Stulecie
Rok 2011 - Rokiem stulecia Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.
Homilia Jego Eminencji, Księdza Kardynała Kazimierza Nycza, wygłoszona w dniu 22 października 2010 roku, podczas Mszy św. w dniu otwarcia obchodów 100-lecia Dzieła Lasek.
Siostry i Bracia, uczestnicy tej wielowymiarowej i wielowątkowej uroczystości, jaką dzisiaj przeżywamy w Laskach, rozpoczynając 100-lecie Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Wiele jest wątków i wymiarów tego jubileuszu, bo sięgamy nie tylko do początków, która miały miejsce w roku 1910 i w roku 1911, ale sięgamy także do tego wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu tych 100 lat.
Sięgamy nie tyle pamięcią, ile sercem do osób, które w ciągu tego stulecia związały się z Laskami. To jest kwestia Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża, które się narodziło niedługo po powstaniu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, to jest osoba Matki Róży Czackiej, za którą dziękujemy, to jest osoba księdza, Korniłowicza, to są księża Aleksander i Tadeusz. To jest tyle osób znanych, wielkich, mniej znanych, które się ukształtowały w tym miejscu, w tym środowisku podwarszawskich Lasek. Ten jubileusz, o tylu wątkach, jest więc okazją do wielorakiego dziękowania Panu Bogu, dziękowania, które rozpoczynamy dzisiaj, ale będziemy w tym dziękczynieniu trwać przez cały rok obchodów tego stulecia. Jest to dziękczynnie na pierwszym miejscu za to wielkie dzieło prowadzone przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, jakim jest cały kompleks wychowawczy składający się ze szkół, internatów, środowiska, które służy tak owocnie przez cały te 100 lat ludziom ociemniałym. To jest wreszcie Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża Chrystusowego, które nierozerwalnie i ściśle jest związane z tym miejscem i także się mieści w ramach tego 100-lecia, za które Panu Bogu dziękujemy. Wreszcie to jest to, co najtrudniej wyrazić słowami, ale czujemy sercem, to jest środowisko Lasek, które przez to 100 lat się narodziło, przez które przeszły cztery pokolenia ludzi, które było potrzebne w okresie międzywojennym. Z tego środowiska wyszli ważni ludzie, którzy służyli Kościołowi, Polsce, przed wojną, w trudnych czasach wojny jeszcze wiele lat po II wojnie, ale z tego środowiska wychodzili także ludzie w czasie trudnych 45 lat powojennego czasu. Za to wszystko Bogu chcemy podziękować. To dziękczynienie jakby dzisiaj zaczynamy modląc się także w czasie tej świętej eucharystii za dwie osoby, za które trzeba Bogu dziękować w sposób szczególny: za Panią Zofię Morawską i za siostrę Klarę. Włączmy w tę modlitwę te prawie rówieśniczki tego Dzieła Lasek, nad którym się dzisiaj pochylamy.
Znamienne są dzisiaj, jakby wybrane a przecież niewybrane, słowa dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus Chrystus robi słusznie wyrzuty swoim uczniom i apostołom, że potrafią rozpoznawać znaki przyrody: chmury na niebie, wiedzą, co nastąpi po nich, natomiast nie potrafią rozpoznawać duchowych znaków czasu. Nie rozpoznali czasu przyjścia i nawiedzenia Chrystus. Wyrzuca im Jezus, że słuchając przez trzy lata Jego nauki, patrząc na znaki i cuda, które czyni nie rozpoznali czasu swego nawiedzenia. Przechodzi obok nich Bóg, wcielony, Jezus, a oni ciągle pytali, kiedy przyjdzie Mesjasz. Znaki czasu szczególnie mocno podkreślone przez Sobór Watykański II. Po soborze powstała nawet pewna gałąź teologii, która się nazywa kariologia, ponieważ czas po grecku to kairos. Rozpoznać czas. Rozpoznać znaki czasu. I to rozpoznawanie znaków czasu jest zadaniem całego Kościoła. Umiał to i czynił przez 25 lat pontyfikatu Papież Jan Paweł II. Potrafi to czynić Papież Benedykt XVI. Jest to zadanie dla Kościoła nauczającego i całego Kościoła. Rozpoznać znaki czasu, dzisiejszego czasu. I odpowiedzieć na te znaki czasu jeszcze głębszą wiarą i przyjąć wyzwanie potrzebne do tego, aby te znaki czasu znalazły odbicie w naszym życiu. Obecny Ojciec Święty tworząc Radę ds. Nowej Ewangelizacji bardzo długo przygotowywał ten krok, który był ostatecznie krokiem tworzenia pewnej struktury, ale także przygotowywał ten krok poprzez Ducha, bo podjął po Janie Pawle II to wezwanie do nowej ewangelizacji, rozwinął przez te 5 lat pontyfikatu pokazując, co jest dzisiaj najważniejszym znakiem czasu i wyzwaniem Kościoła współczesnego. Iść z Ewangelią do ludzi, iść do świata i nie obrażać się na ten świat. Iść do świata i nie dzielić tego świata. Ale iść głosić Ewangelię po to, aby każdy z nas zaczynał bardziej tą Ewangelia żyć. A także iść do tych, którzy już Ewangelii nie słyszeli, nie znają, aby w nauczaniu misyjnym, preewangelicznym, preewangelizacyjnym nieść Chrystusa i spełniać te słowa, które On powiedział w dniu Wniebowstąpienia: "Idźcie na cały świat..- cały świat - i głoście Ewangelie nie tylko naszym, ale głoście Ewangelię wszystkim, do których nas Chrystus posyła".
Matka Róża Czacka także potrafiła w swoim, niełatwym przecież życiu, rozeznać znaki czasu swego. Młoda Kobieta trącąca z dnia na dzień wzrok, nie rezygnując z walki , aby ten wzrok ocalić, chodząca po lekarzach, próbująca wzrok ratować. A gdy ten wzrok straciła i straciła nadzieje na jego odzyskanie, wtedy nie załamała się na wiele lat, nie zamknęła się w sobie, nie obraziła się na Pana Boga, ale potrafiła odczytać jako wyzwanie. Gdyby nie to odczytanie tego znaku czasu konkretnego wtedy, sto kilka lat temu, nie bylibyśmy dzisiaj tutaj, nie byłoby Lasek, nie byłoby tutaj naszego spotkania dziękczynnego. Co nie znaczy żeby było jej łatwo. Wiemy, jaką walkę stoczyła. Krótką, ale intensywną walkę - wyjechała w świat, do Europy by poznawać najnowsze osiągnięcia w opiece nad ociemniałymi, po to, aby założyć Towarzystwo, założyć wielkie Dzieło Lasek, a potem Zgromadzenie dla tego Dzieła, dla służby sióstr osobom ociemniałym.
Środowisko Lasek, przez cale to sto lat, miało ten dar, ten charyzmat odczytywania znaków czasu. Na czas przedwojenny i wojenny i współczesny. I dlatego jest tutaj szkoła nie tylko dla ociemniałych, kilka szkół, jest tutaj szkoła czytania znaków czasu i trzeba żeby ta szkoła była tutaj zawsze. Takim znakiem czasu, o którym mówię, który tutaj jest odczytywany, to jest zaradzić temu, co się stało w ostatnich latach - coś bardzo niebezpiecznego. Czasem martwiliśmy się bardzo o Kościół wtedy, gdy w sposób zbyt nonszalancki, zbyt nieprzygotowany szedł do świata. Myślę ze dzisiaj jest to mniejsze zmartwienie. Dużym zmartwieniem i dużym problemem jest to że Kościół zamyka się w wieczerniku, zamyka się w wieczerniku i chce być tylko dla siebie samego. Patrząc na świat tylko w sposób negatywny. I rezygnując z pójścia do tego świata a czasem nawet tak dzieląc że ci, którzy są poza tymi, którym się wydaje ze są prawdziwym Kościołem, nie zasługują na to, aby być tymi, do których się niesie Ewangelie Jezusa Chrystusa. Jest to wielkie wyzwanie współczesności. Trzeba do niego ciągle wracać i trzeba nie bać się tej mądrej otwartości, bo tylko w niej, mądrej otwartości, możemy spełnić to, do czego nas potrzebuje Chrystus.
Jest w dzisiejszej uroczystości wiele wątków, które można rozwinąć i niejako zastąpić w kazaniu. Ta piękna modlitwę, którą ułożyliście przy poświęceniu archiwum. Do niej na koniec nawiązuje. Modlitwę o to, aby poprzez archiwum pilnować pamięci. Ponieważ bez pamięci nie ma tożsamości. To są słowa z książki, którą jako ostania w swoim życiu dal nam Jan Paweł II "Pamięć i Tożsamość". Pilnowanie pamięci by zachować tożsamość. Pójście do świata, odważne i mężne, wtedy, gdy się jest świadomym swojej tożsamości i korzeni, z których człowiek wyrasta, wtedy może być pewny ze ocali się to wszystko, co jest do ocalenia, a zarazem obdaruje sobą, obdaruje Ewangelią tych, do których idzie. Druga myśl, która się wiąże z poświeceniem organów i modlitwą towarzyszącą temu poświęceniu. Podkreśla się w niej ową harmonie wielu głosów. Ale ta harmonia wielu głosów, którymi mówi współczesny świat, jest możliwa wtedy, gdy jest u podstaw harmonia w człowieku samym. Harmonia miedzy umysłem, sercem i wola. Harmonia miedzy głową, sercem i rekami. Ta spójność jest potrzebna żeby ludzie potem miedzy sobą potrafili rożnymi glosami grac te samą melodie. I czasem w poszukiwaniach dzisiaj lekarstwa na to, co przezywamy w ostatnich miesiącach, brakuje właśnie tego wejścia w siebie, Mamy pełne usta recept dla innych, co trzeba zrobić żeby było do wytrzymania, w tym, co słyszymy w mediach, w polityce, w życiu społecznym, ale brakuje szukania owej harmonii w człowieku, która się rodzi z wiary i Ducha świętego.
Kończymy pierwszym czytaniem: jedna jest wiara, jeden jest Duch, jeden jest chrzest. I tej spójności tu szukać nam trzeba. I pod tym względem głos organów dobrze nastrojonych jest pięknym przykładem harmonii życia człowieka, ale także harmonii życia miedzy sobą, dlatego że można było różnymi glosami grać piękną melodie w tej różnorodności ludzkich poglądów i spraw. Ale trzeba najpierw znaleźć tę spójność wewnętrzną, która rodzi się z ciszy serca ludzkiego, z przebaczenia, która się rodzi ze zdolności zrozumienia trudnych słów, które tak świetnie zrozumiał ksiądz Jerzy. Popiełuszko: "nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj". Wydaje się czasem ze my wszyscy te słowa znamy, nawet się nimi podpieramy, bo jakże być chrześcijaninem, bez tych słów skoro Chrystus na krzyżu je zrealizował. A jednocześnie, kiedy przyjdzie do rozwiązania konkretnych spraw stosujemy zasadę: złem na zło. "Nie daj się zwyciężać złu, zło dobrem zwyciężaj". O te postawy się modlimy w tej Mszy św. Za wszystkich, ale ze siebie nade wszystko. I róbmy wszystko, aby w tym środowisku waszym była szkoła takich postaw potrzebnych dzisiaj Kościołowi, nam potrzebnych, potrzebnych dzisiaj naszej ojczyźnie. Abyśmy potrafili być jak te organy, które dzisiaj poświęciliśmy, byśmy potrafili pilnować pamięci i tożsamości, tak jak modliliśmy się przy poświęceniu waszego nowego archiwum.
Niech nas Pan Bóg wspiera i niech nam Pan Bóg błogosławi...

s. Radosława (materiały z sesji otwierającej rok szkolny 2010/2011
Ośrodka Szkolno-Wychowawczego
dla Dzieci Niewidomych w Laskach
30 sierpnia 2010)
Róża Czacka - droga przez stulecie
(...) Pragnę podzielić się myślami Matki, które w większości napisała sama, a potem z wielką troską wiele razy redagowała. Dotyczą one zarysu ideowego Dzieła, a więc: zarówno Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi jako instytucji, jak również wszystkich służących i pracujących w tym środowisku osób świeckich i sióstr. Słowa, które Matka zapisała, świadczą o jej głębokiej wierze i nadziei, jaką pokładała w Panu Bogu, że On będzie podtrzymywał Dzieło oraz także o jej roztropności i długomyślności w rozumieniu koncepcji Dzieła, którego podstawą jest Miłość i Prawda [1].
Wsłuchując się w myśl Założycielki, pragnę podzielić się treścią niektórych dokumentów dotyczących Dzieła. (...) Ufam, że niektóre myśli Matki staną się dziś może pewną formą zaproszenia do refleksji osobistej czy wspólnotowej, która niewątpliwie będzie nam towarzyszyć podczas darowanego roku Jubileuszowego. (...)
Rok 1908 jest dla Róży Czackiej[nbsp] początkiem przygotowań działalności na rzecz niewidomych, natomiast pierwszy zakład - jak sama pisze - otworzyła w roku 1910. Tworząc statut Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, z zaprzyjaźnionymi osobami, miała za sobą prawie 10-letni okres [2] obserwacji różnych podobnych instytucji w Europie i myślę, że od początku miała charyzmatyczną - założycielską świadomość instytucji, jaką chciałaby stworzyć, choć jak wiemy z jej życiorysu pozostawiała czas na dojrzewanie projektu [3].
W redakcji pierwszego statutu Towarzystwa nie znajdziemy punktu, który by mówił, że jest to stowarzyszenie religijne czy katolickie. Róża Czacka wychodziła z założenia, że [nbsp]to działalność Towarzystwa ma wskazywać właściwe źródło inspiracji i świadczyć o jego wewnętrznym fundamencie. Jak wspomina, podjęła taką decyzję powołując się m.in. na słowa Abpa Józefa Teodorowicza: „nie dobrze [jest] gdy instytucje mają etykietę katolicką a nie dociąga treść do etykiety" [4].
Może też dlatego w początkowym okresie działalności, jeszcze jako osoba świecka, bardziej skupiła się na aspekcie społecznym, kierując się myślą zaczerpniętą od Maurice’a de la Sizeranne’a - „niewidomy człowiekiem użytecznym", choć z własnego doświadczenia wiedziała jak niezbędne jest podłoże wiary.
Starając się znaleźć jakieś rozwiązanie tego aspektu działalności, w 1910 r. myślała o sprowadzeniu do współpracy SS. Niewidomych św. Pawła z Paryża. Po bardziej bezpośrednim poznaniu spostrzegła jednak, że Siostry mają inny charyzmat i (jak napisała) „nie odpowiadałyby naszym warunkom i potrzebom" [5].
Z biegiem czasu myśl stała się jeszcze bardziej jasna i dojrzała, że: do zrealizowania tego konkretnego zamierzenia niezbędna jest „reguła życia zakonnego, dostosowana do potrzeb tej[nbsp] pracy" [6]. Tworzenie tej nowej reguły rozpoczęło się w Żytomierzu podczas I wojny światowej, a zakończone zostało w 1918 r. w Warszawie pozwoleniem Abpa Aleksandra Kakowskiego na przyjęcie kandydatek, które staną się pierwszymi Franciszkankami Służebnicami Krzyża.
Widzimy więc jak w jej zamierzeniach aspekt społeczny, by dać osobom niewidomym maksimum samowystarczalności i samodzielności przenikał się z aspektem religijnym, w którym - jak później pisała już jako Matka Elżbieta - „problem cierpienia znajduje rozwiązanie w nauce Chrystusowej" [7]. Te dwa aspekty miały tworzyć pewną „całość bardzo spoistą" [8] - jak napisała we Wskazówkach dla osób pracujących w Dziele.
Następne lata działalności siostry Elżbiety w Warszawie ukazują już realizację społecznego i religijnego nurtu Dzieła, o którym parę lat później, w 1929 r. napisała, że jest:
„Z Boga i dla Boga i innej racji bytu nie ma. Gdyby zboczyło z tej drogi, niech przestanie istnieć." [9]
Odważne stwierdzenie Matki ukazuje nam jej wielką ufność do Pana Boga, a jednocześnie pragnienie radykalnego oddania całej służby Panu Jezusowi. W 1931 roku napisała:
„O Jezu, króluj, panuj, rządź i wykonywuj wolę swoją w każdym z nas i w całym Dziele. Amen. To królowanie i panowanie Pana Jezusa w każdym z nas i, co za tym idzie, w Dziele całym nie powinno być i nie może być pustym i próżnym frazesem. Jest to ścisły, bardzo rzeczywisty i praktyczny program życia. Nie program mglisty i daleki, ale program konkretny i do realizowania na każdy dzień." [10]
Droga realizacji tego zamierzenia nie była łatwa ...
Pierwsza trudność
związana była z różnym rozumieniem „nurtu społecznego"
wśród pracowników Dzieła.
Siostra Elżbieta miała pełną świadomość, że aby spełnić aspekt społeczny służby niewidomym niezbędne jest „fachowe przygotowanie" [11] osób współpracujących. Dotknęła tego problemu prawie na początku działalności, jak sama pisze:
„Wkrótce po powrocie [z Żytomierza] skonstatowałam, że zakład nie jest prowadzony według pierwotnych założeń jako instytucja przygotowująca niewidomych do samodzielnego i samowystarczalnego życia, lecz się przekształciło w rodzaj przytułku, co sprzeciwiało się mojemu rozumieniu sprawy niewidomych." [12]
Założycielka stwierdziła z przykrością, że linia pierwotna została zatracona, między innymi, właśnie w wyniku braku wykwalifikowanego personelu. Okazało się też, że niektóre pracownice należały do zgromadzenia bezhabitowego, o czym nie poinformowały przy określaniu zatrudnienia [13]. Po powrocie z Żytomierza Róży Czackiej, już jako s. Elżbiety, siostry wyraziły nawet pragnienie, by wstąpiła do ich zgromadzenia [14]. Matka nie widziała jednak już możliwości dalszej współpracy, choć wraz z odejściem sióstr bezhabitowych straciła prawie cały zespół wychowawczy.
Nową trudność przyjęła z zawierzeniem Panu Bogu, ponieważ była przekonana, że do pracy w rodzącym się dziele niezbędny jest personel odpowiednio wykwalifikowany do edukacji i formacji zawodowej osób niewidomych. Dobór nowych współpracowników świeckich był bardzo utrudniony, jeśli nawet niemożliwy, ponieważ nie istniały instytucje ani ośrodki szkolenia nauczycieli osób niewidomych a w szkole dla głuchych na Placu Trzech Krzyży była tylko jedna sekcja dla niewidomych. Nie było też łatwo o wolontariuszy dla tworzącej się placówki, ze względu na bardzo skromne warunki ekonomiczne i lokalowe a środki materialne, którymi Róża Czacka dysponowała po otrzymaniu posagu, bardzo szybko topniały.
W tym czasie Matka cieszyła się też już pierwszymi kandydatkami do swojego zgromadzenia o regule, która miała być przystosowana do warunków służby niewidomym. Dziewczęta nie były jednak przygotowane, by spełniać funkcje wychowawcze i administracyjne, ponieważ pochodziły z niższych warstw społecznych i nie miały odpowiedniego wykształcenia. W takiej sytuacji s. Elżbieta wzięła na siebie funkcję wychowawczą, natomiast w administracji wspierała ją p. Felicja z Rostafińskich Staczyńska [15]. Wśród pierwszych sióstr, najbardziej wykwalifikowaną od strony tyflologicznej była Helena Makowiecka, późniejsza s. Franciszka FSK. Będąc już od wielu lat odpowiedzialną za garderobę hr. Róży, służyła jej także jako przewodniczka i jeździła z nią do ośrodków dla niewidomych.
Druga trudność - „charakter religijny" Dzieła
Drugą trudnością w początkowej współpracy coraz bardziej stawał się stanowczo określany charakter religijny Dzieła. Niektórzy ideowi współpracownicy, już zaraz po powrocie hrabianki Róży jako s. Elżbiety, dawali wyraz niepełnej akceptacji kierunku katolickiego oraz nie byli zadowoleni ze ścisłego połączenia swojej działalności we współpracy ze zgromadzeniem. Matka, jak w wielu innych sprawach, była wyrozumiała i dawała innym czas na dojrzewanie, także w tym wypadku oczekiwała zgody. Po trzech latach trudności, w 1922 r. niektórzy członkowie zaczęli nawet pomawiać Matkę, że środki zbierane dla niewidomych służą do utrzymania jej zgromadzenia [16]. Bardzo przecierpiała tę sprawę do tego stopnia, że brała nawet pod uwagę wycofanie sióstr z pierwszego zakładu i ponowne rozpoczęcie dzieła o podłożu katolickim. Ostatecznie nastąpiło kolejne bolesne rozstanie i znowu Matka straciła współpracowników, na których liczyła. Można powiedzieć, że po raz kolejny zostało wystawione na próbę jej zaufanie do Pana Boga. Nie zawiodła się - przyszli nowi współpracownicy, m.in. Antoni Marylski, pierwszy budowniczy Zakładu w Laskach oraz inne osoby zawiązane z kręgiem Sługi Bożego ks. Władysława Korniłowicza, który z czasem razem z Matką nadał kierunek duchowości Dzieła Lasek.
Dwa powyżej wspomniane rozstania w początkowej fazie tworzenia Dzieła złożonego z osób niewidomych, współpracowników świeckich i sióstr, a nazwanego w 1924 r. - „Triuno", ukazują nam, jak wiele trzeba czasem poświęcić, by utrzymać linię istotną, która w przekonaniu Matki narodziła się z Boga i ma funkcjonować „dla Boga". Widzimy jak Sługa Boża była w tym aspekcie wierna i stanowcza, pomimo trudności, które stawiały przyszłość Dzieła pod znakiem zapytania. Dlatego też myślę, że przed każdym z nas stoi zadanie, byśmy w odczytywaniu „znaków czasu" pozostawali wierni wartościom, które dla niej były istotne.
Matka Elżbieta opisując genezę Dzieła, czyli tej „całości bardzo spoistej", wychodzi od duchowego źródła rozumienia utraty wzroku i łączy go z procesem wychowawczym: to jest: aspekt religijny łączy ściśle ze społecznym. W 1935 r. wspomina:
„Widząc ten stan rzeczy - czyli opłakane położenie niewidomych w Polsce - pragnęłam dać innym niewidomym szczęście Wiary, której zawdzięczałam przyjęcie ślepoty z poddaniem się woli Bożej i chciałam podnieść ich z poniewierki ku użytecznemu życiu przez pracę, zgodnie z postulatami nowoczesnej tyflologii." [17]
W tym świetle dbałości o aspekt religijny, możemy łatwiej zrozumieć dalsze pisma, w których 20 lat później (w 1945 roku), Matka ukazywała osobom pracującym w Dziele jego fundament, zgadzając się wewnętrznie, że może on być potraktowany wręcz jako szaleństwo. Pisała:
„Dzieło nasze powstało [istnieje] w pierwszym rzędzie dla chwały Bożej i dla dobra dusz. Nie jest i nie powinno nigdy istnieć dla innego celu bliższego i praktycznego. O tym pierwszym celu nie wolno zapominać, chociażby się to w pewnych wypadkach wydawało szaleństwem - dlatego też pisze dalej - trzeba niezmiennie czuwać nad czystością wyboru środków, aby nie przeszkadzać Bogu w używaniu Dzieła jako swego narzędzia." [18]
Zadziwić może fakt, że słowa powyższe nie zostały napisane tylko do sióstr lub członków III Zakonu Franciszkańskiego, lecz tytuł opracowania jest jasny: Wskazówki dla osób pracujących w Dziele, jak Matka dalej tłumaczy, pragnie, by każdy przyjął chrześcijański sposób budowania Dzieła:
„(...) by świadomie i stale wprowadzać naukę [Kościoła] w życie codzienne na wszystkich jego odcinkach, na jej zasadach oprzeć wszelkie stosunki wzajemne, a w każdej dziedzinie życia i pracy liczyć się najstaranniej i przede wszystkim z prawem Bożym i z prawem Kościoła świętego." [19]
W innym miejscu podaje jeszcze inną charakterystykę pracownika:
po pierwsze
- by „nie szukał siebie, lecz bezinteresownie stawał się narzędziem Bożym";
po drugie
- by miał świadomość, wiarę i ufność „do Boga działającego w Dziele, które dadzą możność znoszenia trudności i niedoskonałości Dzieła w sposób nadprzyrodzony" [20].
Uzupełnieniem powyższych słów stają się słowa Dyrektorium napisane jednak o wiele wcześniej, 19 lipca 1928 r.:
„Moi drodzy, zwracam się dziś do Was wszystkich, (...) z gorącą prośbą, byście to Dzieło kochali jako Wasze Dzieło. Byście starali się je widzieć w świetle prawd Bożych i w tym świetle starali się widzieć i to, co w nim dobrego, i to, co będąc dobrym potrzebuje udoskonalenia, i to, co w nim złego, by mogło być poprawionym. Jeżeli na razie nie może być poprawionym, powinno być w pokorze i z cierpliwością znoszone. (...) W Dziele naszym tylko tym ludziom dobrze, którzy poza ludźmi widzą Boga i Jemu w nich ufają. Którzy zaczynają poprawę od poprawienia siebie i tak, jak sami dążą do dobrego, starają się widzieć dobrą wolę w tych, którzy jak oni dla Boga pracują." [21]
Matka bardzo szanowała każdą osobę i zgadzała się, że każdy jest inny, ale też wytrwale tłumaczyła:
„(...) osoby pracujące albo zatracą się w tej całości dodając do niej swoją indywidualność i harmonizując zupełnie z nią, albo też jako ciało obce wywoływać będą choroby w organizmie Dzieła, stanowić będą zgrzyt w jego harmonii." [22]
W konsekwencji sama wielokrotnie podkreślała (jak słyszeliśmy w poprzednich fragmentach), że każdy z nas bez różnicy jest odpowiedzialny za charakter instytucji, w której działa, pracuje i buduje ją poprzez chrześcijańską postawę każdego dnia. Mocne są słowa Matki, które kieruje do pracowników Towarzystwa[nbsp] i całego Dzieła w 1945 roku:
„Poza różnorodnymi właściwościami i kwalifikacjami jest jednak pewna cecha, która sięga znacznie głębiej niż one, a która powinna być wspólna wszystkim pracownikom naszych instytucji, jako warunek konieczny przynależności do Dzieła. (...) Dzieło to z Boga jest i dla Boga. Innej racji bytu nie ma. Gdyby zboczyło z tej drogi niech przestanie istnieć. (...) A jedyną drogą do tego celu jest, by każda z instytucji, składających się na całość Dzieła, na odcinku swej pracy, w dziedzinie sobie właściwej, realizowała życie według zasad Chrystusowych, życie ściśle oparte na nauce Kościoła rzymsko-katolickiego. Aby zaś życie całej społeczności było takie, takie musi być przede wszystkim życie każdego jej członka. I dlatego, jeśli ktoś chce pracować w Dziele, nie jest rzeczą obojętną i nie jest tylko jego sprawą osobistą, jaki jest Jego stosunek do Boga." [23]
Powróćmy jeszcze na chwilę do aspektu wychowawczego, który Matka jasno określa w „Triuno". Tak pisze o koncepcji, którą chce realizować TOnO:
"Chcemy zrealizować taki ideał niewidomego, który będzie w zupełnej prawdzie znosił swoje kalectwo jako krzyż, nie wstydząc się go, nie brawurując, lecz przyjmując go z ręki Bożej i przez dobre przyjęcie przemieniając go w źródło łaski i mocy dla siebie i dla innych. Nie chcemy jednak traktować sprawy niewidomych tylko jako sprawy nadprzyrodzonej, a ich samych jako przedmiotu jałmużny. Z nowoczesnego ujęcia spawy niewidomych bierzemy zrozumienie psychologii niewidomego, która ukazuje wszystkie jego możliwości czysto ludzkie, jego miejsce w społeczeństwie, jego obowiązki, i traktujemy wobec tego problem niewidomego również jako problem społeczny (...)." [24]
W dalszej części dokumentu Matka przypomina o wielu możliwościach osoby niewidomej, które ma „obowiązek pomnożyć na chwałę Bożą i na pożytek bliźnich". Następny zaś fragment, wydaje mi się, że jest ważny z uwagi na promowaną dziś integrację. Matka podkreśla jasno:
„nie pozwalamy na izolowanie go [człowieka niewidomego] jako całkowicie odrębnego typu ludzkiego, ale uznając jego odrębność (...) chcemy wychować go na człowieka pracującego i odpowiedzialnego, mimo, że nie negujemy, ale rozumiemy jego cierpienie." [25]
W Ideowych założeniach Dzieła Triuno Matka dodaje:
„Koncepcja chrześcijańska bowiem zawiera w sobie ideał takiego ustosunkowania się człowieka do życia i jego spraw, aby (...) rozumiał, że (...) powinien przyjąć całkowitą odpowiedzialność za swoje życie doczesne, za swoje codzienne obowiązki i sprawy, że nie wolno mu lekceważyć i zaniedbywać talentów przyrodzonych, gdyż one także są darem Bożym." [26]
Zauważmy, że Matce chodzi o realizację koncepcji, jak to nazywa humanizmu chrześcijańskiego, który poczuwa się do wspólnej odpowiedzialności za sprawy ludzkie na ziemi, nie odcinając ich od indywidualnej drogi uświęcenia [27]. Czytamy w Triuno:
„[...] niewidomy, który ponadto rozwinął do maksimum swoją osobowość ludzką, swoje dane przyrodzone, i jest czynnym a nawet przodującym w swojej dziedzinie członkiem społeczności, daje świadectwo mocy ducha nad przeszkodami natury czysto materialnej i tym sposobem, o ile jest apostołem, staje się bardziej niż każdy inny człowiek apostołem, przez sam swój triumf nad tym, co krępuje i więzi człowieka." [28]
Matka podkreślała więc apostolstwo osób niewidomych w podwójnym wymiarze: społecznym i religijnym. Dlatego też, by dojść do zamierzonego celu Matka podejmuje w dalszej części dokumentu trudny argument. Mówi bowiem o wyborze grup edukacyjnych świadoma, że może to wzbudzać pewien konflikt:
„[Dzieło] w stosunku do jednych niewidomych [jest] ściśle dziełem miłosierdzia,
w stosunku do innych [jest] dziełem wychowawczo-apostolskim i ta dwoistość celów stanowi niejednokrotnie źródło nieuświadomionego konfliktu w życiu naszych instytucji." [29]
Można się domyślać wielu przyczyn takiego stanu rzeczy, ale chyba jedną z nich mogła być już wtedy dyskusja nad poziomem wymagań wobec dzieci i może też nad kryterium przyjmowania ich do zakładu czy podziału na odpowiednie grupy edukacyjne. Widzimy, że Sługa Boża nie eliminuje żadnej kategorii osób niewidomych, ale mówi o dwoistości celów. Nie eksponuje rangi ważności, ale wg mnie, podaje jedno z rozwiązań nie najłatwiejszych do wykonania:
„Miłosierny chce jak największej liczbie ludzi dać miłosierdzie i zanieść je [przede wszystkim najnędzniejszym], nie licząc się specjalnie z osiągniętym ludzkim wynikiem."
Matka mówi tu o miłosierdziu, które daje możność stania się jak najbardziej człowiekiem [30].
„(...) Wychowawca natomiast dąży do tego, aby wychować jak najlepiej, aby osiągnąć wyniki, aby wytworzyć elitę. (...) dla dobra sprawy, dla utorowania przez nią drogi innym niewidomym, dla przezwyciężenia przesądów (...) Pozornie jest on twardy i odwraca się od najnieszczęśliwszych, wybierając bardziej uprzywilejowanych, ale jest to tylko pozorne, w istocie pracuje on dla przyszłości jednych i drugich Dobre zrozumienie tej zasadniczej różnicy pozwoli na właściwe zhierarchizowanie i zorganizowanie życia w Laskach." [31]
Jak widzimy, Matka Elżbieta otwiera temat szeroko rozumianej służby osobom niewidomym, podając jej główne kryterium. Jest ono realizacją prawa miłości i miłosierdzia, jest uszanowaniem godności i wykorzystaniem możliwości każdego dziecka, pozwalając dostosować najbardziej odpowiednie metody pracy wychowawczej.
Wczytując się w myśl Matki: jest logiczne i zgodne z prawdą stawianie wysokiego poziomu wymagań wobec dzieci zdolnych, ale tak samo ważna jest troska o dobre przygotowanie do życia w społeczeństwie dzieci mniej zdolnych. Przygotowując jak najlepiej dzieci zdolne i dając im odpowiednią motywację, mamy nadzieję, że wcześniej czy później staną się oni aktywnymi promotorami = apostołami sprawy niewidomych, torując może też drogę innym niepełnosprawnym.
Jeden z fragmentów tego samego ukazuje nam także, jak Matka bardzo docenia wartość apostolstwa dzieci słabszych:
„Bo niewidomy nieudolny i nieszczęśliwy, otoczony miłością i opieką, daje świadectwo przede wszystkim nauce Ewangelii, która nakazuje dobroć i bezinteresowne miłosierdzie dla wszelkiej nędzy. To jest nieustanne świadectwo i rola wszelkich Dzieł charytatywnych na świecie. Niewidomy w tych warunkach pogodny i radosny, to jeszcze ponadto świadek tego, że Wiara i Miłość nadprzyrodzona mogą przezwyciężyć wszelkie cierpienie. Ten sam niewidomy, przyjmujący swoją ślepotę w duchu zadośćuczynienia za innych, realnie działa na płaszczyźnie nadprzyrodzonej i owoce tego jego działania mogą być nieobliczalne w skutkach." [32]
Myślę, że jak podobnie za czasów Matki, świadectwo osób niepełnosprawnych jest nadal bardzo ważnym aspektem życia społecznego, w którym tyle mówi się o godności i szacunku dla każdej osoby. Bardzo ważne jest nadal takie wychowanie dzieci i młodzieży, by w pełni zrewalidowani, swoją aktywnością społeczną mogli przypominać o takiej samej godności (przede wszystkim), o takich samych możliwościach duchowych i intelektualnych oraz o takim samym prawie do zatrudnienia i istnienia w społeczeństwie jak osoby pełnosprawne.
Jak pisze Matka Elżbieta, osoby niewidome posiadają taką samą psychikę, choć z pewnym ograniczeniem sfery aktywnej; pozbawione są jednego zmysłu, ale mogą zrealizować w sobie pełnię najwyższego życia ludzkiego - życie duchowe [33]; pod względem intelektualnym nie stoją niżej od widzącego, mają te same uczucia i taką samą wolę [34] są sprawni inaczej...
Na końcu rozdziału, w którym Matka zatrzymuje się nad analizą różnych sprawności i możliwości osób niewidomych, pisze:
„Niewidomy bez wiary nigdy nie będzie pełnym człowiekiem, niewidomy wierzący dać może natomiast całą swoją miarę, w której wypowie się to, co najważniejsze i najwyższe w duszy ludzkiej. Tu jest teren, na którym kalectwo ślepoty, jeśli jest przyjęte do końca, przestaje być przeszkodą, a staje się dźwignią życia duchowego." [35]
Większość tekstów, które cytowałam, pochodzą z dokumentu, można powiedzieć, programowego, który Matka redagowała wiele razy, czego mamy dowód w archiwum Zgromadzenia. Ilość redakcji świadczy więc także, jak bardzo ważne dla Matki były problemy, które w nim podejmowała, jak ważne kierunki Dzieła, by było ono w pełni dla osób niewidomych i w pełni na chwałę Boga... Dzieła, które było jej życiem.
Myślę, że pisząc słowa, które usłyszeliśmy dzisiaj Matka w pewien sposób zwracała się także do nas wszystkich, którzy teraz współtworzymy Dzieło. Tym samym, przed nami którzy, [nie wątpię], jesteśmy i czujemy się kontynuatorami Dzieła Sługi Bożej, stoi zadanie, byśmy poprzez wierność pierwotnym założeniom dawali świadectwo, że zasady, które nadała i którymi sama żyła są nadal aktualne. Jak uważają niektórzy świadkowie procesu kanonizacyjnego, nasa postawa wierności założeniom Dzieła, staje się w ten sposób dowodem świętości Założycielki i znakiem jej ciągłego czuwania nad całością Dzieła.
W homilii pogrzebowej Sługa Boży Stefan Kard. Wyszyński nazwał Matkę Elżbietę Czacką - Niewidomą Matką Niewidomych. Ufamy też, że Pan Bóg da, iż będziemy mogli ją zwać w przyszłości błogosławioną Matką Niewidomych. Praca nad tekstem o heroiczności cnót Sługi Bożej zbliża się ku końcowi, choć jest jeszcze wiele do całościowego zamknięcia „Positio" dla Kongregacji do Spraw Kanonizacyjnych. W tym czasie bardzo ważna - jest i będzie - modlitwa o światło Ducha Świętego dla teologów cenzorów, a także o to, by Pan Bóg potwierdził świętość Matki poprzez cud, który jeśli zostanie uznany, przybliży nam znacznie perspektywę beatyfikacji.
Nie wątpię, że Sługa Boża Matka Czacka towarzyszy nam w codziennym trudzie, wraz ze Sługą Bożym Ks. Władysławem Korniłowiczem, Sługą Bożym Stefanem Kard. Wyszyńskim i wieloma innymi cichymi świętymi z niebieskich Lasek. Wszyscy przeszli przez trud tworzenia Dzieła i my jesteśmy zaproszeni do kontynuacji.
Dziękujemy Panu Bogu za 100 lat istnienia Dzieła i prosimy, by udzielał nam łask i darów Ducha Świętego, by dzieło świadczyło nadal, że jest z Boga i dla Boga.
----------------------------------------------------------------------------------------------
1.M.E.Czacka, Dyrektorium, 171-172.
2.Straciła całkowicie wzrok w 1898 r., a TOnO powstaje w 1910 r.
3.Statut został zatwierdzony przez władze carskie w maju 1911 r.
4.Relacja M.E. Czackiej z dnia 30.04.1941, spisana przez s. M. Elżbietę Snarską. AMCz 04, 50
5.M. E. Czacka, Historia Triuno, AMCz 12, 156-157.
6.Idem.
7.M. E. Czacka, Ideowe założenia Dzieła Triuno, 8.
8.M. E. Czacka, Wskazówki dla osób pracujących w Dziele, 18.
9.M.E.Czacka, Dyrektorium, 23.07.1929, 163.
10. Idem. 28.02.1931, 48.
11. M. E. Czacka, Historia Triuno, AMCz 12, 156-157.
12. Idem.
13. Relacja M. E. Czackiej z dnia 30.04.1941, spisana przez s. Teresę Landy. AMCz 04, 43.
[nbsp][nbsp][nbsp][nbsp][nbsp] Podobną relację znajdziemy w: M. E. Czacka, Historia i zarys organizacyjny Dzieła Lasek z 1935 r.
14. Relacja M.E. Czackiej z dnia 30.04.1941, spisana przez s. M. Elżbietę Snarską. AMCz 04, 48.
15. Późniejsza s. Klara wstąpiła do FSK w 1923 r., współpracowała z hr. Różą od 1912 r.
16. M. E. Czacka, Historia Triuno, AMCz 12, 158.
17. M. E. Czacka, Historia i zarys organizacyjny Dzieła Lasek z okazji jego XXV-lecia, 1935, 1.
18. M.E. Czacka, Ideowe założenia Dzieła Triuno. Wskazówki dla osób pracujących w Dziele, 18.
19. Idem. Wstęp do regulaminów dla pracowników TOnO i całego Dzieła, 23.
20. Idem.
21. M. E. Czacka, Dyrektorium, 19.07.1928, 190.193.
22. Idem. Wstęp do regulaminów dla pracowników TOnO i całego Dzieła,18.
23. Idem, 22.
24. M.E.Czacka, Triuno, AMCz 12/148.
25. Idem; [ewentualnie też fragment O Niewidomych str. 88-89]
26. M. E. Czacka, Ideowe założenia Dzieła Triuno, 9.
27. Cf. M.E.Czacka, Triuno, kryt. P. M. Prussak.
28. Idem, 149.
29. Idem, 150.
30. Idem, 148.
31. Idem, 150.
32. Idem, 149.
33. M.E.Czacka, O Niewidomych, 159.
34. Idem, 164-164.
35. Idem, 167-168.



