli Państwo przeczytać coroczne sprawozdanie z pracy Zarządu TONOS.

W swoim dzisiejszym tekście chciałbym cofnąć się do końca lutego 2022 r., kiedy to nastąpiła eskalacja wojny na Ukrainie.

Od samego początku społeczność Lasek włączyła się w pomoc Ukrainie. Z różnych stron zaczęły spływać prośby o przyjęcie uchodźców. Zgodnie z charyzmatem Lasek, skupiliśmy się na wsparciu dla rodzin, w których znajdują się osoby z dysfunkcją wzroku. Uchodźcy zamieszkali w trzech placówkach: Siostry udostępniły Dom Rekolekcyjny, natomiast Towarzystwo udostępniło część przestrzeni w Gdańsku Sobieszewie oraz w Rabce Zdrój. W szczytowym momencie w naszych placówkach przebywało ponad 70 osób.

Pojawiły się także nowe ukraińskie dzieci w Ośrodku. Od marca do czerwca przyjęliśmy ich osiemnaścioro. Trzeba przyznać, że ich integracja przebiegała dobrze, głównie dlatego, że w naszych placówkach od lat kształcą się dzieci z rodzin ukraińskich, a co za tym idzie w klasach są dzieci dwujęzyczne, które pomogły nowym kolegom i koleżankom poznać Laski.

Ponieważ uchodźcy od początku mieszkają w budynkach na co dzień służących innej działalności, istotną potrzebą staje się znalezienie im miejsca stałego zamieszkania. Obecnie część osób wyjechała, a dzieci mogą mieszkać w internatach, potrzebujemy jednak mieszkań dla około 30 osób.

Smutną wiadomością, która dotarła w maju z Sobieszewa, była śmierć Ojca Eugeniusza Pokrywki. Ojciec Eugeniusz był wychowankiem Lasek, który po owocnym życiu zakonnym powrócił, by pracować jako wychowawca w internacie oraz posługiwać jako kapłan. Ostatnie lata spędził w Gdańsku Sobieszewie. Ponieważ kilka lat pracowaliśmy wspólnie w internacie, był dla mnie osobiście „starszym kolegą z piętra”, z którym często współpracowałem w internacie, to także On wprowadził mnie do TONOS. Natomiast kiedy wszedłem do Zarządu, wielokrotnie wymienialiśmy opinie na różnorakie laskowskie tematy. Był niewątpliwie osobą ważną dla Lasek, która odcisnęła tutaj swój ślad.

W maju, podczas Święta Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, przeżywaliśmy w Kościele pierwsze wspomnienie błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej. Było to równocześnie dwudziestopięciolecie powołania Szkoły Muzycznej I stopnia im. Edwina Kowalika. Dzień rozpoczęliśmy od udziału w Mszy św. pod przewodnictwem kard. Kazimierza Nycza. Po wspólnej modlitwie nadszedł czas na część oficjalną, podczas której absolwenci technikum i liceum złożyli ślubowanie oraz otrzymali świadectwa i dyplomy za swoje osiągnięcia w szkole. Swoją obecnością zaszczycili nas m.in. wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł oraz sekretarz stanu Paweł Wdówik, który jest także absolwentem naszego Ośrodka.

Po części oficjalnej nadszedł czas na świętowanie jubileuszu

25-lecia Szkoły Muzycznej im. Edwina Kowalika w Laskach. Mogliśmy wysłuchać koncertu uczniów oraz absolwentów. Dla niektórych młodych artystów był to pierwszy publiczny występ w ich karierze. Na widowni obecne były: Danuta Kowalik - żona patrona szkoły - oraz jego córka - Aleksandra Kowalik-Burdzy.

Na początku czerwca po dwuletniej przerwie w Laskach pojawili się biegacze. Został rozegrany V Memoriał im. Zofii Morawskiej. W naszym integracyjnym wydarzeniu biegło prawie 350 biegaczy, wybiegali oni łącznie ponad 1000 okrążeń, co przełożyło się na finansowe wsparcie Ośrodka. Kolejne zawody, na które serdecznie zapraszam, już w pierwszy weekend czerwca 2023 r.

12 Z PERSPEKTYWY ZARZĄDU

24 czerwca natomiast zakończyliśmy rok szkolny i pożegnaliśmy uczniów, po to aby dwa dni później powitać uczestników turnusu rehabilitacyjnego. Turnus rehabilitacyjno-wypoczynkowy trwał od 26 czerwca do 10 lipca. Brało w nim udział 22 dzieci wraz z rodzicami. Celem turnusu była edukacja i rehabilitacja. W pierwszej części dnia odbywały się zajęcia edukacyjne z zakresu tyflopedagogiki, nauka czytania i pisania brajlem. Dzieci wraz z rodzicami poznawały również nowoczesne technologie ułatwiające codzienność osobom z niepełnosprawnością wzroku, brały udział w terapii widzenia, zajęciach z orientacji przestrzennej i mobilności oraz czynności życia codziennego. Popołudniami odbywały się zajęcia grupowe - basen, ceramika, zajęcia kulinarne, dogoterapia, rehabilitacja ruchowa, ogólnorozwojowe zajęcia sportowe.

Wieczory to czas warsztatów dla rodziców. Dorośli przeszli kurs brajla, brali udział w zajęciach „Jak funkcjonuje osoba z niepełnosprawnością wzrokową?”, były też zajęcia taneczne.

Wakacje to tradycyjny czas remontów. Poza standardowymi naprawami konserwatorskimi, rozpoczęliśmy - a kiedy będą Państwo czytać te słowa, mam nadzieję że będą już zakończone - dwie duże inwestycje. Pierwsza to wymiana i docieplenie poszycia dachowego na bibliotece. Od kilku lat postulowany remont znalazł w końcu czas realizacji. Jestem przekonany, że pozwoli on lepiej zabezpieczyć zbiory biblioteczne i podniesie komfort pracy i przebywania w tym budynku. Drugi remont to realizowana w końcu po długich przygotowaniach wymiana głównej magistrali grzewczej. Jest to inwestycja, o której wspominałem tu wielokrotnie; była przesuwana z różnych powodów, ale w końcu się rozpoczęła. Jest to duży wysiłek zarówno logistyczny, jak też finansowy. Same materiały: rury, złączki, zawory kosztowały Towarzystwo ponad 700 tys. złotych. Ten wydatek wydaje się jednak niezbędny, biorąc pod uwagę liczbę awarii, której ulegała magistrala w ostatnich latach.

 

Towarzystwo nawiązało również współpracę ze Stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce. W przestrzeniach naszego ambulatorium powstanie poradnia rodzinna, w której będzie oferowana pomoc psychologiczna rodzinom oraz odbywać się będą szkolenia dla rodzin z pieczy zastępczej. W ramach współpracy Stowarzyszenie zainwestowało środki finansowe w budynek, między innymi zostaną wymienione podłogi, wyposażone gabinety oraz sala Integracji Sensorycznej.

W ten sposób powoli przechodzimy do początku roku szkolnego. Te słowa piszę 2 września. Wczoraj Laski wypełniły się gwarem. Podczas inauguracyjnej Mszy św. powitaliśmy nowy rok pełni oczekiwań i nadziei. Mam nadzieję, że będzie to dobry czas, pełen wyzwań, którym sprostamy.

Kończąc dziękuję za każde wsparcie, które przekazują Państwo na rzecz Lasek, zarówno materialne jak i duchowe.

Paweł Kacprzyk Prezes TOnOS

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Żyjesz na ziemi tylko raz i być może twoje przez nią przejście jest nierozumne. Kochaj Boga i twego bliźniego, zapomnij o sobie na rzecz innych, a twoje przejście będą błogosławić i Bóg i ludzie.

***

Życie człowieka podobne jest do kwiatu polnego, który rankiem zakwita, a wieczorem więdnie i usycha (por. Ps 90, 5-6). Człowiek rodzi się, żyje i umiera. Jego przeznaczeniem jest wieczność. Jego życie jest tak krótkie, że wydaje się być snem.

ŚWIĘTO DZIĘKCZYNIENIA

Dziękczynienie Bogu za dar beatyfikacji
Matki Elżbiety Róży Czackiej
i Kardynała Stefana Wyszyńskiego

 

Uroczystości rozpoczęły się pielgrzymką dziękczynną z relikwiami obojga błogosławionych. Uczestnicy pielgrzymki przeszli od Katedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie, gdzie - z udziałem delegacji Episkopatu Polski - odprawiono Mszę świętą dziękczynną, której przewodniczył metropolita warszawski kardynał Kazimierz Nycz. Homilię przygotował biskup Jan Kopiec. Jej tekst publikujemy poniżej opisu uroczystości.

Zanim pielgrzymka wyruszyła do Wilanowa, pątników pobłogosławił biskup Piotr Jarecki. Prosił on oboje Błogosławionych, aby wstawiali się do Boga za narodem, by żył „we wzajemnej miłości, szacunku i poświęceniu jedynemu Bogu”. „Niech błogosławiona Elżbieta, która przyjęła utratę wzroku jako swój krzyż i dostrzegła w tym powołanie do służenia Bogu w niewidomych na ciele i duszy wstawia się za nami pielgrzymującymi po tej ziemi” - powiedział biskup Jarecki.

Na początku Mszy świętej kardynał Kazimierz Nycz, nawiązując do słów papieża Jana Pawła II, przywołał Jego znamienne słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi”, i następnie powiedział: „Te słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II w Wigilię Zesłania Ducha Świętego przywołujemy dziś w Dzień Pięćdziesiątnicy”.

I dalej Kardynał mówił: „wierzymy, że słowa te stały się wtedy początkiem wielkiej zmiany w Polsce, w Europie Środkowo-Wschodniej, w Kościele. (...) Ufamy, że to wołanie do Ducha Świętego dziś - kiedy świat wychodzi ze skutków pandemii, w czasie okrutnej wojny wywołanej przez państwo rosyjskie wobec Ukrainy, w czasie pomocy uchodźcom ukraińskim, gdy Kościół heroicznie szuka drogi do młodego pokolenia - jest (to wołanie) uzasadnione i konieczne także dzisiaj” - podkreślił Metropolita warszawski. Przyznał jednocześnie, że w czasie beatyfikacji Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Matki Elżbiety Róży Czackiej, która odbyła się 12 września ubiegłego roku, nikt nawet nie przypuszczał, że Bóg dał nam nowych patronów na nowe czasy i wyzwania zarówno w świecie, jak i w Kościele.

Liturgię koncelebrowało kilkudziesięciu biskupów, w tym m.in. prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak, arcybiskup Józef Guzdek, kardynał Stanisław Dziwisz, arcybiskup Grzegorz Ryś, biskup Andrzej Dziuba, biskup Ryszard Kasyna oraz biskup Romuald Kamiński. W uroczystości brali także udział przedstawiciele władz państwowych i samorządowych oraz Wojska Polskiego.

Zgodnie z tradycją, po liturgii zaplanowano szereg atrakcji dla dzieci z rodzicami. Obok świątyni otwarto „Miasteczko dla Dzieci”. W tym roku - między innymi - grę dla najmłodszych przygotowało Zgromadzenie Franciszkanek Służebnic Krzyża. Składała się z czterech etapów: „Bezpieczna Przystań”, „Kuźnia Talentów”, „Smocza Jama” i „Królestwo Niebieskie”. Na każdym z nich dzieci miały do wykonania konkretne zadania, np. rozwiązania rebusa czy wykonanie rysunku.

(Przygotowano na podstawie informacji internetowej, zamieszczonej 5 czerwca 2022, Autor: kk Źródło: PAP) bp Jan Kopiec

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Niech będzie uwielbiony Bóg w swoich Świętych
(homilia)

Eminencjo, Najdostojniejszy Księże Kardynale, Pasterzu Kościoła Warszawskiego, wraz z wszystkimi przywitanymi na początku tej Mszy św. dziękczynnej.

W tej chwili pełnej wdzięcznej zadumy, dajemy się pociągnąć Duchowi Świętemu, który nas w życiu prowadzi. Jak zapewnia Apostoł Narodów, św. Paweł, nie otrzymaliśmy ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, lecz otrzymaliśmy ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze (por. Rz 8,15-16).

Posłuszni takiemu zapewnieniu, umacniamy się przykładami tych, którzy poddali się całkowicie Duchowi Świętemu. Dziś więc otaczamy świetlane Postaci naszej Ojczyzny i Kościoła w niej posługującego.

Wszyscy bez wyjątku dajemy się ponieść wewnętrznemu poruszeniu zapraszającemu nas do wychwalania Bożej Opatrzności za okazaną Kościołowi świętemu przychylność. Nawet to święte miejsce, w którym się znajdujemy, uskrzydla nas, by wzmocnić potrzebę pokornego posłuszeństwa wobec Boga za Jego niezliczone łaski nam i wszystkim w dziejach Rodakom wyświadczone. Ta świątynia, wzniesiona determinacją szlachetnych dusz - od inauguracji budowy w patetycznym uniesieniu Konstytucji 3 Maja 1791 roku i woli obrony niepodległości kraju - może być lustrzanym odbiciem trwania na posterunku wiary. Świątynia Bożej Opatrzności nosi w sobie formę stygmatudla przynaglenia w dziękczynieniu, które ma być nie tylko formułowane w podzięce za wielkie dzieła Boże, ale nade wszystko ma stanowić wyraź

ny punkt na mapie naszej determinacji w służbie Ojczyzny. Długa droga prowadząca do jej wzniesienia jest poniekąd potwierdzeniem stanu ducha całego narodu, który potrzebuje czasu dojrzewania, by szczytne cele osiągnąć.

Umiłowani!

W zamyśleniu się nad spełnieniem tej szczytnej myśli spoglądamy na charyzmatyczne bogactwo ducha Prymasa Tysiąclecia. Dochodził do heroizmu swego posługiwania niełatwą drogą. Mimo bogactwa historiografii dotyczącej Jego Osoby i dzieła, nieustannie przynagla nas dążenie dotarcia do jednoznacznie zrozumianej ostatecznej racji, tłumaczącej wyjątkową drogę dziejową tego tytana ducha. Punktem wyjścia w tym zadaniu jest przekonanie, jakie jeden z uczonych sformułował bezpośrednio po przejściu Prymasa Tysiąclecia do życia wiecznego: „Skąd u tego człowieka, wyrosłego z pozornie małej podlaskiej organistówki, a ponadto pół sieroty i chorowitego, otoczonego tradycją na poły litewską i poniekąd unicką, żyjącego w legendzie carskich prześladowań i narodzin odradzającego się państwa - zrodził się geniusz pasterza, polityka i społecznika?” [J. Zbudniewek OSPPE, „Kardynał Stefan Wyszyński - prymas i mąż stanu”, Warszawa 2001, s. 22-23].

Już przywołane ramy czasu i środowiska, z którego wyszedł, wiele tłumaczą, ale dla nas niezaprzeczalnym źródłem wyjątkowej siły ducha była zakotwiczona w Nim autentyczna wiara, na której przyszły prymas budował fundament swojej egzystencji i aktywnego działania, czyli ufna i ustawicznie pogłębiana wiara w Boga-Stwórcę, kierującego losami świata, ale i pojedynczego człowieka, Boga - wchodzącego w przymierze z człowiekiem, obdarzającego go przyjaźnią i nigdy mu nie odmawiającego tego zaufania, nawet w sytuacjach człowieczej niedojrzałości i niewierności. To dlatego tyle było prostoty i zawierzenia w jego życiu, od miłości matczynej, bardzo krótkiej, którą następnie wyraźnie oparł na maryjnym „fiat”. Zaś ukochanie kapłaństwa było dla młodego Stefana szczytowym zaakceptowaniem Boga-Stwóry przynoszącego zbawienie wszystkim ludziom.

Jak wielokrotnie akcentował, kapłaństwo osadzone jest na trynitarnej teologii, nakierowanej na posługę Ludowi Bożemu na wzór Maryi. Kapłan rozwija się w postawie służebności, poczuciu odpowiedzialności, uczciwości, a przede wszystkim w posłuszeństwie. Bez tego osadzenia nie ma mowy o powodzeniu całej misji kapłańskiej. I chociaż kapłaństwo jest wieczne, to jednak powierzone zostaje zwykłym, przemijającym osobom, przeżywającym wszystkie ludzkie radości i smutki z heroizmem i goryczą porażek. Dlatego w żadnym wypadku nie jest przywilejem osobistym, oderwanym od skonkretyzowanych potrzeb i koniecznych do wypełnienia zadań - dzieje się zawsze w Kościele. Dla wszystkich więc poświęcił się przyszły prymas: przez studia, przez ustawiczne zgłębianie i rozważanie wielkich spraw świata i Kościoła. To bardzo było potrzebne i użyteczne w czasie 34 lat posługiwania biskupiego. A potrzeba było niemało tych zasobów, by rozmawiać z pierwszymi sekretarzami partii, prezydentami, ludźmi polityki, zwykłymi przechodniami, nawet powiedzieć zdecydowane „Non possumus”, gdy łamane były prawa wierzących.

Podejmował ryzyko, by móc obfitować w rozwijaniu szerokiej panoramy potrzeb i możliwości Kościoła w braterskich spotkaniach z papieżami, biskupami własnej Ojczyzny i w świecie - z udziałem w II Soborze Watykańskim II włącznie.

Błogosławiony Prymas miał świadomość powagi i znaczenia swego urzędu oraz zakresu posługi - zawsze w rozumieniu służby narodowi i Kościołowi. To, co było najcenniejsze, to cyzelowane przez przeszło trzy dziesięciolecia pasterskiego wysiłku zrozumienie i przybliżenie narodowi prawdy, że istnieje naturalna więź między tymi płaszczyznami, w jakich wypowiada się człowiek, jego dusza, jego sposób myślenia i traktowania wszelkich rozumnych działań. Udawało mu się to, bo był niewzruszo nym patriotą. Posądzany o nacjonalizm, o nierozumienie wyzwań czasu - jednak potrafił pokazać, co to miłość Ojczyzny, co to pamięć historii, co to zdrowy duch Narodu, który nie może dać się zniewolić doraźnym ideologiom.

Gdy porównujemy argumenty stojących naprzeciw siebie - z jednej strony kardynała Stefana - z drugiej zaś ideologów nowego porządku, wówczas zauważamy, jak żenująco różnicował się poziom przytaczanych przez tych drugich racji czerpanych z historii i nauki o człowieku. To wyniosło go na szczyty odpowiedzialności za własny kraj i naród, za wyczucie racji stanu, nie tylko w kwestii Ziem Zachodnich i Północnych, i to aż do szczytów heroizmu w okresie uwięzienia. Szlachetność jego służby Chrystusowi, przez zawierzenie wstawiennictwu dobrej Matki i Królowej, została przez Kościół Święty dostrzeżona i doceniona.

Błogosławiony Prymas Tysiąclecia otoczony był w swej posłudze wspaniałymi świetlanymi postaciami, dzięki którym można było harmonijnie rozjaśnić wysiłki, dla których natchnienie dawały moce z niebios. Wszyscy jesteśmy zgodni, że do nich należała też beatyfikowana razem z Nim Matka Róża Czacka. Obdarowana innymi charyzmatami, powołana do odmiennych form apostolskiej aktywności - a jednak w obojgu spotkała się Boża Opatrzność ukazująca nieograniczoną wręcz możliwość poszerzania i umacniania Królestwa Bożego.

Bóg prowadził Różę Czacką aż do świętości zdecydowanie zawiłymi drogami. Była przedstawicielką wcześniejszego pokolenia, starszą od przyszłego kardynała i prymasa o 25 lat, arystokratka czerpiąca z doświadczeń innego zakątka Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Otrzymała staranne wykształcenie, miała też wielkie tęsknoty służenia bliźnim. Bóg doświadczył ją utratą wzroku w wieku 22 lat, ale podjął z nią dialog, by mimo wszystko nie zamknęła się w bólu i rozważaniu tylko własnego krzyża. O ile prymas Stefan Wyszyński niósł na barkach zadania obrony gwarancji obecności i podmiotowości Kościoła w państwie, któ re stało się nieżyczliwym mu czynnikiem, to Matka Róża pokazała, co to znaczy, mimo tak dotkliwego kalectwa, jakie w sobie nosiła, podjąć wewnętrzny impuls, przekonujący o nadprzyrodzonym tchnieniu w podejmowanych przez Kościół zadaniach dla bliźnich.

Znamy dziś jej nieogarnione do końca dzieło w postaci założonego Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i Zakładu w podwarszawskich Laskach, oraz wielu wspaniałomyślnych inicjatyw szkolnych dla podniesienia osób borykających się z kalectwem wzroku, wśród nich powołanie Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Zrozumiała, że będzie mogła bardziej skutecznie oddziaływać w zorganizowanej strukturze zgromadzenia zakonnego, które dzięki Bożej Opatrzności od przeszło stu lat przynosi błogosławione owoce, o których z miłością głośno mówi się w kraju i w poza jego granicami.

Siostry i Bracia!

Obie te święte postacie dobrze się rozumiały, ubogacały się duchowymi skarbami - dlatego tyle dobra wyrosło z ich żarliwej wiary. Z tej obfitości czerpiemy wszyscy.A moment ich beatyfikacji w jednym terminie zastał już nasze pokolenia dobrze wyposażone w niezbędne świadectwa, z jakich możemy korzystać i układać nasze przekonania, odnoszące się do odczuwania przez nas ich komplementarnej misji w Ojczyźnie i Kościele, także na płaszczyźnie Kościoła powszechnego.

Wdzięczni jesteśmy dobremu Bogu za natchnienia, by dzieło wiary i życia tych wspaniałych postaci trwało z pożytkiem w Kościele świętym. Bo jeżeli Kościół ogłasza kogoś błogosławionym czy świętym - to dla wyraźnego wskazania: tyle dobra z tego płynie dla wzrastania w wierze i pomnażaniu dobra.

Dziękując za wyniesienie tych wspaniałych przedstawicieli naszego Narodu do chwały ołtarza, niezmiennie pytamy, skąd brał siły kardynał Stefan, by się nie zrazić postawą wrogów, by dla „świętego spokoju” nie zamknąć się w prywatnej kaplicy i tyl ko tak prowadzić nawet najgłębsze refleksje o egzystencjalnych potrzebach każdego mieszkańca umiłowanej Ojczyzny? Skąd czerpała Matka Róża moc, by nie zrezygnować z żywotnych możliwości dawania świadectwa o miłości bliźniego na wzór Syna Bożego, który pierwszy nas umiłował, zanim dostrzegliśmy Go umierającego na krzyżu dla naszego zbawienia?

My wiemy: ich moce ducha wyrastały z postawy zaufania do Bożego zapewnienia, które usłyszał św. Paweł, o czym zapewnił mieszkańców Koryntu: „Trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz Pan mi powiedział: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor,12,8-9). Czy pozwalamy, by i w nas powtarzała się ta sama sytuacja i otrzymana odpowiedź: „Wystarczy ci mojej łaski”?. Czegóż więcej wypatrujemy?

Oboje błogosławieni, za których Bogu i Kościołowi dziękujemy, pozostawili nam program życia nie tylko na lata spokojne, ale nade wszystko na trudne czasy. Nie usprawiedliwiajmy się, że ich czasy i potrzeby były inne. Zawsze, od wieków, człowiekowi potrzeba akceptacji i miłości. Przed nami byli ci, którzy to zrozumieli. Im zawierzajmy nasze rozterki. Dla wspólnego dobra. I prośmy pokornie: niech się tak stanie. Amen.

Ze swej strony miej zawsze na uwadze obecną szybkość, z jaką wszystko przemija. Żyj dla rzeczywistości niebieskich i autentycznych wartości, nawet gdyby cię uważali za głupiego ci, którzy nie posiadają prawdziwej mądrości.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z ŻYCIA SZKOŁY PODSTAWOWEJ

Małgorzata Galster, Agnieszka Lewicka
Pożegnanie klasy ósmej

czwartek 23 czerwca 2022 r.

Po dwuletniej przerwie spowodowanej pandemią powróciliśmy do uroczystości żegnania klas ósmych. Tegoroczni ósmoklasiści pożegnali Szkołę programem przygotowanym podczas wycieczki do Zakopanego.

 

Pomysł zrodził się spontanicznie już pierwszego wieczoru pobytu w Zakopanem w gościnnym domu sióstr Sercanek. Jeszcze w maju postanowiliśmy wspominać w programie cały pobyt w naszej szkole. A ponieważ ważną wycieczką z przewodnikiem tatrzańskim - p. Zosią Czarnotą - wieloletnią opiekunką naszych kolejnych laskowskich grup, miała być Rusinowa Polana i Gęsia Szyja, nazwaliśmy nasz teatrzyk „Gęsia Szyja”, wzorując się na teatrzyku „Zielona Gęś”, który ma zaszczyt przedstawić... Mistrza Ildefonsa Gałczyńskiego. Melodią do piosenki o Gęsiej Szyi i naszej szkole stała się góralska „Hej, bystra woda...”. Akompaniował nam na uroczystości dawny uczeń naszej szkoły Marcin Otrębski. Na koniec naszego programu zaśpiewaliśmy drugą zwrotkę piosenki harcerskiej „Nie zgaśnie tej przyjaźni żar, co połączyła nas”

 

Program był podziękowaniem za wszystkie lata nauki, za dobro, którego uczniowie doświadczyli w naszej szkole, za wycieczkę do Zakopanego. Po nim pożegnali koleżanki i kolegów uczniowie z klasy 7 b, wręczając każdemu dyplom za szczególne osiągnięcia, np. za częste odwiedzanie biblioteki.

Po obu programach nastąpiło wręczenie świadectw, nagród i upominków, a potem słodycze i długie, długie pożegnania niewolne od łez i obietnice, że „nie zgaśnie tej przyjaźni żar...”.

Teatrzyk Gęsia Szyja ma zaszczyt przedstawić dramat w pięciu odsłonach

„Nasza klasa”

Odsłona 1 - klasa VIII

Tomek: Słuchajcie, lekcja trwa już 10 minut i 20 sekund, a pani nie ma. Pójdźmy do p. dyrektor i powiedzmy o tym, żeby nie mieć potem nieprzyjemności.

Wszyscy: Ale po co? Nie trzeba!

Dominik: Mam pomysł. To już nasz ostatni dzień w szkole, jutro opuszczamy szkolne mury.

Wszyscy: Nareszcie! - Szkoda!

Powspominajmy, jak to było w naszej kochanej klasie przez dziewięć lat.

Łukasz: Jak szybko minął czas, jak szybko skończyły się lekcje. Za nami już egzaminy, których tak się baliśmy, że postanowiliśmy o nich nie mówić i nasza pożegnalna wycieczka. Oczywiście Krupówki, lekcja o kurierach tatrzańskich, Dolina Kościeliska, Gubałówka no i .

Wszyscy: GĘSIA SZYJA! (na melodię „Hej bystra woda”)

Hej, Gęsia Szyja, hej, Gęsia Szyja,

#

Polana Rusinowa

Kto tam nie wejdzie, będzie chryja. Idziemy prosto, idziemy krzywo, Serca nam biją mocno, żywo!

Hej, Gęsia Szyja, hej, Gęsia Szyja, Wcale nie była taka miła!

Pani Kalina Szyi się bała,

A pani Gosia się sturlała.

Hej, Gęsia Szyja, hej, Gęsia Szyja, Tyle radości nam sprawiła!

Były i schody, były rynienki Były pęcherze i kierdelki.

Hej, Gęsia Szyjo, hej, Gęsia Szyjo, Wspominać ciebie teraz miło!

Hej, Gęsia Szyjo, radę daliśmy, Potem żętycę wypiliśmy.

Oscypki także nam smakowały, Wokół owieczki się turlały.

 

 

Odsłona 2.

Łukasz: Klasa VI i VII - Pandemia! Zakładamy maseczki.

Dominik: Znowu zapomniałem tej głupiej maseczki.

Julia: Pamiętacie zdalne nauczanie?

Wszyscy: Pamiętamy! O tym nie można zapomnieć.

Weronika: Tak, było trudno, ale zdalne nauczanie miało swoje dobre strony. Można było wyłączyć kamerkę i słuchać wykładu w pozycji leżącej.

Julia: A czy pamiętacie reakcję s. Moniki, gdy Dominik się połączył?

Łukasz (naśladując s. Monikę): „Dominiku. wreszcie się połączyłeś. Gratuluję. Czy zjadłeś już śniadanie?” - „Tak, siostro, zjadłem. Jestem gotów do lekcji”.

Odsłona 3

Tomek: W klasie V doszła do nas Svea.

Weronika: A pamiętacie, że w VI przybyli Julia i Łukasz?

Julia i Łukasz: Wreszcie sobie o nas przypomnieliście!

Julia: A co jeszcze zdarzyło się w klasie piątej? Nie pamiętamy.

Odsłona 4

Weronika: W klasie IV wiele się zmieniło. Doszedł do nas Michał i nasze fryzury zostały wreszcie docenione; Michał podchodzi do Julii: Masz włosy jak makaron! A do Wery: A ty, jak siano!

Odsłona 5

Tomek: W klasie I, II i III naszą wychowawczynią była p. Ewa Nowacka i miała z niektórymi z nas trudne życie.

Dominik: Pamiętacie, jak zamknąłem Tomka w łazience? O, tak!

 

Tomek: Wolałbym nie pamiętać. p. Małgosia (wchodzi): Przepraszam za spóźnienie, zaspałam, ponieważ miałam smutny sen o pożegnaniu swojej szkoły. Łukasz: Ale nie kończmy tak smutno! Ułożyliśmy piosenkę na pożegnanie szkoły. Zaśpiewamy?

Hej, żegnaj szkoło, hej, żegnaj szkoło,

Zawsze tu było nam wesoło!

Żegnaj, kartkówko, żegnaj sprawdzianie,

A pamięć po nas pozostanie.

Chociaż dziś przyszedł dzień pożegnania,

Wszyscy przyjmijcie podziękowania:

Za lata przygód, odkryć, radości I serca pełne cierpliwości.

Za wszystkie lekcje, za wszystkie trudy,

Bo w naszej klasie nie było nudy.

Za to, że wspólnie wytrzymaliśmy I wiele dobra dostaliśmy!

Julia: Dziękujemy Pani Dyrektor Dorocie Gronowskiej i wszystkim Nauczycielom za trud przekazywania nam wiedzy. Dziękujemy Pani Kalinie za wsparcie psychologiczne, Pani Krysi - za śniadania, Pani Uli - za czystość w szkole, naszym Opiekunom podczas ostatniej wycieczki do Zakopanego: p. Agnieszce, p. Małgosi p. Kalinie, p. Andrzejowi.

I wszystkim naszym Koleżankom i Kolegom za wspólnie spędzony czas!

Zapewniamy: Nie zgaśnie tej przyjaźni żar....

Tak szkołę podstawową w roku szkolnym 2021/2022 żegnali niezapomniani uczniowie klasy VIII: Weronika Błachowicz, Łukasz Chabowski, Dominik Michalczuk, Hathi Nguyen, Julia Plewka, Michał Trojankowski, Tomek Wasiukow.

Pożegnanie ósmoklasistów przygotowali uczniowie klasy 7b pod kierunkiem p. Edyty Kamińskiej i p. Emilii Zamiechowskiej.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

O, jakże wielkie plany miłości ma Bóg wobec ciebie! Czy widzisz ptaka w powietrzu? On nie wie, po co żyje. Kiedy dobiegnie końca jego istnienie, wszystko się dlań skończy. Twój los jest inny. Ty wiesz, po co żyjesz, a wieczór twego ziemskiego dnia otworzy przed tobą wieczny poranek w niebie.

***

Czas jest krótki, wieczność czeka przed drzwiami. Zaopatrz się w życiu w takie dobra, abyś ich nie stracił wraz ze śmiercią.

Jakże zyskowna jest twoja transakcja! Za rzeczy doczesne kupujesz wieczne.

***

Każda chwila twego życia bogata jest w wieczność. Każdy dzień jest darem Bożym. Czas jest minutą, którą masz do swej dyspozycji. Uczyń ją bogatą w znaczenie i wartość. Poruszaj się bardziej w czasie niż w przestrzeni. Czas jest świadkiem naocznym twego życia; bacz, aby nie stał się twym oskarżycielem. Głupotą jest angażowanie się w rzeczy próżne, jeśli żyje się tak krótko. Zażądają od ciebie rachunku, jak wykorzystałeś czas, który ci został dany.

 

ROZWAŻANIA

ks. Edward Engelbrecht
Bądźcie doskonali...

Czy wiesz, że miłość ma dwie córki: dobroć i cierpliwość?

Obie są wymagające, zwłaszcza od tych, którzy im zaufali i poddali się ich kierownictwu. Wkrótce przekonują się, że znaleźli się w takim miejscu życia, gdzie niebo spotyka się z ziemią, gdzie Jezus jest bardziej obecny wraz ze swoją Ewangelią, ze swoimi łaskami... i przynagleniem: „Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec niebieski” (Mt 5.48).

Skoro miłość wraz ze swoimi „córkami” doprowadziła nas do miejsca zacytowanego wersetu Ewangelii, pogłębiając naszą więź z Bogiem, to poprośmy Ducha Świętego, aby to, co wielkie, święte i owocne duchowo, zostało jeszcze bardziej przez nas przyswojone.

Greckie słowo „teleios” to doskonały, a „telos” - cel, przeznaczenie, meta. W kulturze greckiej daną rzecz uważano za doskonałą (teleios), jeśli spełniała cel, zamiar, dla którego została pomyślana. I tak: zegar spełniał swój cel (telos), jeśli punktualnie wskazywał czas; zwierzę nadawało się na ofiarę dla Boga, jeśli było zdrowe i bez skazy rytualnej (doskonałe - teleios).

Natomiast człowiek jest „teleios”, jeśli spełnia cel, dla którego został stworzony.

Zapytajmy - do jakiego celu Bóg stworzył człowieka?

Księga Rodzaju (1, 26) poucza nas, podając następujący tekst: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”.

Zasadniczą cechą Boga jest Jego uniwersalna miłość, tak do świętego człowieka, jak i do grzesznika. Po prostu - naśladując

Boga w Jego niestrudzonej życzliwości i miłosierdziu do każdego z ludzi, stajemy się podobni do Świętego Boga, a przez to stajemy się DOSKONALI (teleios).

Nietrudno dostrzec, że w ujęciu myśli greckiej doskonałość jest czysto funkcjonalna.

Na koniec pragnę jeszcze zastanowić się nad „córkami” miłości, o których wspomniałem na początku naszego rozważania.

Cierpliwość

Jest to cnota (sprawność) polegająca na wytrwałym znoszeniu przykrych sytuacji życiowych oraz stanów psychicznych towarzyszących człowiekowi w realizacji określonych celów. W Piśmie Świętym cierpliwość jest zarówno postawą człowieka, jak i Boga. Bóg powstrzymuje swój gniew, aby dać czas grzesznikowi do nawrócenia się i wejścia na drogę uświęcenia i zbawienia (por. Rz. 3, 26; 1 P3,20).

W Starym Testamencie wzór takiej postawy możemy dostrzec np. u Abrahama (Rdz 18, 27), Mojżesza (Lb 14, 88), a zwłaszcza u Joba.

Cierpliwość w Nowym Testamencie Bóg objawił w Jezusie Chrystusie, w Jego życiu aż do śmierci krzyżowej, jak i w Jego nauczaniu, np. w przypowieści o kąkolu, synu marnotrawnym, nierodzącej fidze.

Mamy też wiele tekstów Nowego Testamentu (np. J 15, 2nn; Flp 3, 10), które zawierają motywację sensu cierpliwości: znoszenie cierpliwie wszelkiego rodzaju udręk. Jeśli są one przeżywane w zjednoczeniu z Chrystusem, prowadzą do uświęcenia i zbawienia człowieka.

Cierpienie cierpliwie przeżywane w wierze jest trudną łaską, ale jakże owocną w perspektywie naszego zbawienia.

ks. Edward Engelbrecht - Bądźcie doskonali...

31

Dobroć

Dobry człowiek stara się zawsze działać zgodnie z obiektywną normą moralności: „czynić dobrze, unikać zła” - (bonum est faciendum, malum vitandum). Dzięki temu dobry człowiek szerzy dookoła siebie czyny usuwające wszelki niedostatek z życia ludzi potrzebujących pomocy.

Warto wiedzieć, że udzielanie pomocy było czymś oczywistym już u zarania chrześcijaństwa (Dz 6, 1-6; Gal 2, 1-10; 2 Kor 8,9). Wierzono, że głównym Dawcą jest Bóg, który przez posłannictwo Kościoła udziela pomocy cierpiącemu. Obdarowany dostrzegał miłość ku sobie zarówno Boga, jak i bliźnich.

Ta bezinteresowna dobroć łagodziła cierpienie i przyczyniała się do otwarcia się wielu pogan na wartości Ewangelii.

Na koniec cytat z twórczości C. K. Norwida:

Zniknie iprzepełznie obfitość rozmaita...

Z rzeczy tego świata zostaną tylko dwie,

Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...

Nic nie ma ceny równej wartości czasu. Czas jest skarbem, jaki mamy tylko w obecnym życiu. Nie marnuj czasu. Nie ma nic cenniejszego od niego. Niestety, nic nie jest bardziej zaniedbywane. W chwili śmierci jakże będziesz pragnął odzyskać ten czas, który teraz tracisz!

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ks. Marek Gątarz

Oto jest nasz dzień codzienny, nasze małe budowanie, trud uparty i niezmienny, nieustanne kształtowanie

K. I. Gałczyński

Troska o życie duchowe w Laskach i nie tylko...*

Spotkałem kiedyś mężczyznę, który od kilku lat skacze ze spadochronem. Na pytanie o to, dlaczego to robi i co mu to daje, odpowiedział: „Chcę zapomnieć choć na chwilę o moich problemach”. Długa i ciekawa rozmowa poprowadziła nas tamtego dnia w kierunku wspólnej refleksji nad tym, jak troszczyć się o życie duchowe. Podobne rozmowy mają miejsce w Laskach co rusz.

W niespokojnych czasach i szybkim tempie życia we współczesnym świecie różni ludzie na różne sposoby próbują sobie radzić z problemami. Ci natomiast, którzy dają się prowadzić Słowu Bożemu, wcześniej czy później odkrywają, że życie to coś więcej aniżeli tylko rozwiązywanie kolejnych problemów. A chwytanie się tego, co podniesie poziom adrenaliny i da chwilowe zapomnienie o problemach, okazuje się nie wystarczać. Droga do pełni życia to także radości i trudy obcowania z Tajemnicą, zachwyt nad pięknem stworzenia i geniuszem Stwórcy czy wreszcie poszukiwania odpowiedzi na pytanie o to, jak możemy się troszczyć o życie duchowe.Także o to, co możemy jeszcze więcej z siebie dawać, na chwałę Pana Boga i dla zbawienia dusz. Chodzi więc nie tylko o to, co musimy i co powinniśmy. Nade wszystko chodzi o to, co możemy jeszcze więcej z siebie dawać. Stale myśląc o swoim osobistym rozwoju i jednocześnie angażując się w Dzieło Lasek, które - w intuicji założycielskiej bł. Matki Elżbiety Róży Czackiej - „z Boga jest i dla Boga”.

Podejmując próbę refleksji nad tym, jak ważna jest troska

0 życie duchowe i w czym się ona może wyrażać, zwróćmy uwagę na niektóre jej aspekty w dwóch przestrzeniach: odpowiedzialność za osobistą drogę wiary i własne uświęcenie oraz odpowiedzialność za dobro duchowe osób, z którymi tworzymy wspólnotę i razem dążymy do świętości. Jakkolwiek zechcemy reflektować nad tematem troski o życie duchowe w codzienności, istotna jest nasza odpowiedź na Boże wezwanie:"Ponieważ Ja jestem Pan, Bóg wasz - uświęćcie się. Bądźcie świętymi, ponieważ Ja jestem święty" (Kpł 11, 44).

1. Troska o osobistą drogę wiary i własne uświęcenie

W realizacji chrześcijańskiego powołania do świętości odkrywamy, że w trosce o życie duchowe chodzi tak naprawdę o to, by całe swoje życie raz po raz ukierunkowywać na Jezusa Chrystusa i dbać o zażyłą więź z Tym, który jest naszym Panem i Zbawicielem. Czynimy to aktami woli i żalu za grzechy, a nade wszystko aktami ufnej wiary, nadziei i miłości. Dojrzewamy do tego, by bardziej „zajmować się” Panem Bogiem niż sobą. Niektórzy mawiają: „Zajmij się Słowem Bożym, a ono zajmie się tobą”. Przedłużona modlitwa Słowem Bożym ukazuje nam bowiem, ile

1 czego jest w nas najwięcej. Szczególnie w pracy z dziećmi i młodzieżą zauważamy, że tym, co wychowuje jest przede wszystkim osoba sama w sobie - czyli nade wszystko to, czym się człowiek sam na co dzień ubogaca i skąd czerpie inspiracje do twórczego wypełniania swojej życiowej misji. "Karmię was tym, czym sam żyję... Niech to w was goreje, czym innych zapalać chcecie." - mawiał św. Augustyn. Rozmowy z niektórymi rodzicami naszych wychowanków zdają się potwierdzać te prawdy i mogą dać dużo do myślenia...

Jednym z wyzwań w życiu duchowym chrześcijanina są chwile pustki duchowej. Bywa jednak również, że ktoś może całymi latami przyzwyczaić się do przeżywania wiary w sposób płytki i infantylny. Nie odczuwa się wówczas potrzeby pogłębiania życia duchowego, żyje się z dnia na dzień. Wobec takich osób - niczym terapia wstrząsowa - może przemówić napis na pobliskim murze, jaki ktoś umieścił: „Wyłącz telewizor, włącz mózg”. Zaniedbując się duchowo, łatwo można dopuścić do wyjałowienia duszy, wypłukania serca z głębokich duchowych pragnień. Wtedy życie może się stać wegetacją z dnia na dzień, a „pasja życia” stopniowo w nas zamiera. Św. Paweł pisze, że człowiek może zamknąć się w horyzoncie zmysłowości: „Człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić” (1 Kor 2,14).

Może być też tak, że dla kogoś sens życia stanowi jedynie praca. Narzuca się jednak wówczas pytanie, czy nie jest ona ucieczką od czegoś czy kogoś? Albo też, co będzie tym sensem życia, gdy już nie będzie mógł człowiek pracować? Kiedyś od pewnej starszej osoby usłyszałem refleksję, która mnie bardzo zainspirowała i twórczo zaniepokoiła, a brzmiała mniej więcej tak: „Na starość dusza wychodzi na twarz i wtedy widać jak na dłoni, czym człowiek wypełniał dni swego życia.”

Wspomniany św. Augustyn zapisał w swych Wyznaniach zdanie, które często jest powtarzane w nauczaniu Kościoła: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Takim stworzył człowieka Pan Bóg i urządzanie sobie życia poza Bogiem jest swoistym „aktem ryzyka”. Serce człowieka bowiem nie znosi pustki. Jeśli człowiek nie da miejsca należnego Stwórcy, wcześniej czy później doświadczy w swoim życiu tego, o czym pisał np. mędrzec Kohelet. Nie był on pesymistą, lecz realistą. Wszystko na tym świecie poza Bogiem to „marność nad marnościami”. Wszystko jest ulotne oprócz Boga, który zaprasza nas do pełni życia i szczęścia. Bywa, że człowiek zaczyna to pojmować dopiero po wielu latach zmagania się z wartkim nurtem życia. Każdy jednak ma swoje tempo dojrzewania do różnych rzeczy, a Pan Bóg daje nam czas i jest wobec nas niezwykle cierpliwy.

Troska o własne uświęcenie to przede wszystkim pielęgnowanie i rozwijanie w sobie ducha modlitwy. Jeśli cenimy Świętych i Błogosławionych za to, co uczynili - to wcześniej czy później uzmysławiamy sobie, iż dokonali tego, bo byli ludźmi modlitwy. A czym jest modlitwa? Być człowiekiem modlitwy to coś o wiele więcej aniżeli „pomodlić się” w oznaczonych dniach czy godzinach. Być człowiekiem modlitwy to uczyć się „tracić czas” dla Pana Boga, szukać swojej ścieżki na modlitwie i żyć w Bożej obecności. To także nie zrażać się, gdy nie odczuwamy obecności Pana Boga czy Jego opieki nad nami. Nie zniechęcać się, gdy przychodzą chwile ciemności, oschłości czy tzw. duchowej acedii. Możemy pomyśleć, co czuła np. bł. Matka Elżbieta Róża Czacka, gdy przez wiele lat bardzo cierpiała i pozostawała unieruchomiona w swoim pokoju. Wytrwała do końca, bo była człowiekiem wielkiego czynu i wielkiej modlitwy!

Pewna kobieta poprosiła o radę świętego pustelnika: „Podczas modlitwy w ogóle nie czuję bliskości Boga. Odczuwam całkowitą pustkę”. Odpowiedź mogła wydawać się zaskakująca: „Spróbujprzez najbliższe dwa tygodnie w ogóle się nie modlić, zamiast tego po prostu bądź - siedź przez kwadrans, wczuwając się w panujący w pomieszczeniu spokój i rozkoszuj się nim. Potem zabierz się do pracy w obliczu Boga”. Po pewnym czasie kobieta przyszła ponownie i powiedziała: „To bardzo osobliwe. Gdy się modlę do Boga, a dokładniej gdy mówię do Niego, nie czuję zupełnie nic, lecz gdy siedzę cicho w Jego obliczu, wtedy czuję się otoczona Jego obecnością”. (z apoftegmatów Ojców Pustyni)

Jeśli wiele osób w Laskach pięknie dojrzało do różnych życiowych odpowiedzialności i odważnego stawiania czoła niełatwym wyzwaniom - to może głównie dlatego, że odnaleźli swoją duchową ścieżkę i na trwałe wprowadzili do swojej codzienności praktykę modlitwy. Trwanie na modlitwie pozwala odnaleźć właściwy rytm życia. Warto uczyć się na drodze codziennej modlitwy odnajdywania „słusznej miary” w pracy i różnych innych zaangażowaniach apostolskich. Warto podejmować refleksję, także przy pomocy kierownika duchowego, jak godzić ze sobą różne przestrzenie życia. By - spalając się w służbie Panu Bogu i bliźnim - nie ściągnąć na siebie niepostrzeżenie „syndromu wypalenia”. Życie chrześcijanina przypomina bowiem bardziej maraton niż sprint. Ważne jest więc, by podejmując codzienny krzyż obowiązków, pośród radości i trudności, męczyć się, ale nie przemęczać. Bardzo potrzeba nam mądrej troski o siebie samych i o siebie nawzajem. I jakże bardzo potrzeba nam dbania o różne nasze potrzeby „chlebowe”, ze świadomością długiego dystansu. Byśmywpatrzeni w Chrystusa - wytrwale nieśli nasz codzienny krzyż.

Jaki jest ten krzyż?

To nie tylko ten zasadniczy, wielki krzyż cierpienia niewidomych. Ale też ten bolesny krzyż ułomności ludzi i całej dużej wspólnoty. Na małym stosunkowo terenie znajduje się w ścisłej współzależności około tysiąca ludzi. A ci ludzie, jak wiadomo, są bardzo różni. Różne usposobienia, przyzwyczajenia, środowiska, obyczaje, poglądy, wykształcenie. Przy najlepszej woli, w tak wielkim zgromadzeniu muszą być tarcia, nieporozumienia, wzajemnie uchybienia, błędy, pomyłki, urazy, inne widzenie tej samej rzeczy, czy sprawy, inne oceny wartości, gwałtowność temperamentów, sprawy nerwicowe lub psychiczne.

Życie Lasek jest bujne i wciąż napięte. Przypomina rwący potok górski, który tocząc kamienie, wciąż je obija jedne o drugie. Nieunikniona ułomność ludzka, nawet przy zasadniczej dobrej woli, powoduje wiele popełnianych błędów, niedociągnięć i niedopatrzeń, nieraz w najważniejszych sprawach. Żadna ludzka siła nie jest w stanie tego uniknąć ani poprawić. Pozostaje nam tylko stosowanie mądrości św. Pawła:

Nie daj się zwyciężyć złemu, ale zło zwyciężaj dobrem. ks. Tadeusz Fedorowicz

 

2. Odpowiedzialność za dobro duchowe osób, z którymi tworzymy wspólnotę i razem dążymy do świętości

Św. Paweł napisał w jednym ze swoich listów: „Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełniajcie prawo Chrystusa” (Ga 6,2). By mogło się to dokonywać, by stawać przy drugim człowieku zwłaszcza w trudnej sytuacji życiowej i być dla niego wsparciem - trzeba osobistego zaangażowania i podejmowania swoistego „wysiłku wzajemności”. Pośród radości i zmartwień. Wówczas, gdy doświadczamy pięknych chwil i wtedy, gdy trudno nam znaleźć odpowiednie słowa, by pomóc czy pocieszyć. Podarowany czas, empatia, wrażliwość na ludzką biedę, wysłuchanie, modlitwa - jakże wiele one znaczą. Jakże nie przyznać słuszności komuś, kto napisał: „Miłość porusza się na dwóch nogach. Jedną z nich jest miłość do Boga, a drugą miłość do ludzi. Rób wszystko, abyś nie kuśtykał.”

Gdy staramy się być blisko spraw osób, z którymi żyjemy na co dzień, wiele z nich mówi, iż wielką wartość ma dla nich to, że ktoś pamięta o nich w modlitwie. Istnieją grupy modlitewne, w których ludzie przesyłają sobie wzajemnie intencje do modlitwy. Intencje, które odsłaniają to, czym żyjemy i co tak trudno czasem unieść samemu, np.: „Proszę o modlitwę w intencji 10-letniego chłopca. Raz jeden nie założył kasku do jazdy na hulajnodze, raz jeden. Uprosił mamę, bo gorąco w kasku. Przewrócił się, wypadek, trepanacja czaszki, jest w ciężkim stanie. Ile bólu w tej rodzinie, w tej mamie...”.

Wiele osób żywo zatroskanych o życie duchowe w Laskach i nie tylko, zwraca uwagę na wytrwałe poznawanie „sprawy niewidomych”. Antoni Marylski pisał w 1956 r.: „Jak przed 50 laty, tak i dziś, instytucja opiera się. nie na ambicji osobistej, ale na współpracy z oddanymi ludźmi, czego Matka dawała codzienny przykład w swej skromnej postawie; nie na dyletantyzmie i popularnych a płytkich hasłach. ale na rzetelnej znajomości sprawy niewidomych”.

Wrażliwości na „sprawę niewidomych” oraz na inne ludzkie sprawy uczą nas także intencje osób, które przybywają do Lasek jako pielgrzymi i pozostawiają swoje wpisy w księgach pamiątkowych. Po beatyfikacji ożywił się bardzo ruch pielgrzymkowy i z różnych stron przybywają pielgrzymi, indywidualnie czy grupowo. Także ci, którzy modlą się w Laskach systematycznie a swoje intencje powierzają naszej modlitwie np. w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, podczas Mszy św. zbiorowej przez wstawiennictwo bł. Matki Elżbiety Róży Czackiej. Owe wpisy i intencje zawierają w sobie jakąś „Bożą mowę” do nas - ukryte pragnienia odnośnie tych, którzy tworzą na co dzień środowisko Lasek. Same w sobie nie potrzebują komentarza. I może właśnie podarowane nam do modlitwy intencje przemawiają najmocniej i przekonują do pomnażania duchowych darów.

Oto niektóre z nich:

Laski - miejsce ciszy i modlitwy. Dziękujemy za atmosferę rodzinnego ciepła i życzliwości.

***

Bóg zapłać za miłe przyjęcie w tym wyjątkowym miejscu, naznaczonym świętością sióstr.

***

Bóg zapłać za miejsce, gdzie modlitwa przeplata się z miłością.

Bogu dzięki za to wspaniałe dzieło, które dało nadzieję i lepsze życie tak wielu „Maluczkim”, którzy wyrośli na „Bożych Herosów” za pośrednictwem bł. Matki Czackiej.

***

Człowiek - żeby widzieć - ma oczy i serce... Ceńmy sobie te Boże dary...

Kochana Błogosławiona Matko! Dziękuję Bogu za to, że miałam łaskę osobiście Ciebie widzieć w 1958 r. W sercu Jadzi zachowało się doświadczenie spotkania z Kimś, kto wzbudza cześć. Dziś przyjechałam uczcić Cię jako Błogosławioną! Jakże się cieszę i wielbię Boga za wspaniały owoc Twego Krzyża. Dziękuję. Proszę, pozostań moją bliską Świętą. ^

Rozważ, jak mija nietrwały i nieodwracalny czas, i ty wraz z nim! Idzie zawsze krok w krok za tobą, a przyszłość czyni go już przebrzmiałym. Każde uderzenie zegara niech będzie dla ciebie ciągłym przypomnieniem mijającego czasu oraz zbliżającej się wieczności.

***

Sprawiedliwy, który w krótkim czasie osiągnął doskonałość, przeżył czasów wiele (por. Mdr 4,13). „Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy; sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości - jest życie nieskalane” (Mdr 4,8-9).

* Temat ten został zaprezentowany przez Autora podczas Sesji Pedagogicznej w Laskach 29.08. br. przed nowym rokiem szkolnym w naszym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym.Powrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Z NOTATNIKA

Maciej Jakubowski
wrzesień, 2022
Mamy być świadkami Prawdy i Miłości

W czerwcu minęła dwudziesta rocznica śmierci Ks. Tadeusza

Fedorowicza. Za pięć lat minie już ćwierćwiecze. Czas płynie, wszystko się zmienia. Gdy więc w czasie kolejnego pobytu w Laskach przeglądam niektóre pisma i korespondencję

0 ks. Tadeusza, stawiam sobie pytanie: czy jest możliwe, bym zna- 0 lazł jakąś jego wypowiedź, która oświetlałaby tę trudną i coraz trudniejszą, pełną dramatów, sytuację współczesną, gdy media huczą: armagedon, katastrofa, koniec świata....

I oto w jednym z listów ks. Tadeusza do prof. Swieżawskiego, sprzed lat trzydziestu (!), znajduję takich kilka zdań:

Myślę, że obecny, absolutny rozgardiasz jest znanym z historii kryzysem cywilizacji, ale, jak zawsze dotąd, Ewangelia „na nowo odczytywana” zaprowadzi znów jakiś ład.... Chyba, że w Opatrzności Bożej będzie powiedziane: „Dosyć tej zabawy w ten świat”.

Ale myślę, że to jeszcze nie to. Jeszcze Izrael ma się nawrócić. Jeszcze, chyba, Chwała Boża ma rozbłysnąć...

Pan Jezus powiedział: „Na to się narodziłem i na to przyszedłem na świat, by dać świadectwo prawdzie” - a zatem nie, by wszystko dobrze urządzić. Kąkol będzie do końca czasów. To ważne rozróżnienie. Do Apostołów powiedział: „Otrzymacie Ducha Świętego i będziecie mi świadkami”. To nasza rola: być świadMaciej Jakubowski - Mamy być świadkami Prawdy i Miłości 41 kami Prawdy i Miłości. Ta myśl bardzo mi ułatwia patrzenie na świat. [list do Stefana Swieżawskiego, 17.VIII.1992, [w] PEŁNY WYMIAR.

Listy przyjaciół. Biblos, Tarnów 2002, s.194]

Czy te słowa napisane przed trzydziestu laty nie mogłyby zostać napisane wczoraj? W całym świecie bolesny rozgardiasz zdaje się rosnąć i osiągać apogeum. Armagedon, koniec świata? A może to jednak (tylko??!) kryzys i rozpad tego świata, tej cywilizacji i może zarazem „przedsionek” odnowienia i Chwały, która ma rozbłysnąć? Taka myśl rzeczywiście ułatwia patrzenie na świat i na to wszystko, co dzieje się wokół. A dzieją się rzeczy dramatyczne i bolesne, ale dzieją się też rzeczy dobre, budzące nadzieję; dzieją się w różnych przestrzeniach życia i w różnej skali. To, co stało się w relacjach polsko-ukraińskich po wybuchu wojny, i ten spontaniczny ruch przyjęcia przez Polaków paru milionów ukraińskich uchodźców (raczej uchodźczyń?) to fenomen społeczny bez precedensu; z pewnością będzie on miał rozległe, pozytywne konsekwencje w przyszłości, gdy minie ten czas rozgardiaszu i zamętu. Odzywa się jakby echo nauczania św. Jana Pawła II o budowaniu nowej kultury solidarności.

A zresztą, czy będzie tak, czy inaczej, mamy być świadkami Prawdy i Miłości. To nasza rola.

Tylko wierząc w Boga, znajdziesz rozwiązanie najważniejszych problemów twego istnienia, a przede wszystkim sens życia.

Niewierzący nie może dać rozumnej i przekonywującej odpowiedzi na problemy życiowe. Tajemnica istnienia Boga przewyższa nasz rozum, ale mu się nie sprzeciwia. Albo przyjmujesz tajemnicę, albo popadasz w absurd.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

W setną rocznicę istnienia Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie

Józef Placha
Pomocnicza rola wychowawcy w procesie rewalidacji osób z niepełnosprawnością

Stanisław Chrobak w „Podstawach pedagogiki nadziei”, kreśląc strategię działania pedagoga w procesie wychowania, tg} odwołuje się do O. F. Bollnowa, a tym samym pośrednio do koncepcji pedagogiki personalno-egzystencjalnej w ujęciu Janusza Tarnowskiego, który tworząc swoją koncepcję, również bazował na przemyśleniach tego niemieckiego pedagoga: „Wychowawca wychowujący osobę kieruje swój apel do całej osoby, a jego celem jest uzdolnienie wychowanka do samodzielnego formułowania sądów o rzeczywistości. Odwołując się do najgłębszej warstwy «wewnętrznego ja», do rdzenia, istoty samego bytu człowieka, pomaga w kształtowaniu się postaw, ideałów życiowych i przekazuje wartości osobowe, kreując wzajemne stwarzanie się dwóch podmiotów. «Wszystko - jak stwierdza O. F. Bollnow - co buduje wiedzę o człowieku, dotyczy zarazem urzeczywistniania się człowieka, a tym samym daje wskazówkę dla wychowaniaC’1.

1 S. Chrobak, Podstawy pedagogiki nadziei, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2010, s. 345.

W kontekście „duchowego obcowania”2 między wychowawcą a wychowankiem jawi się potrzeba bliższego określenia roli wychowawcy (rewalidatora) w tym jedynym w swoim rodzaju układzie osobowym, w którym wychowanie (rewalidacja) będzie polegało na rozwoju „człowieka i to nie w sensie rozwoju człowieka jako gatunku, lecz w znaczeniu doskonalenia każdego indywidualnego człowieka we wszystkich dziedzinach jego życia i działalności”3.

Dlatego ważne jest, aby wychowawca (rewalidator) rozpoznał pełnię możliwości rozwojowych człowieka: „Zatem współczesny wychowawca winien uważnie odczytywać znaki czasu i wspomagać wychowanka w odkryciu własnych «możliwości», pomagać w zrozumieniu, kim człowiek powinien «być», aby naprawdę umiał odpowiedzieć na swe powołanie”4.

Jawi się też propozycja powrotu do wypróbowanych ideałów # czyli: # „- całościowego oraz realistycznego rozumienia wychowanka. Realistyczne rozumienie wychowanka oznacza, że wychowawca zdaje sobie sprawę zarówno z wielkości i niezwykłości wychowanka, jak i z jego ograniczeń oraz słabości. Z kolei całościowe rozumienie wychowanka oznacza, że rodzice i inni wychowawcy dostrzegają i formują wszystkie jego sfery: cielesną, płciową, seksualną, intelektualną, emocjonalną, moralną, duchową, religijną, społeczną; - przyjęcia celów wychowania dostosowanych do natury oraz potrzeb i aspiracji człowieka: by wychowanek uczył się coraz lepiej rozumieć siebie i innych ludzi;

2 B. Śliwerski, Wychowanie. Pojęcie - znaczenia - dylematy, w: Wychowanie. Pojęcia - Procesy - Konteksty. Interdyscyplinarne ujęcie, t. 1, M. Dudzikowa. M. Czerepaniak-Walczak (red.), Wydawnictwo GWP, Gdańsk 2007, s. 52.

3 S. Chrobak, Podstawy... dz. cyt., s. 350.

4 Tamże.

0

- stosowania właściwych metod wychowania: podstawową metodą pedagogiczną jest wychowująca miłość, czyli miłość bezwarunkowa i nieodwołalna, a jednocześnie dostosowana w słowach i czynach do niepowtarzalnej sytuacji i danego wychowanka;

- kierowania się mentalnością zwycięzców: oznacza to odwagę proponowania wychowankowi optymalnej drogi życia i rozwoju, okazywanie cierpliwości i zaufania”5.

W takim układzie wymagań i postulatów jesteśmy już bardzo blisko tego, co można by określić etosem zawodowym pedagoga (rewalidatora): „Etos zawodowy jest ważny, ponieważ każdy zawód posiada stronę techniczną oraz stronę moralną.

Stąd należy zwrócić szczególną uwagę na osobowość nauczyciela, jego kompetencje, jak i wrodzone predyspozycje, a nade wszystko świadectwo życia”6.

0 Rewalidator pomocniczy - pedagog specjalny - pełniąc za- 0 dania rewalidacyjne, powinien mieć na uwadze całokształt życiowych uwarunkowań wychowanka „Niezbędne więc jest potraktowanie wszystkich oddziaływań rewalidacyjnych jako jedną całość w przekroju aktualnym i jedną całość w przekroju podłużnym uwzględniającym wszystkie okresy życia danej jednostki łącznie z niemowlęctwem i dojrzałością, w którym to okresie życia pedagog specjalny nie może stracić z oczu rewalidowanej jednostki, która bez wątpienia będzie potrzebowała jego osobistej pomocy i pomocy instytucji, z którymi kontakt pedagog specjalny winien utrzymywać”7.

5 Za: Tamże, s 351.

6 Tamże, s. 377.

7 J. Doroszewska, Pedagogika Specjalna. Podstawowe problemy teorii i praktyki, tom I, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk, 1981, s. 83.

Według Janiny Doroszewskiej pedagog specjalny to „człowiek twórczy”8.

Owa pedagogiczna twórczość ujawnia się w ściśle określonych postawach: „Postawa twórcza, poszukująca, badawcza nauczyciela-wychowawcy ma w naszej metodzie - (chodzi tutaj

0 metodę ośrodków pracy - przyp. J. P.) - instrument precyzyjny i tak zmontowany, że może go przystosowywać, uzupełniać

1 nowe im formy nadawać zależnie od materiału dziecięcego i warunków pracy. Może go do sytuacji dostrajać tak, że atmosfera pracy w klasie staje się żywa, pogodna, barwna. Wycieczki wnoszą stale ciekawe materiały, dzieci są nimi żywo zainteresowane, pytają, pracują z zapałem, rozwijają się przy tym pojęciowo i ich wysiłek myślowy wzrasta. W takiej szkole pieśń słychać często i wszędzie widać ciekawe wyniki pracy zespołowej. Klasa żyje, jej wartości rewalidacyjne podnoszą się, wzra# stają”9. #

Janina Doroszewska, nawiązując do założeń Marii Grzegorzewskiej, wyróżnia kilka zasad działalności rewalidacyjnej, którymi powinien kierować się rewalidator.

Pierwsza z nich - nie wnikając w szczegóły - to prawidłowa diagnoza, czyli pełne rozpoznanie sytuacji osoby rewalidowanej, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. „punktów archimedesowych”, czyli najmocniejszych punktów danej jednostki (fortioryzacja) - wzmacniając je - oraz tzw. „punktów achillesowych”, czyli najsłabszych punktów, które należy likwidować, osłabiać, bądź je omijać10.

Drugą zasadą jest wyodrębnienie w diagnozie mniej i bardziej uszkodzonych struktur „oraz ukazać współzależność tych uszkodzeń, a również dostrzec zdrową akcję samoobrony adaptacyjnej, którą trzeba wzmocnić i rozwijać (...).Należy tu rów8 Tamże, s. 143.

9 Tamże, s. 169.

10 Tamże, s. 536. nież właściwe rozeznanie się rewalidatora w ujawniających się pseudoadaptacyjnych mechanizmach obronnych i w ich dezintegrującym wpływie (...). Na tle wielostronnego poznania powierzonej sobie jednostki (uzyskanego za pomocą diagnoz specjalistycznych i na podstawie własnych obserwacji) pedagog specjalny musi zbudować plan działania naprawczego”11.

Trzecia z kolei, to „zasada wielostronnie pojmowanej - zawsze twórczo stosowanej - indywidualizacji dostosowującą akcję rewalidacyjną zarówno do aktualnych możliwych i dostępnych form i sytuacji pracy rewalidacyjnej (np. dziecko zupełnie unieruchomione)”12.

Czwarta zasada, to „maksymalne oddanie się nauczyciela-wychowawcy pracy rewalidacyjnej, jego odpowiedzialność zawodowa i osobista (właściwe ukształtowanie własnej osobowości jako skutecznego narzędzia działania)”13.

Na tej płaszczyźnie Maria Grzegorzewska zbudowała tzw. „cztery drogi rewalidacyjne”, które - najkrócej rzecz ujmując

- można sprowadzić do: kompensacji, korektury, usprawnienia i wzbudzania dynamizmu rewalidacyjnego14.

„Te «cztery drogi» sformułowane przez M. Grzegorzewską

- jak pisze J. Doroszewska - stanowią podstawowy schemat kierunków oddziaływań naprawczych (ściślej: rewalidacyjnych) oparty na znajomości zasadniczych bio-psycho-społecznych mechanizmów obronnych. Schemat ten niektórzy pedagodzy specjalni uzupełniają, mając zwłaszcza na względzie potrzeby wychowanków, z którymi pracują. Tak więc np. O. Lipkowski dodaje ważną - zwłaszcza dla jednostek niedostosowanych społecznie - metodę «fortioryzacji» uszkodzonych zakresów psychicznych lub fizycznych. J. Doroszewska w swych publikacjach

11 Tamże, s. 537-538.

12 Tamże, s. 538.

13 Tamże.

14 Tamże, s. 539. mówi nadto, mając zwłaszcza na uwadze potrzeby jednostek ciężko chorych, o «terapii obcowania». J. Dziedzic podaje konieczność wprowadzenia do tego zasadniczego modelu rewalidacyjnego «czterech dróg» również «terapię podtrzymującą»”15.

Powyższy model zaprezentowany w postaci zestawu „dróg rewalidacyjnych” - niezależnie od takiego czy innego rodzaju niepełnosprawności - można uzupełnić o wypracowany przeze mnie integralny model rewalidacji16, który bazuje na odwołaniu się do wartości związanych także z duchowym rozwojem człowieka. Również należy podkreślić szczególną rolę działań zmierzających do pełnej akceptacji kalectwa, a które można nazwać samorewalidacją; są one naturalną konsekwencją podmiotowego traktowania osoby rewalidowanej, która w ostatecznym etapie przystosowawczym powinna niejako wziąć swój los w swoje ręce.

Kierując się potrzebą stworzenia składowej części modelu rewalidacji, rewalidator pomocniczy, jakim jest wychowawca, terapeuta i różnego rodzaju specjaliści, możemy powiedzieć za S. Szumanem - na którego powołuje się J. Doroszewska - że prawdziwy wychowawca „karmi tym, co sam posiadł, dysponuje, szafuje swoim majątkiem duchowym, obdarowuje wychowanka, bo sam jest osobiście bogaty”17.

Biorąc pod uwagę dylemat, jaki powinien być pedagog zajmujący się problematyką osób z niepełnosprawnościami różnego typu, czyli rewalidator pomocniczy w naszym przypadku, zarówno M. Grzegorzewska jak i J. Doroszewska uważają, że - parafrazując myśl Gorkiego - dla dzieci powinno się pisać tak

15 Tamże, s. 549.

16 J. PLacha, Integralny model rewalidacji na podstawie „doświadczenia Dzieła Lasek”, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2012 ss. 438.

17 Za: Tamże, s. 706 -707.; por. S. Szuman, Talent pedagogiczny, w: Osobowość nauczyciela, s. 98. samo jak dla dorosłych, tylko tyle, że lepiej. Również w przypadku pedagoga specjalnego obowiązuje ta sama zasada, to znaczy należy robić wszystko tak samo, a może nawet lepiej, niż pedagog ogólny18.

W świetle powyższego spotykają się w tym miejscu deontologia pedagogiczna z deontologią medyczną, czyli etyką zawodową jednej i drugiej dziedziny naukowej. Dlatego uzasadnioną ilustracją omawianego zagadnienia wydaje się być nawiązanie do moralnej postawy jednego z najwybitniejszych polskich lekarzy i psychoterapeutów: Antoniego Kępińskiego, którego wspomina jeden z jego uczniów: „Profesor Kępiński przestrzega, żeby psychoterapeuta (a odnosi się to również do pedagoga specjalnego) nie zapominał, że sama wiedza książkowa, bez osobistego, indywidualnego podejścia do chorego, daje bardzo problematyczne jego poznanie, każde bowiem spotkanie

- jak mówi - z chorymi jest zjawiskiem niepowtarzalnym [...] i ma charakter wielkiej przygody, gdzie wciąż czekają niespodzianki, odsłaniają nowe widnokręgi [...]. Przekonujemy się, że «najprostszy przypadek» jest w swoim bogactwie i rozmaitości niepowtarzalny, że wciąż odsłania nowe tajemnice, wciąż czymś nowym, niespodziewanym nas zaskakuje” 19.

Podobne podejście reprezentuje w pedagogice personalno-egzystencjalnej jej twórca: Janusz Tarnowski.

Jest to bliskie również tym opiniom, które zmierzają do pogłębienia roli pedagoga i kojarzą ją z rolą „towarzysza” drogi. K. Biel, nawiązując do etymologii terminu: „towarzyszyć” pisze, że słowo to „wskazuje na kluczowy aspekt relacji wychowawca

- wychowanek w procesie wychowania. Otóż łacińskie słowo companio (cum - z; panis - chleb) oznacza „jeść z kimś chleb”; towarzysz to osoba jedząca wspólnie z kimś chleb, natomiast

18 Tamże, s. 709.

19 Za: J. Doroszewska, Pedagogika..., dz. cyt., s. 713. towarzyszenie oznacza dołączenie do kogoś, aby iść razem z nim tam, dokąd on zmierza. Towarzyszenie (...) wyraża więc nawiązanie bliskiej relacji wzajemności, która jest czymś więcej niż pracą z wychowankiem, kształtowaniem go, jest raczej stworzeniem sprzyjających warunków jego rozwoju psychospołecznego, podjęciem wspólnej drogi prowadzącej do jego autonomii i optymalnego rozwoju”20.

Jezus od najwcześniejszych wieków tradycji chrześcijańskiej nazywany był Pedagogiem (Klemens Aleksandryjski, Orygenes). Nazywano Go również Mistrzem z Nazaretu - jako didaskalos, mając na uwadze Jego szczególne umiejętności nauczycielskie, oraz jako rabbi, czyli przewodnik i przywódca21.

Zwróćmy jeszcze uwagę na wskazania Ewy Tomasik, która w swojej publikacji poświęconej Marii Grzegorzewskiej zajmuje się także deontologią pedagogiczną wobec rewalidatora pomocniczego: „Grzegorzewska szukała odpowiedzi na bardzo ogólne pytanie o w a r t o ś ć n a u c z y c i e l a j a k o c z ł ow i e k a, szukała najbardziej ważkich i istotnych dla jego funkcjonowania cech, ale jednocześnie te aksjologicznie już uzasadnione cechy starała się zobaczyć w ich w y m i a r z e p r a k t yc z n y m, a nawet codziennym, i zaraz potem usiłowała znaleźć odpowiedź na pytanie - j a k sprawić, aby nauczyciel m ó g ł w y k s z t a ł c i ć taką osobowość, która stałaby się probieżem jego skuteczniej działalności w społeczeństwie”22. I dalej: „Główne założenia deontologiczne w pedagogice Marii Grzegorzew20 K. Biel, Towarzyszenie, czyli o postawie wychowawcy resocjalizującego, w: W. Kubik (red.), Rocznik Wydziału Pedagogicznego Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej IGNATIANUM w Krakowie, Kraków 2004, s. 143-144. Za: B. Adamczyk, Model pedagogii Jezusa w przekazie biblijnym, Wydawnictwo WAM, Kraków 2008, s. 100-101.

21 Tamże, s. 105-106.

22 E. Tomasik, Osobowość nauczyciela w aspekcie pedeutologii i deontologii, w:, Maria Grzegorzewska. Pedagog w służbie dzieci niepełnosprawnych, E. Żabczyńska (red Wydawnictwo WSPS, Warszawa 1985, s. 110. skiej wynikają z przyjętej przez nią hierarchii wartości, w której główne miejsce zajmuje z a i n t e r e s o w a n i e c z ł o w i ek i e m w o g ó l e, jego wartością moralną, gdzie miłość, dobroć i odpowiedzialność stanowią grunt do ukształtowania najważniejszej dla nauczyciela postawy s ł u ż b y s p o ł e c z n e j”23.

To swoje szczególne zainteresowanie Marii Grzegorzewskiej człowiekiem jest obecne niemal we wszystkich jej dziełach, w czym staje się bliska Januszowi Tarnowskiemu, który również z idei c z ł o w i e c z e ń s t w a uczynił klucz do swojej koncepcji personalno-egzystencjalnego wychowania. „To słowo-hasło

- pisze E. Tomasik - tak ważny, wyrazisty skrót, zwłaszcza wtedy, kiedy był pisany (a więc zaraz po wojnie, która była tego człowieczeństwa dla wszystkich oczywistym pogwałceniem)

- można by, jak się wydaje, ująć w terminologii obecnych dyskusji nad celem wychowania jako kulturę moralną, kulturę uczuć, kulturę stosunków ludzkich oraz bogactwo zdobyczy poznawczych, które pozwalają człowiekowi budować swoją osobowość dla dobra społeczeństwa, w którym żyje”24.

M. Grzegorzewska budowała swoją strategię rozwoju człowieka z niepełnosprawnością w oparciu o przyjaźń, miłość, życzliwość, dobroć, ale także daleko rozwiniętą odpowiedzialność pedagogiczną.

„Owa miłość - jak pisze E. Tomasik - a także płynące z niej dobroć i poczucie odpowiedzialności zobowiązują nauczyciela do przyjęcia postawy służebnej wobec społeczeństwa. Te społecznie ujęte powinności nauczyciela sięgają swymi korzeniami we wczesne stadia rozwoju myśli pedeutologicznej w Polsce. Marii Grzegorzewskiej znane były dzieła Grzegorza Piramowicza, ustawy Komisji Edukacji Narodowej, jak i prace Jana Władysława Dawida, z którego koncepcją «miłości dusz ludzkich»

23 Tamże, s. 110-111.

24 Tamże, s. 112.

wielokrotnie się identyfikowała. Własna działalność oświatowa, inspirowana przez Ludwika Krzywickiego, Edwarda Abramowskiego czy Stefanię Sempołowską, dała Grzegorzewskiej możność zaangażowania się w konkretną pracę społeczną. Działalność jej mistrzyni i przyjaciółki, Józefy Joteyko, stanowiła dla niej dobrą szkołę, gdzie dostatecznie ukształtowała się i zinterioryzowała postawa służby społecznej, której odtąd poświęca

Grzegorzewska wiele uwagi, czyniąc z niej główny element w koncepcji kształtowania polskiego nauczyciela-wychowaw25 cy 25.

W tym miejscu można się zastanowić nad inspiracjami pedagogicznymi Matki Czackiej. Jedną z nich była z pewnością znajomość z Marią Grzegorzewską. A także fakt, że była ona prawnuczką znanego działacza oświatowego i założyciela znanego Liceum Krzemienieckiego - Tadeusza Czackiego, który kontynuował idee podjęte przez Komisję Edukacji Narodowej i któremu też z pewnością wiele zawdzięczała.

Powołując się często na „Listy do Młodego Nauczyciela” M. Grzegorzewskiej, E. Tomasik podkreśla, że nauczyciel zajmujący się osobami z różnego rodzaju niepełnosprawnościami „musi ukształtować swoją własną hierarchię wartości, która będzie stanowiła drogowskaz jego dalszej pracy. Musi być wewnętrznie prawdziwy, bo może realizować tylko to, o czym sam jest przekonany, w co wierzy. Musi mieć odwagę wypowiadania swego zdania, nawet za cenę postawy heroicznej. «Myślę tutaj o nieugiętej postawie człowieka w walce z trudnościami w dochowaniu wierności prawdzie swojej, swoim założeniom życia, swoim przekonaniom». «Musisz być sobą, inaczej przestaniesz istnieć moralnie» - argumentuje Grzegorzewska słowami Jana Władysława Dawida i przytacza przykład Janusza Korczaka, człowieka wyzwalającego prawdę «już wprost obecnością swo

25 Tamże, s. 113. ją». «Nieznana jest mu, obca zupełnie wszelka najmniejsza choćby zmiana prawdy, wszelki nawet najdrobniejszy fałsz, jakieś gładkie zdania, pokrywające prawdę lub nieco ją zmieniające^ Z «bycia sobą» wynika skromność, a więc widzenie siebie samego w prawdzie. Charakteryzując sylwetkę swojej przyjaciółki, Józefy Joteyko, Grzegorzewska zwraca uwagę, że «taka jest zawsze prosta, skromna, naturalna i o sobie nie myśląca». To są cechy, które dostrzega i ceni u wielu swych przyjaciół, nauczycieli, których spotyka”26.

Praca nauczyciela - dodajmy: rewalidatora pomocniczego - pięknie została scharakteryzowana przez tę samą autorkę, która, odwołując się do poglądów Marii Grzegorzewskiej na ten temat, pisze: „zawód nauczycielski stanowi powołanie do służby społecznej, służby o niezwykle wysokiej godności. Dlatego nauczyciel musi budować samego siebie drogą s a m o w y c h ow a n i a, kształtować w sobie m i ł o ś ć do ludzi i o d p o w i ed z i a l n o ś ć za swoją pracę. B o g a c t w o w e w n ę t r z n e nauczyciela stanowi jego największą s i ł ę, a miłość do ludzi każe mu stale to bogactwo wiedzy, umiejętności i kultury pomnażać w sobie i w innych. Powinnością nauczyciela jest objawianie człowieka «na wyżynach dobra», walka ze złem, a więc włączenie się w najważniejszy n u r t m o r a l n y l u d zk o ś c i. W walce o dobro muszą być nauczyciele solidarni, a praca ta «daje duże szczęście przez uszczęśliwianie drugiego człowieka». Ten ostatni cytat pochodzi z przemówienia wygłoszonego przez Marię Grzegorzewską na zakończenie ostatniego w jej życiu roku akademickiego, stanowi więc jak gdyby podsumowanie jej własnego życia”27.

Reasumując, konsekwencją takiego podejścia do pracy pedagogicznej jest nieustanna gotowość i troska o własny rozwój

26 Tamże, s. 115.

27 Tamże, s. 121-122. wewnętrzny i twórcze podejście do swojego warsztatu pedagogicznego; dotyczy to zwłaszcza tych, którzy z własnego wyboru i powołania zobowiązali się do „towarzyszenia” na drodze rozwoju tym, którym - z uwagi na ich niepełnosprawność - jest trudniej niż innym w pełni zrealizować siebie.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Pamiętaj, że nie ma takiego grzechu popełnianego przez ludzi, którego nie mógłbyś ty popełnić. Uważaj, że honory i bogactwa zostały ci dane nie aby umocnić cnoty, ale abyś już w tym życiu otrzymał nagrodę, jakiej nie otrzymasz w przyszłym. Im więcej otrzymałeś, tym bardziej powinieneś się czuć zobowiązany do zdania rachunku.

***

Synu mój, nie zapominaj nigdy o bojaźni Bożej. Niech ona będzie zawsze obecna w twoich decyzjach. Iluż to ludzi, nie zważając na bojaźń Bożą, działa pod wpływem swojej zranionej miłości własnej i swych namiętności i w ten sposób popełnia błędy i niesprawiedliwe czyny! Gdybyś ty zawsze działał w świetle Bożej bojaźni, iluż uniknąłbyś grzechów i ileż cnót byś zdobył! Bojaźń Boża jest kluczem i strażą wszystkich cnót.

***

Nie miej w nienawiści nikogo. Nienawiść niszczy, miłość buduje; „nienawiśćprowadzi do kłótni, wszelką przewinę zakrywa miłość” (Prz 10,12). „Lepsza potrawa z jarzyn [przygotowana] z miłością, niż tłusty wół z nienawiścią” (Prz 15,17).

 

TYFLOLOGIA

Krystyna Konieczna*
Ośrodek Wsparcia i Testów w Laskach

19 maja 2022 odbyła się uroczysta inauguracja Ośrodka Wsparcia i Testów w Laskach. Mieliśmy zaszczyt gościć przedstawicieli Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych: panią Dorotę Habich - Zastępcę Prezesa Zarządu ds. Programowych, pana Mirosława Izdebskiego - Dyrektora Departamentu ds. Polityki Regionalnej, panią Annę Wandzel - Dyrektorkę Oddziału Mazowieckiego wraz ze współpracownikami; przedstawicieli Polskiego Związku Niewidomych: pana Andrzeja Brzezińskiego - Prezesa Zarządu wraz ze współpracownikami, przedstawicieli Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie: pana Pawła Kacprzyka - Prezesa Zarządu TOnOS, s. Jeremię - Skarbnika Zarządu TOnOS, panią Elżbietę Szczepkowską - Dyrektor Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, panią Dorotę Gronowską - Lidera Specjalistycznego Centrum Wspierającego Edukację Włączającą. Obecni byli pracownicy OWiT: pani Krystyna Konieczna - Koordynator, pani Anna Malkus - Kierownik merytoryczny, pan Damian Reśkiewicz - Specjalista technologii asystujących dla osób z dysfunkcją wzroku.

Ksiądz Rektor Marek Gątarz poświęcił nowe pomieszczenia. Wszystkim gościom serdecznie dziękujemy, że byli z nami w tym ważnym dla nas dniu.

Ośrodek Wsparcia i Testów w Laskach powstał na podstawie umowy nr CID/000001/07/D dotyczącej powierzenia zadania pn. „Utworzenie i prowadzenie Ośrodka Wsparcia i Testów” funkcjonującego przy Specjalistycznym Centrum Wspierającym Edukację Włączającą w Laskach w ramach programu Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych pn. „Centra informacyjno-doradcze dla osób z niepełnosprawnością”.

Projekt jest finansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Do zadań Ośrodka Wsparcia i Testów należy:

Nasze wsparcie dotyczy osób z różnymi niepełnosprawnościami z terenu całego kraju. Współpracujemy z wysokiej klasy specjalistami mającymi wieloletnie doświadczenie w pracy z osobami z niepełnosprawnościami.

Doradztwo w zakresie sprzętu komputerowego oraz wspomagającego słyszenie dla osób głuchoniewidomych oraz słabosłyszących prowadzi mgr Grzegorz Kozłowski; prezentację sprzętu brajlowskiego i technologii dedykowanych osobom niewidomym, udzielanie porad z zakresu tyfloinformatyki, monitorowanie nowości technologicznych z zakresu oprzyrządowania dla osób niewidomych prowadzi mgr Damian Reśkiewicz, a dla osób słabowidzących mgr Jacek Nowacki; natomiast wsparcie osób z niepełnosprawnością kończyn górnych oraz z potrzebami komunikacji alternatywnej prowadzi dr Jarosław Wiazowski.

Osoby z niepełnosprawnościami oraz ich rodziny i szeroko rozumiane otoczenie zapraszamy do kontaktu i zapoznania się z naszą ofertą na stronie: https://owit.laski.edu.pl.

* Koordynator Ośrodka Wsparcia i TestówPowrót do treści

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

ks. Piotr Buczkowski
Audiodeskrypcja liturgiczna po pięciu latach

W grudniu 2022 roku minie pięć lat od Mszy św. z profesjonalną audiodeskrypcją liturgiczną. Była ona sprawowana w kaplicy św. Rafała Archanioła w Centrum Rehabilitacji i Szkolenia Homer PZN w Bydgoszczy. Początkowo adiodeskrypcja liturgiczna budziła dużo emocji i nieraz słyszałem zarzut, że nie można używać tego sformułowania do liturgii, ponieważ jest to obszar duchowy.

Spotykałem dorosłych niewidomych, którzy nie wiedzieli, że liturgia to nie tylko wypowiadane słowa, ale też różne gesty wykonywane przez kapłana. Wchodząc głęboko w znaczenie słowa „audiodeskrypcja”, można powiedzieć, że jest to werbalne opisywanie jakiejś akcji czy innych ważnych szczegółów. W przypadku osób z dysfunkcją wzroku jest to przekazywanie słowem treści wizualnych. Chodzi o konkretną akcję liturgiczną, której niewidomy nie widzi.

#

 

Obecnie, używając słowa „audiodeskrypcja”, mamy przede wszystkim na myśli dobra kultury. Są to filmy, spektakle teatralne, galerie dzieł sztuki czy sprawozdania z zawodów sportowych.

W Stanach Zjednoczonych w ubiegłym wieku zastosowano po raz pierwszy tę metodę w technice filmowej.

Krótka historia drogi do profesjonalnej audideskrypcji liturgicznej

Pewne próby były podejmowane w tej dziedzinie przez ks. kan. Benona Kaczmarka w drugiej połowie XX wieku. Ta forma przypominała bardziej opowiadanie, jak wygląda przebieg liturgii. Nie było to zgodne z twardymi zasadami audiodeskrypcji. Dawała jednak jakiś obraz całości akcji liturgicznej. Nie ma informacji, czy któryś z duszpasterzy w naszym kraju nie podejmował podobnych prób.

Przed kilkoma laty niewidomi uczestnicy rekolekcji w Laskach poprosili, abym opowiedział dokładnie przebieg Liturgii Eucharystycznej. Wtedy wpadłem na pomysł, że najlepszym sposobem będzie Msza św. połączona z czymś, co można było porównać z audiodeskrypcją. Uczestnicy tego spotkania byli wdzięczni, bo po raz pierwszy w życiu mogli dowiedzieć się, jak kapłan sprawuje Najświętszą Ofiarę. Później takie Msze św. odprawiałem w ramach „białego tygodnia” dla dzieci niewidomych ze szkoły w Bydgoszczy. Również dla dzieci i młodzieży w Laskach. Niestety, nie były one do końca zgodne z zasadami audiodeskrypcji. Podstawowym mankamentem było to, że słowa audiodeskrypcji spontanicznie wypowiadał sam celebrans. To powodowało pewne zamieszanie.

Pierwsza celebracja Mszy św. z zachowaniem zasad audiodeskrypcji miała miejsce podczas adwentowego spotkania duszpasterstwa niewidomych w kaplicy św. Rafała Archanioła w Centrum Rehabilitacji i Szkolenia PZN „Homer” w Bydgoszczy.

Bezpośrednie przygotowania do tego wydarzenia trwały ponad miesiąc. Polegało to na zapoznaniu się z zasadami poprawnej audiodeskrypcji i konsultacji z osobami mającymi w tej dziedzinie pewien dorobek, a następnie przygotowaniu czytelnego audiodeskryptu. Wbrew pozorom okazało się, że ten etap nie był łatwy. Należało przerobić i mocno skrócić wskazania dla kapłana, które znajdują się w „Mszale rzymskim”, by spełniały wymogi poprawnej audiodeskrypcji i nie zaburzały dostojeństwa i powagi liturgii, a jednocześnie dały wyczerpujący obraz czynności i gestów podczas liturgii.

Przed rozpoczęciem nabożeństwa kapłan w kilku słowach wyjaśnił, na czym polega audiodeskrypcja. To wydarzenie zostało utrwalone na płycie DVD. Taką liturgię można by sprawować co jakiś czas w ramach spotkań duszpasterstwa niewidomych czy rekolekcji. Obecnie pomocą może służyć nowoczesny system audioguide - czyli jeden nadajnik radiowy i odbiorniki ze słuchawkami dla uczestników. Taki sposób nie zakłóca udziału w liturgii osobom niezainteresowanym audiodeskrypcją. Nowoczesne systemy nadawania cyfrowego sygnału telewizyjnego umożliwiają podwieszanie dodatkowych opcjonalnych informacji w nadawanym sygnale. Tak była realizowana transmisja z beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego i Matki Róży Czackiej. Osoby zainteresowane mogą uruchomić w odbiornikach TV te informacje.

Etap pierwszy - zaprzyjaźnienie z wnętrzem kościoła

Odkrywam, że w przypadku liturgii trzeba wyjść poza samą audiodeskrypcję z twardymi zasadami. Wcześniej należy odkryć i poznać wnętrze kościoła, w którym będzie sprawowana liturgia. Tego pierwszego i trzeciego etapu nie należy łączyć z audiodeskrypcją liturgiczną. Można jedynie łączyć z audiodeskrypcją dzieł sztuki znajdujących się w świątyni.

Jakie są pierwsze wrażenia dla osób z poważną dysfunkcją wzroku, kiedy wchodzą do kościoła? Mogą być zniechęcające? Należy uwzględnić tu, w jaki sposób ci ludzie poznają otaczający świat - czy ktoś ma ograniczone widzenie, czy jest niewidomy od urodzenia, ale z poczuciem światła, czy utracił wzrok w jakimś okresie swego życia. Z tego wynikają różnego rodzaju problemy z odnalezieniem się w trudnej przestrzeni wnętrza kościoła.

Po wejściu do budynku można wyczuć specyficzny mikroklimat, szczególnie w budowlach zabytkowych. Odczuwalny jest chłód, niekiedy wilgoć, czasami zapach zagrzybionych ścian czy skutków nieodpowiedniej wentylacji. Do tego dochodzi nierozpoznana przestrzeń z tajemniczym echem. Wynika to oczywiście z wielkości, stylu, jak również z wyposażenia wnętrza. Gdy w kościele jest źle dobrane nagłośnienie lub organy niedostosowane do przestrzeni albo zbyt agresywnie dźwięczące dzwonki, to te elementy potęgują odczucie lęku. Inne źródła nieprzyjemnych dźwięków to skrzypiące drzwi wejściowe, trzeszczące ławki, szepcący półgłosem modlitwy czy też nadmiernie hałasujące dzieci.

Ten etap określam terminem zaprzyjaźniania się z przestrzenią sakralną. Jest to droga prowadząca do audiodeskrypcji liturgicznej, który pomaga w późniejszym powrocie do znanego miej - sca, odkrywania piękna odbywającej się tam celebracji. Obserwuję następujące zjawisko - boję się, bo nie znam tego.

Przywiązuję szczególną wagę do tego elementu w pracy z niewidomymi dziećmi. Wchodząc do wnętrza kościoła, pokazuję im kruchtę. Tam często napotykamy ogromne, ciężkie drzwi, które niekiedy trudno otworzyć. Podchodzimy do kropielnicy ze święconą wodą. Jeżeli dziecko nie zna tego miejsca, to ma problem z zanurzeniem ręki, by uczynić znak Krzyża Świętego. Czasem kropielnica jest pokryta kamieniem lub jakimś osadem przykrym w dotyku. Zawsze wcześniej opowiadam o tym, co spotkamy, oraz tłumaczę znaczenie tego obrzędu. Również daję czas, by uczeń sam przeszedł całą kruchtę i odkrył poszczególne zakamarki.

&

#

Równocześnie opowiadam o oglądanych przez dzieci elementach - szczególnie tych, które znajdują się poza zasięgiem ich dłoni.

Czy tego działania nie można nazwać w pewnym sensie audiodeskrypcją przestrzeni, w której znajdują się różnego rodzaju dzieła sztuki sakralnej? Są to obrazy, rzeźby, elementy zdobień architektury. W tym działaniu uwzględniam zasady poprawnie tworzonej audiodeskrypcji - takiej, jaką stosuje się przy dziełach sztuki. Zawsze należy pamiętać, do kogo jest ona kierowana. Inna do dzieci młodszych, młodzieży i słuchaczy dorosłych.

Następnie wspólnie przechodzimy dalej, poznając topografię kościoła. Jest to ważne, ponieważ osoby niewidome różnie odbierają przestrzeń, nie zawsze czując się w niej dobrze. Podchodzę z dziećmi do ostatniej ławki, by mogły dotknąć oparcia. Przy okazji liczymy, ile jest kroków od wejścia do tego miejsca. Teraz zachęcam dziecko, by dotykiem dokładnie „obejrzało” wszystkie elementy ławki. Chodzi o to, aby poznało to wszystko, co jest w zasięgu dłoni. Aby rozbudzić ciekawość, liczymy po kolei ławki. Zwracam też uwagę na to, by dzieci sprawdzały, czy wszystkie ławki są takie same. To doprowadza do „zaprzyjaźnienia się” z wnętrzem kościoła.

W kolejnym etapie szukamy granicy między nawą a prezbiterium. Jest nią stopień ołtarza, a w niektórych zabytkowych wnętrzach - balaski. Pod

&

# chodzimy do ołtarza, który „oglądamy” przez dotyk. Próbujemy podnieść mszał. Dzieci się dziwią, że ta księga jest taka ciężka. Szukamy mikrofonu, który zbiera głos kapłana. W taki sposób poznajemy prezbiterium.

Następnie udajemy się do miejsca przewodniczenia. Próbujemy dzwonić dzwonkami. Chodzi tu o to, by wszystko, co jest możliwe, poznać, dotknąć, doświadczyć. By spotęgować ciekawość. Liczymy kroki, by zobaczyć, jakie są odległości między poszczególnymi miejscami. Pokazuję też to najważniejsze miejsce, gdzie pali się wieczna lampka. W normalnych warunkach nie ma możliwości dotknięcia tabernakulum. Klękamy przed nim i adorujemy obecnego tam Jezusa. Tabernakulum może otworzyć tylko kapłan. W jaki sposób ma poznać to miejsce dziecko niewidome? Podprowadzam je blisko, aby mogło doświadczyć zewnętrznych zdobień, a następnie delikatnie dotknąć wnętrza. Wszystkie te działania mają jeden cel - pełne doświadczenie tej trudnej przestrzeni sakralnej, jaką jest kościół.

#

 

Etap drugi - audiodeskrypcja liturgiczna

Ten etap jest związany z uczestniczeniem we Mszy św. połączonej z audiodeskrypcją liturgiczną. Musimy sobie uświadomić, że liturgia to wypowiadane słowa, gesty i konkretna akcja. Można by ją porównać do spektaklu teatralnego połączonego z audiodeskrypcją, chociaż to nie jest do końca adekwatne. Sprawowana liturgia to misterium, podczas którego w Słowie przemawia do nas sam Bóg, a pod postacią Chleba Eucharystycznego obecny jest żywy Chrystus.

Podczas takiej liturgii wybieram formularz Mszy św. recytowanej, gdzie nie są przewidziane śpiewy (chociaż to nie jest konieczne i tu należy zachować rozsądek.) Przygotowana osoba czyta krótki opis akcji i czynności liturgicznych. Należy wybrać kogoś, kto zna liturgię i potrafi wyraźnie i spokojnie poprowadzić audiodeskrypcję. Kapłan wypowiada głośno słowa przewidzianych modlitw, które znajdują się w „Mszale rzymskim” zatwierdzonym przez stolicę apostolską. Treść dodatkowych informacji należy opracować na podstawie wskazań dla kapłana, znajdujących się w tej księdze. Niezwykle ważnym etapem jest przygotowanie w sposób czytelny i przejrzysty audiodeskryptu, który musi być zgodny z obowiązującymi zasadami poprawnej audiodeskrypcji. Przekazywane informacje powinny być zwięzłe i czytelne dla odbiorcy i nie mogą zaburzać rytmu sprawowanej Eucharystii. Audiodeskryptor wyrazistym, spokojnym głosem przekazuje całą treść akcji, która dzieje się przy ołtarzu, bez dodawania jakiegokolwiek własnego komentarza. Natomiast kapłan powinien uważać, by rutyna nie zaburzała rytmu i dostojeństwa całego nabożeństwa. Wymaga to od niego niezwykle starannego przygotowania i przemyślenia całej liturgii. Natomiast od wiernych oczekuje się umiejętności słuchania oraz aktywnego uczestnictwa zgodnego ze wskazaniami, jakie znajdujemy we wprowadzeniu do „Mszału rzymskiego”

 

Etap trzeci - katecheza mistagogiczna

Ten trzeci etap ma na celu ukazanie i wyjaśnienie znaczenia poszczególnych części liturgii. Jest to ukazanie duchowego wymiaru. Oczywiście, ta część nie ma nic wspólnego z audiodeskrypcją i jest oparta na tym, co poznaliśmy wcześniej. Taka znajomość może być pomocna w głębszym przeżywaniu Eucharystii. Z dziećmi i młodzieżą realizuję to w ramach katechezy w szkole (program nauczania uwzględnia te tematy), zaś z dorosłymi - podczas spotkań duszpasterskich, przygotowując katechezy czy okolicznościowe kazania.

Podsumowanie

Te wszystkie doświadczenia nabyłem, służąc niewidomym przez długie lata. Wiem, że te działania będą weryfikowane przez czas i życie, które - być może - podsuną nowe metody i rozwiązania. Myślę, że trzeba nieustannie pokazywać piękno i bogactwo liturgii. Może to komuś pomoże w odnalezieniu Chrystusa i zaprzyjaźnieniu się z Nim.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Nie wystarczy, że uznasz swój grzech, konieczna jest poprawa.
Ludzką rzeczą jest zgrzeszyć, trwać natomiast w grzechu to rzecz diabelska. Trudno wyobrazić sobie Boże przebaczenie bez nawrócenia grzesznika. Bóg przebacza ci grzech, nie może jednak przebaczyć woli popełnienia grzechu.

 

MY, NIE ONI - NIEPEŁNOSPRAWNI W KOŚCIELE

Hanna Pasterny
Polski akcent na konferencji w Rzymie

W dniach 3-4 czerwca br. z inicjatywy włoskiego episkopatu odbyła się w Rzymie międzynarodowa konferencja „My, nie oni - niepełnosprawność w Kościele”. Gdy natrafiłam na informacje na jej temat, zaproponowałam organizatorom, że opowiem o warsztatach o komunikacji z osobami niepełnosprawnymi, które dzięki otwartości biskupa Marka Szkudło kilka lat temu poprowadziłam dla dwóch grup księży z archidiecezji katowickiej. W pandemii wiele konferencji odbywa się online lub hybrydowo, więc myślałam, że tak będzie i tym razem; prezentację ^ zrobię w zaciszu mojego pokoju. Jakież było moje zdziwienie, gdy temat został zaakceptowany i dostałam zaproszenie do Rzymu, bo konferencja jest tylko w trybie stacjonarnym. Organizatorzy zapewniali zakwaterowanie, natomiast koszty dojazdu były po mojej stronie. Ostatni raz zagranicą byłam przed pandemią. Miałam sporo obaw, ale postanowiłam wyruszyć do Włoch. Zgodę na wyjazd dostała też siostra Agata ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża, moja była wychowawczyni z laskowskiego internatu, więc poleciałyśmy razem.

W konferencji uczestniczyło 320 osób, w tym minister i kilku arcybiskupów. Całość była tłumaczona na język migowy. Dostaliśmy książeczki z modlitwami w języku włoskim i włoskim migowym. Każdy dzień zaczynaliśmy mszą. Przed jej rozpoczęciem ćwiczyliśmy pieśni. Teksty były wydrukowane, ale niestety nie w brajlu. Siostra Agata wypatrzyła trzech niewidomych mężczyzn. Być może było więcej ludzi z dysfunkcją wzroku, lecz ich

 

Autorka i s. Agata na tarasie nie zauważyła. Byłam jedyną osobą, która chodziła z białą laską. Jednym z niewidomych był ksiądz z Sycylii. Zajmuje się dwiema parafiami.

Autorka podczas prelekcji

 

68 MY, NIE ONI - NIEPEŁNOSPRAWNI W KOŚCIELE

Pierwszy dzień był bardziej teoretyczny, wykładowy. Prelegenci zwracali uwagę, że w budowaniu wspólnoty nie wystarczy dostępność budynków. Gdy nikt z tobą nie rozmawia, jesteś niewidzialny, nie masz ochoty przychodzić do kościoła. W tworzeniu dostępności i szukaniu rozwiązań niezbędne są różne punkty widzenia, aktywny udział osób niepełnosprawnych, poznanie ich potrzeb i oczekiwań. Parafie za mało współpracują z lokalnymi instytucjami i organizacjami pozarządowymi, a bez współpracy nie rozwiążemy pewnych problemów. Musimy nauczyć się razem żyć, nie razem cierpieć. Za pozytywny przykład podano księdza, który nie wiedział, jak rozmawiać z kobietą spodziewającą się niepełnosprawnego dziecka. Chciała dokonać aborcji. Ksiądz zadzwonił do świeckiej terapeutki i poprosił o podpowiedź. Jeden z prelegentów zastanawiał się, czy znamy się w parafii, wiemy, jakie mamy zasoby. Być może mamy psychiatrę, onkologa, pracownika socjalnego, który mógłby udzielić wsparcia potrzebującym para- ^ fianom. Budujmy sieć wsparcia i uczmy się od siebie.

Wysłuchaliśmy również nagranego wykładu Justina Glyna, słabowidzącego jezuity z Australii, wykładowcy prawa kanonicznego. Opowiedział o problemach związanych z wstąpieniem do zakonu. Sugerowano mu, by z powodu niepełnosprawności wybrał mniej akademickie zgromadzenie. Podkreślił, że nikt nie jest samowystarczalny. Osoby niepełnosprawne mają wiele do zaoferowania. „Jeżeli nie będziemy częścią głosu Kościoła, ten głos nie zostanie usłyszany”.

Największe wrażenie wywarł na mnie wykład o przynależności szkockiego teologa prof. Johna Swintona. Jest m.in. autorem książki „Znaleźć Jezusa w burzy. Duchowe życie chrześcijan z problemami zdrowia psychicznego”. Nawiązaliśmy kontakt mailowy.

Podjęłam już starania, by jego książka ukazała się w języku polskim.

Mówił o tym, że każdy ma jakieś zadanie. „Jeżeli nie możesz mówić, kochaj”. Przypomniał, że otrzymując pomoc, nie tracimy godności.

 

 

„Czasem jesteś gospodarzem, czasem gościem. Taka jest dynamika Jezusa”.

Pierwszy dzień zakończyliśmy zwiedzaniem Muzeów Watykańskich. Wśród nas były osoby z różnymi niepełnosprawnościami. Zwiedzanie było dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnością ruchową, intelektualną, głuchych i niewidomych. Niestety nie miałam okazji sprawdzić dostosowań dla niewidomych, bo trafiłam do grupy niepełnosprawnych językowo, czyli nieznających włoskiego. Dopiero w trakcie zwiedzania okazało się, że idziemy z anglojęzycznym przewodnikiem inną trasą niż niewidomi. Prawie niczego nie można było dotknąć. Raz przewodnik powiedział, że mogę podejść bliżej. Zrozumiałam to tak, że mogę przekroczyć linę odgradzającą nas od rzeźby. Gdy tylko to zrobiłam, zawył alarm. Może niepotrzebnie się spłoszyłam, bo skoro i tak wył przez 10 minut, mogłam tej rzeźby dotknąć.

Cidima i Autorka oraz s. Agata

70 MY, NIE ONI - NIEPEŁNOSPRAWNI W KOŚCIELE

Drugiego dnia pracowaliśmy w grupach tematycznych. Moja zgromadziła duchownych oraz świeckich animatorów wspólnot. Dowiedziałam się, że w niektórych krajach (np. w Portugalii) powstały grupy, które w ramach spotkań synodalnych pracują nad dostępnością i włączaniem niepełnosprawnych w życie Kościoła. Czworo głuchych liderów podzieliło się swoim doświadczeniem z ewangelizowania nie tylko osób z dysfunkcją słuchu, lecz także działań w dzielnicy słynącej z wysokiej przestępczości. W mojej anglojęzycznej prezentacji opowiedziałam, skąd wziął się pomysł na poprowadzenie warsztatów „Osoba niepełnosprawna w Kościele”, jaki program zaproponowałam kurii, jakie problemy osoby niepełnosprawne mogą mieć w budynku Kościoła i zasugerowałam rozwiązania. Notatki miałam w brajlu, a dodatkowo slajdy. Temat zainteresował m.in. Portugalczyków, którzy zaczynają tworzyć duszpasterstwo niewidomych. Po prezentacji każdy zagraniczny prelegent dostał w prezencie włoski makaron.

Wykładowcy i biorący udział w dyskusjach zwracali też uwagę, że Bóg dał nam odpowiedzialność. Powinniśmy mieć oczekiwania wobec ludzi, uznać, że mogą się uczyć i rozwijać. Dotyczy to także osób niepełnosprawnych. Należy włączać kreatywnych ludzi w życie parafii.

Obecnie jest dużo mniej lotów do Rzymu niż przed pandemią. Musiałam więc polecieć wcześniej i wrócić później. Siostra Grażyna z mojej parafii pomogła nam załatwić dwa dodatkowe noclegi u swoich współsióstr służebniczek. Bardzo serdecznie nas przyjęły. Byłyśmy razem na polskiej mszy przy grobie Jana Pawła II. Odkryłyśmy, że mamy sporo wspólnych znajomych.

Poza konferencją zwiedziłam bazylikę św. Piotra, wstąpiłam do polskich felicjanek (mijając ich dom, usłyszałam polski śpiew, który zachęcił mnie do wejścia) i zjadłam pizzę z amerykańską dziennikarką pracującą dla katolickiej telewizji.

W niedzielę Zesłania Ducha Świętego uczestniczyłam w modlitwie Anioł Pański z papieżem Franciszkiem. Przypomniał wiernym, że Duch Święty uczy przezwyciężać dystans i pomaga pokonywać przeszkody w doświadczeniu wiary. Jednak najbardziej poruszyła mnie wizyta w urzędzie dobroczynności apostolskiej i krótkie spotkanie z jałmużnikiem papieskim, kardynałem Konradem Krajewskim. Ten charyzmatyczny kapłan pomaga ludziom, którzy pogubili się w życiu, wspiera bezdomnych, wykluczonych. To człowiek-instytucja, którego doba chyba jakimś cudem trwa dłużej niż 24 godziny.

Przedruk z czasopisma „Sześciopunkt” - wrzesień 2022

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

W TROSCE O OSOBY Z NIEPEŁNOSPRAWNOŚCIAMI

Spotkanie z rzecznikiem praw obywatelskich

6 września minęła dziesiąta rocznica ratyfikowania przez Polskę konwencji ONZ o prawach osób niepełnosprawnych. Z tej okazji kilku niepełnosprawnych działaczy zostało zaproszonych do Warszawy na spotkanie z rzecznikiem praw obywatelskich prof. Marcinem Wiąckiem i pracownikami jego biura. W tym nielicznym pięcioosobowym gronie znalazła się absolwentka Ośrodka w Laskach Hanna Pasterny, która pracuje w Centrum Rozwoju Inicjatyw Społecznych CRIS.

Podczas spotkania rzecznik zaprezentował swoje ostatnie działania w obszarze niepełnosprawności. Następnie uczestnicy w kilkuminutowych wystąpieniach przedstawili kwestie istotne dla osób z niepełnosprawnościami i chorujących psychicznie, które wymagają uregulowania i zmian w prawie. Hania mówiła m.in. o zapewnieniu ciągłości usług asystenckich, zwolnieniu osób niewidomych z konieczności dokumentowania kosztów przewodnika odliczonych w zeznaniu podatkowym oraz usunięciu z regulaminów polis ubezpieczeniowych na zagraniczne wyjazdy zapisów o nierefundowaniu leczenia psychiatrycznego.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

BEZ AUREOLI

ks. Zygmunt Podlejski
W 65. rocznicę śmierci
Maria Stromberger
1898-1957

Maria Stromberger była z dziada pradziada Austriaczką. Urodziła się 16 marca 1898 roku w gminie Metnitz w północnej Karyntii, w rodzinie katolickiej. Jako sześcioletnia dziewczynka ciężko zachorowała. Rodzice byli zrozpaczeni. Stracili już trójkę dzieci i pogodzili się z możliwym odejściem Marysi, gdy ta niespodziewanie wróciła do zdrowia i wyrosła później na silną, zdrową młodą kobietę. W czasie pierwszej wojny światowej ukończyła kurs dla przedszkolanek, ale pracę znalazła w hotelu szwagra, gdzie przepracowała całe dziesięć lat i osiągnęła stanowisko szefowej kuchni. Po śmierci siostry wróciła do domu, gdzie zajęła się chorym ojcem. Po jego śmierci mogła spełnić swoje dziewczęce marzenie. Zdobyła dyplom pielęgniarki i pracowała jako siostra w szpitalach w Meranie i Getyndze.

 

W czasie drugiej wojny pracowała w szpitalu wojskowym w Klagenfurcie, gdzie ranni żołnierze opowiadali o zbrodniach popełnianych przez jednostki SS i Wehrmachtu na terenie okupowanej Polski. Nie mogła i nie chciała uwierzyć, ale postanowiła na wszelki wypadek sprawdzić, czy żołnierze nie zmyślali. Prosiła swego szefa, żeby załatwił jej przeniesienie do szpitala wojskowego na terenie okupowanej Polski. Zgodził się niechętnie, bo siostra Maria była znakomitą pielęgniarką.

I tak siostra Stromberger znalazła się 1 lipca 1942 roku na Górnym Śląsku, w Kónigshutte, w Królewskiej Hucie, w dzisiejszym Chorzowie. Została siostrą oddziałową w miejskim szpitalu zakaźnym, który przejęło wojsko. W szpitalu znaleźli się również zakażeni tyfusem plamistym esesmani z obozu koncentracyjnego Auschwitz, którzy pod wpływem silnej gorączki opowiadali niesamowite historie o obozie, Polakach i Żydach. Siostra Stromberger postanowiła się przekonać, czy relacje majaczących członków załogi obozu są prawdziwe. Poprosiła swego szefa, doktora Stefana, o którym wiedziała, że jest zdecydowanym przeciwnikiem nazizmu, o przeniesienie do szpitala SS przy obozie Auschwitz. Doktor Stefan stukał się w czoło i powiedział, że trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby się pchać do Auschwitz. Podczas urlopu, który Maria spędzała u siostry w Bregenz, usłyszała mniej więcej to samo. Wtedy odpowiedziała: „Chcę zobaczyć, jak jest naprawdę. Może mogę zrobić coś dobrego. Wierz mi!”.

Jej przełożona, która rezydowała w Katowicach, wezwała ją do siebie i oznajmiła, że od 1 października 1942 roku powinna podjąć pracę w szpitalu SS przy obozie koncentracyjnym Auschwitz. Została przyjęta przez osobistego adiutanta komendanta obozu Rudolfa Hóssa, Roberta Mulka, słowami: „Siostro, ma siostra przed sobą trudną służbę. Niemcy wykonują w Auschwitz straszną robotę, która jednak jest dla nas konieczna”. Mulka wiedział, o czym mówi, bo jak się siostra Maria wnet dowiedziała, był odpowiedzialny za dostarczanie do obozu gazu Cyklon B i transport więźniów do komór gazowych. Mulka podkreślił kategorycznie, że wszystko, co się dzieje w Auschwitz, podlega pod ścisłą tajemnicę państwową. Dodał jeszcze, że obciążenie psychiczne w obozie jest potężne. „Walka na froncie jest zabawą dziecięcą w porównaniu z Auschwitz”.

Siostra Stromberger miała się oczywiście opiekować chorymi esesmanami, a nie więźniami. Zamieszkała w osiedlu wybudowanym specjalnie dla personelu poza obozem i każdego dnia z rana przychodziła na SS-Revier do pracy. Jej przełożonym był doktor Eduard Wirths, odpowiedzialny za wszystkich lekarzy i personel pomocniczy w KL Auschwitz. Siostra Stromberger nie certowała się z chorymi esesmanami. Była dla nich postrachem, bo wymagała twardej dyscypliny i dokładnego przestrzegania zaleceń lekarzy. Można ją było od razu odróżnić od niemieckich sióstr, bo używała ostentacyjnie rodzimego dialektu, dlatego trudno ją było zrozumieć. Robiła niesympatyczne wrażenie. Odnosiła się do wszystkich z pewną rezerwą. Wiedziała, że nie może nikomu zaufać, nawet niemieckim siostrom. Jedna z nich, która towarzyszyła niemieckiemu lekarzowi do obozu na rewir chorych, nie pomagała, ale uśmiercała pacjentki.

Pewnego dnia udało się siostrze Stromberger przekroczyć bramę obozu. Nie wierzyła własnym oczom. Wróciła półprzytomna. Potem udało jej się dwa razy odwiedzić kobiecy lager Birkenau. Towarzyszyła doktorowi Wirthsowi. Następnie odwiedziła trzy razy barak dla chorych mężczyzn. Wrażenie było takie, że „potrzebowałam wiele czasu, żeby odzyskać duchową równowagę”. Do tego doszły jeszcze inne fakty, które pozwoliły jej dokładnie zrozumieć, co właściwie dzieje się w KL Auschwitz. Opowie potem: „Między nami była tylko jedna ulica: tutaj był rewir, po drugiej stronie krematorium i komory gazowe. Opiszę jeden fakt, który zobaczyłam przez okno. To był może siedmioletni chłopak, w ubranku marynarskim, blond włosy - wyglądał ładnie.

Rozebrał się i starannie poukładał ubranko. W tym czasie przyszła jego matka z dzieckiem półtorarocznym na ręku, już rozebranym. Oddała dziecko chłopcu, żeby sama mogła się rozebrać. Potem weszli do komory gazowej”.

Jeszcze jeden fakt: „To było w styczniu 1943 roku. Było niezwykle zimno. Marzłam, choć byłam ubrana. Było przedpołudnie. Przed tak zwaną siedzibą sztabu usłyszałam przeraźliwe, nieludzkie wycie. Stałam jak odrętwiała. W tym momencie przejechały obok mnie trzy potężne ciężarówki załadowane nagimi mężczyznami. Trzęśli się z zimna i wyciągali ku mnie wychudzone ręce. Stałam na drodze ubrana jako pielęgniarka i nie mogłam im pomóc. Jechali do krematorium w Birkenau. Byli już «wolni»”.

Razu pewnego usłyszała siostra Stromberger krzyki torturowanego więźnia w baraku politycznym, w którym mieściła się także poczta. Widziała potem tego człowieka, na którym skóra dosłownie zwisała całymi kłębkami. W takim stanie zawlekli go esesmani do bunkra. Byli młodzi i ze śmiechem powiedzieli do niej: „Siostro, jeszcze nie raz usłyszy siostra głos syreny z Auschwitzu”.

Wtedy siostra Maria Stromberger postanowiła pomagać więźniom w miarę swoich możliwości i sił. Wybrani więźniowie pracowali pod nadzorem esesmanów poza obozem, między innymi w osiedlu dla załogi obozu i medycznego personelu. Ci więźniowie próbowali nawiązać kontakt z siostrą, która była odpowiedzialna za aptekę dla esesmanów, żeby móc na teren obozu dostarczyć niezbędne lekarstwa, których tam nie było. Więźniowie z Aussenkommando dostawali od niektórych sióstr i niemieckich pracowników cywilnych jedzenie, które konsumowali na miejscu, bo szmuglowanie jedzenia do obozu było ogromnym ryzykiem. Lekarstwa natomiast były objętościowo małe. Można je było ukryć i bez większego ryzyka wnieść na teren obozu.

Siostra Stromberger zaczęła więźniom pomagać. Przy każdej okazji dostarczała im jedzenie i lekarstwa. Więźniowie nabrali do niej zaufania. Często odwiedzała pracownię krawiecką, gdzie pracowały więźniarki różnych narodowości. Informowała je o sytuacji na frontach wojny i ostrzegała przed planowanymi akcjami władz obozowych.

W czasie epidemii tyfusu, każdy chory esesman otrzymywał pół litra pełnowartościowego mleka. Odpowiedzialnym za podział mleka był więzień Polak, Edward Pyś. Siostra Stromberger pozostawiła mu wolną rękę. Więźniowie zatrzymywali część mleka dla siebie, uzupełniając brakującą ilość wodą. Pewnego razu esesman Geiger złapał jednego z Polaków na gorącym uczynku. Oskarżył Pysia o sabotaż i groził meldunkiem. Na szczęście zjawiła się w kuchni siostra Stromberger. Powiedziała, że to, co zauważył w kuchni, to zlewki mleka, pozostawionego przez esesmanów. Jeśli więźniowie chcą z niego skorzystać, to ich sprawa. Mleko jest skażone. Zdołała Geigera przekonać, choć wiedziała, że tą drogą nie można się było zakazić tyfusem. Geiger machnął ręką i sprawy nie było.

Edward Pyś zachorował jesienią 1942 roku. Jego życie wisiało na włosku. Oberschwester Stromberger ukryła go i pielęgnowała. Musiała się nagimnastykować, żeby jego nieobecność na apelach nie została zauważona. Gdy tylko stanął na nogach, zjawił się na apelu i został przez lekarza uznany za niezdolnego do pracy, a to oznaczało rewir i krematorium. Siostra Maria ocaliła mu życie. Pomagała także przetrwać innym więźniom. Jej postawa nie uszła uwagi współsiostr pielęgniarek. Zaczęły ją obserwować. Siostra Maria wiedziała, że się naraża, ale „bardziej słuchała Boga niż ludzi”.

Szefem Desinfektionskommando był SS-Oberscharfiihrer Josef Klehr. Było to komando, przeprowadzające masowe mordowanie więźniów w komorach gazowych. Klehr zauważył, że z koszar SS można przez okna obserwować zbrodnicze poczynania komanda. Rozkazał wszystkie okna od strony obozu zaopatrzyć w stabilne rolety, których nie wolno było nikomu podnosić.

Klehr spóźnił się, bo wieść i dokładny opis gazowania więźniów i palenia ich ciał w krematoriach i na stosach poszły w świat. Klehr był człowiekiem prymitywnym i bezwzględnym. Pławił się swoją władzą i przeżywał prawdziwą euforię, gdy mógł mordować ludzi.

To właśnie Klehr i jego dwaj pomocnicy Kaulfuss i Ontl zadenuncjowali siostrę Stromberger, że pomaga więźniom, dożywia ich i zaopatruje w lekarstwa. Siostra Maria odparła ich zarzuty w sposób kategoryczny. Sama się dziwiła, skąd u niej tyle odwagi i determinacji. Przystąpiła do kontrataku, zarzucając im - oficerom SS - że dają fatalny przykład swoim żołnierzom poprzez publiczne pijaństwo i ciągłe awantury. Takich należałoby wysłać na front wschodni, żeby mogli w obronie ojczyzny powalczyć, a nie udawać bohaterów wobec kobiet i więźniów. Doktor Wirths stanął po stronie siostry Stromberger i sprawa na razie ucichła. Zbrodniarze nie lubili wzmianki o Ostfroncie.

Siostra Maria angażowała się coraz bardziej w działalność podziemną. Wynosiła z obozu informacje, plany, fotografie i inne dowody rzeczowe zbrodniczej działalności esesmanów, które przekazywała ludziom polskiego podziemia; materiały te docierały ostatecznie do Krakowa. Kraków miał kontakt z Londynem. W ten sposób świat dowiadywał się o ludobójstwie w obozie Auschwitz. Odważna siostra wynosiła z lagru także osobistą korespondencję więźniów i drobne, pamiątkowe przedmioty, między innymi krucyfiks zrobiony przez Zbigniewa Raynocha, który to krzyż dotarł do Krakowa, do jego rodziny. I odwrotnie. Przynosiła z zewnątrz listy i inne drobne przedmioty, które potem Edward Pyś i jego współpracownicy przenosili na teren obozu. Były przesyłki lekarstw, trucizny w ampułkach, opium, glukozy, a nawet broni. Była pewnego razu mocno zdziwiona, gdy jeden z oficerów SS po wypowiedzeniu hasła przekazał jej paczkę, która zawierała pistolet i naboje. Dowiedziała się w ten sposób, że nie tylko ona naraża życie, żeby pomóc więźniom przetrwać.

Nawiązała kontakt z wiedeńską komórką ruchu oporu, która została jednak zdemaskowana, ale aresztowani milczeli, mimo straszliwych tortur. Siostra Stromberger dotkliwie przeżywała aresztowania, potem śmierć swoich przyjaciół. Miała już wtedy poważne kłopoty z sercem.

Zbliżał się front. Doktor Wirths przejrzał siostrę Stromberger. Chcąc jej pomóc, wysłał ją do Reichu na leczenie. Po trzech tygodniach pobytu w klinice została zwolniona ze świadectwem niezdolności do dalszej pracy. Jej stan zdrowia pogarszał się. Udała się do swojej siostry do Bregenz. Miasto zostało po ostrym obstrzale zajęte przez francuskie oddziały. Siostra Maria spodziewała się odwiedzin Edwarda Pysia, z którym umówiła się, że po wojnie nawiążą kontakt. Pyś chciał dotrzymać słowa, ale 5 maja 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Gusen przez Amerykanów, nie miał pieniędzy i był u kresu sił. Wrócił więc pierwszym transportem z Linzu do Rzeszowa, gdzie 28 czerwca 1945 roku zastał całą swoją rodzinę. Zaraz po powrocie napisał list do siostry Stromberger. List dotarł do niej po ośmiu miesiącach. Otrzymała go 18 lutego 1946 roku. Była ucieszona, że Edward żyje, jest zdrowy i cieszy się miłością swoich najbliższych.

Maria Stromberger została aresztowana przez okupacyjne władze francuskie. Należała bowiem do załogi KL Auschwitz. Zarzucano jej, że zastrzykami fenolu zabijała więźniów. Spędziła kilka tygodni w więzieniu, potem w obozie dla internowanych w Brederis. Stamtąd napisała 18 lipca 1946 roku list do Edwarda Pysia, w którym donosiła: „Obecnie jestem w obozie dla internowanych. Jestem podejrzana, że w czasie mojej służby w Auschwitz zabijałam więźniów fenolem. Nie śmiej się Edek! Sprawa jest poważna. Jestem zadowolona, że po kilku tygodniach więzienia znalazłam się tutaj. Traktuje się nas po ludzku, mogę się w pewnych granicach swobodnie poruszać. Czas spędzam na łonie Bożej natury, nie jestem przeciążona pracą. Mogę nawet zaparzyć sobie kawę (jeśli mam) i zapalić papierosa. (...)

Wiesz, jestem razem z nazistami, członkami SS, gestapo! Ja, która jestem ich wielkim wrogiem! Muszę codziennie słuchać ich narzekania na niesprawiedliwość i co z nimi teraz się dzieje. Mam przed oczami to, co przeżyłam w Auschwitz. Widzę płomienie płonących stosów! Czuję zapach palonych ciał, widzę pochody nędzników z komanda, które zajmowało się usuwaniem zmarłych; odczuwam duszący strach, jaki przeżywałam z waszego powodu każdego poranka, aż was znowu zobaczyłam zdrowych. Mogłabym tym tutaj wszystko wykrzyczeć w twarz i ślepo uderzyć”.

Sprawą Marii Stromberger zajęli się byli członkowie ruchu oporu w Auschwitz. Jednym z nich był Tadeusz Hołuj, redaktor naczelny dziennika „Echo Krakowa”, który 23 sierpnia 1946 opublikował artykuł broniący czci i niewinności siostry Marii Stromberger. Hołuj zadzwonił natychmiast do Józefa Cyrankiewicza, wtedy sekretarza generalnego Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) i ministra bez teki. Cyrankiewicz od razu interweniował u władz francuskich w Austrii i Maria Stromberger została 23 września bez procesu zwolniona.

W 1947 roku Maria Stromberger była świadkiem w procesie byłego komendanta obozu Auschwitz, Rudolfa Hossa. Spędziła wtedy dłuższy czas w Polsce, spotykając się z przyjaciółmi, z którymi związał ją straszliwy los; którym pomagała i ratowała życie.

Maria Stromberger nigdy już nie odzyskała pełnego zdrowia. Pracowała jako szwaczka w fabryce tekstylnej, zaliczyła kurs masażu, ale już nie wróciła do swego zawodu. Napisała kiedyś do swoich polskich przyjaciół, że tylko jeszcze oddycha, ale już nie żyje.

Maria Stromberger została w 1955 roku uhonorowana przez Bundesverband der Osterreichischen Widerstandskampfer und Opfer des Faschismus. Została honorowym członkiem stowarzyszenia. Była dumna i w odpowiedzi napisała list do władz stowarzyszenia, w którym zaznaczyła między innymi: „Moja działalność była ludzkim obowiązkiem i niestety tylko kroplą w morzu”. W swoim otoczeniu milczała na temat przeżyć w obozie Auschwitz, bo ludzie za wszelką cenę nie chcieli wracać do tamtych lat; nie chcieli uświadamiać sobie własnej winy i odpowiedzialności. Osamotniona, zmarła 18 maja 1957 roku w Bregenz.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Nałóż wędzidło twemu instynktowi zemsty, jeśli nie chcesz postępować w sposób nierozsądny. Gdybyś częściej zastanawiał się nad twym przeznaczeniem, stałbyś się lepszy. Jesteśmy tu pielgrzymami, towarzyszami z tego samego zespołu linowego we wspinaczce do nieba.

***

Przepędź z twego ducha gwałtowność. Jest bronią tych, którzy nie mają żadnego celu. Nie działaj w porywie gniewu. Pasja zaślepia rozum. Żydzi odrzucili najświętszego człowieka, aby wybrać przestępcę.

***

Gdy zapala się przeciw tobie gniew, wycisz się, gdyż spokój łagodzi nawet największe obrazy. Nie zwalczaj zła złem, gdyż najbardziej nieszczęśliwym z tej niegodziwej walki wychodzi zwycięzca.
Gwałtu nie zwycięża się gwałtem, ale łagodnością. Kto krzyczy, staje po stronie krzywdy, jeśli nawet ma rację.

ARCHIWALIA

Waldemar Kozioł, Zofia Kozioł (red.)
Moja droga do Lasek
Rozmowa z p. Michałem Żółtowskim*

Poniższy nieautoryzowany zapis jest dosłowną prezentacją kilkugodzinnej rozmowy z p. Michałem przeprowadzonej w Żułowie dn. 31 sierpnia 2000 r. W związku z tym przepraszamy czytelników za niektóre błędy wynikające z toku przekazu „mówionego”.

Rozmowę, poza jego głównym bohaterem, umożliwiła nam s. Felixa - Bogumiła Bunikowska - ówczesna dyrektorka Domu Pomocy Społecznej w Żułowie, pn. „Zakład Opiekuńczo-Rehabilitacyjny dla Niewidomych Kobiet”.** Wywiad był wynikiem naszych zainteresowań związanych z działaniami wspierającymi osoby niepełnosprawne, a także próbą przedstawienia Ludzi Lasek, bezpośrednich współrealizatorów Dzieła Matki Elżbiety Czackiej. Niewątpliwie jedną z takich osób był bohater naszego wywiadu. Specyficzny język, jasność wyrażanych myśli i wiele przykładów, a zarazem wzorców postępowania, przybliżają Czytelnikowi czasy, w jakich żył bohater wywiadu, i ogrom pracy, jaki wykonał na rzecz osób z niepełnosprawnością wzroku.

Pracował Pan ponad 40 lat w Laskach. Czym Pan się tam zajmował?

Dokładnie pracowałem 49 lat. To jest pytanie do pewnego stopnia niedyskretne. Ono właściwie sięga w moją młodszą przeszłość. To było wynikiem moich wielkich niepowodzeń życiowych. To wcale nie było tak wyrozumowane.

Proszę wobec tego opowiedzieć o swoich niepowodzeniach życiowych, które doprowadziły Pana do Lasek?

W okresie wojny mieszkałem w Lubelskiem, w okolicach Lubartowa, w takiej jakby leśniczówce. Mój brat zajmował się tam dużym obszarem leśnym i cała rodzina, która pochodzi z Wielkopolski, się tam wówczas sprowadziła. Uczyłem moją najmłodszą siostrę paru przedmiotów, bo o szkole nie było mowy. Do Lubartowa było 4 godziny drogi piechotą, a i tak nie było żadnych szkół średnich.

I tak trochę uczyłem się przy moim bracie tego leśnictwa. Miałem ukończone już prawo, więc jakby jedno zdawało się nie zgadzać z drugim.

Zimą 1941 r. dostałem niespodziewanie odry, a to już był drugi raz w moim życiu. Mówili, że to niemożliwe. W każdym razie ta odra była w dużej mierze decydującą sprawą. Choroba ta rzuciła mi się na oczy... To było w zimie, mrozy bardzo ostre i olbrzymi ból oczu przy najmniejszym ruchu powietrza. O czytaniu to w ogóle nie było mowy. Jak szedłem po pokoju, to ten ruch powietrza był tak przykry, że prosiłem na wszystkie świętości, żeby mi kupili okulary, takie jak dawniej przy otwartych samochodach używano. No i kupili mi takie, które osłaniały wszystko. I ja w mieszkaniu przez miesiąc nosiłem te okulary. Nie było mowy, żebym mógł wyjść na dwór, bo te troszkę powietrza, co się dostawało, było nie do zniesienia. I to mnie gruntownie przeorało. Równocześnie miałem jakoś nogę uszkodzoną, także nie mogłem prawie chodzić. Nie było w ogóle co robić w tych stronach, bo to była wojna i to mnie też bardzo głęboko przeorało.

I w jakimś momencie, po kilku miesiącach tego wszystkiego, przeszedłem takie jakieś wewnętrzne nawrócenie i zdecydowałem się na kapłaństwo. Miałem tak silny nacisk wewnętrzny, że trudno było odmówić. Ja nie chcę uchodzić za człowieka nawiedzonego, bo to straszne. Tak, sama ta nazwa już za dużo mówi, ale to było coś tej kategorii. Jednak miałem wtenczas już około 30 lat, że sprawa bardzo silnego powołania jest prosta. I tak ja zasadniczo byłem na to bardzo zdecydowany. Uważałem, że skończyłem prawo, pracowałem w „Odrodzeniu” we Lwowie przez przeszło 2 lata (dosyć czynnie!), ale nie znałem życia - to z tego sobie zdawałem dobrze sprawę. Dużo siedziałem w książkach, zawsze zwrócony raczej ku sobie, żeby osiągnąć jakieś wyniki. Drudzy ludzie w tym mnie nie interesowali. I powiedziałem sobie, że taki człowiek, który skończy seminarium, będzie zamknięty przez 6 lat i potem pójdzie prosto pracować, to jest w ogóle do niczego, albo będzie jeszcze szkodnikiem społecznym. I że muszę zacząć od tego, by poznać do gruntu przede wszystkim wieś. Ja sam pochodziłem ze wsi, ale powiedzmy, że z ziemiaństwa. I pewnego dnia taki mój przyjaciel (jeszcze ze Lwowa), dużo starszy ode mnie, zaproponował mi taką jakąś praktykę rolniczą, ale na drugim końcu Polski, bo aż koło Ojcowa pod Krakowem. No i ja tam poszedłem.

Jak wyglądała praca na wsi w czasie wojny?

Pracowałem przez 3 lata w takim niedużym majątku. Właściwie zacząłem już jako praktykant, ale później jako rządca, w końcu jako administrator, bo właściciel się ukrywał. Więc ja w ogóle miałem na głowie cały ten majątek i to mnie bardzo dużo nauczyło. To było bardzo ciężkie właściwie, bo ludzie nie mieli z czego żyć, więc garnęli się wszyscy do tej pracy w majątku. Płaciło się...hmm... pieniądz nie był nic wart. Płaciło się tylko naturaliami, przede ^ wszystkim zbożem. To dziwne, dzisiaj trudno uwierzyć w to wszystko, ale za dniówkę dawało się 2 kg zboża obojętnie jakiego... mógł być jęczmień, mogło być żyto, pszenica... owsa się nie dawało. No stykałem się z całą tą biedą. Miałem bardzo dużo pracowników.

Były dni takie, że ja miałem pod sobą 60 ludzi, także z każdym trzeba było jakoś inaczej rozmawiać.

W ostatnim roku, jak już się zbliżała fala sowiecka, zaczęły się i takie małe sabotaże wśród ludzi. Na przykład ktoś ukradł sobie pas transmisyjny do młocarni. O ten pas było bardzo trudno. To był przydział, ale skóra była bardzo dobra, gruba. Ktoś zabrał sobie chyba na zelówki. No jakieś tam inne kradzieże też były, więc wszystko to jakoś trzeba było roztropnie rozstrzygać.

Czy były podobne trudności po wojnie?

Kiedy wojna się skończyła, to weszli Sowieci. I w tym majątku, to co ja zrobiłem z ogromnym wysiłkiem i mocnym nadwyrężeniem zdrowia, to oni wszystko popsuli w ciągu półtora dnia. Wszystko było zniszczone po prostu. No nie było rzeczy, do której by się oni nie wzięli i nie popsuli. Komitet Komunistyczny już był cały we wsi świetnie zorganizowany. Ci moi różni znajomi, z którymi miałem stale do czynienia i nawet moi pracownicy przychodzili już z jakimiś czerwonymi szalami, opaskami itp. I rozmawiali ze mną już tak dosyć z góry. Ja prawie w ogóle nie wychodziłem z domu. Były przypadki, że takich rządców rozstrzeliwano. Te rzeczy są takie nieznane...

No i ja wtenczas wyjechałem do Krakowa, gdzie musiałem przez jakiś czas pomagać w utrzymaniu mojej starszej siostry i jej dzieci. Ja na głowie stawałem, żeby jakoś coś zarobić i zacząłem od noszenia węgla i takich tam różnych drobnych prac.

I potem pojechałem do Poznania. Tam trafiłem, jakoś przypadkiem, też na takie możliwości handlowe, a mianowicie bardzo się opłacał wtenczas zupełnie uczciwy, otwarty handel zbożem na Śląsk. Ceny oficjalne, jakie panowały w Wielkopolsce, były równe 30% tego, co było na Śląsku i nie potrzeba było nikogo o nic prosić tylko załadować część wagonu i dać kogoś na Śląsk do pilnowania. No i ja z tym moim dawnym szefem [z tego majątku] zaczęliśmy handel zbożem, który się świetnie opłacał. No więc ja mogłem jakoś utrzymać siebie i tę siostrę. Na to wszystko potem odnalazł się mój ojciec, który był w Tomaszowie Mazowieckim i moje dwie siostry młodsze, a nawet mój brat - właśnie ten leśnik, który się ukrywał od roku w służbie kolejowej w Jarosławiu i tam go nikt nie podejrzewał o nic. Siedział w tej służbie kolejowej, ponieważ był wcześniej w AK, więc musiał się ukrywać właśnie w Jarosławiu.

Na to wszystko nagle dostałem zawiadomienie z Krakowa, że dostałem wezwanie do wojska.

Ja służyłem w wojsku przed wojną. Teraz już miałem, w 1945 roku, 30 lat, ale oni brali takie roczniki, bo chcieli wiedzieć, co się z nami dzieje. Domyślali się, że byliśmy w AK. A ja miałem zdrowie bardzo szarpnięte cały czas, także nawet nie wytrzymałbym w wojsku. I jak przyszło to zawiadomienie do Krakowa, to uciekłem do Wielkopolski, a w krótkim czasie, dostałem wiadomość, że są listy gończe wysłane za mną. A był to już koniec maja. Namyśliłem się wówczas dobrze i poszedłem do późniejszego kardynała Sapiehy*** i powiedziałem mu, jaka jest sytuacja. Powiedziałem, że już od 4 lat noszę się z powołaniem i po prostu dotychczas nie mogłem jego zrealizować. On był człowiekiem bardzo takim otwartym dla ludzi. Kardynał Sapieha mi powiedział, że znał dobrze mojego ojca, jeszcze z czasów sprawy wrzesińskiej. No i powiedział wtenczas, że możliwości są i kiedy będę mógł wstąpić, to mi powie dokładnie. No i tak 2 lipca wstąpiłem do seminarium.

Jak wyglądało Pana życie w seminarium?

Byłem w seminarium ponad 2 lata i mi się zdrowie całkowicie rozprzęgło. Ale to całkowicie. Naniosło się na to jakieśprzemęczeni nie po ukończeniu prawa we Lwowie. Potem było drugie przemęczenie w czasie wojny - też ciężkie, bo ja się musiałem porządnie leczyć. Miałem takie bóle głowy, że już nie byłem w stanie w ogóle ani wykładu słuchać, ani się uczyć, nic, ani na mszy wysiedzieć.

Bardzo dobrych kolegów miałem. To było świetne seminarium, świetni wykładowcy. To było tak, że to był wydział teologiczny, który łączył kleryków z Krakowa, Częstochowy i z Katowic. Także sala była na 80 kleryków i jeszcze młodzi zakonnicy ze zgromadzenia. Więc to byli ciekawi ludzie, świetni wykładowcy. Dla mnie to było straszne, bo zdrowie już miałem tak szarpnięte, że nie byłem w stanie nic zrobić. Zaczęły się dla mnie lata bardzo ciężkie.

Jeden z moich najmłodszych znajomych jeszcze z czasów wojny, później krótki czas też był klerykiem, załatwił mi latem 1948 r. całe wakacje na KUL-u. To znaczy oni to gdzieś tam na Mazurach spędzali z ramienia KUL-u. I wtedy musiałem opuścić seminarium.

Wówczas ktoś inny załatwił mi tuż obok w takim małym mająteczku, który należał do seminarium olsztyńskiego, pracę bez pieniędzy, tylko za utrzymanie. W kwietniu następnego roku niespodzianie przyszło pismo, że majątek przejmują PGR-y I wtenczas wszystko z chwili na chwilę się zmieniło. Ale przyszedł taki bardzo dobry rolnik, dobry dzierżawca. On miał tam 20 ha własnej ziemi. Ja bardzo dużo od niego się uczyłem. On tak świetnie znał się na każdej rzeczy. To było bardzo ciekawe, ale nie bardzo mógł się liczyć z tym, jakie ja mam ograniczenia. Ja nie mogłem liczyć, to mnie najwięcej męczyło. Nie mogłem jakiejś pracy umysłowej wykonywać. No i to potrwało jeszcze troszkę i podziękowałem mu za pracę, bo nie dałem rady tak pracować.

Potem dostałem drugi raz zaproszenie do KUL-u i to mnie uratowało. Pojechałem na takie kolonie do Fromborka i siedziałem tam. Poznałem wówczas proboszcza tamtejszej katedry, który okazał się dyrektorem Zgromadzenia Salezjanów. Zaproponował mi wstąpienie do zgromadzenia, z tym że mógłbym być braciszkiem, nie musiałbym się tyle uczyć. No i bardzo to wszystko było mile, jednak przypuszczam, że Frombork był dla mojego zdrowia bardzo nieodpowiednim miejscem.

Tam był świetny zespół, bo oni chcieli założyć szkołę rolniczą, ale tego im zabroniono, więc założyli tylko małe seminarium diecezjalne, które zależne było tylko od biskupa. I jak ja tam poszedłem, było chłopców po pewnym czasie około 50, a w następnym roku było już koło 80. Byłem tam kilkanaście miesięcy, ale klimat Fromborka był odwrotnością tego, co mi było potrzeba.

Pewnego dnia pojechałem z jakąś sprawą do Warszawy. Tam nocowałem u mojej siostry, która była wtenczas zaręczona (była o rok starsza ode mnie). Przygotowywali się już tam do ślubu i ten jej narzeczony (rodzina jego mieszkała pod samymi Laskami, pod samym zakładem) namówił mnie na wyjazd do Lasek. I ja tam pojechałem. Przyjął mnie prezes Zarządu TowarzystwaAntoni

Marylski4... no tamwielka postać. Przyjął mnie tak serdecznie i tak nadzwyczajnie, że ja sobie mówię, że jeszcze z takim człowiekiem nie rozmawiałem w życiu. On zaproponował mi, bym popracował troszeczkę w Laskach.

To było nadzwyczajne po prostu. Poradziłem się jeszcze jakiegoś zakonnika, z którym byłem związany jeszcze we Lwowie, i dosyć liczyłem na jego zdanie. Powiedział on, że to jest bardzo dobre wyjście, bardzo to radził i rzeczywiście przyszedłem do Lasek. To było dosłownie w dzień św. Sylwestra ‘50 r.; także proszę liczyć teraz 49 i pół... tak... także nie oszukuję nikogo. Tak to się zaczęło.

Czym Pan się zajmował w Laskach?

Byłem tam wychowawcą, bo właściwie była to jedyna praca, którą można mi było zaoferować. Uczyłem też robót ręcznych.

Moja przeszłość była tak nieciekawa dla władz oświatowych, że zaangażowano mnie jako pracownika fizycznego, bo taki ex-kle- /§/ ryk, który ma być wychowawcą, to przecież gorszej rzeczy nie ma.

Oni absolutnie nie akceptowali tego. Pamiętam, że zaczęły się takie przykre wizytacje. Już może troszkę wcześniej, ale wtenczas już tak wyraźniej. Był taki jeden wizytator, który takie cztery szkoły religijne zlikwidował w Warszawie i Laski miały być tą następną. Bardzo inteligentny człowiek, dobry pedagog, ale mówiono, że jest członkiem UB. No bardzo się go tam bali. I była taka dosyć dziwna historia, bo mieszkałem w takim pokoju troszeczkę poniżej poziomu drogi, która szła zaraz za oknem. Przy4 ks. Antoni Marylski urodził się 21 października 1894 roku w Pęcicach pod Pruszkowem. Studiował w Szkole Nauk Politycznych i Ekonomicznych w Paryżu. Od lipca 1922 roku związany z Ośrodkiem w Laskach. Był administratorem i w latach (1937-1950 i 1961-1973) prezesem zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Współzałożyciel kwartalnika Verbum. W roku 1971, pod koniec życia, Antoni Marylski przyjął święcenia kapłańskie z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego, dost. https: // www.laski.edu.pl/pl/ludzie-lasek . dost.15.03.2021 r. szedł do mnie dyrektor szkoły, który zresztą nigdy nie pozwalał się tytułować naszym kierownikiem. Bardzo skromny człowiek. W ogóle nie było żadnego dyrektora w Laskach. Przyszedł do mnie specjalnie i powiedział:

- Proszę pana, będzie ten pan dzisiaj ze mną przechodził tędy. On ma takie oko bystre i wszędzie wszystko wypatrzy. Niech się pan tak schowa w pokoju, żeby on nie mógł pana zobaczyć, jak będzie przechodził koło okna.

Więc ja zasunąłem firanki i dalej nie było kwestii, ale to pokazuje, jakie były stosunki.

Jednak ja cały czas chorowałem. Aż pewnego dnia natrafiłem na jakiegoś lekarza - zielarza, który przeszedł Oświęcim. Bardzo ciekawy człowiek, bardzo doby, przy tym bajecznie mądry i on powiedział, że powinienem przynajmniej rok spędzić w górach.

I wtedy zaczęła się Pana przygoda w Szwajcarii i powrót do zdrowia?

Tak. Prawie po 10 latach wyjechałem. To szwagier mój opłacił wyjazd do Szwajcarii, ale do niemieckiej Szwajcarii, gdzie spędziłem 1, 5 roku i właściwie się wyleczyłem. Wyleczyłem się w sposóbtaki powiedzmy - nawiedzony.

5 Zob. A. Gościmska, M., „Nauczyciel” [w.] A. Zgorzelska [red.], PAN ZYGMUNT Z LASEK, Zygmunt Serafinowicz (1897-1971) we wspomnieniach uczniów, kolegów-nauczycieli i przyjaciół, Agencja OMNIPRES, Warszawa 1990 r. s. 38: „W kilka tygodni po przyjęciu mnie do pracy w Laskach, wiosną 1951 roku, pan Zygmunt przyszedł do mnie i poinformował, że dziś do Zakładu przyjedzie wizytator W.G. Mieszkałem wówczas na parterze w budynku, w którym mieściło się biuro. Pan Zygmunt poprosił, abym w ciągu ranka - gdy wizytator będzie przechodził przed nisko umieszczonym oknem mojego pokoju - ukrył się gdzieś w głębi, aby nie zostać przez wizytatora dostrzeżonym. Uniknęło by się w ten sposób zbędnych, a kłopotliwych wyjaśnień kim jest nowy pracownik. Fakt, że nowy nauczyciel przed przyjęciem do Lasek studiował dwa lata w seminarium duchownym mógł nie podobać się kuratoryjnym urzędnikom.”

Ciągle chciałem jeszcze wrócić do życia kapłańskiego albo zakonnego przynajmniej. I tam, w takiej bardzo świętej miejscowości, gdzie jest taka „Częstochowa szwajcarska”- to się nazywa po polsku „pustelnia”6. Tam kiedyś żył bardzo święty pustelnik zamordowany przez rozbójników i tam powstał później Klasztor Benedyktynów. W tym klasztorze Matka Boska działa cuda... ciągle działa cuda. Z całej Europy przyjeżdżały transporty kolejowe i autobusowe do tego Sanktuarium. W jakimś momencie benedyktyni urządzili tam Uniwersytet Ludowy z bardzo dobrymi ludźmi. Był tam taki dobry pedagogjezuita. Kiedy odsłuchałem kilku jego wykładów, poprosiłem go o rozmowę i on bardzo mądrze ze mną rozmawiał i mi powiedział, żebym wybił sobie z głowy powołanie duchowne, bo tego nie wytrzymam. Dla mnie było dosyć ciężko tego wysłuchać; było to prawie po 11 latach od wyjścia z seminarium... no, ale trudno.

W szwajcarskich górach poznałem rodzinę, która miała korzenie polskie. To była wdowa, która prowadziła prewentorium dla dzieci. Była to miejscowość nadzwyczajna, bo gdy tam pojechałem, w jeden dzień mogłem już czytać trudne książki. Można to sobie tłumaczyć, jak się chce... Ale tam zacząłem wracać do zdrowia.

Wrócił Pan potem do Lasek...

Tak, jeszcze byłem parę miesięcy w Szwajcarii, a jak wróciłem do Lasek, to już próbowano, żebym jakiś kurs pedagogiczny zrobił (tego władze bardzo wymagały), ale jednak okazało się, że ta ilość wykładów była dla mnie za duża, więc dalej tkwiłem w tych robotach ręcznych przez lata całe.

Później już objąłem opiekę nad wszystkimi warsztatami, jak się już wycofał pan Ruszczyc7 - wybitny, który tworzył to wszystko.

6 Najprawdopodobniej chodzi o miejscowość Sankt Gallen. Zob. też: https: //www.krajoznawcy.info.pl/dost15.03.2021 .

7 Henryk Ruszczyc (1901-1973) - uczestnik kampanii 1920 i 1939, od 1930 wychowawca w Laskach, od 1933 kierownik internatu a od 1936 kierownik warsztatów szkolnych, w 1945 zorganizował Ośrodek dla Ociemniałych

Napisałem o nim grubą książkę, bo pracowałem z nim prawie 20 lat. To był człowiek bardzo wymagający, stawiający właściwie każdemu współpracownikowi wysokie wymagania, ale bardzo inteligentny, no i ułatwiający rozwiązania tych problemów. Bardzo ciekawy człowiek.

Jak Pan uważa, jakie są najważniejsze problemy osób niewidomych?

Najistotniejszym problemem to jest w tej chwili praca. Więc my musimy ciągle zmieniać sposób przygotowania zawodowego. Tak jak kiedyś takim promotorem byłp. Ruszczyc na całą Polskę i ciągle nowe zawody jakieś wyszukiwał, które po części już były w zachodniej Europie, ale bardzo szybko tam upadły, bo jak się troszkę rozwinął przemysł, to właściwie i dziewiarstwo, i tkactwo, i wszystko tam upadło. Natomiast u nas, wszystko szło do 89 r. Katastrofa nastąpiła po roku ’89., jak nastąpiła zmiana w polityce i przeszliśmy na jakiś system liberalny. Tak i w gospodarce, po prostu te wszystkie spółdzielnie dostały kopniaka, dlatego że one musiały drożej produkować. Miały eksport do Iraku, do Egiptu i to dobrze szło wszystko. Nagle się wszystko zmieniło. Zaczęły wchodzić obce firmy i jedna po drugiej zaczęły spółdzielnie coraz bardziej upadać. Te, które się utrzymały, to już na tej zasadzie, że to co się robiło kiedyś ręcznie, to robiły maszynowo. Część pracowników zostawiało się do pracy ręcznej, ale właściwie się dopłacało z tego, co te maszyny pracowały dla nich.

Żołnierzy w Surhowie, potem w Głuchowie i w Jarognie wicach, radca w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. Inicjator powstania czterech spółdzielni niewidomych, eksperymentator nowych zawodów dla ociemniałych oraz nowych form szkolenia i zatrudnienia absolwentów, od 1947 r. Pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu Towarzystwa opieki nad Ociemniałymi. Był jednym z twórców Dzieła Lasek. Zob. www.cmentarz-w-laskach.pl/ruszczyc/ html, dost. 15.03.2021.

Tylko, co jest najważniejsze, że ludzie niepełnosprawni, obojętnie z jakiej kategorii, jeżeli są niezadbani, jeżeli nie da im się jakiegoś zajęcia, to oni bardzo zaczynają obciążać społeczeństwo. Oni się ratują: jedni pijąc, drudzy narkotyzując się, inni wpadają w choroby umysłowe, a jeszcze inni zaczynają kraść. Wszystko jest możliwe i w końcu państwo musi ich utrzymywać o wiele drożej i nieproduktywnie. Także właściwie polityka naszego państwa nie jest dobra, bo zupełnie nie myśli się o tym, że prędzej czy później, to będzie ogromna rzesza ludzi wymagających opieki, którzy nic nie będą przynosić społeczeństwu. Dużo lepiej by było, gdyby oni z deficytem produkowaliprawda?

Pan Ruszczyc wykazywał świetny sposób działania. Do każdej nowej rzeczy podstawiał niewidomego. Potem to analizował, wszystko obmyślał, ustalał sposób działania, a potem do władz te propozycje wysyłał i nazywało się, że to oni wszystko stworzyli.

Sam Ruszczyc był wybitnym człowiekiem; umiał dobierać ludzi, projektantów. Wszystko, co oni robili, było śliczne, było rozchwytywane. Goście zagraniczni bez przerwy zjeżdżali do Spółdzielni i nie mogli się napatrzeć. Zresztą oni mieli sklepik, w którym spod lady wykupowano po prostu te ich wyroby i wszystko świetnie szło. I ci pracownicy, których tam było blisko setki, byli szczęśliwi jak nie wiem co, no bo znali swoją wartość. Oni byli naprawdę jedyni w świecie, bo w żadnym kraju czegoś podobnego nie było. I to trwało wszystko do 89 r. Wtenczas zaczęło się psuć.

Ale to pokazuje, że gdyby szukać jakichś sposobów wyjścia, to np. przy stosunkowo niedużych dotacjach państwa to by się jakoś utrzymało. Jeśli taka spółdzielnia pracuje nawet na pół etatu, to wystarcza, żeby taki człowiek, który tam pracuje, czuł się możliwie. Natomiast jeżeli się go wciska w zupełne bezrobocie i beznadziejność, to wtedy jest źle.

Myśmy mieli już w końcu lata 80.; było w Polsce 34 spółdzielni dla niewidomych, gdzie pracowało w sumie ponad 2000 niewidomych, ale właściwie każdy niewidomy kończący szkołę miał zapewniony byt, zapewniony udział w jakiejś spółdzielni i to mógł być Przemyśl, mógł być Szczecin, mógł być Śląsk - to już różnie.

Zawsze staraliśmy się umieszczać ich, jak najbliżej rodzin. To była właśnie myśl pana Ruszczyca, który ogromny nacisk na to kładł, bo nawet jeśli się ma złą rodzinę, to trzeba jednak to szanować, bo nieraz ci ludzie się zmieniają. Często pod wpływem tych sukcesów też się zmieniają, ale mimo wszystko oni tęsknią do rodzin.

Stworzono przed paru laty szkołę muzyczną w Laskach. My jesteśmy jedynym zakładem w Polsce, który ma przywilej, że może przyjmować uczniów z całej Polski, bez tej tzw. rejonizacji. Wszystkie inne zakłady mają prawo tylko ze swojego rejonu, a rejon to jest albo województwo, albo parę województw powiedzmy. Myśmy szkołę muzyczną zrobili i to się dosyć dobrze rozwijało. To znaczy na ogólną liczbę uczniów, których mamy od 300 do 320 nawet 340 (to się waha z roku na rok), to jest chyba tylko 40 dzieci w szkole muzycznej, ale wybitnie zdolnych, które grają na kilku instrumen- ^ tach i śpiewają, a nawet wyjeżdżają za granicę. Byli w Australii, objechali Niemcy, Luksemburg, Szwajcarię, Austrię. Więc to jest jedno takie wyjście.

Drugie to komputery. Proszę sobie wyobrazić: dzieci w I klasie mają komputery. Teraz jest tak ogromny rozwój techniki, że oni mogą robić dzięki odpowiednim programom komputerowym rzeczy nadzwyczaj trudne. Teraz, jak przyjechałem, to zastałem tu stałą organistkę, która jest dawną uczennicą Lasek. Ma ona ukończoną szkołę średnią i szkołę muzyczną. I ona mi powiedziała, że tę książkę o Matce Czackiej przeczytała w 2 tygodnie dzięki temu urządzeniu w komputerze do czytania książek8. Więc to są możliwości, których kiedyś nie było.

Na przykład miałem takiego ucznia, który miał jakąś cząsteczkę wzroku, ale bardzo maleńką, natomiast ledwie jakąś cząsteczkę słuchu i to połączenie tych dwóch braków jest bardzo ciężkie. Po

8 Urządzenie komputerowe - Auto-Lektor. prostu, nie wiadomo, co zrobić wtenczas. Chłopak z takiej - nawet nie wiem, czy nie profesorskiej rodziny, bardzo dobrej, która się nim ogromnie opiekowała. On od nas poszedł - a jeden z psychologów umieścił go w szkole średniej w Warszawie. Chłopak skończył to liceum chyba z trzecią lokatą, potem zrobił studia uniwersyteckiematematykę czy coś takiego. W tej chwili jest asystentem na uniwersytecie.

Drugi, którego kiedyś zapytano, co on umie, odpowiedział, że jest przyuczonym tkaczemszalenie zdolny chłopak zresztą. Teraz dowiaduję się, że on już jest pełnym profesorem matematyki na uniwersytecie.

Trzeci, który skończył politechnikę, przy stole opowiadał nam, że zrobił trzy wynalazki bardzo ciekawe, więc nim się bardzo zajmowano z tego powodu. On skończył technikum, właściwie skończył szkołę zawodową w Laskach, skończył takie jakby niższe technikum w Poznaniu, wyższe technikum w Warszawie i politechnikę. Na studiach miał szalone trudności, bo nie chcieli przyjmować, ale przy rozdaniu świadectw w każdej z tych instytucji dyrektorzy mówili, że nie stosowali wobec niego żadnej taryfy ulgowej. On był w pierwszym roku moim wychowankiem, później go widziałem na różnych etapach. Jak tam zacząłem pracować, to stolarnia w takim była stanie, że jeden strug i hebeltaki długi był, jeden jedyny naostrzony. A w ogóle nie było, czym pracować zupełnie. On wykonał wtenczas jakąś taką malutką skrzyneczkę tym ogromnym strugiem (nigdy się nie ucząc tego), ale wszystko umiał zrobić. Więc wychodziło mu świetnie wszystko i zawsze podziwiałem jego prace. No i on się przez to wszystko jakoś przebił. Jednym z jego wynalazków był taki przyrząd, który się jakoś wiąże do laski, który wykrywa przeszkody. Tak, że niewidomi idąc już są zawiadamiani, że w tym miejscu jest przeszkoda, mogą iść bardzo szybko i wymijać to wszystko. Jednak to nie miało powodzenia, bo nikt nie był zainteresowany, żeby mu pomóc. Także takich przyrządów jest pięć, które rozprowadzone są po Polsce i na tym się skończyło. On nieszczęśliwy był z tego powodu i przeżył to okropnie. I jakieś jeszcze miał dwa tego typu wynalazki.

Była też taka pracownica Alicja Gościmska9, która była wychowawczynią w internacie i prowadziła harcerstwo. Ona skończyła psychologię, filologię francuską i chyba dwa lata polskiej. To była bardzo bystra osoba, szalenie wymagająca od młodzieży i całe ich życie postawione było właściwie w formie konkursu. Młodzież, będąc w drużynie, cały czas w jakimś konkursie uczestniczyła. Więc naturalnie nie było inaczej, jak bieliznę - to w kostkę układać. Wszystko było oceniane. Jak ktoś gdzieś tam w nocy wstał, to od razu myślał, czy to współgra z tym jego konkursem. Kiedyś pojechali na takie jakieś wczasy czy wakacje harcerskie gdzieś na Mazury, ale z widzącymi, to nie wiem ile oni sprawności wygrali. Byli tak szalenie sprawni i w tych swoich specjalnościach. Więc jakieś ogromne wędrówki piesze odbywali, mówiąc o wszystkim, co widzieli po drodze, z czym się jakoś zetknęli. Umieli o tym świetnie mówić.

Co Pan sądzi o procesie integracji osób niewidomych z ludźmi widzącymi?

Na terenie Polski trudno mi powiedzieć. Jak teraz wyjeżdżają za granicę, zaczynają uczyć się języków obcych. Chodzi o to, że niewidomy może być tłumaczem, może nawet być przewodnikiem jakichś grup zagranicznychnie jest wykluczone. Nie wiem dokładnie, jak te rzeczy są projektowane w tej chwili, ale w ramach tego już któryś rok z rzędu wyjeżdżają do Anglii. Wyjeżdżali kiedyś również do Norwegii, posługując się angielskim. W Anglii urządzają dla nich takie jakby wczasy ze sportem, ze wszystkim moż9 Alicja Gościmska (1908-1991). Wybitny pedagog w szkole w Laskach. Wychowawczyni w internacie chłopców. Autorka wielu opracowań tyflologicznych. Zob. dost.15.03.2021. liwym. To bardzo dobrze zrobione jest. Więc tam integracja na pewno jest. Jak to teraz wygląda w Polsce, to ja nie wiem, bo ja w tej chwili jestem bardzo daleko od szkół.

W Laskach pracowało wielu wybitnych ludzi. Pan napisał książkę o panu Ruszczycu. Jak do tego doszło?

Zacząłem znów chorować w 84 r. i wtenczas mi powiedzieli, żebym pisał o panu Ruszczycu. Ja nie miałem nigdy czasu, znaczy zaczynałem, ale to nigdy jakoś nie szło. A były takie historie, że np. komisja rewizyjna kiedyś na jakimś zebraniu wystąpiła z tym, że trzeba się wziąć do historii Lasek, bo nie ma historii kilku czy kilkunastu najważniejszych ludzi, którzy te Laski stworzyli. No i zaczęliśmy pchać ku temu, żeby te życiorysy były napisane. I tak, powoli, powoli wszystko zbieramy. Książkę o panu Ruszczycu pisałem 9 lat. Dostałem po tym choroby wrzodów żołądka. Potem miałem jeszcze jakąś operację, więc to mi bardzo psuło te prace. ^

Jak człowiek myśli o zdrowiu, to trudno mu już jakąś trudniejszą pracę zaprojektować. Dlatego to wszystko szło tak długo.

Przeszedłem operację w 91 r. i przez rok byłem do niczego. Ale potem poczułem się lepiej i wtenczas podrzucili mi Matkę Czacką10.

Byłem przerażony, bo o takich osobach muszą pisać ludzie, którzy umieją pisać i są już wyrobieni. Ale chciałem powiedzieć, jak to było z tym Ruszczycem.

Była taka sekretarka, która się w Ruszczycu zupełnie zakochała, a była starsza od niego i zbierała wszystko, każdą karteczkę i prowadziła mu biuro. Świetna była, przeszkolona i nagle wyjechała. Skończyła 80 lat i wyjechała. I mnie przyniesiono (ja leżę chory z chorobą wrzodową) materiały. Proszę sobie wyobrazić: było 700 teczek z materiałami. Naturalnie było bardzo dużo powtarzających się jakichś materiałów. Było 200 teczek, które od razu mo10 Michał Żółtowski, autor książki Blask prawdziwego światła, Matka Elżbieta Róża Czacka i jej Dzieło, wyd. 1999. głem oddać, ale tę resztę musiałem przejrzeć, posortować. Największa bieda to była, co odrzucić, a co zatrzymać? Ja nie miałem żadnego przygotowania. Musiałem sam jakoś. No i napisałem pierwszą wersję; ogromną. Dałem to czterem recenzentom i wszyscy powiedzieli, że jest fatalna, bo to, bo to, bo tamto. No, więc zacząłem się zastanawiać. Po paru latach zrobiłem drugą wersją i znowu posypały się krytyki. Wtedy była taka jedna bardzo mądra siostra, bardzo wykształcona, która chyba czekała pół roku i nie miała nigdy czasu tego przeczytać. Wreszcie przyszedłem do niej (z ostatnią wersją) i myślałem, że to pójdzie wreszcie do druku. Ale ona mówi, że źle trafiłem, bo ona była polonistką i nie wie, co to z tego będzie. Powiedziała, że to się nie nadaje na książkę. To było błogosławieństwo, co ona mi powiedziała.

Mieliśmy takiego kolegęhistoryka. Człowieka o bardzo słabym zdrowiu, ale bardzo zdolnego. On zawsze mi się ofiarowywał zpomocą, ale nigdy nie mógł, bo zawsze mu coś przeszkadzało. No i ja (jjf miałem kłopoty z tym. Ale on był bardzo słowny, jak nie dotrzymywał na tę bliższą metę, to dotrzymywał na tę dalszą metę. I w końcu w lecie przyjeżdżał do Lasek i pomagał mi. On to tak obrobił, że już mogło iść do druku. W końcu krytyk już nie miałem, więc widać, że tak najgorzej, to nie wyszło.

Ma Pan do czynienie z zakładem w Laskach i z zakładami, takimi jak Żułów. Jak Pan myśli, w jakimś stopniu na dzień dzisiejszy te zakłady są kontynuacją dzieła Matki Czackiej?

Jako ogólny kierunek. to myślę, że wszystko musi się zmieniać.

Są nowe techniki. Największa bieda jest taka, że sióstr ubywa.

Liczba powołań się zmniejszyła i to jest wielka szkoda, bo to, co wnosiły siostry, to rzadko kiedy ktoś świecki potrafi wnieść.

Była taka Amerykankabardzo zdolna, która przez 4 lata pracowała w międzynarodowej organizacji wychowawczej dla niewidomych. Ponieważ ona znała francuski, a ja nie znam angielskiego, więc była dla mnie dostępna. Z nią sporo rozmawiałem. Była 2 razy po całym tygodniu w Laskach. Mnie interesowały głównie sprawy zawodowe, a robót ręcznych częściowo już nie. Ja już wtenczas zajmowałem się więcej zawodowymi i pytałem, co za granicą można jeszcze zwiedzić, bo słyszałem, że zawsze wysoko stoją te rzeczy (w Skandynawii). Ona powiedziała, że nie ma dobrych zakładów, są tylko dobrzy ludzie. I zakłady, które kiedyś były dobre, jak ci ludzie się wykruszają, to przestają być dobre. Także ja nie wiem, czy jakiś zakład w Szwecji jest jeszcze warty zwiedzania dzisiaj, bo to się tak zmienia. Więc to było bardzo mądre i ja widziałem, że ona tak naprawdę myśli.

Proszę sobie wyobrazić, że już po śmierci Ruszczyca warsztaty objął Andrzej Czartoryski11, który przez 8 lat pracował w firmie „Reklama”. On kiedyś własny zakład zabawkarski miał pod Warszawą. Dostał się trochę przypadkiem do Lasek. Nie miał żadnego pojęcia o pedagogice i bał się pracy z niewidomymi. Okazał się genialnym pedagogiem, nadzwyczajnym. On po prostu wyprostował różne trudne charaktery, z którymi nikt nie mógł sobie poradzić ani w szkole, ani w internacie. Kładł ogromny nacisk na twórczość uczniów. Cały taki system stworzył (ja jeszcze o nim chciałbym coś napisać, bo dużo materiałów jest, a nikt porządnego życiorysu nie napisał).

Czartoryski miał jakiś wrodzony zmysł pedagogiczny, ale nie był pedagogiem w Laskach. On miał prowadzić warsztaty, na któ11 Andrzej Czartoryski (1929-1998). Pełnomocnik Zarządu ds. Absolwentów, człowiek wielkiej szlachetności i wrażliwości na losy każdego potrzebującego człowieka, a zwłaszcza na wszelkie biedy absolwentów Lasek. Nie szczędził siły ani czasu, by nieść pomoc materialną i duchową; pomagał znaleźć pracę i mieszkanie. Nawiązywał i utrzymywał bardzo dobre stosunki z władzami spółdzielni niewidomych i zakładów pracy, w których udało się zatrudnić wielu niewidomych absolwentów. Nie szczędził czasu na rozmowy z absolwentami; odwiedzał ich w domu, pomagał rozwiązywać najtrudniejsze problemy rodzinne i życiowe. Zob. www.laski.edu.pl./pl/dzial-absolwentowhistoria, Towarzystwo Opieki Nad Ociemniałymi Laski, dostęp 11.03.2021. rych się nie znał, na żadnych z tych działów się nie znałani dziewiarstwo, ani szczotkarstwo, ani montaż elektroniczny, ani metal, ani drzewo. To wszystko przerzucono na mnie. No to byłem tam kierownikiem pedagogicznym. On prowadził tylko sprawy od strony organizacyjnej i handlowej. Laski były w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Natomiast pan Czartoryski jakoś to wszystko usprawnił w inny sposób.

Był też instruktor - Jerzy Romazewicz. Mówił, że my możemy robić, co chcemy. Nie wymagał, by uczniowie np. z metalu pracowali przy jakimś zamówieniu, które warsztaty wykonują. I to było decydujące. On dawał im prace twórcze. Byłem zdziwiony zupełnie, jak oni dojrzewali.

Kiedyś postanowił zrobić pług do śniegu, którym chciał rozgarniać ścieżki w warsztatach w razie dużego śniegu. Potem wymyślił maszynę do ścinania trawy, ale zupełnie innego pomysłu. To już była trudna sprawa, prawda. I wreszcie tego typu każdy mógł do pewnego stopnia powiedzieć, co go interesuje, co mu było potrzebne. Zawsze się kładło nacisk na to, co było potrzebne, to będzie służyło w internacie; to będzie służyło w kuchni i robiło się coś pod to. To było nadzwyczajne.

Pan Romazewicz, pamiętam tę rzecz od samego początku, wziął deskę i przybijając gwoździami drut do tej grubej deski, zrobił szkielet takiego wehikułu, który nazwał drezyną. Nikt z niewidomych nigdy żadnej drezyny nie widział. Normalnie żaden widzący też nie obejrzał dobrze drezyny. To jest przecież używane przez kolejarzy do jeżdżenia po szynach i różnymi środkami poruszane. A tam miało być poruszane rączkami chłopców z 3 klasy, z których pierwszy musiał mieć resztki wzroku, bo musiał kierować, ale wszyscy trzej jedną dźwignię odciągnęli w prawo, drugą ciągnęli z lewej, a ta dźwignia szła osobno. Pięć biegów, szybkość 15 km/h, światłą przednie i tylne, hamulceto było coś fantastycznego. On to wszystko im zarysował, bo my wiemy z rysunku jest trudno coś odczytać. Jak to było w takim stosunkowo małym skrócie, to mogli mniej więcej odczytać profil tego. Jak już mniej więcej zrozumieli, o co chodzi, zaczęła się praca. Pracowali przy tym przez 2, 5 rokucały zespół wszystkich uczniów, którzy byli na metalu, nawet dziewczęta. Każda z dziewcząt uważała, że ona przynajmniej jedną część od początku do końca musi sama zrobić. I nie było jednej części, która by nie była przynajmniej trzy razy przerabiana przez uczniów i ulepszana. To było najważniejsze. Były takie, które i 5 razy były przerabiane. Przez 2, 5 roku nie było żadnego problemu pedagogicznego z tymi klasami. Po prostu oni byli tak zafascynowani tym. Ja ciągle przychodziłem jako taki wizytator, hospitant tych wszystkich 5 warsztatów. No i dużo się nauczyłem przy okazji nawet z tego metalu. Potrafiłbym dużo zrobić dziś. Po prostu widziałem to wszystko.

Więc oni wpadali rano, biegiem po kombinezon, biegiem po narzędzia i każdy do swojej pracy. Każdy już wiedział, co ma zrofjp bić. I nic nikomu nie trzeba było mówić. Żadnych problemów nie fjp było. Uważam, że oni dojrzeli przez ten cały okres. Szczęśliwi byli jak nie wiem co, gdy im to się udało. Teraz w budynku warsztatowym (warsztaty już strasznie upadły) drezyna wisi uwiązana do sufitu. To trzeba ściągać na dół, żeby móc gościom pokazać.

Jak Pan uważa, jaki wpływ na dzieło Matki Czackiej miały przemiany ustrojowe w naszym kraju w okresie zaraz po okupacji, w czasach stalinizmu, komunizmu?

Naturalnie miały bardzo duże. Z jednej strony Laski się znalazły pod pręgierzem władz. Musiały bardzo uważać. To się łagodnie zaczęło w 45 roku, gdzie dali pozwolenie na prowadzenie Lasek tylko przez rok. I co roku trzeba było prosić od nowa o możliwość prowadzenia szkół. Do końca roku szkolnego nie wiedziało się, czy pozwolenie będzie. Tak było do około 1950r.

Potem zaczęły się wizytacje nieustanne, bardzo nieżyczliwe, gdzie przychodzili wizytatorzy do kuchni, do spiżarni... ważyli, sprawdzali, chcieli wykazać, że siostry kradną na utrzymanie zgromadzenia to, co otrzymują z przydziałów państwowych albo darów zagranicznych. Nigdy nic nie wykryli, ale to było bardzo nieprzyjemne. Szukali po prostu jakiegoś powodu, by zakład zamknąć, bo był katolicki, a tu się jeszcze utrzymuje, choć dawno powinien przestać istnieć. Myślę, że naprawdę to szykanowanie się skończyło w moim przekonaniu w roku 1975.

Ale w 1969 r. byłem na takim spotkaniu z wizytatorem bardzo nam nieżyczliwym, który zdecydowanie chciał zamienić Laski na zakład dla debilnej młodzieży. Rozmawiała z nimi matka dwóch naszych niewidomych, wszechstronnie uzdolnionych muzycznie dziewcząt, z których jedna jest śpiewaczką, a druga organistką w kościele św. Marcina w Warszawie. Ta matka rozmawiała z tymże wizytatorem w kuratorium, który nie chciał dopuścić, żeby ona te córki oddała i powiedział, że to jest zakład dla debilnych i ona nie może tutaj oddawać swoich dzieci.

Miałem też inną uczennicę, która opowiadała historię z tym samym wizytatorem. Gdy ona miała 10 lat, matka ją przywiozła, była w kuratorium i tam powiedzieli, że zakład ten w ogóle odpada zupełnie. Ona jednak pojechała do Lasek. Kazała sobie wszystko pokazać. Zwiedziła całe Laski. Wróciła do kuratorium i powiedziała, że chce zapisać swoją córkę do Lasek, bo ona zwiedziła Laski i jest wszystko inaczej. On zaczął przeczyć i ta 10-letnia córka mówi, że matka się zdenerwowała i powiedziała, że to wizytator jest debilem, jeżeli jej takie rzeczy mówi. Tu chcę pokazać tylko, jakie były stosunki.

Pamiętam jeszcze dwa takie momenty krytyczne zupełnie. Pierwszy - to było w 1953 r.- niedługo przed aresztowaniem prymasa. To było tak, że wizytator był zawzięty, by zlikwidować Laski. Przyjechał już w czerwcu i zaczął rozmawiać z pracownikami, żeby ten poszedł do Otwocka, tamten już gdzieś indziej. Była przedszkolanka, która się twardo postawiła i nie przeszła. Została. Zrobił on listy z wszystkich klas wszystkich uczniów zdolniejszych, którzy mieli być rozsyłani do innych zakładów w Polsce. I to wszystko trzymał. Nagle w sierpniu, jak nikogo nie było w Laskach, bo były wakacje, to on nagle przysyła spisy, które dezorganizowały zakład kompletnie. Po prostu były klasy, gdzie zostało 3 - 5 uczniów, ale powiedzmy - najmniej zdolnych. Wtenczas Laski się znalazły w bardzo trudnej sytuacji, a uratowali sprawę niewidomi. Istniała wówczas rada niewidomych, którą założyła Matka Czacka (i bardzo mało się o tej radzie słyszy), ale w niej było dwóch nauczycieli (w tym jeden nauczyciel szczotkarstwa) - bardzo prawi ludzie, którzy na żadne takie ustępstwa nie szli i oni zmobilizowali jakiegoś młodszego niewidomego, który objechał wszystkie spółdzielnie w Polsce i od wszystkich uczniów Lasek (w 53 roku było ich sporo) zbierał protesty do Kancelarii Prezydenta. Matka Czacka podobno napisała list do Prezydenta Bieruta, prymas napisał list, ale w Kancelarii Prezydenta, gdzieśmy chcieli potem ten list znaleźć, to nic takiego nie było. Ale mogło być zniszczone. Pamiętam jak w końcu & sierpnia przyjechali rodzice, siedzący przed domami na walizkach z dziećmi przytulonymi, smutni strasznie. A ja nie wiedziałem, co się dzieje. Ktoś wtenczas powiedział, że jest taki vice-wojewoda w Warszawie, który jest porządnym człowiekiem. Jest życzliwy i można coś od niego być może uzyskać. Wtenczas chyba pan Ruszczyc i jeszcze ktoś wybrali się do niego. On się tym zainteresował, od razu zadzwoniło do partii czy do kuratorium i mówi, że niestety jest za późno i on nic już nie może pomóc. Mimo to ludzie nie wyjeżdżali i zakład zaczął dalej prosperować.

Druga sprawa to z 1962 r., kiedy dyrektorem był pan Zygmunt Serafinowicz. Wówczas to znowu przeprowadzone były wizytacje. wszędzie zabronione było wieszanie krzyży. Również było tak w Laskach. Gdy przyjechano i zażądano zdjęcia krzyży, wtedy Serafinowicz powiedział: „Ja, ze względu na pamięć założycielki, tego zrobić nie mogę”. Ta wizytacja odbyła się w bardzo napiętej atmosferze, ale mimo tego zakład uzyskał wiele pochwał. Wtenczas posypały się negatywne opinie kuratora, ale wizytatorzy powiedzieli, że protokołu nie zmienią. W efekcie krzyże zostały.

* Michał Żółtowski (ur. 21 maja 1915 w Lozannie, zm. 22 grudnia 2009 w Laskach) - polski ziemianin, pisarz historyczny, prawnik, działacz społeczny zasłużony w dziele pomocy niewidomym i ubogim. Od 1919 roku zamieszkały w Czaczu w Wielkopolsce. Po maturze w 1933 r. ukończył w 1937 r. wydział prawa we Lwowie. Jako podchorąży 15 p. uł. uczestniczył w kampanii 1939 r. Członek AK. Od 1951 r, pracuje w Laskach. Opublikował książki: Tarcza Rolanda, 1988, Henryk Ruszczyc, 1994 i Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i Jej Dzieło, 1999 r. oraz ok. 20 artykułów. Zob. M. Żółtowski, Blask Prawdziwego Światła, Matka Elżbieta Róża Czacka i Jej Dzieło. Er-Art - Lublin, 1999 r. Zob. W. Gołąb, „Michał Żółtowski - wzór do naśladowania”, . 15.03.2021 r.Powrót do treści

** s. Felixa - Bogumiła Bunikowska. Dyrektorka DPS w Żułowie. Przeprowadziła modernizację i standaryzację Zakładu przystosowując go do obowiązującego standardu usług w domach pomocy społecznej.Powrót do treści

*** Zob. https://diecezja.pl/biskupi-krakowscy/adam-stefan-kardynal-sapieha-1911-1951/ (dost. 15.03. 2021). Powrót do treści

 

O autorach:

Waldemar Kozioł - dr nauk społecznych w dyscyplinie nauki socjologiczne - Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie, wieloletni pracownik pomocy społecznej, działacz społeczny na rzecz osób niepełnosprawnych, wychowawca dzieci i młodzieży.

Zofia Kozioł - mgr dziennikarstwa - Uniwersytet Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, pedagog, wieloletni pracownik Centralnego Ośrodka Doskonalenia Dydaktycznego Nauczycieli, administrator jednostek służby zdrowia.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Nie ma nic pewniejszego nad śmierć i nic bardziej nieokreślonego jak godzina śmierci. Bóg ukrywa przed tobą ostatni dzień życia, abyś każdego dnia przygotowywał się na śmierć.
„Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” - mówi Pan (Mt 25,13).

***

Jakże wielką nauczycielką jest śmierć, która brata wszystkich w swym losie! Poucza cię, że tym, co się w życiu liczy, są dobroć, miłość, przebaczenie, braterstwo.
Każdy, kto myśli o śmierci, nie powinien unosić się pychą, Wszyscy jesteśmy równi wobec śmierci. Śmierć postępuje bezstronnie - bez względu na to, czy ktoś jest bogaty czy ubogi, pokorny czy mocny.

 

ODESZLI DO PANA

16 maja 2021 roku - w uroczystość św. Andrzeja Boboli -
w Bronxville, stan NY, USA, odszedł do Pana
Stanisław Piotr Świderski
1924-2021

Pogrzeb odbył się 27 czerwca 2022 roku w Laskach. W kaplicy p.w. Matki Bożej Anielskiej o godz. 11.00 została odprawiona Msza święta, a prochy Zmarłego pochowano na cmentarzu zakładowym w grobie Jego pierwszej żony - Danuty Świderskiej.

Urodzony w Warszawie w 1924 roku, syn Stanisława i Hanny z domu Lilpop. Żonaty, ojciec dwóch synów: Piotra i Andrzeja. Od 1951 rok mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych.

Absolwent Gimnazjum im Batorego w Warszawie, student Uniwersytetu Warszawskiego, potem Uniwersytetu w Londynie i Uniwersytetu Columbia. Wieloletni pracownik IBM Corporation.

We wrześniu 1939 roku członek 23. Drużyny Harcerskiej w Warszawie - łącznik w Biurze Prezydenta Warszawy. W latach

 

1942-1944 żołnierz Armii Krajowej w stopniu podporucznika, uczestnik Powstania Warszawskiego.

Więzień dwóch obozów jenieckich w Lamsdorf i w Murnau w latach 1944-1945. Uczestnik Brytyjskiej Szkoły Oficerskiej w Kairze. W latach 1946-1957 służył w Drugim Polskim Korpusie we Włoszech i Anglii.

Do 1944 roku mieszkał w Warszawie, potem szlakiem pielgrzymów wojennych we Włoszech, Egipcie, Londynie. Osiedlił się w Stanach Zjednoczonych. Przez wiele lat aktywnie pracował w IBM Corporation, w biurze zarządu w Nowym Jorku.

Człowiek ogromnie oddany pracy społecznej. Od 1958 roku pracował w Komitecie Pomocy Niewidomym w Polsce, a od 1978 roku był jego Przewodniczącym. Komitet prowadził od ponad 70 lat działania na rzecz społeczności osób niewidomych, a potem także niepełnosprawnych, realizując programy edukacyjne, rehabilitacyjne, pomoc medyczną i socjalną, rozwój nowych technologii. Komitet przez wiele lat wspierał odbudowę i rozbudowę Zakładu w Laskach i innych jednostek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, a potem powołał do życia Fundację „Praca dla Niewidomych”, której misją jest aktywizacja zawodowa osób niepełnosprawnych.

Stanisław Świderski był współzałożycielem, razem z Jackiem Kuroniem, Fundacji Pomoc Społeczna SOS, założycielem i prezesem American Society for Arts in Poland. Uczestniczył w Programie Pomocy Stanów Zjednoczonych dla Polski: w 1991 r. jako doradca rozwoju organizacji społecznych, w 1994 r. strategii rozwoju Fundacji SOS, w 1991 r. reorganizacji i prywatyzacji, w 1992 r. pracował jako doradca w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych.

Stanisław Piotr Świderski to przede wszystkim wielki polski patriota. Kochał Polskę, dla niej żył, jej losy były my bliskie. To wzór nowoczesnego patriotyzmu, który wyraża się w działaniu i oddawaniu swojego czasu oraz talentów własnej ojczyźnie.

Stanisław Swiderski ponad 120 razy odwiedzał Polskę, aby patrzeć, jak jest wykorzystywana pomoc Komitetu, co można robić lepiej, mądrzej i skuteczniej. To była dla Niego zawsze okazja do spotkania z drugim człowiekiem, okazywania mu zainteresowania, słuchania go. Miał ogromny dar wyobraźni, tworzenia rzeczy, których realizacja wydawała się niemożliwa. Tak właśnie powstało wielkie dzieło Komitetu i osobiste Pana Stanisława Świderskiego: Rolniczy Zakład Aktywności Zawodowej w Stanisławowie, który w tym roku świętuje swoje 20-lecie. Komitet kupił kilka hektarów ziemi, stare, dość zniszczone budynki, a w wizji Pana Stanisława miało to być miejsce pracy dla wielu osób z niepełnosprawnościami, którzy odnajdą tutaj swoje nowe miejsce w życiu: pracę, środowisko, poczują się użyteczni i potrzebni. Dzisiaj, po 20 latach od tej wizji, zrodzonej na stopniach małego ceglanego domku, działa w Stanisławowie nowoczesny Zakład, który zatrudnia 58 osób z niepełnosprawnościami. Działalność RZAZ opiera się na prowadzeniu nowoczesnej kuchni, specjalistycznego rolnictwa, a także jest miejscem aktywnej rehabilitacji zawodowej, społecznej i medycznej. Wizja stała się rzeczywistością.

Po kilku latach poszukiwań, kiedy Pan Stanisław zachęcał nas do nowych pomysłów i nowych dzieł, powstał Zakład Aktywności Zawodowej w Krzyżewie na Podlasiu. Dzięki otwartości Starosty i Radnych Powiatu, ale także dzięki hojności Pana Stanisława, powstał tu nowoczesny Zakład prowadzący hotel, restaurację, rehabilitację oraz stajnię. Głównym osiągnięciem ZAZ w Krzyżewie było zatrudnienie 45 osób z niepełnosprawnościami, które realizują swoje nowe obowiązki, prace, naukę zawodu, życie we wspólnocie.

Pan Stanisław był gorącym patriotą, ale także był osobą, dla którego najważniejszy był drugi człowiek. Szczególnie ten człowiek, któremu w życiu było trudniej. Dla niego Pan Stanisław był gotowy zrobić wszystko.

Dzisiaj, kiedy Pan Stanisław jest, jak sam mówił „na niebieskiej chmurce”, kiedy już odpoczywa w świecie nowym, mam głębokie przekonanie, że jego czyny idą za nim. Nasze myśli, wdzięczność wielu ludzi, podziw dla jego wizji, dobro idą za nim do bram Najwyższego. Nam pozostawionym tutaj, pozostaje tylko pełnić dalej tę misję, wypełnić miłość Pana Stanisława do drugiego człowieka.

Słowa naszej wdzięczności Panu za życie Pana Stanisława i nasza modlitwa za jego wieczny odpoczynek. I słowa pocieszenia i wdzięczności dla Pani Basi, która przez ostatnie lata wspierała Pana Stanisława w jego zamysłach i projektach, zawsze bliska i oddana.

Piotr Konczewski

Prezes Zarządu Fundacji „Praca dla Niewidomych”

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Gdy zapala się przeciw tobie gniew, wycisz się, gdyż spokój łagodzi nawet największe obrazy. Nie zwalczaj zła złem, gdyż najbardziej nieszczęśliwym z tej niegodziwej walki wychodzi zwycięzca.
Gwałtu nie zwyciężą się gwałtem, ale łagodnością. Kto krzyczy, staje po stronie krzywdy, jeśli nawet ma rację.

***

Zazdrość, w przeciwieństwie do miłości (por. 1Kor 13,6) rodzi ból z powodu powodzenia innych. Zazdrośnik żałuje radości drugiego człowieka. Szczęście brata jest dla niego nieszczęściem. Jak rdza zżera żelazo, tak zazdrość zżera duszę tego, kto na nią przyzwala.

 

Olga z Tyszkiewiczów Czartoryska
14.12.1923 - 4.08.2022

Dla rodziny Ciocia Oluś, Babi, wreszcie teściowa i mama. Dla mnie, jej wnuka, to Babi. Odkąd pamiętam, towarzyszyła mi przez całe życie, jak to babcia, chociaż bardzo nie lubiła tego słowa.

Jest taka rodzinna opowieść, że kiedy miałem kilka lat, chodziłem za nią, długo zadając pytanie: Babi, kiedy Babi umrze? Mogło to być złoszczące. Podobno odczepiłem się, kiedy powiedziała, wykazując się jak zwykle refleksem, że też kiedyś umrę. To musiał być dla mnie szok. Więcej tego pytania nie zadałem. Dziś niestety znam na nie odpowiedź.

Kim była ta wyjątkowa kobieta, której życie rozciągało się niemal przez całe stulecie? Dla każdego z nas trochę kimś innym.

Pewnie prawie wszyscy tu zgromadzeni znają świetnie jej historię, ale pozwolę sobie powiedzieć parę słów, myśląc głównie o dzieciach - jej prawnukach.

Babi urodziła się w 1923 roku. To pełne 98 lat temu. Świat, który ją otaczał, był zupełnie inny niż ten, który znamy. Urodzona we Lwowie, najszczęśliwsze chwile dzieciństwa spędziła w majątku swoich rodziców - Klebanówce, niewielkiej wsi położonej niedaleko Tarnopola. Tam wzrastała wśród wiejskich zabaw, otoczona rodzeństwem, zwierzętami i staranną opieką rodziców oraz guwernantek.

Na tym sielskim obrazku jest jednak od początku pewna poważna rysa. Babi urodziła się z wrodzoną wadą nóg - stopą końsko szpotawą. Wada była na tyle poważna, że jej rodzice zdecydowali się na zabiegi operacyjne i długotrwałą rehabilitację. Dla rodziców to z pewnością ogromny stres oraz poważne obciążenie finansowe, dla małej Olgi - konieczność długotrwałych wyjazdów oraz dotkliwe, fizyczne cierpienie związane z leczeniem. Myślę, że to doświadczenie, mimo że jej ułomność była dla większości z nas niezauważalna, było dla małej dziewczynki doświadczeniem przełomowym. Ukształtowało charakter i jej najważniejsze cechy: niezależność i upór połączone z błyskotliwą inteligencją i nieustającą ciekawością świata.

Kilkuletnia Babi trafiła do Wiednia. Tam uczęszczła do szkoły z internatem, uczyła się, a po szkole, kilka razy w tygodniu, chodziła na rehabilitację. Musiała błyskawicznie nauczyć się niemieckiego i znakomicie jej się to udało. Pod koniec roku otrzymała już dobre oceny na świadectwie. Wolne chwile spędzała w niezwykłych polskich domach w Wiedniu - regularnie odwiedzała pałac Lanckorońskich. Ich ogromna kolekcja dzieł sztuki jest teraz z dumą prezentowana na Zamkach Królewskich - w Warszawie i na Wawelu. Zafascynowana pięknem zgromadzonych tam arcydzieł, w czasach już zupełne innych, po wojnie, rozpoczęła studia z historii sztuki.

Mimo że w moich uszach, chłopaka urodzonego w szarej komunie, opowieści o wiedeńskich pałacach i pensjonarkach brzmiały jak bajka o skarbach sezamu, wiem, że Babi całym sercem tęskniła za swoją najbliższą rodziną i beztroskim życiem w Klebanówce. Ten przywilej miała zarezerwowany jedynie na czas wakacji. Wtedy używała życia i cieszyła się nim na całego.

Rok 1938 zwiastował koniec tego, mimo wszystko, łaskawego dla Babi i jej rodziny świata. W marcu z okien internatu, jako 15-letnia dziewczyna obserwowała, jak nazistowskie oddziały wkraczają do Wiednia. Jej koleżanka z pokoju wymachiwała przystojnym chłopcom chusteczką, Babi zaczyna myśleć o pakowaniu. Wróciła do domu. Miało być tam bezpiecznie, ale już wkrótce, po ataku Sowietów na Polskę 17 września ’39 roku, musiała się ewakuować wraz z rodziną.

Tyszkiewiczowie trafiają pod Jarosław. Mieli tam niewielki dom i tzw. resztówkę - kilka hektarów oraz gorzelnię, które pozwoliły im przetrwać czas okupacji.

Tu Babi pojawiła się w nowej odsłonie - stała się podporą rodziny. Jej niewątpliwa uroda oraz perfekcyjna znajomość niemieckiego usypiają czujność niemieckich władz. Rodzinie udało się przetrwać, a nawet chronić kilku swoich żydowskich przyjaciół i współpracowników. Rodzinna historia głosi, że nie bez znaczenia był tu fakt, że Babi miała mocną głowę do alkoholu. Mocniejszą niż niemieccy urzędnicy.

Wkrótce rozpoczyna się dalsza tułaczka. Babi trafiła do Krakowa, Wrocławia i Żułowa pod Lublinem. Wiedeńska pensjonariuszka pracowała między innymi jako instruktorka robótek ręcznych, ale i, co do tej pory bardzo mi imponuje, była woźnicą w Krakowie. Maturę robiła we Wrocławiu wśród uczniów, z których wielu wojnę przesłużyło w partyzantce. Ponoć zdarzało się, że grozili nauczycielom pistoletem. Wtedy też musiała chyba uczęszczać na szermierkę oraz podstawowy kurs szybowcowy. Bieda nie pozbawiła jej marzeń. Uważała, że sama jest kowalem swojego losu i musi o niego powalczyć. Nie dać się.

W roku 1950 poznała Andrzeja Czartoryskiego, wtedy wesołego „Dryła”. Tak jak u niej, jego rodzina straciła wszystko. Tak jak ona, Andrzej, dla mnie Dziadzia, tułał się po krewnych i znajomych nie mogąc zagrzać nigdzie miejsca. Co więcej, z uwagi na historyczne nazwisko, w komunistycznej Polsce nie mógł liczyć na normalną karierę zawodową.

Po ślubie młodzi państwo Czartoryscy tułali się już razem. Szybko dołączyły do nich dzieci: czwórka, która siedzi teraz z nami w tych ławkach; Kasia, Mija, Kazik i Michał. Młodej i licznej rodzinie przez pierwsze lata po ślubie trudno było zostać gdzieś dłużej. Dopiero w połowie lat 60. osiedli na kilka lat w Laskach, gdzie Dziadzia, czyli Andrzej, znalazł zawodową stabilizację.

Babi była w tym czasie głównie żoną i matką. Z czwórką dzieci pracy jest dość. Z tego co mi się wydaje, hołdowała zasadom klasycznego wychowania - trzymała dzieci krótko, wpajała im moralne zasady, które miały dla niej znaczenie podstawowe - szacunek dla ludzi, 10 przykazań, męstwo, honor i uczciwość.

Pracę zawodową odnalazła trochę później - gdy dzieci podrosły; zajęła się laskowskimi pszczołami. Te pszczoły były jej strefą wolności, fascynacji i radości. Ucieczką na wieś, do świata, który pewnie przypominał jej nieco nieodżałowane wiejskie dzieciństwo w Klebanówce.

Wtedy też poznałem Babi ja, jej drugi wnuk. Najpierw trochę się jej bałem - miała krzaczaste brwi i żelazny uścisk ręki, jeśli zrobiłem coś nie tak. Z czasem mogłem jednak stać się jej partnerem w rozmowach, słuchaczem opowieści, ale i łącznikiem, który przynosi wieści ze świata, wnukiem, który cieszy się wspólną rozmową.

Po śmierci Dziadzi, Babi zamieszkała w Żurawnie, w gościnnych progach u Kazika i Małgosi. Działo się to jednak na jej warunkach: osobny dom, osobne podwórko, wspólne posiłki. Jak najdłużej chciała zachować swoją niezależność. Nie być ciężarem, ale też czuć się panią na swoim. I tak właśnie było. Przez ponad 20 lat Babi mieszkała na swoje górce, dbając o ogród i okoliczne ptaki. Z radością przyjmowała gości i uczestniczyła w rodzinnym życiu w sposób, który uznawała za możliwie najmniej inwazyjny.

Z tych spotkań na „Babi górce”, poza opowieściami z przeszłości, rozmowami o teraźniejszości, zaświatach, kosmosie, a także życiu po śmierci, wyniosłem jedną bardzo ważną dla mnie, jej wnuka, lekcję. Gdy nawet w czasie zwykłej rozmowy o niczym, Babi wyczuwała mój smutek, zawsze na pożegnanie ściskała mi rękę, mocno, po męsku i powtarzała „Władek, nie daj się”.

To zdanie, które zapamiętam i polecam zapamiętać wszystkim. Mówiła je kobieta, która nie dawała się przez 98 lat. Która żyła z kalectwem. Której świat się zawalił. Która w obronie bitego chłopca zaatakowała milicjanta. Która tańczyła w pierwszej parze na ostatnim wielkim balu w Chorostkowie. Która - patrząc z dzisiejszej perspektywy - w biedzie wychowała czworo dzieci, dochowała się dwanaściorga wnucząt i czternaściorga prawnucząt.

Ludzi, którym dzisiaj, gdzieś ze swojej nowej, niebieskiej górki mówi :„Nie dajcie się!”.

I tak róbmy, niosąc ją w naszych sercach. Dziękuję.

Władysław Rybiński (wnuk)

Msza święta pogrzebowa została odprawiona 11 sierpnia 2022 r. w kaplicy Matki Bożej Anielskiej w Laskach. Śp. Olga została pochowana w grobie rodzinnym w Izabelinie.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Henryk Beta
9.05 1945 - 23.08.2022

Drogi Heniu,

Żegnam Ciebie w imieniu Rady Nadzorczej, Zarządu oraz wszystkich koleżanek i kolegów ze Spółdzielni Nowa Praca Niewidomych i wszystkich uczestników warsztatów terapii zajęciowej przy Spółdzielni.

W Spółdzielni byłeś zatrudniony 52 lata. Przyszedłeś do pracy w 1963 roku i pracowałeś na różnych stanowiskach do 2015 roku.

Byłeś tapicerem, dziewiarzem, pracując podnosiłeś swoje kwalifikacje. Najpierw zrobiłeś maturę, następnie ukończyłeś dwuletnie studium pomaturalne. W roku 1988 objąłeś stanowisko kierownika transportu. W roku 1994 powstał w Spółdzielni pomysł stworzenia Warsztatów Terapii Zajęciowej dla niewidomych. Z uwagi na Twoje kwalifikacje, możliwości i zdolności organizacyjne zostałeś oddelegowany na organizatora i kierownika tych warsztatów. Na początku z pewną obawą, ale energicznie i całym sercem zabrałeś się za ich tworzenia. Było to jakby Twoje dziecko. Żyłeś tymi warsztatami i byłeś bardzo dobrym kierownikiem. Wiedziałeś dobrze, że kierownik i personel są dla uczestników, a nie odwrotnie. Byłeś osobą opiekuńczą, koleżeńską i opanowaną. Miałeś otwarte serce dla osób potrzebujących pomocy.

W roku 2010 osiągnąłeś wiek emerytalny i przestałeś pełnić funkcję kierownika warsztatów. Jako instruktor, pracowałeś do roku 2015.

Warsztaty istnieją już blisko 30 lat i wciąż bardzo dobrze funkcjonują.

Można powiedzieć, że całe Twoje aktywne życie było związane ze Spółdzielnią. Oprócz pracy zawodowej, pełniłeś tu funkcje społeczne, najpierw byłeś członkiem Rady Nadzorczej, a od 1992 roku do 1998 roku pełniłeś funkcję członka Zarządu.

Byłeś też przez wiele lat członkiem Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.

Kontakty i znajomości ze Spółdzielni przerodziły się w trwałe przyjaźnie, których podtrzymywaniu sprzyjały liczne koleżeńskie spotkania okolicznościowe oraz wspólnie spędzane wakacje w Sobieszewie, gdzie chętnie akompaniowałeś nam do śpiewu na akordeonie.

Pozostawiłeś pogrążonych w bólu dwóch synów z synowymi i dwóch wnuków oraz żonę Marysię, dla której byłeś bardzo troskliwym, oddanym i kochającym mężem.

Zarówno Twojej Rodzinie oraz kolegom i koleżankom będzie Ciebie bardzo brakowało, ale wierzymy, że tu nasze życie się nie kończy i że wszyscy się spotkamy. Spoczywaj w pokoju!

Kazimierz Lemańczyk

 

29 sierpnia 2022 r. po Mszy św. odprawionej w kościele św. Katarzyny na warszawskim Służewie miał miejsce pogrzeb na miejscowym cmentarzu.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Barbara Witkowska
1937-2022
Moja Mama

Najtrudniej zacząć pisanie, a już najtrudniej zacząć od początku. Erich Fromm w znanej książce „O sztuce miłości” użył bardzo pięknego porównania odnoszącego się do mleka i miodu. Według niego mleko symbolizuje to, czego człowiek potrzebuje od pierwszych dni istnienia na świecie, a miód to doznanie słodyczy życia, szczęście istnienia. Uważał on, że łatwo odróżnić ludzi, którzy otrzymali tylko mleko, od tych, którzy pili mleko z miodem.

W moim domu rodzinnym nigdy nie brakowało ani mleka, ani miodu, nawet bardzo długo myślałam, że wszyscy tak mają. Dopiero w dorosłym życiu zrozumiałam, jak ważne jest to połączenie, ale nie zawsze dla wszystkich oczywiste.

Przywołując wspomnienia, dotykam chwil, w których doświadczyłam piękna i miłości w moim domu rodzinnym. Zawsze prowadzi mnie to ku dziękczynieniu za moich Rodziców, Dziadków, Przyjaciół. Pomimo różnych trudności, które czasami niesie życie, czuję ciepło miejsca, które stało się podstawą wszelkich odniesień i działań.

 

Moja Mama jest sercem domu od zawsze. Gdzie tylko szła, na przykład do kuchni, to nasze życie przenosiło się do kuchni. Dbała o nas najczulej i organizowała życie ogniska domowego.

Mama swoim ogromnym sercem dostrzegała każdą biedę ludzką i zawsze myślała, jak temu zaradzić. Pamiętam, że kiedy po drugiej stronie ulicy pracowali zmarznięci robotnicy, to namówiła mnie, abym przez okno (II piętro) zapytała ich, czy przynieść gorącej herbaty, czy może kawy. Zapytałam i nie zapomnę ich spojrzenia, bo byli ogromnie zaskoczeni - patrzyli na nas jak na kosmitów.

Zawsze okazywała wdzięczność, gdy ktokolwiek świadczył nam jakiekolwiek dobro. Najpyszniejsze z Jej rąk wychodziło ciasto drożdżowe. Gdybym mogła przeliczyć ilość mąki, która w tej formie „wyszła” z naszego domu, pewnie musiałabym podjechać pod blok kilkoma tirami.

Moja Kochana Mama jest i zawsze była skromna, cicha, wrażliwa do bólu, ufna, ofiarna, mądra, pobożna, delikatna, a do tego wszystkiego PIĘKNA.

Jesteś kimś, kto nigdy mnie nie zawiódł.

Jesteś kimś, kto we mnie nie zwątpił.

Jesteś i kochasz mnie na wyrost

MOJA MAMUSIU NAJDROŻSZA!

Jesteś, a to dla mnie najważniejsze, od zawsze JESTEŚ moja, na zawsze moja.

Mój WIELKI SKARB: MAMA! s. Lidia Witkowska FSK

Fragmenty wspomnień z książki „Dotyk motyla”.

 

Pogrzeb śp. Barbary Witkowskiej odbył się dnia 19.09.2022 r. o godz. 13.00 w Kaplicy na Cmentarzu Komunalnym w Szczecinku.

Msza pogrzebowa odprawiona została dnia 19.09.2022 r. o godz. 11.00 w kościele pw. NNMP w Szczecinku, o czym zawiadamia: połączona w modlitwie rodzina

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

Gdybyś każdego dnia myślał o tym, że musisz opuścić ten świat, o ile byłbyś lepszym. Tylko miłość zwyciężą śmierć, wszystko inne jej jest poddane. Wybieraj więc teraz to, co chciałbyś wybrać w godzinie śmierci, i postępuj tak, jak gdyby to był ostatni dzień twego życia.

***

Ani twoja władza, ani pieniądze, ani znajomości nie staną wraz z tobą przed trybunałem Boga w twej obronie. Nikt nie będzie ci mógł pomóc. Ci, którzy dziś ci schlebiają, zamilkną przed sądem Boga. Pozostaniesz sam ze swoimi czynami i według nich będziesz sądzony, bez zwracania uwagi na jakiekolwiek osobiste względy (por. 1 P 1.17; Rz2,6).

 

NEKROLOGI

W niedzielę 24 lipca 1922 r. po tygodniowym pobycie w szpitalu w Krasnymstawie w wieku 99 lat zmarła Helena Bętkowska.

Do dnia wyjazdu do szpitala p. Hala była aktywna i świadoma, zawsze pogodna i otwarta. Codziennie uczestniczyła we Mszy św. i przystępowała do Komunii św. Pani Hala była jedyną osobą pamiętającą wrzesień 1939 roku i przyjazd do Żułowa w czasie ewakuacji z Lasek niewidomych z siostrami. Do Żułowa jako mieszkanka przyszła w 1989 r. i przez długie lata służyła jako organistka, tak, jak to czyniła przez całe życie. 27 lipca uroczystą Mszą św. pogrzebową pożegnaliśmy śp. Halę.

Na pogrzeb przyjechał z Warszawy p. Paweł Kurek z Radia Warszawa, który przed beatyfikacją Matki Elżbiety nagrywał w Żułowie wywiad z p. Halą. Nawiązała się między nimi bliska więź. Jak twierdził p. Paweł, nie mógł nie przyjechać na pogrzeb.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

28 lipca 2022 r. w Chorzowie zmarł Marian Placha - brat Józefa Plachy.

Pogrzeb miał miejsce 6 sierpnia br. w parafii św. Jadwigi w Chorzowie z udziałem licznie zgromadzonej Rodziny oraz Przyjaciół. Po Mszy świętej kondukt żałobny udał się na cmentarz parafialny przy ul. Wolności 51, gdzie Ciało Zmarłego zostało złożone do ziemnego grobu.

Podczas Mszy świętej jeden z Wnuków - Olaf Placha - odczytał krótką informację o Zmarłym, oraz - w Jego imieniu - podziękowania najbliższym z Rodziny oraz osobom zaprzyjaźnionym.

Śp. Marian przeżył ponad 73 lata w otoczeniu bliskich, w rodzinie pełnej miłości, życzliwości i poświęcenia.

Był mężem, ojcem, dziadkiem i pradziadkiem. Wychował dwoje dzieci; doczekał się czworo wnucząt i dwojga prawnucząt.

Przez wiele lat z powodzeniem łączył pracę zawodową z pomocą przy wnukach. Będąc już na emeryturze, z poświęceniem pomagał przy ich wychowywaniu, darząc ich miłością, swoim czasem i różnymi, ciekawymi pomysłami.

 

Ostatnie lata były dla Niego szczególnie trudne: pandemia i pogarszający się stan zdrowia; jedno i drugie najpierw utrudniło, a potem wręcz uniemożliwiło pełne uczestnictwo w życiu rodzinnym, zwłaszcza w zakresie fizycznego poruszania się. Mimo wszystko pokładał ufność w Panu Bogu.

W pożegnalnej części odczytanego tekstu, w usta wspomnianego wnuka Olafa, zostały włożone słowa Zmarłego Mariana, proszącego o pamięć i modlitwę.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

30 lipca 2022 r. w wieku 60 lat w Szpitalu Bielańskim zmarł Sławomir Sądej, wieloletni kierowca w Dziale Transportu w Laskach. Pan Sławek był zawsze uśmiechnięty, życzliwy i pozytywnie nastawiony do wszelkich wyzwań. Przez prawie 30 lat towarzyszył s. Pauli w warszawskich wyjazdach.

Pozostanie w naszych sercach jako prawdziwy Przyjaciel ludzi. Dziś z wdzięcznością myślimy o wszelkim dobru, jakiego od niego doświadczyliśmy i modlimy się o niebo dla niego oraz pociechę dla najbliższych.

Pogrzeb miał miejsce w piątek 5 sierpnia po Mszy św. w kościele pod wezwaniem Marii Magdaleny na Wawrzyszewie o godz. 13:00. Niech śp. Sławomir odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

INNE WYDARZENIA

Czerwiec

Żułów

09.06. Na zaproszenie p. Joanny Mazurek, w Radio Zamość w godzinach przedpołudniowych emitowana była na żywo audycja o śp. s. Janie Brudzińskiej. Tato p. Joanny był uczniem s. Jany i zachował do dziś liściki pisane przez Siostrę do wszystkich swoich uczniów z okazji świąt. W audycji wziął udział ks. kapelan Antoni Tronina i s. Benedykta. Radiosłuchacze żywo włączyli się we wspomnienia o śp. s. Janie ubogacając je cennymi szczegółami.

Niedaleko Żułowa, w drodze na Marcinówkę, jest miejsce z ustawionym metalowym krzyżem upamiętniającym działalność AK i BCH, a przy nim tabliczka wspominająca s. Janę, która dojeżdżała tam na lekcje religii.

 

12.06. W kościele Trójcy Świętej w Krasnymstawie odbył się kolejny wieczorny koncert w ramach projektu „Dwie religie, trzy wyznania - kulturaróżne brzmienia muzyczne” realizowanego przez Stowarzyszenie „Gloria Vitae”. Tym razem wystąpił dwunastoosobowy Męski Zespół Wokalny Kairos, który wykonał pieśni prawosławne. We Mszy św. i w koncercie uczestniczyła grupa naszych niewidomych pań z s. Lilianą i s. Benedyktą.

 

29.06. Tego dnia, na spotkaniu w świetlicy z p. prof. Andrzejem Sękowskim, wspominaliśmy śp. Modesta Sękowskiego z okazji 50. rocznicy jego śmierci. Pan Andrzej opowiadał o swoich dziecięcych latach, gdy z rodzicami przyjeżdżali całą rodziną do Żułowa. Wszyscy z wielką wdzięcznością wspominali śp. Modesta, bardzo życzliwego dla Żułowa i wrażliwego na sprawy niewidomych. Jako prezes Spółdzielni w Lublinie wybudował w Żułowie warsztaty i dał naszym niewidomym możliwość zatrudnienia.

 

Rabka

8.06. W rabczańskim amfiteatrze miało miejsce wydarzenie pt. „Bez wzroku - bez barier”. Spotkanie było zorganizowane dla uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych z gminy Rabka-Zdrój. Jego celem było zwrócenie uwagi na lokalne środowisko osób niewidomych oraz ich potrzeby. Przybliżona została również osoba błogosławionej Matki Elżbiety Róży Czackiej - założycielki Dzieła Lasek, autorki polskiej wersji alfabetu Braille'a. W czasie spotkania żywym świadectwem przełamywania barier w poruszaniu się i komunikacji były absolwentki Lasek aktualnie pracujące w naszym Ośrodku, które zaprezentowały czytanie i pisanie tekstu pismem punktowym. Przedstawiliśmy również techniki poruszania się osób niewidomych z długą białą laską i z widzącym przewodnikiem. Kolejna część spotkania miała charakter warsztatowy. Uczniowie mogli doświadczyć przejścia z białą laską z zasłoniętymi oczami. Mogli zobaczyć, jak pisze się tekst alfabetem Braille'a na maszynie i jak wyglądają książki brajlowskie. Podsumowaniem wydarzenia był krótki, animowany film pt. „N jak niewidomy”, pokazujący, jak w przestrzeni publicznej prawidłowo pomagać osobom z dysfunkcją wzroku. Zaprezentowany też został teledysk z pieśnią pt. „O nasza Matko Elżbieto Różo Czacka”.

 

9.06.

Odbyło się „Spotkanie Bajkowe” z uczniami Szkolnego Wolontariatu Młodzieżowego z Liceum Ogólnokształcącego im. Seweryna Goszczyńskiego z Nowego Targu. Czytali oni znane i nieznane bajki oraz legendy, przeplatane dziecięcymi piosenkami i quizem. To wydarzenie było uwieńczeniem naszych spotkań czytelniczych w Ośrodku pod hasłem: ,,Cała Polska czyta dzieciom”.

 

21.06. Odwiedziła nas młodzież z programu ,,Erazmus plus” pochodząca z Polski, Łotwy i Węgier w ramach Współpracy Europejskiej „Młodzi Europejczycy". W czasie spotkania prowadzący opowiedzieli o kulturze romskiej, a romska młodzież - pochodząca z Węgier - przedstawiła obrazy o tematyce przyjaźni między narodami. Wspólnie z wielonarodową młodzieżą, zatańczyliśmy taniec łotewski i polski, a także słuchaliśmy piosenek w tych językach.

 

Sobieszewo

21.06. s. Olga objęła funkcję Przełożonej Domu. Następnego dnia rano w intencji Siostry odprawiona została Msza św., a przed obiadem przedszkolaki powitały s. Olgę pięknym kwiatkiem i piosenką - ułożoną specjalnie przez p. Elżbietę Przedmojską.

 

23.06. To dzień rozdania dyplomów przedszkolakom i pożegnania dzieci z grupy 7. W tym roku odchodzą one z przedszkola do szkoły. Wzajemnie dziękowaliśmy sobie za wspólny, bardzo owocny czas.

W tym roku szkolnym w przedszkolu było 25 dzieci w czterech grupach: Gwiazdeczki, Słoneczka, Promyczki i Iskierki. Wczesne Wspomaganie Rozwoju Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w tym roku objęło zajęciami rehabilitacyjnymi 93 dzieci.

 

Laski - Warszawa

26.06. Modlitwą przy grobie Ojca Tadeusza Fedorowicza rozpoczęły się obchody 20. rocznicy Jego odejścia do Domu Ojca. Wszyscy, dla których osoba Ojca Tadeusza była i jest ważna, zgromadzili się w Kaplicy Matki Bożej Anielskiej na Eucharystii o godz. 11:00. Mszy św. przewodniczył ks. Marek Gątarz, a homilię wygłosił ks. Kazimierz Olszewski, który przez ponad 30 lat współpracował z Ojcem Tadeuszem. Po Mszy św. miało miejsce okolicznościowe spotkanie w namiocie przy archiwum, gdzie zgromadzeni obejrzeli film „Wędrówka”. Po filmie uczestnicy przeszli na agapę do Domu Rekolekcyjnego; był czas na wspomnienia, opowieści i świadectwa o spotkaniach z Ojcem Tadeuszem...

 

27.06 - U księży Werbistów w Laskowicach Pomorskich od9.07 bywał się coroczny turnus zorganizowany przez Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych i Niedowidzących. Opiekę duchową sprawowali: ks. Andrzej Gałka, ks. Jan Szubka (przez kilka dni) oraz ks. Piotr Buczkowski. Organizacją całego pobytu zajęły się: s. Radosława, s. Daria, s. Emmanuela i s. Aleksandra. Uczestniczyło 70 osób.

 

Lipiec

Warszawa - Laski

3.07. Podczas obiadu siostry ze wspólnoty Klasztoru Matki Bożej Pocieszenia złożyły życzenia imieninowe oraz podziękowania ks. Tomaszowi Łukasiukowi, który po ośmiu latach posługi w kościele św. Marcina przechodzi do swojej diecezji, aby pracować jako wikary w parafii bł. Stefana Wyszyńskiego w Olsztynie.

 

10.07. W Laskach zakończył się turnus rehabilitacyjny dla 23 dzieci z rodzicami. Wszyscy byli zadowoleni i trochę zmęczeni aktywnym i twórczym czasem. W pracy z dziećmi i rodzicami czynnie uczestniczyły s. Julitta, s. Marietta i s. Alicja. Po turnusie nastąpiło sprzątanie i przygotowanie całego internatu do przyjęcia Forum Młodych - grupy Emmanuel.

 

18-22.07. s. Agata, s. M. Magdalena, s. Margerita oraz niewidoma absolwentka Lasek Hanna Pasterny wzięły udział w Spotkaniu Młodych na Górze św. Anny pod hasłem: „Przejrzyj!” Grupa około 320 młodych dziewcząt i chłopców uczestniczyła w codziennej modlitwie brewiarzowej, konferencjach, popołudniowych spotkaniach z zaproszonymi gośćmi: Małymi Siostrami Jezusa, Siostrami FSK, panem Grzegorzem Czerwickim autorem książki „Nie jesteś skazany”. Teatr Arka zaprezentował spektakl "Momo", gdzie występują aktorzy z niepełnosprawnością intelektualną. Oprawę muzyczną przygotowały zespoły GGDuo i NSA. Ojcowie Franciszkanie z pasją, z humorem i niezwykłą energią poprowadzili całość.

 

24.07. W Laskach po południu rozpoczęła się rejestracja uczestników Forum Młodych. Młodzi ludzie z całej Polski zostali zakwaterowani w internatach Ośrodka, korzystali też z innych pomieszczeń Ośrodka. Przy parkingu ogromny namiot służył uczestnikom spotkania jako kaplica, gdzie spotykali się oni codziennie o 12:00 na Eucharystii. Za Domem Przyjaciół był namiot z wystawionym Najświętszym Sakramentem.

Grupa osób odpowiedzialnych za Forum oraz wolontariuszy przebywała w Laskach już od 21 lipca, aby przygotować teren na przyjęcie uczestników, których w pierwszej wersji miało być 300, a ostatecznie było ich ok. 150. Wśród organizatorów był ks. Wojciech Janyga.

 

Rabka

12- 16.07. Rekolekcje Apostolstwa Chorych dla czterdziestoosobowej grupy. Prowadził ks. Wojciech Bartoszek - Krajowy Duszpasterz Apostolstwa Chorych. W programie była codzienna Eucharystia, konferencje, adoracja Najświętszego Sakramentu, a także wieczór poświęcony Matce Czackiej i służbie osobom niewidomym.

 

13- 16.07. W Rabce-Zdroju trwał Dziewiąty Międzynarodowy Festiwal Literatury Dziecięcej - „Rabka Festiwal 2022”, na który składało się wiele wydarzeń w różnych punktach miasta. W edycję tegorocznego Festiwalu było zaangażowanych 51 twórców. Wśród nich znalazły się dwie osoby z kadry pedagogicznej naszego Ośrodka, które prowadziły warsztaty w Amfiteatrze; Pani Barbara Pełech - nauczycielka orientacji przestrzennej poprowadziła warsztaty integracyjne „Czytanie palcami, czyli co mówią nam książki dotykowe”. Pani Roksana Hajduk - nauczycielka zajęć muzycznych, osoba z dysfunkcją wzroku, we współpracy z Piotrem Koleckim - rabczańskim artystą - poprowadziła warsztaty muzyczne „Muzyczne wiersze pod palcami”.

 

18-26.07. Swoje rekolekcje: „Spotkania Małżeńskie” przeżywali małżonkowie wraz z dziećmi - grupa liczyła 93 osoby. Rekolektantom towarzyszyli dwaj kapłani: ks. Józef Gut i ks. Krzysztof Sontag. W ramach programu formacyjnego małżonkowie mieli spotkania w dwóch grupach tematycznych, a dzieci były w tym czasie pod opieką animatorek i również miały swój program tematyczno-zabawowy w odpowiednich grupach wiekowych. Rekolekcje zakończyły się odnowieniem przyrzeczeń małżeńskich i „weselną agapą”.

 

28.07.-10.08 Gościła grupa osób z niepełnosprawnością intelektualną wraz z asystentami ze Wspólnoty „Arka” ze Śledziejowic koło Krakowa.

 

Sobieszewo

6-8.07. Gościliśmy w naszym Ośrodku grupę 52 osób z ks. Wiesławem Nowakiem. Grupa pielgrzymowała z Krakowa śladami nowych błogosławionych: Kard. Stefana Wyszyńskiego i Matki Elżbiety.

 

9-17.07 Następnego dnia na swoje rekolekcje połączone z odpoczynkiem, przyjechała największa grupa tych wakacji - 105 osób - rodziny z Fundacji Spotkania Małżeńskie z trzema kapłanami z Jaworzna.

 

18-25.07 W sobieszewskim Ośrodku przebywała grupa ponad

50 osób z Zabrza. Korzystając ze sprzyjającej pogody, wraz z ks. Grzegorzem Rajsem uczestnicy zwiedzaliGdańsk i okolice.

 

26-31.07 Rekolekcje połączone z odpoczynkiem przeżywała

Wspólnota Rodzin św. Maksymiliana z rodzinnej parafii s. Agnieszki z Gdyni. Grupie towarzyszyło dwóch kapłanów: o. Stanisław Kreft OFMConv. i o. Robert

Leżohupski OFMConv.

W lipcu, poza wymienionymi grupami, odpoczywali w Ośrodku goście indywidualni: pracownicy z Lasek, niewidomi, siostry, a także przez ponad 10 dni był u nas znany Siostrom ks. Waldemar Kluz.

 

Sierpień

3.08. Wśród tegorocznych laureatów „Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy”, przyznawanej co roku przez Radę Miasta, znalazł się ks. Jan Szubka. Radni Stolicy docenili Księdza Proboszcza i Parafię Maryi Wspomożycielki za zaangażowanie w troskę o pomoc dla biednych i potrzebujących, a zwłaszcza za wspaniale zorganizowaną i skuteczną akcję pomocy uchodźcom z Ukrainy.

Wielokrotnie mogliśmy doświadczyć życzliwości i pomocy ks. Jana, szczególnie jeśli chodzi o naszych wychowanków z Ośrodków misyjnych w Rwandzie i Indiach podczas organizowanych kwest. W ostatnim roku doświadczyłyśmy hojnej i szybkiej pomocy od ks. Proboszcza i całej Parafii MB Wspomożycielki

Wiernych dla Gości z Ukrainy, którzy przebywali w Laskach, Rabce i Sobieszewie.

 

06.08. Po dwóch latach przerwy spowodowanej pandemią wyruszyła na pielgrzymi szlak laskowska grupa osób z dysfunkcją wzroku wraz z przewodnikami oraz s.

Zdzisławą i s. Martyną, aby wraz z 42. WAPM dotrzeć na Jasną Górę. W naszej grupie pielgrzymował też kleryk Mateusz - absolwent Ośrodka w Laskach, a teraz kleryk IV roku warszawskiego seminarium. W sumie

10 osób i p. Jarek Sikorski jako kierowca i pomocnik.

Równolegle do WAPM wyruszyła XXXI Piesza Pielgrzymka Niepełnosprawnych, w której wzięła udział s. Radosława. Jednak bolesne urazy stóp skutecznie uniemożliwiły dalszą drogę i Siostra zmuszona była wrócić do domu już po dwóch dniach.

 

15.08. O godz. 14:00 w kaplicy MB Anielskiej odbył się ślub wieloletniej pracownicy Internatu Dziewcząt i św. Maksymiliana p. Alicji Nienałtowskiej. Głównym celebransem był ks. Piotr - salezjanin, i przyjaciela p. Ali jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Po uroczystościach ślubnych goście zostali zaproszeni na uroczysty obiad do restauracji „Gościniec pod Łosiem”. Nowożeńcom - Alicji i Mirkowi życzymy wielu łask i błogosławieństwa.

 

16.08. Kolacją rozpoczęły się rekolekcje, prowadzone w duchu ignacjańskim przez ks. Andrzeja Gałkę, dla dziewięciu rodzin z dziećmi ze wspólnoty kościoła św. Marcina. Dorosłych osób było 18, a dzieci 21. Czas wspólnej modlitwy i odpoczynku zakończył się 21 sierpnia.

 

19.08-21.08. W Domu Rekolekcyjnym gościł - i pozostawał pod opieką s. Fides - o. Michel Morrissey, oblat z Irlandii. Ojciec jest misjonarzem, pracuje w RPA od 53 lat Pomagał Siostrom w Siloe jako spowiednik i rekolekcjonista. Ojciec nawiedził Szlak Orlich Gniazd, Jasną Górę, obóz zagłady w Aschwitz, Zakopane, Rabkę, Laski i klasztor przy ul. Piwnej w Warszawie. Zwiedził też Kraków z malowniczą dzielnicą Kazimierz.

 

20.08. Podczas Mszy św. o godz. 17:30 w kaplicy MB Anielskiej w Laskach obchodzony był piękny Jubileusz 50-lecia małżeństwa Małgorzaty i Józefa Plachów. Drodzy Złoci Jubilaci odnowili swoją przysięgę małżeńską w obecności licznie zgromadzonych w kaplicy krewnych, sióstr i przyjaciół. Dziękując Bogu za dar ich życia i powołania do służby w Dziele Lasek, prosiliśmy Boga o wszelkie potrzebne łaski i błogosławieństwo na każdy dzień!

 

21.08. Podczas Mszy św. o godz. 11:00 w laskowskiej wspólnocie dziękowaliśmy ks. Tomaszowi Bekowi za osiem lat głoszenia Ewangelii w kaplicy MB Anielskiej oraz Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Laskach. Dziękowaliśmy drogiemu ks. Tomkowi za wspólny czas, za dzielenie się swoją wiarą, za każde dobre słowo, za dyspozycyjność, za franciszkańską radość i prostotę. Dziękowaliśmy za posługę sakramentalną. W naszej pamięci pozostaje Ksiądz jako Pasterz znający zapach swych owiec, dyskretny i pełen empatii. Zapewniamy o naszej wdzięcznej pamięci w modlitwie i mówimy: - Do zobaczenia! A na nowe zadania i obowiązki życzymy światła i mocy Ducha Świętego! Niech bł. Matka Czacka wyprasza każdego dnia potrzebne łaski. Szczęść Boże! Ksiądz Tomasz od 26 sierpnia rozpoczął posługę w parafii św. Augustyna w Warszawie. Społeczność Lasek powitała ks. kanonika Jacka

Mroczkowskiego, dotychczasowego wikariusza parafii Świętego Stanisława Biskupa w Warszawie. Ks. Jacek mianowany został duszpasterzem młodzieży w kościele rektorskim Matki Bożej Anielskiej w Laskach i skierowany do posługi duszpasterskiej w naszym Ośrodku.

W kościele św. Marcina posługę podjął ks. Jan Wojciechowski, dotychczasowy wikariusz parafii Świętego Jana Chrzciciela w Warszawie i duszpasterz akademicki w rektoracie kościoła Świętej Anny w Warszawie. Ks. Jan został mianowany rezydentem tejże parafii, z zamieszkaniem w rektoracie kościoła św. Marcina i skierowany do posługi w Krajowym Duszpasterstwie Niewidomych.

Życzymy Drogim Kapłanom wszelkiego dobra i błogosławieństwa i zapewniamy o naszych modlitwach. W nowych zadaniach niech Duch Święty ich prowadzi, a bł. Matka Elżbieta wyprasza potrzebne łaski. Przez Krzyż do Nieba!

 

Rabka

5-13.08. W tych dniach odbyły się rekolekcje połączone z wypoczynkiem dla Rodzin: „Salezjańskie Wczoraj, Dziś, Jutro - na drodze z rodzinami”. Grupa liczyła ponad 85 osób: rodziny z dziećmi zaprzyjaźnione z siostrami salezjankami. Przewodnictwo duchowe sprawował ks. Paweł Tarasiewicz. W programie rekolekcji była codziennie Msza Święta, modlitwa Słowem Bożym - Lectio Divina, Adoracja Najświętszego Sakramentu, konferencje duchowe, pogodne wieczory i oczywiście wspólny czas na odpoczynek z rodziną.

 

27-31.08. Gościliśmy grupę 37 osób ze Stowarzyszenia Rodzin Niewidomych z Grodziska Mazowieckiego.

 

28.08. O godz. 16:00 na deptaku przy ulicy Orkana rozpoczął się „Spacer Pamięci” w kierunku Cmentarza Żydowskiego, z miejscem zatrzymania się przy Szkole św. Tereski. Organizatorem był „Zespół Historia Rabki”, który przybliża historię zagłady Żydów, a ideą przewodnią spaceru było uczczenie pamięci mieszkańców Rabki zamordowanych w czasie II Wojny Światowej.

 

29-30.08 Sesję Pedagogiczną dla pracowników Ośrodka rozpoczęła sprawowana przez ks. Andrzeja Gałkę Msza św., po której Ksiądz wygłosił wykład pt. „Naśladowanie Jezusa Chrystusa w życiu i nauczaniu błogosławionego Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego”. Następnego dnia odbyło się szkolenie prowadzone przez mgr Katarzynę Smakosz pt. „Współpraca nauczyciela z rodzicami dziecka o specjalnych potrzebach - wspólne ścieżki, jak je odnaleźć?

 

Sobieszewo

Sierpień w Sobieszewie to czas dla gości indywidualnych, przede wszystkim naszych niewidomych, głównie ze Spółdzielni „Nowa Praca Niewidomych” oraz sióstr. Goście bardzo licznie uczestniczyli w codziennej Mszy św., które odprawiali zaprzyjaźnieni z nami kapłani: o. Stanisław Mikołajczuk OFMConv. (znajomy s. Agnieszki), o. Marek Nowak OP (który w ubiegłych latach przyjeżdżał na zastępstwa za o. Eugeniusza), ks. Marek Owsiak (brat s. Olgi) i w ostatnim tygodniu - ks. Andrzej Filaber i na kilka dni: ks. Tomasz Bek i ks. Piotr Jaworski. Kapłani służyli nie tylko codzienną Mszą św., ale też - w miarę możliwości - modlili się z nami w czasie wieczornej Adoracji i Nieszporów. Kapłani służyli także rozmową i sakramentem pokuty.

Dla naszych gości w sierpniu swoje podwoje otworzyła ośrodkowa Kawiarenka, gdzie było można wypić dobrą kawę - z ekspresu lub mrożoną - zjeść domowego gofra, a także lody i inne smakołyki. Z inicjatywy p. Kazimierza Lemańczyka w czasie inauguracji Kawiarenki odbyło się spotkanie z o. Stanisławem OFMConv, który opowiadał o swojej ponad 30-letniej pracy na misjach w Brazylii.

Natomiast ks. Marek podczas jednej z homilii podzielił się radością z przygotowań obchodów 150-lecia objawień cudownego medalika poprzez dziewięcioletnią nowennę. Przybliżył postać św. Katarzyny Laboure i przesłanie cudownego medalika. Przywiózł ze sobą medaliki, które poświęcił i uroczyście rozdał obecnym w kaplicy.

Pan Bolesław Jońca i p. Kazimierz Lemańczyk w imieniu grupy niewidomych i ich rodzin odpoczywających w Sobieszewie zaprosili ks. Marka na spotkanie, aby podzielił się swoimi doświadczeniami z misji. Do obydwu interesujących spotkań ich uczestnicy nawiązywali do końca swojego pobytu, wspominając też śp. Ojca Eugeniusza - otwartego, towarzyszącego niewidomym i innym odpoczywającym w Sobieszewie przez wiele lat.

 

31.08. W sobieszewskim przedszkolu odbyło się spotkanie informacyjne z rodzicami nowych przedszkolaków i szkolenie pod tytułem „Adaptacja do przedszkola”. W nadchodzącym roku szkolnym będzie 23 dzieci w trzech grupach. Wczesnym wspomaganiem rozwoju dzieci niewidomych i słabowidzacych terapią będzie objętych 87 dzieci z Trójmiasta i okolic.

 

SESJA SIERPNIOWA DLA PRACOWNIKÓW
DZIEŁA LASEK

miejsce spotkań: Dom Przyjaciół Niewidomych w Laskach

29-30 sierpnia 2022r.

 

29 sierpnia

 

30 sierpnia

 

INNE WYDARZENIA przygotowała Anna Pawełczak-Gedyk na podstawie „Karty z życia Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża” redagowanej przez siostrę Leonę Czech FSK, informacji placówek TOnO z Rabki, Sobieszewa i Żułowa oraz strony internetowej Lasek redagowanej przez Kamila Szumotalskiego.

⤌ powrót do spisu treści

⤌ powrót na początek spisu treści

 

Warunki prenumeraty czasopisma „Laski” na cały rok

Prosimy o przekazanie na adres:
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach,
Laski, ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin

– kwotę 50 zł (pięćdziesięciu złotych) z koniecznym zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”

lub na konto:
PKO BP S.A. II O/Warszawa
Nr 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
również z zaznaczeniem: na czasopismo „Laski”
(w miejscu: rodzaj zobowiązania – na odcinku przeznaczonym dla posiadacza rachunku)

Redakcja

⤌ powrót na początek spisu treści