Widzieć więcej

Pani Hania Smoleń lubi chodzić po dzieci do szkoły, może popatrzeć, jak się ubierają. Diagnozy, z którymi przychodzą do Lasek mają dla terapeutów wzroku wielkie znaczenie, ale kłopot w tym, że czasem są jak wąskie pole widzenia – widać, tylko mało. To też dzieciom trzeba się przyglądać, nieustannie.

Mały chłopiec, niedawno przyszedł do Lasek. Teraz stoi na środku szatani i wyciąga ręce – ubierajcie mnie! – To są nawyki z miasta, z domu – mówi pani Hania – rodzice w nieustannej pogoni, natychmiast włożą kurtkę, byle do przodu. To błąd, ale trudno o takie korekty w szkolnej szatni, tysiące spieszących się matek i ojców robi podobnie.
Pani Hania kładzie ogromny nacisk na ubieranie się, dlatego chłopak sam musi odnaleźć swoją kurtkę, a także drogę do pracowni rehabilitacji wzroku. – Kiedy idziemy, podpowiadam mu, na co powinien zwrócić uwagę, pytam, gdzie są drzewa, domy, z jakiej odległości je widzi, wszystko w tej rozmowie jest ważne. Pracownia ma nauczyć dziecko korzystać z tego, co do niego dociera. Nie zajmujemy się poprawianiem oczu w sensie medycznym, to nie nasza rola.


Celna decyzja

Czynników, od których zależy powodzenie terapii jest wiele. Silna motywacja czyni cuda nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Pani Hania pamięta chłopca, który cierpiał na porażenie mózgowe. Zakomunikowano mu, że prawdopodobnie nie będzie widział. Nie miał czucia w palcach, więc nie mógł posługiwać się brajlem, nieustanny katar uniemożliwiał czytanie wargami.
– Co robić? – zastanawiali terapeuci i nauczycie – groziło, że chłopak zostanie bez żadnej techniki pisania i czytania. Zdrowy rozsądek podpowiadał – uczyć czarnego druku. W ciągu miesiąca nie opanował wiele, może osiem liter, ale kiedy dowiedział się, że czarny druk to dla niego jedyna droga do nauki, błyskawicznie wkuł cały alfabet. Od tej chwili stał się niesamowicie aktywny, miał dobre wyniki w szkole, silną pozycję w grupie, kwitł. Wcześniej, w swojej rodzinnej miejscowości, był uczniem przeciętnym, w gimnazjum sobie nie radził, w końcu został objęty indywidualnym trybem nauczania.

Minęło wiele lat, a chłopak nadal funkcjonuje wzrokowo, pracuje. Nim odszedł z Lasek lekarze stwierdzili, że uszkodzenie nerwu jest znaczne, ale stabilne. Dzięki ćwiczeniom uaktywnił się pewien obszar fiksacji na siatkówce, mógł używać wzroku w szerokim zakresie.

– Diagnoza okulistyczna przesądza o rzeczach najbardziej elementarnych – zauważa pani Hania – czy dziecko widzi, czy nie widzi, ale o sposobie funkcjonowania wzroku mówi niewiele.

Obraz czy plama

Pani Hania mocno zapamiętała powiedzenie jednej z dziewcząt, która przychodziła do pracowni kilka lat: – Ja patrzę mózgiem. Pani to wie, mój wzrok nie uległ poprawie, ale coś rozpoznaję, mimo, że nie jest wyraźne, często tego nie widzę….
– W tym powiedzeniu kryje się istota terapii – mówi pani Hania – widzieć mózgiem, znaczy wykorzystać każdą właściwość docierającego obrazu, punkty, linie, cienie, do przekształcenia w użyteczną informację. Możemy uczyć dzieci wielu technik poprawienia jakości widzenia, ale naprawdę terapia spełnia swoją rolę wtedy, gdy zaszczepimy dziecku chęć samodzielnego interpretowania obrazu. Niestety zależy to w dużej mierze od inteligencji i aktywności dziecka, jego zainteresowania otoczeniem.

Istnieją specjalne symulatory pokazujące, co widzą osoby z uszkodzonym wzrokiem. – Można zobaczyć, jaki obraz miała przed oczyma nasza pacjentka. Dla nas byłby on bardzo niewyraźny, dziewczyna potrafiła jednak dostrzec w nim prześwity, wyodrębnić kształty liter, i w ten sposób czytać.

Kiedyś pani Hania wpadła na pomysł, że aparatem cyfrowym można robić zdjęcia rozkładów jazdy na przystankach i powiększać je na ekranie. Eureka! – to było o wiele lepsze niż wypatrywanie cyferek przez monocular. Okazało się, że jej uczennica od dawna stosuje tę metodę.
 

Przypadek Marka

Są takie chwile, kiedy pani Hania ma ochotę wejść w skórę swoich uczniów. Jak oni widzą? – zastanawia się nieustająco. Niektóre dzieci pragną lepiej wypaść wobec rodziców, nauczycieli, kolegów. Wtedy zdarza się, że widzą, chociaż nie widzą. Wizualizacja jest naturalnym zjawiskiem, koniecznym do normalnego funkcjonowania, ale bywa też straszna, oszukuje.
– Musimy weryfikować, co dzieci nam komunikują – mówi pani Hania – tylko to nie jest łatwe. Nie można powiedzieć bez ogródek – ty nie widzisz! – bo w każdym przypadku rola i charakter wizualizacji może być inna.

Kiedyś pani Hania przeczytała biografię niewidomego informatyka, Marka Kalbarczyka, który w czasach szkolnych doznał silnego wylewu do oka. Był przekonany, że stracił wzrok, ale po miesiącu uznał, że jednak nie, dalej grał w piłkę, funkcjonował. Któregoś dnia opowiadał koledze, jak jest ubrany. Ten zaprzeczył, zmienił właśnie ciuchy, bo padał deszcz. Wtedy Marek poprosił przyjaciela o prosty eksperyment – zatka uszy, a on będzie zapalał i gasił światło. Okazało się, że już nie miał poczucia światła, wszystko, czego doświadczał w ostatnich dniach było wizualizacją.
– Ludzka świadomość jest w stanie wygenerować niezwykle realistyczne obrazy – dodaje pani Hania – a silny lęk o stan wzroku wzmaga to zjawisko.

Powracające pytanie

Terapeuta jednak nie zazna spokoju, dopóki nie będzie pewny, jak pacjent widzi… Czasem walka "o prawdę" może mieć trudny przebieg.
Na konsultacje do szkoły przychodzi dziewczyna, która ma zaburzenia widzenia, prawdopodobnie na tle toksoplazmozy. Zakażenie tym pierwotniakiem nierzadko prowadzi do uszkodzenia centralnego układu nerwowego. Uczennica skończyła siódmą klasę z czerwonym paskiem, ale już w ósmej przestała rozpoznawać litery, cyfry, twarze ludzi. Intuicja i wiedza z zakresu psychologii klinicznej mówi pani Hani, że pacjentka jednak widzi, tylko specyficznie. Kiedy terapeuta rozsypuje na macie drobne przedmioty, dziewczyna bez trudu potrafi je pozbierać, ale nie umie trafić nimi do pojemnika, kładzie obok. Wtedy pani Hania prosi – napisz na tablicy "czapka" i przeczytaj. - Przecież wiem, co piszę - odpowiada uczennica. Teraz dla odmiany pani Hania kreśli słowo "czapka" i ponownie prosi o przeczytanie. Dziewczyna mówi: – Nie wiem, co pani napisała.
– To przypomina sytuację człowieka z uszkodzonym słuchem – mówi pani Hania – słyszy dźwięki, ale nie może ich zrozumieć. Dziewczyna widzi, ale nie potrafi posłużyć się obrazem, nie rozpoznaje liter. Wszystkie umiejętności, dzięki którym funkcjonuje w szkole pochodzą sprzed choroby. Musimy to dostrzec we właściwym momencie, inaczej terapia może zabrnąć w ślepą uliczkę.
 

Bezcenne bazgroły

Praca z każdym dzieckiem ma charakter ściśle indywidualny. Jeśli w pracowni pojawi się dwoje maluchów z tym samym schorzeniem, o takim samym stopniu niewidzenia, dla terapeuty będą to zawsze dwa, różne przypadki.

Kiedyś do pracowni trafiła dziewczynka, która świetnie malowała. I był chłopiec z identyczną wadą wzroku, bardzo zdolny, ale kreski nie potrafił zrobić. Mama dziewczynki od małego dawała jej kartony, dobre kredki, grube mazaki. W ten sposób nauczyła ją malować, rysować, nauka pisania poszła jak po maśle. A zdolny chłopiec nawet nie wiedział, jak trzymać ołówek. Coś mazał farbami w przedszkolu, ale nikogo to nie zajmowało.
– Te wczesne bazgroły są ważne – zwraca uwagę pani Hania. – Kiedy dziecko nie ma tego przejściowego gryzmolenia, smarowania ołówkiem, bo czasem rodzice nie doceniają takich zajęć, albo diagnoza jest zbyt pesymistyczna, wtedy powstają luki, trudne do nadrobienia.

Z folią na oczach

Odpowiedź na pytanie: "co on widzi" zmusza terapeutę do eksperymentów, również na sobie. Pani Hania zaczyna od pokazania pacjentom całej kolekcji przedmiotów, zabawek, literek. Muszą powiedzieć, z jakiej odległości je widzą. Później przykłada do oczu najróżniejsze folie, filtry, zasłony i takim "zepsutym" wzrokiem przygląda się rzeczom, które przed chwilą pokazywała. I zastanawia się, czego naprawdę może od nich wymagać.

Rehabilitant musi być czujny, aby nie przeholować. Entuzjazm do pracy jest ważny, ale przy bardzo niskiej ostrości wzroku pewnych problemów nie da się przeskoczyć. Każda placówka musi sama określić granicę, kiedy terapia traci sens.
– W naszej pracowni podejmujemy się rehabilitacji wzroku u takich dzieci, które w innych krajach uważane byłyby za niewidome. Zawsze jest jakaś szansa lepszego widzenia, jeśli tylko dziecko dostrzega cokolwiek więcej niż światło.
 

Wczesny start

Pani Hania pyta dwunastolatka, który pojawia się w drzwiach pracowni: –Powiedz mi gdzie jest szafa? Chłopiec wchodzi i błyskawicznie ją odnajduje.
Wie, gdzie są okna, tablica, biurko, pamięta rozmiary pokoju, to operacja wnioskowania doprowadza go szybko na miejsce. Kiedyś do pracowni przyszedł chłopiec, który dobrze widział kolory, świetnie radził sobie na drodze. Mógł w krótkim czasie osiągnąć wysoki stopień sprawności, znakomicie funkcjonować. Ale wszystko szło jak po grudzie, trzeba było wciąż zmuszać go do pracy. Po dłuższym kontakcie stało się jasne, że chłopiec nie chce, nie potrafi funkcjonować z pomocą wzroku, opiera się na słuchu i dotyku. Pani Hania zadaje sobie pytanie: Czy dokonał takiego wyboru na skutek doświadczeń z dzieciństwa, zbyt wcześnie uznany za dziecko całkowicie niewidome? Nie można tego wykluczyć.

– Cieszy mnie – mówi pani Hania – że świadomość rodziców jest zupełnie inna niż kiedyś, trzydzieści lat temu. Kiedy dziś rodzi się niewidome dziecko, natychmiast poddawane jest rehabilitacji. Rodzice już wiedzą, niestety nie wszyscy, że najbardziej krytyczny jest pierwszy rok. Wczesna rehabilitacja to kapitał na całe życie.

Łukasz Małachowski