| LASKI PISMO REHABILITACYJNO-SPOŁECZNE Z ŻYCIA DZIEŁA MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI LASKI ROK XII, Nr 3-4 (71-72) 2006 Wydawca: Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, Laski, ul. Brzozowa 75, 05-080 Izabelin Prezes Zarządu: tel. 022 752 30 70 Centrala: tel. 022 752 30 00, fax: 022 752 30 09 Konto: PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289 (czasopismo „Laski”) Redakcja: Józef Placha, Dział Tyflologiczny SPIS TREŚCI Józef Placha – Ewangeliczna praktyka miłości Władysław Gołąb – Na Boże Narodzenie Stanisław Andrzej Badeński (scenariusz), Czesław Kurek (muzyka) – Czekamy na miłość s. Fides Sperling FSK – Narodził się w ubóstwie Michał Żółtowski – Wigilijne wspomnienia Anna Pawełczak-Gedyk – O Piotrusiu Kowińskim ks. Andrzej Gałka – Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze... Bp Andrzej F. Dziuba – Znów w Laskach Józef Placha – Pokazał nam właściwą drogę s. Teresa Landy FSK, s. Rut Wosiek FSK – Początki Domu Rekolekcyjnego w Laskach Zygmunt Serafinowicz – Wspomnienie o Janie Lechoniu Jan Lechoń – Kolęda Ewelina Iwaniuk – Ojczyzna Anna Chojecka – Pielgrzymka do Rzymu klas gimnazjalnych Anna Pawełczak-Gedyk – Rozmowa z prezesem Kazimierzem Lemańczykiem Krystyna Lubomirska – Znaczenie wczesnego wspomagania rozwoju w procesie wychowania dziecka Ewa Michałowska – Ku dojrzałości osobowej s. Elżbieta Więckowska FSK – Nauczanie rysunku a rozwój wyobrażeń i pojęć przestrzennych dziecka niewidomego Krystyna Konieczna – Spotkanie po latach Krystyna Konieczna – Z bieżących prac Działu Teresa Cwalina – Jeszcze raz o „Znakach świętości” Piotra Kuscha s. Maria Krystyna Rottenberg FSK – Komunikat (z Konferencji w Neuendettelsau – 14-19.07.2006) Kardynał Walter Kasper – Odwaga ekumenizmu
Teresa Cwalina – Drzewo krzyża
s. Rut Wosiek FSK – śp. siostra Longina s. Rut Wosiek FSK – śp. siostra Consolata Włodzimierz Leśniak – Pożegnanie siostry Consolaty
* * * * * * * * * **
EWANGELICZNA PRAKTYKA MIŁOŚCI Sprawą najwyższej wagi zawsze pozostaje potrzeba życzliwości na co dzień, co jest podstawowym warunkiem uwiarygodnienia jej także przy okazji świąt – szczególnie Bożego Narodzenia. Tak się złożyło, że w drugiej połowie tego roku uczestniczyłem w dwóch bardzo interesujących wydarzeniach. Pierwsze, to jubileuszowe spotkanie „wolontariuszy Boga” w Budapeszcie (16 września) z okazji 50. rocznicy ruchu „Focolare” – założonego przez Chiarę Lubich. Drugie odbyło się miesiąc później (15 października) w auli Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w wypełnionej po brzegi sali Jean Vanier – założyciel wspólnoty „L’ Arche” – dzielił się swoimi refleksjami. Nie miejsce i czas, by szczegółowo opisywać charakter i historię obydwu Dzieł Miłosierdzia. Najważniejsze, że to kierunki zaangażowania, które są nam bliskie także w Laskach. Jedno i drugie wydarzenie miało niewątpliwie swój wspólny mianownik: ewangeliczną praktykę miłości. Spróbujmy przywołać jedynie trzy punkty oparcia, które – jak się wydaje – są niezwykle istotne w owej praktyce miłości: – nieustannie chcieć jedności w braterstwie – nigdy nie być jeden przeciw drugiemu – nie chcieć zmieniać innych, ale przede wszystkim samego siebie. To wystarczy. Resztę podpowiedzą konkretne sytuacje życiowe – te codzienne, jak i świąteczne. Można by jeszcze dodać jedno z ważnych przesłań Chiary Lubich że każdy człowiek jest w jakimś stopniu przeniknięty Chrystusem, w związku z czym – tu i teraz – jesteśmy świadkami nieustannego trwania Bożego Wcielenia.
Na Boże Narodzenie
„Cicha noc, święta noc, Narodzony Boży Syn, Pan wielkiego majestatu, Niesie dziś całemu światu Odkupienie win!” Franz Gruber – 1818 r.
Za kilka dni święta Bożego Narodzenia. Przed wieczerzą wigilijną weźmiemy do rąk biały opłatek, aby dzielić się nim z naszymi bliskimi. Życzyć będziemy sobie wzajemnie, aby Pan zagościł w naszych sercach, aby usunął z nich kwas złych myśli, zgorzkniałości i rozjaśnił swym blaskiem nasze wnętrza. Radujmy się, bo „Pan wielkiego majestatu, niesie dziś całemu światu odkupienie win!”. W tym tekście kolędy austriackiej zawarta jest przepiękna myśl – „Bóg tak umiłował świat, że zesłał nam Swojego Syna”; to Jego miłość zbawia nas, ale pod jednym warunkiem, że my darujemy winy tym, którzy nas skrzywdzili. To nasze darowanie nie może być tylko znane nam samym, głęboko ukryte w naszym sercu, ale jawnie, widoczne dla wszystkich. W przeciwnym wypadku biorąc do ręki biały opłatek dzielić się będziemy w wigilijny wieczór nie swoim sercem, ale zwykłym kawałkiem chleba nic nie znaczącym dla nas i dla tych, z którymi będziemy się dzielić. Tylko wzajemne darowanie win pozwoli nam przeżyć nadchodzące święta, jako głęboką radość promieniującą uśmiechem i serdecznością. Mamy za sobą pracowity rok, czas jubileuszów, wyborów samorządowych, budowy i przede wszystkim mocowania się z codziennymi kłopotami. W maju obchodziliśmy 45 rocznicę śmierci Matki Elżbiety Czackiej, a w październiku jej 130 rocznicę urodzin; we wrześniu 60 rocznicę śmierci ojca Władysława Korniłowicza, a w maju 25 rocznicę śmierci Prymasa Tysiąclecia ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego. Cała trójka to dziś Słudzy Boży, których procesy beatyfikacyjne toczą się w Rzymie. Warto sięgnąć do tych szczególnych wzorców. Możemy od nich nauczyć się pokory, konsekwencji w działaniu oraz służby Bogu i bliźnim. Biorąc udział w wyborach samorządowych spełniliśmy swój obowiązek obywatelski, wybierając władze gminy, powiatu i województwa. Składam gorące podziękowania władzom i pracownikom samorządowym za zrozumienie naszych trudnych spraw i za życzliwość. Wierzę, że również z nowymi władzami będzie nam się dobrze współpracowało. Nasza gmina należy do jednej z najlepszych gmin w kraju, a powiat z ogromną troską realizuje swoje samorządowe zadania. Za tę troskę, życzliwość i otwartą postawę, dziękuję każdemu z działaczy samorządowych, z którymi przyszło nam załatwiać sprawy naszego Zakładu. Serdecznie dziękuję za owocną współpracę członkom Zarządu Towarzystwa, jak i tym szeregowym, którzy z ogromną ofiarnością dźwigają wspólny ciężar Dzieła Lasek. Jak już kiedyś pisałem, nie ma u nas ludzi najważniejszych, bo ważnym jest każdy, kto dobrze spełnia powierzone mu zadania. Dzięki tej pracy i temu wysiłkowi, Dzieło Matki Elżbiety Róży Czackiej ciągle rozwija się, obejmując swoim zasięgiem coraz nowe obszary. Dziękuję Sponsorom i tym, którzy składają dary materialne, jak i tym, którzy swoją modlitwą i cierpieniem potwierdzają myśl Matki Założycielki, że „Dzieło to jest z Boga i dla Boga”. Na zakończenie składam wszystkim członkom Towarzystwa, Przyjaciołom, tym w kraju i tym z zagranicy, a w szczególności zza oceanu, najlepsze życzenia świąteczne: niech Nowonarodzony zagości w Waszych sercach, niech wniesie w nie pokój, radość i promieniującą miłość, która wszystko zwycięża – omnia vincit amor. Niech Dobry Bóg Wam błogosławi na cały 2007 rok. Laski, dnia 12 grudnia 2006 r.
Scenariusz i teksty piosenek – Stanisław Andrzej Badeński Muzyka – Czesław Kurek
Scenariusz spotkania adwentowo-opłatkowego zrealizowanego przez grupy VII i VIII Internatu Domu Dziewcząt
Laski, grudzień 2005 roku
Czekamy na miłość Adwentowe przystanki Prolog Bracia; Rozumiejcie chwilę obecną: oto nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy jak w jasny dzień ... ADWENTOWE ŚPIEWANIE Kiedy śniegiem okryty cały Boży świat, Kiedy mrozem na szybie wita ciebie kwiat, Kiedy ciemność okrywa długich godzin sny – Wtedy Adwent przychodzi – światło już się tli. Kiedy długim czekaniem już nadziei brak, Kiedy wciąż wypatrujesz nowych rzeczy znak, Kiedy dusznym westchnieniem cicho sobie łkasz – Wtedy Adwent przychodzi – światło w ręku masz. I z radością pośpieszasz, by w ten tęskny czas Przygotować na miłość serca twardy głaz. I z radością tak czekasz, gdy zabłyśnie już Nowa Gwiazda na niebie – Życie serc i dusz. Adwentowe czekanie, Adwentowe wzywanie, Adwentowe czuwanie, Adwentowa noc. Adwentowe śpiewanie, Adwentowe szukanie, Adwentowe spotkanie, Adwentowa moc.
Kiedy ciemnym porankiem lampion w dłoni masz, Kiedy śpiesznie podążasz na roratni czas, Kiedy śpiewem przyzywasz, aby przyszedł Pan – Wtedy Adwent przychodzi – nowy czas jest dan. Kiedy mimo trudności pomoc innym dasz, Kiedy zamiast przykrości, wybaczenie masz, Kiedy serce otworzysz, aby lepszym być – Wtedy Adwent przychodzi – jakże miło żyć. I z nadzieją wciąż czekasz, aby każdy człek, Przemieniając swe życie znalazł słodki lek. I z radością czekając na stajenki Cud, Zrzucił stare przywary – stopił złości lód. Adwentowe czekanie.
(W czasie śpiewu refrenu zapalane są cztery świece w wieńcu adwentowym)
Świeca I.
GRZESZENIE
Bóg umieścił człowieka w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. Ale człowiek nie posłuchał Boga i zjadł zakazany owoc. Wtedy Bóg rzekł: „W trudzie i w pocie oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty.” I wygnał Bóg człowieka z ogrodu Eden.
A tak dobrze było – Miałeś człeku szczęścia pełen raj, Miałeś człeku wszystkie dobra świata I owoców pełen Boski gaj. A tak dobrze było – Miałeś człeku czasu wielki wór, Miałeś człeku wielką Bożą miłość I wiecznego życia świeży zdrój. A tak dobrze było – Miałeś człeku w sobie Boski czar, Miałeś człeku wszelką władzę w dłoni, I zgubiłeś gdzieś ten wielki dar – Co się to stało, Że zgniewałeś Boga – Miłość twą? Co się to stało, Żeś wygnany z raju jest? Co się to stało. Że mozolną pracą znaczysz dni? Co się to stało, Że śmiertelnym stałeś się? Zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, Zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, Zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, Zgrzeszyłem wobec Pana. Jestem pyszny – Świat urządzam wedle myśli swej, Niepotrzebny Bóg w tej sprawie jest, Moją władzą nie chcę dzielić się. Jestem chciwy – Pieniądz światem rządzi, zatem ja Ciągle mnożę co się tylko da, Jak najwięcej – o to idzie gra. W nieczystości – Ciągle żyję, bowiem fajnie jest Wciąż się bawić i używać fest, Przyjemności mieć – to jest mój gest. Wciąż zazdrościć – Wszystkim w koło, co kto tylko ma, Życzyć złego innym, jak się da, Kiedy radość – pęka dusza ma. A w jedzeniu – Oraz piciu nie miarkować się, Pełny brzuch mieć i nie myśleć, że Gdzieś, ktoś z głodu kończy życie swe. Ciągle w gniewie – Po co uśmiech mieć na twarzy swej, Po co rękę wyciągniętą mieć, Po co w zgodzie przeżyć choćby dzień? Leniuchować – W Bożej służbie oraz w życiu swym, Jakoś będzie, jakoś da się żyć, Po co trudzić się, gdy piękny świat. Zgrzeszyłem, zgrzeszyłem, ...
(W czasie śpiewu ostatniego refrenu 1 świeca przenoszona jest z wieńca do „Drogi Światła”)
Świeca II.
NAWRACANIE
Wystąpił Jan na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów: „Wydajcie więc owoce godne nawrócenia. Już siekiera do korzenia drzew przyłożona. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień rzucone.” Wszędzie, zawsze, w każdym czasie, W każdym miejscu, w każdy dzień. Nawet jeśli tego nie chcesz To dopada cię jak cień. Wszędzie, zawsze, w każdym miejscu, Do twych uszu, oczu twych, Wciąż wciskają się, z uporem I jazgotem treści swych. Tu reklama oferuje Życie lekkie niby puch, Kup samochód, pralkę, meble, Albo nowy, modny ciuch. Jak odchudzić się, a szybko, Jaką karmę dawać psu, Jakie barwne będzie życie, Aż człekowi brak jest tchu. W telewizji czy gazecie Ofert nowych tyle masz, Że połapać się jest trudno, Komu duszę swoją dasz? I tak co dnia, w każdej chwili Wchodzisz w pokus wielki gaj. Komu oddasz swoje życie, Czym zapłacisz za ten „raj”? Nawracajcie się, nawracajcie się, Nawracajcie się, nawracajcie się ... W zabieganiu, w codzienności Ani chwili, ani tchu, By zatrzymać się, otrząsnąć Z błogich marzeń tego snu. By zobaczyć czym naprawdę Życie twoje pełne jest. By zobaczyć, gdzie prawdziwy Życia twego sens i kres? Dokąd pędzisz tak człowieku. Jaki czort twą duszę gna? Jaki sens ma ta gonitwa, Kiedy w sercu pustka gra? Zbytek świata co wyziera I co hucząc mami cię, Do przepaści doprowadza. Stój! Opanuj człeku się! Kto zatrzyma, kto ogłosi Przerwę w beznadziei tej? Kto odważy się, wbrew tłumom, Stanąć przeciw rzece złej? Czy odnajdzie się choć jeden Sprawiedliwy w świecie tym, By odwrócić zagniewanie? Aby zstąpić mógł już Syn? Nawracajcie się, ... (Na tle wielokrotnego śpiewu słowa Proroka)
„Odwagi! Nie lękajcie się! Oto wasz Bóg przychodzi, aby was zbawić. Przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zamieni się w staw, spragniony kraj w krynice wód. Będzie tam droga czysta, Droga Święta. Nie będzie tam lwa, ni zwierz najdzikszy nie wstąpi na nią, ale pójdą tamtędy wyzwoleni i odkupieni przez Pana powrócą.
(Po słowach Proroka, w czasie śpiewu, przenosi się 2. świecę)
Świeca III. ZWIASTOWANIE
Oto posłał Bóg anioła, do dziewicy, której było na imię Maryja. Anioł rzekł: „Bądź pozdrowiona, znalazłaś łaskę u Boga” Ona zmieszała się i rozważała te słowa. Anioł rzekł: „Duch Święty zstąpi na Ciebie. Oto poczniesz i porodzisz Syna”. I rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska. Niech się stanie, niech się stanie według Twego Słowa”.
Wiadomości pędzą wkoło, To na smutno, to wesoło. Sms-em, telefonem, Rozbiegane w każdą stronę. Listem, faksem czy e-maillem, O przyjaźni mówią wiernej. Pozdrowienia ślą z nad morza, Spod bieguna – tam, gdzie zorza. I świąteczne ślą życzenia, Przypomnienia, pozdrowienia. Czasem urząd wzywa człeka, By się zgłosił – sprawa czeka. Odpowiedz, Bogu, tak! Odpowiedz, Bogu, tak! Odpowiedz, Bogu, tak! Odpowiedz, Bogu, tak! Wiadomości przesyłają Ludzie – ludziom, kraje – krajom. Jak się innym w świecie wiedzie Każdy szybko chce to wiedzieć. W telewizji, internecie Dowiesz wszystko się o świecie. W radiu słuchasz, w każdej chwili, Co ukradli, gdzie zabili. Wiadomości, informacje Rankiem, w obiad, na kolację. Z każdej strony otaczają, Chcesz czy nie chcesz – dotykają. Odpowiedz, Bogu, tak! ... Ale pośród mnogich wieści Czy niebiański news się zmieści? Czy rozpoznasz głos anioła? Szumu tyle dookoła. Czy usłyszysz go w eterze Duszy swojej? W swojej wierze Czy odnajdziesz częstotliwość, W której Boża mówi tkliwość? Jak odpowiesz na wezwanie, Gdy posłaniec Boży stanie, U wrót serca twego, w ciszy? Czy w tym zgiełku go usłyszysz? Odpowiedz, Bogu, tak! ... (W czasie śpiewu ostatniego refrenu przenosi się 3. świecę) Świeca IV. NAWIEDZENIE
I przyszedł czas, gdy Maryja wybrała się i poszła szybko w góry, do pewnego miasta, gdzie mieszkała Elżbieta, krewna Maryi. Weszła i pozdrowiła Elżbietę. Ta usłyszawszy pozdrowienie, napełniona Duchem krzyknęła: „Błogosławiona jesteś, boś uwierzyła, że spełniają się słowa Pana”. Maryja rzekła: „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.” I pozostała u niej około trzech miesięcy. I pomagała Elżbiecie.
Popatrz – Tyle trudów niesie każdy dzień, Tyle głodu, smutku, tyle łez, Tyle chorób, biedy obok jest, Popatrz – Tyle bezdomnych, wyciągniętych rąk, Tyle samotnych i nieszczęsnych mąk Tyle cierpienia, bezradności w krąg, Popatrz – Tyle bez pracy ludzi niesie dni, Tyle bez rodzin dzieci tuli sny, Tyle bez marzeń co dnia roni łzy. Zobacz, zobacz człowieka, Zobacz, zobacz człowieka. A ujrzysz Boga!
Bo wystarczy przecież mały gest, Bo wystarczy uśmiech – tak już jest. Bo wystarczy wyciągnięta dłoń. Bo wystarczy kilka miłych słów, Bo wystarczy pomoc mądrych głów, Bo wystarczy - zapukać doń Zobacz, zobacz ...
Biednych i głodnych nakarmić, Spragnionych napoić – miłością. Nagich ubraniem otoczyć. Jak płaszczem dobrocią przyodziać, Przyjąć do domu podróżnych, Bezdomnym schronienie zapewnić. Więźniów i smutnych pocieszyć. Samotnych i chorych odwiedzić. Pogrzebać ze czcią tych, co zmarli, A tych, co są w bólu - utulić. Każdemu być dłużnym w uśmiechu I pomoc, gdy trzeba zanosić.
Zobacz, zobacz człowieka, Zobacz, zobacz człowieka. A ujrzysz Boga!
(W czasie śpiewu ostatniego refrenu przenosi się 4. świecę) Epilog CZEKAMY NA MIŁOŚĆ
Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Miły mój mówi do mnie: „Powstań, przyjaciółko moja, piękna moja, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Drzewo figowe wydało zawiązki owoców i winne krzewy kwitnące już pachną. Powstań, piękna moja, i pójdź!”
Gdy w ciszy domu drzewko stanie piękne, Gdy z nosem w szybie dzieci cicho tkwią, Gdy już zapachy wigilijne nęcą, Gdy czar świąteczny moc daruje swą. Gdy wśród najbliższych biały łamiesz płatek, Gdy życzeń serca już przyjmujesz moc - To jest ta chwila. Teraz już się staje, To jest najmilsza w roku jedna noc –
Czekamy, czekamy na Miłość! Czekamy, aż znów przyjdzie tu. Czekamy, czekamy na Miłość! Czekamy, aż stąpi k’nam Bóg!
I wtedy wszystkie nasze przyrzeczenia I wtedy wszystkie nasze piękne sny, I wtedy wszystkie nasze dobre czyny, Osuszą codzienności łzy!
Gdy w ciszy serca wiarę odbudujesz, Gdy wstaniesz z grzechu, gdy nadzieję masz. Gdy nie rozlejesz złości żrących kwasów, Gdy swemu bratu pomoc chętnie dasz, Gdy pośród zgiełku Boże chwycisz Słowo, Gdy dłoń wyciągniesz, by uścisnąć dłoń – To jest ta chwila. Teraz już się staje. To jest ten moment, gdy zwyciężasz zło – Czekamy, czekamy na Miłość! Czekamy, ...
(W czasie – granej – kolędy)
“Oto zwiastuję Wam radość wielką. Dziś narodził się wam Zbawiciel, Mesjasz Pan. Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”.
GLORIA IN EXELSIS DEO!!!
(W czasie śpiewu – Gloria ... – wnosi się Dzieciątko i układa w Żłóbku)
Narodził się w ubóstwie...
Republika Południowej Afryki, gdzie od czterech lat pracują dwie siostry z Lasek, to kraj wielkich kontrastów; z jednej strony dobrobyt, Bogactwa naturalne i dobra infrastruktura, a tuż obok wielkie osiedla, slumsy i wsie, gdzie życie toczy się przed czymś, co ma być domem. W takiej blaszanej chacie z dziurami pozatykanymi tekturą, z oponą na dachu, która służy za piorunochron, w chacie nie większej niż mały pokoik, spędza się tylko noce, rozkładając na podłodze maty i przykrywając się kocami. Latem, gdy temperatury sięgają 38O C, blaszany domek nagrzany jest jak patelnia. Zimą, przy 4O C nocą, koce niewiele pomagają. Zdarzają się domy gliniane, a nawet murowane, z dachami z trawy czy starej blachy, które nie chronią przed niczym. Po ulewie mieszkańcy budzą się w kałużach wody. Kuchenkę zastępuje ognisko rozpalane przed domem. Tu dwa razy dziennie gotowana jest kasza kukurydziana, podstawowe danie biednych ludzi w tej części Afryki. Czasem z mlekiem, czasem z sosem pomidorowym. Święta niewiele zmieniają to menu, chyba że będą prezenty z Misji. Codziennym zadaniem dzieci jest znalezienie drewna na opał, przyprowadzenie kóz czy krów z pastwiska, opieka nad młodszym rodzeństwem oraz przynoszenie wody ze studzien wiejskich. Już kilkuletnie dzieci każdego dnia noszą na głowach, czy wożą taczkami wielkie pojemniki z wodą. Dzieci za kromkę chleba albo odrobinę tradycyjnej porydży zamiatają podwórka Bogatych i podlewają kwiaty w ich ogrodach. Gdy znajdą trochę czasu na zabawę, gromadzą stosiki kamieni, wyobrażają sobie, że bawią się lalką, samochodzikiem czy inną zabawką. I w takiej Stajence, wśród brudu i śmieci, rodzi się Pan Jezus w Bogatej RPA. Witany jest nie obficie zastawionym stołem, nie wymyślnymi potrawami, nie ozdobami i różnokolorowymi lampkami, ale radosnym śpiewem i tańcami przy blasku ognia w rytm bębnów. Afrykańczycy otwierają Mu drzwi swoich ubogich domów bez stołów, ozdób i przysmaków. Jezus przychodzi do nich, utrudzonych i głodnych, i umierających, przynosząc wciąż cierpiącej Afryce nadzieję i miłość. W 2002 roku s. Rafaela i s. Fides na zaproszenie tamtejszego Biskupa wyjechały do RPA, by służyć niewidomym dzieciom w szkole podstawowej w Siloe. Szkoła została założona ponad 50 lat temu przez Ojca Augustyna – benedyktyna z Belgii, jako pierwsza szkoła dla czarnoskórych niewidomych dzieci. Był to czas apartheidu, kiedy ludność murzyńska nie miała żadnych praw. Szkołę objęły belgijskie Siostry Miłosierdzia, które nadal służą w niej swoim doświadczeniem, modlitwą i cierpieniem. W szkole uczy się 180 dzieci niewidomych i niedowidzących. Dużą grupę pośród nich stanowią albinosi szczególnie dotknięci cierpieniem. Ich biała skora jest bardzo wrażliwa na działanie ostrych promieni słonecznych. Narażeni są też na przykre lekceważenie ze strony czarnoskórych rówieśników. Dzieci mieszkają w czterech budynkach, a jeden wychowawca obejmuje opieką cały prawie 50-cio osobowy internat. Nasza praca to: nauczanie w szkole i pomoc nauczycielom w poznawaniu nowych dla nich, tyflologicznych metod pracy, katechizacja, zajęcia nauki mowy z dzieckiem głuchoniewidomym, pomoc w internatach w organizowaniu różnych zajęć, przedstawień, konkursów, festiwali itp., towarzyszenie dzieciom w ich życiu religijnym, praca duszpasterska w parafii: organizowanie rekolekcji, nabożeństw, pokazów filmów religijnych oraz praca z młodzieżą. W życiu codziennym spotykamy się z życzliwością dzieci, nauczycieli i personelu pomocniczego. Powoli wrastamy w Siloe, niosąc tam duchowe przesłanie naszej Matki: umiłowanie prawdy i miłości.
Wigilijne wspomnienia
Ludzie pytają: „Jak obchodziliście święta Bożego Narodzenia przed wojną?”. Spróbuję z natłoku wspomnień coś wybrać i skreślić parę krótkich obrazków.
Obrazek pierwszy Duży dwór na wsi, spora gromadka, bo aż dziewięcioro dzieci w różnym wieku. Adwent był czasem klejenia ozdób na choinkę, zwłaszcza różnego rodzaju łańcuchów kolorowego papieru. Przypominaliśmy sobie przy tym słowa kolęd. Nadchodził wreszcie wymarzony dzień Wilii. Umyci, uczesani, w najlepszych ubrankach i w uroczystym nastroju schodziliśmy się na wieczerzę. W stołowym pokoju długi stół przykryty odświętnym obrusem, pod nim siano. W rogach pokoju snopy zboża w pełnym kłosie, w każdym kącie inne, aby i w nadchodzącym roku wszystko dobrze się rodziło. Rodzice zajmują miejsce przy stole naprzeciw siebie. Przy mojej Matce na prawo ksiądz Proboszcz, na lewo – młody administrator. Ksiądz czyta Ewangelię o Narodzeniu Pańskim, po czym mój Ojciec z opłatkiem w ręku idzie do niego i do naszej Matki z życzeniami. Jest też kilka innych osób – nauczycielki, wychowawczyni najmłodszych sióstr, ogrodniczka, często jakaś starsza krewna niemająca rodziny. Na stole stoją dwie wazy: jedna z zupą grzybową, druga z barszczem. Na wielkim półmisku wspaniały szczupak z przedświątecznego odłowu i – rzadkość – butelka białego wina. Jest jeszcze jakieś słodkie ciasto lub piernik na deser. Wieczerza się kończy, wszyscy przechodzimy do zamkniętego na klucz pokoju, w którym stoi choinka. Jest wysoka, dorodna, Bogato obwieszona naszymi łańcuchami i innymi ozdobami. Zapalamy świeczki i gdy Boże drzewko iskrzy już całe od świateł, przystępujemy do śpiewania kolęd. Potem następuje tak wyczekiwane odpakowywanie prezentów ukrytych pod choinką. Sama radość! Każdy odszukuje paczuszkę z własnym imieniem i stwierdza, że nasza Matka zawsze intuicyjnie zgadywała nasze pragnienia. Pamiętam, co czułem, kiedy przypadły mi w udziale narzędzia stolarskie, a innym razem książka Bohdana Dyakowskiego „Koń” z masą ciekawych ilustracji i ciekawych opowiadań.
Obrazek drugi Rok 1939, po kampanii wrześniowej. Udało mi się wydostać z sowieckiej niewoli. Jak większość młodych podchorążych i oficerów wyrywam się na Węgry, by dotrzeć do armii Sikorskiego we Francji. Jest jednak moc przeszkód i trudności. Chwilowo udało mi się zatrzymać u nieznanych wcześniej krewnych we Lwowie: Romana i Tity Zaleskich. Mieszka tu także siostra Romana, Renia Zaleska, są jego córki – Helenka i Inia. Gościnny dwór stara się wszystkim przybyszom stworzyć możliwe warunki egzystencji. W mieście nie ma węgla. Mieszkania są lodowate i tylko serca lwowiaków są gorące. Jest wieczór wigilijny. Przed rozpoczęciem wieczerzy słyszymy z radia chrapliwy głos Hitlera, zapowiadającego przyszłe triumfy. Potem przemawia Sikorski. Pozdrawia wszystkich Polaków i zapowiada swe przybycie do Kraju z tworzącą się polską armią, gdy alianci rozpoczną wojnę z Hitlerem. W najdalszym pokoju rozległego mieszkania przebywa sowiecki komandir z żoną. Niedawno się wprowadzili. On drży, by nie wysłano go na front w Finlandii, gdzie Sowieci toczą mordercze walki z Finami. Składamy sobie życzenia. Wieczerza jest skromna, ale jak na ówczesne warunki – dostatnia. Dzielimy się tradycyjną tutejszą potrawą – kutią. Jest to rozgotowana pszenica z masłem, miodem i rodzynkami. Jesteśmy pełni nadziei na przyszłość. W parę miesięcy później Romanowie Zalescy zostają wywiezieni do Kazachstanu, a mnie udaje się przedostać na „niemiecką stronę” i odnaleźć przybyłą w Lubelskie rodzinę.
Trzeci obraz z czasów okupacji Po różnych przejściach i chorobach rozjaśniają się moje horyzonty. Pracuję jako rządca w majątku Skarbek – Borowskich koło Skały. Ściągnął mnie w te strony przyjaciel z lwowskich czasów, Leon Krzeczunowicz. Żona jego, Wanda z domu Czaykowska zaprasza mnie co roku na Święta do Sieciechowic, którymi administruje Leon. Warunki w tej części kraju są trudne: brak mleka, masła, mięsa, cukru, kawy i herbaty. Wszyscy za to mamy wilcze apetyty. Wieczory spędzamy wspólnie przy kominku, w którym płoną sękate pnie wierzb. Leon prowadzi ważną grę konspiracyjną w organizacji „Uprawa – Tarcza”. Udaje mu się jednać stronnictwa. Doprowadza do poddania się pod dowództwo AK silnej i długo opornej organizacji Batalionów Chłopskich. Prowadzi rozmowy z Ukraińcami, ukrywa Żydów. Leon i Wanda mają dziewięcioletnią córkę Ilonę – Ikę. Wychowuje się z nią Dzidka, córka poległego podoficera. W domu przebywa także wdowa po poległym majorze 14. pułku ze Lwowa, z dwojgiem dzieci. Wieczerza wigilijna jest bardzo skromna, ale atmosfera serdeczna. Spożywamy kutię, potem śpiewamy kolędy, lecz nadchodzi chwila, gdy Wanda intonuje pieśni ułańskie, wszystkim dobrze znane, jak „Wojenko, wojenko”, „O mój rozmarynie”, „Jak to na wojence ładnie”. Wojenne losy nie oszczędziły domu moich przyjaciół: Leon zginął w obozie koncentracyjnym, Wanda musiała emigrować i resztę życia spędziła poza Ojczyzną.
Pozostało wspomnienie ich cichego bohaterstwa.
O Piotrusiu Kowińskim
Gdy zbliżały się święta, wśród rozlicznych przygotowań, oczekiwania na upragniony wyjazd do domów rodzinnych, uwagę moich uczniów chciałam skierować na trochę inny wymiar zbliżającego się czasu. Zazwyczaj o tej porze roku z klasą piątą omawialiśmy Legendę o Czwartym Królu, który nigdy nie dotarł do Stajenki. Tak samo jak słynni Trzej Królowie wyruszył w drogę, też niósł dar, przepiękny rubin ze swojego skarbca, który zamierzał złożyć u stop Tego, o którym wiedział, że jest Królem Miłości. Betlejemska gwiazda świeciła jasnym blaskiem. Wędrówka trwała bardzo długo, bo niespodziewane zdarzenia wielokrotne zatrzymywały orszak Bogatego władcy. W kraju nawiedzonym suszą i klęską głodu, w wiosce, gdzie panowała „czarna śmierć” Król pozostawał tak długo, jak było trzeba, by pomoc nieszczęsnym ludziom. Rozdał wszystko, ciężko chorował, wyglądał jak żebrak, jak włóczęga. W niczym nie przypominał Króla. Ale to nie było ważne – wciąż miał ze sobą skarb drogocenny, który chciał podarować Królowi Miłości. Jednak stało się inaczej. W obcym kraju na targu niewolników za cenę rubinu wykupił rodaków, którzy w wybawcy nie poznali swego króla. A on nie miał już nic. Blask gwiazdy przygasał. Gdy doszedł do kresu wędrówki, zobaczył Jezusa Nazareńskiego, Króla Żydowskiego, prowadzonego na śmierć krzyżową. Umęczony Jezus spojrzał na starego Króla i, jakby nieważne było Jego własne cierpienie, współczuł mu. Jezus wiedział o wszystkim, o całej długiej drodze, o trudzie, o nędzy i cierpieniu, które stały się udziałem władcy i przyjął to jako dar cenniejszy niż tysiące najpiękniejszych rubinów. Pewnego dnia – był grudzień 2003 – Piotr tak jak zwykle zapytał: A co tam w szkole, co u pani dzieci? I właśnie tę legendę zaczęłam opowiadać Piotrusiowi, gdy kolejny raz dłuższy czas musiał przebywać w szpitalu. Spacerowaliśmy po długim korytarzu, żartując, ile kilometrów tego wędrowania mamy za sobą. Kończąc opowieść, zadałam to samo pytanie, które było tematem pracy domowej uczniów: co ty mógłbyś zanieść w darze Jezusowi? Piotr zastanowił się dłuższą chwilę i odpowiedział: ja chyba mógłbym zanieść moją cierpliwość. Dary Bożego Narodzenia każdego dnia mogą spotykać się z Drogą Krzyżową. Tak było w życiu Piotrusia. Uwięziony w swej chorobie niósł cierpienie i niósł cierpliwość. Piotra poznałam kilkanaście lat temu, gdy w towarzystwie swego Taty i pani Marysi Miłkowskiej odwiedził Szkołę Podstawową w Laskach. Młodzież serdecznie zajęła się gośćmi, oprowadzając po klasie, pokazując pomoce, rozmawiając. To był mój pierwszy kontakt, który potem przerodził się w dobrą znajomość. Gdy rodzi się dziecko, w sposób naturalny z radością oczekujemy na każdy przejaw wzrastania, uczestniczymy w pełnym zdziwień i zachwytów odkrywaniu świata oczami dziecka, a codzienne utrudzenie wynagradza choćby uśmiech maluszka. Inaczej dzieje się, gdy każdy dzień jest towarzyszeniem dziecku w jego cierpieniu, gdy brakuje sił i nadziei. Życie Piotrusia było trudne. Dni, tygodnie, lata pokonywania ograniczeń, zmagań z chorobą. Ale zawsze byli z nim Mama i Tata. Wspaniały, dobry Tata, artysta malarz, wiele czasu spędzał z Piotrem – razem słuchali muzyki, czytali książki, uczyli się, dyskutowali. „..Owocem wiary jest miłość. Owocem miłości jest służba.” Słowa Matki Teresy z Kalkuty doskonale oddają to, co działo się w tej rodzinie. Służba, która była owocem Miłości. Piotr potrzebował pomocy i otrzymywał ją. Rodzice w najczulszym pochyleniu, łagodności, delikatności, cierpliwie pielęgnowali, dźwigali, byli razem. Dla Rodziców sprawa zupełnie naturalna, patrząc z zewnątrz, wymagała heroizmu. Oni nigdy tak tego nie nazywali. Dom Państwa Kowińskich pełen był ciepła i dobroci, która promieniowała i obejmowała wszystkich. Tata Jozef z niespotykaną w tym zabieganym świecie uwagą i, rzec można kurtuazją, zajmował się gośćmi, Mama Ania podawała kawę, herbatę, ciasteczka. Swoje miejsce przy stole zawsze miał Piotr. Najtrudniej było, gdy Tata zmarł po ciężkiej chorobie. Zostali sami. Mama i syn. Byli ludzie życzliwi, dobrzy, pomagający: Monika, Joanna, Małgosia, Lidia, Jacek i brat Andrzej (SJ) – przez Piotrusia żartobliwie nazywany „Bratem Igłą”, a którego każde odwiedziny wnosiły tyle radości – i niektórzy lekarze ze szpitala. Wszyscy „zarażeni” od Ani Miłością, w miarę możliwości towarzyszący jej i Piotrusiowi w coraz trudniejszym czasie zmagań z postępującą chorobą, którą niósł z cierpliwością. Uczyliśmy się czegoś niepojętego, niezgodnego z duchem świata. Uczyliśmy się przyjmować dar, jakim stał się dla nas Piotr. Wigilię w 2003 r. spędziliśmy razem: Ania, Piotruś, mój mąż i córki. Był opłatek, kolędy, barszcz, pierogi i prezenty, i cicha radość, że w sali szpitalnej jesteśmy w ten wieczór razem. Piotr umarł 24 sierpnia 2004 r. Jak każdego roku, tak i tego lata, spędził jeszcze z Mamą wakacje. Tym razem podróżowali po najpiękniejszych zakątkach Podkarpacia. Arcybiskup Metropolita Gdański, Tadeusz Gocłowski napisał w liście: „Z bólem dowiaduję się od Siostry Karoli o śmierci Piotrusia, którego poznałem w Sobieszewie. (…) Byłem pełen podziwu dla Pani, jako Matki. Uczestniczę w Pani bólu po śmierci Piotrusia. Nie rozumiemy do końca Tajemnicy Krzyża, ale jedno wiemy: cierpienie ma najwyższą wartość, skoro Chrystus przez cierpienie i Krzyż świat odkupił. (…)” Tę chwilę zadumy w czas Bożego Narodzenia chcę podarować Ani.
18 listopada br. w Kaplicy Centralnej odprawiona została msza św. w intencji tegorocznych sióstr Jubilatek – Matki Noemi i siostry Matei, które obchodziły 25-lecie złożenia pierwszych ślubów zakonnych oraz sióstr: Joachimy, Felicji, Michały, Almy i Rafaeli w 50. rocznicę pierwszych ślubów. Podczas Mszy świętej ksiądz Andrzej Gałka wygłosił homilię, którą drukujemy Redakcja
Ksiądz Andrzej Gałka
Jeżeli ziarno wpadłszy w ziemię, nie obumrze...
W imieniu Matki i Sióstr Jubilatek chciałbym serdecznie przywitać i pozdrowić wszystkich tu obecnych. Jest z nami rodzony brat s. Joachimy, ksiądz Tadeusz, jest również jej siostrzeniec, ksiądz Krzysztof, jest kapelan z Rabki i księża związani z Laskami. Cieszę się, że jest nas tylu przy ołtarzu, a w kaplicy tak wiele osób, które w miłości Jezusa odnalazły nasze dzisiejsze Siostry Jubilatki. Bo tak naprawdę jesteśmy tutaj, dlatego że jest tu Pan Jezus. Słowa Ewangelii mówią nam, że tam, gdzie jest Jezus i jeżeli naprawdę Mu służymy, jesteśmy my – Jego słudzy, to On nas uczci i uczci nas Ojciec. Jesteśmy tutaj po to, by uczcił nas Ojciec. Częściej mówimy, że przychodzimy do Boga Ojca, do Jezusa, dlatego, że Go kochamy, a to przede wszystkim On przychodzi do nas. Zaprosił nas dzisiaj przez Siostry Jubilatki, aby nas wszystkich uczcić. Aby się nami ucieszyć kimkolwiek jesteśmy, cokolwiek czynimy na co dzień. Dziś jest dzień wielkiego świętowania, wielkiej radości. Bóg chce nas obdarować swoją radością, która nie zna granic. Kiedy czytamy o jubileuszu w Starym Testamencie; w Księdze Kapłańskiej, Księdze Powtórzonego Prawa, Księdze Wyjścia, bardzo wyraźnie widoczne są dwa elementy. Pierwszy, żeby wejść w jubileusz z przebaczeniem. A więc wszyscy, którzy dziś jesteśmy zaproszeni, jesteśmy wezwani do przebaczenia. Aby po tej Eucharystii wyjść odmienionymi sercami, aby oddać Panu Jezusowi to, co nam przeszkadza być razem; razem z Nim i razem między sobą. Tak Bóg mówił przez autorów Ksiąg Natchnionych; Macie przebaczyć. I drugi element: Bóg przychodzi, aby nas wyprowadzić z naszej niewoli, z naszego Egiptu. Ukazuje nam Ziemię Obiecaną, do której, jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, pielgrzymował Abraham. Wyszedł on ze swojej ziemi rodzinnej. Ta ziemia rodzinna to nie tylko ziemia w tym wymiarze fizycznym. Każda z Was, Siostry kochane, przed pięćdziesięciu paru i dwudziestu paru laty opuściła swój dom rodzinny. Ale „wyjść z domu” to znaczy zostawić dotychczasowe więzy. Zostawić, nie znaczy zapomnieć. Ktoś, kto wyszedłby z rodziny i wyrzekł się jej, nie byłby dobrym człowiekiem. Zostawić więzy rodzinne to znaczy kochać, bo trudno nie kochać swoich rodziców, ale z całą świadomością oddania ich Panu Bogu i z całą świadomością powołania do innego miejsca. To tak, jak w małżeństwie. Zostawia człowiek ojca i matkę, i zwiąże się z żoną, i będą razem. Nie przestaje się kochać swojej rodziny, ale jest inna miłość. Siostry kochane, wybrałyście tę inną miłość – miłość Boga w Trójcy Jedynego, a w tej miłości Boga jest miejsce na każdą inną miłość, najprawdziwszą, najczystszą, najbardziej pokorną i mądrą. Wyjść z ziemi rodzinnej to znaczy zostawić swoje dotychczasowe przywiązania, nawyki, zostawić różne słabości i grzechy. W tym pielgrzymowaniu do Ziemi Obiecanej Bóg dokonuje formacji. To On jest głównym Formatorem, przez Kościół oczywiście, przez powołanych w Kościele ludzi; w Zgromadzeniu przez Matkę, Przełożone, Mistrzynie. Ale to Bóg jest pierwszym i głównym Formatorem. Przez czas pięćdziesięciu, czy dwudziestu pięciu lat Bóg oczyszczał i ubogacał. Bóg sprawiał, że człowiek coraz więcej miejsca w swoim życiu i w swojej duszy miał dla Niego. Bóg poszerza serce człowieka. Dzisiaj, z okazji Jubileuszu, warto zapytać samego siebie: czy w tym, co robię dziś, bardziej kocham Pana Jezusa, niż wtedy, gdy zaczynałam moje życie zakonne, życie kapłańskie, moje życie w ogóle. Małżonkom w dniu ślubu często powtarzam: – Jeśli dzisiaj mówicie, że się kochacie, to nic w tym nadzwyczajnego. Gdybyście się nie kochali, to by was tu nie było. Rzecz w tym, abyście po wielu latach mogli powiedzieć: – Nigdy cię tak nie kocham, jak dzisiaj. Nawet jeśli ktoś odchodzi wcześniej, miłość nie umiera. Pomijam pytanie, które też można postawić: gdybym dzisiaj miał, czy miała, wybierać moje powołanie, czy wybrałbym tak samo? Bóg oczyszcza, kiedy pielgrzymujemy do Ziemi Obiecanej, poszerza serce, sprawia, że człowiek kocha coraz bardziej Święty Paweł w Liście do Filipin powiedział: „Uznaję wszystko za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Jezusa Chrystusa, mojego Pana. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego.” Czy mogę powiedzieć dzisiaj: wyzułem się dla Niego ze wszystkiego? Kiedy medytowałem ten tekst, pomyślałem – Panie Jezu, jeszcze nie mogę – ale dziękuję Ci, że mnie oczyszczasz, że dajesz mi czas, żebym kiedyś mógł powiedzieć: Tak, Panie, ze względu na Ciebie wyzułem się ze wszystkiego. Byłaby to niedobra filozofia, nieraz było tak w duchowości, gdyby ktoś myślał, że trzeba wszystko, co było do tej pory, pozostawiać, bo to przeszkadza. Nieprawda. Prawdziwa miłość nigdy nie przeszkadza w pełnej miłości Jezusa. Prawdziwa miłość drugiego człowieka jeszcze bardziej otwiera na miłość Jezusa. Bo przecież większość z nas uczyła się Pana Boga i Jego Miłości dzięki drugiemu człowiekowi. Albo dzięki rodzicom, albo dzięki tym, których Bóg postawił na drodze naszego życia. Bóg w swej Miłości przemienia tamte miłości i sprawia, że wtapiają się one coraz bardziej w tę jedyną Miłość – Źródło wszelkiego życia, wszelkiej radości, wszelkiej miłości. „To wszystko uznaję za stratę” nie znaczy, że ludzi, których spotkałem uznaję za nic. Byłoby to myślenie bardzo nie-Boże, nieprawdziwe. Owszem, drugi człowiek może mi przeszkodzić być blisko z moim Jezusem, wtedy trzeba to zostawić. Dzisiaj Jezus w Ewangelii mówi nam również: „Zaprawdę, powiadam wam: – Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo. Jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.” To jest cała tajemnica Bożego życia. Człowiek, który decyduje się na obumieranie, zaczyna rodzić. Obumieram sobie, żebym mógł rodzić jeszcze bardziej i jeszcze więcej. Człowiek obumiera przez całe swoje życie i przez całe życie Bóg pozwala mu rodzić. Życie zakonne – tak się wydaje – jest najlepszym ukazaniem tego wydarzenia, tego nieustannego obumierania i nieustannego rodzenia. Na tyle umiem rodzić prawdziwą miłość, na ile obumieram sobie. Bardzo wyraźnie życie mi to pokazuje; Ile jest jeszcze we mnie mojego „ja”, moich racji, mojego uprzedzenia, mojego nieprzebaczania, a na ile już to we mnie obumarło. Na ile już umiem powiedzieć: – Jakie to było proste, a ja tak skomplikowana. Bo Miłość Boga jest prosta, a człowiek tę miłość komplikuje. Kochane Siostry Jubilatki, tak bardzo się cieszę, że mogłem razem z Wami odprawić te rekolekcje. Prowadziłem ich wiele, ale muszę powiedzieć, że te były dla mnie zupełnie niezwykłe: w głębokiej jedności w byciu z Jezusem pośrodku. W ogromnej radości i najgłębszej prawdzie, jak tylko mogę to sobie wyobrazić. Modlimy się dzisiaj za Was, Siostry drogie, bo to, co najpiękniejsze, jeszcze jest przed Wami. Święty Paweł mówi: – Pędzę ku wyznaczonej mecie – ktoś mógłby powiedzieć, chodzę o kulach, mam 70. lat, jak mogę pędzić ku wyznaczonej mecie? Myślę, że im dalej, im głębiej, tym bardziej widać, co jest naprawdę ważne. Jak człowiek z miłości pędzi ku tej Jedynej Miłości i pragnie, by go wzięła w całkowite posiadanie. Laski to miejsce ciągle niezwykłe i ciągle święte. Święta społeczność laskowskich grzeszników. Miejsce to zostało obdarowane przez Pana Boga otwarciem na drugiego człowieka i na jego potrzeby. To miejsce, w którym Bóg przez Matkę Założycielkę dokonał rzeczy niezwykłych. To miejsce jest też dzisiaj wołaniem o prawdziwą świętość tych wszystkich, którzy tu są, którzy się do tego Dzieła przyznają i którzy dalej je podejmują. Matka budowała w oparciu o świętość Krzyża i niech nikomu przez myśl nie przejdzie, żeby z Lasek usuwać Krzyż, który jest źródłem radości i pokoju. Jeśli wszystko nie będzie się działo przy Krzyżu, nie będzie prawdziwego pokoju i radości. Tak doskonale rozumiała to Sługa Boża, Matka Elżbieta, kiedy w dzień swojej Profesji mówiła: „Kocham i uwielbiam Boga za wszystkie krzyże przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. A wierząc i ufając, że z Męki Zbawiciela płynie męstwo i siła, ślubuję do końca życia dźwigać z radością i weselem wszystkie krzyże, które z Miłosierdzia swego mi ześle. Tak mi dopomóż Boże w Trójcy Jedyny, Matko Najświętsza i wszyscy Święci.” To cała tajemnica tego miejsca. Nas tak często byle co przewraca, prowadzi do złości, a Matka mówi: „Kocham i uwielbiam Boga za wszystkie krzyże”. Jak można wyjść dziś z tego miejsca inaczej, niż z tymi słowami? Jak można wyjść z tymi słowami i nie powiedzieć do każdego z tu obecnych: – Kocham cię, jak nigdy do tej pory. Matka mówi: uwielbiaj krzyż. Uwielbiaj i dziękuj, i módl się, żebyś te krzyże umiała i umiał nieść do końca. Wtedy możesz powiedzieć, że jesteś człowiekiem Lasek. Tylko wtedy. Tak Cię prosimy, Boże w Trójcy Świętej Jedyny, w ten radosny dzień Jubileuszu naszych Sióstr i Matki, przychodź z Łaską radości niesienia naszego krzyża, bo w nim dokonało się coś najważniejszego. Myślę, że nasi bracia protestanci mają wiele racji, kiedy w Wielki Piątek cieszą się i świętują. Mówią: – Przecież tu się zaczęło zwycięstwo, jak można być smutnym! Boże, chcę Ci oddawać Siostry Jubilatki, żeby do końca dni swoich, cokolwiek przed nimi, zostały wierne Tobie, zostały wierne charyzmatowi i nieustannie cieszyły się tym, co Dobry Bóg dla nich przygotował.
Bp Andrzej F. Dziuba Znów w Laskach
Jesienny dar nieba: śnieg i deszcz, coraz bardziej ogołoconych drzew, a bardziej spadających liści. To one wydają się być w tych dniach bardziej interesujące. Czy ich kolory i widoczne na ziemi wyraźniej kształty nie zachwycają? Tak naprawdę kolory są jednak tylko znakami ich przemijania. Może właśnie na ich przykładzie wyraźniej jesteśmy w stanie uświadomić sobie naszą wspaniałość, a jednocześnie i nasze przemijanie. Jakże to wielkie i zobowiązujące w stosunku do liści, nawet najpiękniejszych. Liście umierają, a drzewo czy krzew jednak pozostają w swym trwaniu i oczekiwaniu nadziei, która spełni się ponownie w darze wiosennej zieleni. Laskowski cmentarz pozwala dostrzec znamiona trwania, choć w dniach Wszystkich Świętych zdaje się być ubogim w kwiatach i zniczach w stosunku do innych cmentarzy. Jednak zapewne jest szczególnie Bogaty w pamięci i miłości, ale czy tylko czysto ludzkiej. Chyba towarzyszy tam spoczywającym głęboka wiara nas żyjących pielgrzymów ziemi. Przecież to zwłaszcza dla nas stawiany jest na ich grobach znak nadziei, krzyż Jezusa Chrystusa, który prowadzi do zmartwychwstania. Mówią tutaj o tym brzozy, które często były i są zaszczycone włączeniem w znak krzyża. Z ks. kan. Kazimierzem Olszewskim stanęliśmy na grobach spoczywających na tym cmentarzu kapłanów. Ilu tu już ich spoczywa, czy jesteśmy w stanie podać ich imiona? To znaki świętości, nauki i kultury, sztuki, pokory oraz miłości Boga i człowieka. Oni faktycznie żyli dla Chrystusa oraz Jego mocą i tylko dlatego byli gigantami wiary przemawiającymi swym świadectwem także dzisiaj. Pochylamy się nad ich mogiłami z głębokim przekonaniem, iż te miejsca są tylko ziemskimi znakami ich wiecznego życia oraz oczekiwania zmartwychwstania. Dar spotkania Sióstr, także na wózkach, które – przy grobach cmentarnych – wspominały Sługi Boże Matkę Elżbietę Różę Czacką i ks. Władysława Korniłowicza oraz ks. Antoniego Marylskiego ożywiają początki wielkiego dzieła „Triuno”, dzieła miłości Boga i człowieka. Miłość córek Świątobliwej Założycielki wskazuje na autentyzm zapoczątkowanego wówczas dzieła, jego owocność przez tyle lat a także nadzieje ku przyszłości. Te siostry, już niektóre na wózkach z powodu wieku czy niesprawności są nadal żywym znakiem, który wyzwala konieczność trwania w tej miłości i jednocześnie kreślenia wielkich planów dalszej posługi, bo miłość zawsze pozostanie żywym znakiem człowieka. Trudno wręcz rozeznać ile odnajduje się znaków dobra we franciszkańskiej posłudze niesionej dla drugiego człowieka; a któż nie jest potrzebującym na duszy czy na ciele. Zatem praktycznie tylu oczekuje, a tak mało gotowych wyjść szczerze naprzeciw tym oczekiwaniom, z osobistym zaangażowaniem czasu, miłości i środków. Laski zdają się mówić i jednocześnie pokazywać, że można inaczej, że trzeba inaczej, w miłości bliźniego, także dla siebie samego. Przecież nie można być zamkniętym czy może otwartym, ale tylko na siebie. Dobrze, że dzieło Lasek niesie swe zatroskanie o człowieka w całym jego Bogactwie i marności, słabościach i pięknie. To ciągłe pytanie o całego człowieka. Prawda nigdy nie powinna być obca człowiekowi, który staje w prawdzie wobec siebie i Boga, a więc ostatecznie miłości. Ona staje się faktycznie ożywczym znakiem i darem ku stawaniu się bardziej i pełniej człowiekiem, tj. stwórczym darem na Boży obraz i Boże podobieństwo. Dzieło Lasek jest przynagleniem, któremu trudno się oprzeć, chyba że się go nie chce zrozumieć, nie dać się mu pochłonąć w niesionych i nieustannie zaofiarowywanych darach. Góra Ojca, na nowo odczytany znak wpisany twórczo w dzieło Lasek. Wielkie plany, zamierzenia i nadzieje snute przez ks. W. Korniłowicza. Dzisiaj jeszcze większe nadzieje miejsca zaofiarowanego całej wspólnocie. Potrzeba zrozumieć ten piasek z wielością jego ziaren oczekujących wzrostu każdego z nas, to wzniesienie stawiające wymagania ducha, ale i bezmiar lasu, który jest bezgraniczny w swym otwarciu na Boga i człowieka. Trzeba tam stanąć, trzeba tam być czasem właśnie w osobowej samotności, aby pełniej i głębiej doświadczyć wspólnoty ludzi i całego stworzenia. Spoglądając na drzemiące przy centrali Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi ule rodzą się pytania o znaki ich trwania. Czyżby jednak ważniejsze było to co jest wewnętrzne, niewidoczne? Zatem pytania o to co nie jest dostrzegalne, ale jednak ważne, wręcz istotne w prawdzie życia. Kolorystyka uli jakże wymownie chce wskazać na Bogactwo świata pszczół, a może i ludzi, Bożych pszczół, bo to oni je malują, wśród których są robotnice i trutnie. Jakże świat współczesny przewartościował ich miejsce oraz pozycję społeczną. Te dzisiaj zaspane ule nie są oderwane od przemijającego czasu, ale ciągle żyjące ku przebudzeniu, ku nowości darów dla świata z pełni swego życia. Wspaniała kaplica, dar wiary i głębokiego zaufania Bogu pozostaje nadal symbolem Lasek. Ile ona przyjęła ludzkich serc przepełnionych wdzięcznością, smutkiem, uwielbieniem i błaganiem o miłosierdzie. Dlatego, że Bóg upatrzył sobie ten dom, w nim ma swe mieszkanie. W Jezusie Chrystusie Bóg pragnie, abyśmy i my znajdowali tutaj nasze mieszkania wiary, nadziei i miłości. To jest ciągle ofiarowany dar, który od tylu pokoleń przyjmowany jest z wdzięcznością ku przemianie serc. Przecież tutaj zawsze jesteśmy u siebie i zawsze kochani przez Boga w miłosierdziu Jezusa Chrystusa. Niewidomi na duszy i na ciele to dar Lasek i jednocześnie dla Lasek, ich życie i posługa ludzka oraz apostolska. Nie można być obojętnym, zwłaszcza, gdy samemu doświadcza się oczekiwania światła. Przecież drogi ludzkie bywają niezwykle zagmatwane i trudne. Nie można jednak ich się wstydzić, gdyż wówczas wstydzilibyśmy się siebie wobec siebie samych, unikając prawdy, która wyzwala, ale tylko w Jezusie Chrystusie. Ta droga jest darem dla każdego z nas. W Chrystusie nie można być wstydliwym wobec prawdy własnych słabości i grzechów. Nie można być obojętnym wobec oczekiwania pomocy wskazania drogi i poprowadzenia nią. Wzajemne obdarowanie ożywia wszystkich w Laskach. To bycie darem i dostrzeganie daru w drugim człowieku. Spotkanie tych znaków pozwala na odważne niesienie zadanej nadziei i jej wypełnianie w duchu miłości, ale wspartej wiarą w Jezusa Chrystusa i Jezusowi Chrystusowi. Zatem „caritas Christi urgent nos” pozostaje zobowiązaniem dzieła Lasek, aby w konsekwencji podążać „przez Krzyż do nieba”. 8.11.2006
60-LECIE ŚMIERCI KS. WŁADYSŁAWA KORNIŁOWICZA
Józef Placha Pokazał nam właściwą drogę
Przekraczając próg nowego tysiąclecia człowiek współczesny – mimo bezprecedensowego rozwoju cywilizacji – wciąż musi się zmagać z różnego rodzaju zagrożeniami i nieustannie dokonywać wyborów, aby nie zagubić się wśród nieraz rozstajnych dróg. Potrzeba zatem szczególnej troski o mocny fundament i niezachwiany pion moralny, aby z jednej strony przezwyciężyć te zagrożenia oraz – z drugiej strony – zintegrować się wewnętrznie na tyle, aby skutecznie i odważnie opowiedzieć się po stronie Boga, jako najpewniejszej „busoli”, porządkującej nawet najbardziej zawiłe losy człowieka. Jakże więc aktualne są dzisiaj słowa księdza Władysława Korniłowicza, który 72 lata temu w swoich „Rekolekcjach społecznych” napisał: „Jednocześnie z pragnieniem Boga, budzi się we współczesnym człowieku potrzeba oderwania się od spraw ziemskich, by w czystej atmosferze duchowego życia zetknąć się bezpośrednio z prawdą, zaczerpnąć nowych sił do pracy i walki. Człowiek szuka wyżyn, szuka pustyni, szuka miejsca, gdzie mógłby znaleźć ciszę, samotność, skupienie. Takim miejscem, specjalnie do tego celu przeznaczonym, jest dom rekolekcyjny”. Z inicjatywy księdza Władysława Korniłowicza w 1933 roku powstał w Laskach taki Dom Rekolekcyjny, który – po przebudowie – do dzisiaj funkcjonuje i wciąż jest miejscem autentycznych nawróceń. Idea jego budowy powstała już wcześniej i była wiązana z miejscem – niedaleko Zakładu – które dzisiaj nazywamy Góra Ojca. O planach budowy, a nawet pierwszych krokach ich realizacji, piszą siostra Teresa Landy i siostra Rut Wosiek w książce pt. „Ksiądz Władysław Korniłowicz”. Ta niezwykle interesująca książka ukazała się w drugim wydaniu w Bibliotece „Więzi” w 2003 roku i można ją uznać za jedną z najlepiej napisanych pozycji, wprowadzających w atmosferę Lasek. Fragment dotyczący budowy Domu Rekolekcyjnego publikujemy nieco dalej.
Właśnie na Górze Ojca 23 września – a więc na trzy dni przed 60. rocznicą śmierci Sługi Bożego Księdza Władysława Korniłowicza – odbyła się uroczystość poświęcenia Krzyża. Podobne wydarzenie miało miejsce już 22 lata temu, ale postawiony wówczas brzozowy krzyż uległ zniszczeniu. Inicjatorem postawienia nowego Krzyża na Górze Ojca był Klub Miłośników lzabelina i Puszczy Kampinoskiej. Współorganizatorami byli: Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, Klub Miłośników Izabelina i Puszczy Kampinoskiej oraz Kampinoski Park Narodowy. Przy licznym udziale naszych dzieci i młodzieży niewidomej oraz zaproszonych Gości odbyła się uroczystość poświęcenia, której przewodniczył ksiądz kardynał Józef Glemp – Prymas Polski. Nowy krzyż został wykonany przez pracowników Kampinoskiego Parku Narodowego. W uroczystości wziął również udział ksiądz biskup Bronisław Dembowski oraz ksiądz profesor Stanisław Olejnik. Oprawę liturgiczną i artystyczna przygotowała młodzież pod kierunkiem p. Stanisława Badeńskiego. Na tablicy pod krzyżem umieszczono napis: „GÓRA OJCA” ZWIĄZANA W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM Z DZIAŁALNOŚCIĄ APOSTOLSKĄ + SŁUGI BOŻEGO KS. WŁADYSŁAWA KORNIŁOWICZA OJCA DUCHOWEGO DZIEŁA LASEK WYCHOWAWCY I PRZYJACIELA +SŁUGI BOŻEGO STEFANA KARD. WYSZYŃSKIEGO PRYMASA TYSIĄCLECIA KRZYŻ POSTAWIONY DLA UCZCZENIA 60 ROCZNICY ŚMIERCI 1946 26 IX 2006
Ksiądz Władysław Korniłowicz urodził się 5 sierpnia 1884 roku w Warszawie w rodzinie inteligenckiej. Był synem znanego psychiatry, znakomitego przedstawiciela polskiego pozytywizmu. Atmosfera domu rodzinne go – pełna tolerancji i ogromnej kultury moralnej – nie pozostała bez wpływu na kształt osobowości młodego Korniłowicza. Gdy chodzi jednak o stronę religijną rozwoju jego osobowości, musiał ją kształtować sam.Religijność matki tutaj nie wystarczała. Ojciec zaś był – mimo niewątpliwych wartości osobowych – obojętny religijnie. To prawdopodobnie zadecydowało, że po ukończeniu przez Władysława gimnazjum realnego – a był to rok 1903 – ojciec zdecydowanie sprzeciwił się jego decyzji wstąpienia do seminarium duchownego. Rezultatem tego było wysłanie syna do Zurychu, gdzie studiował przez dwa lata nauki przyrodnicze. Mimo to Władysław Korniłowicz po powrocie do kraju pierwotny swój zamiar zrealizował. W 1905 roku wstąpił do warszawskiego seminarium duchownego. Po jakimś czasie, za zgodą swoich przełożonych, wyjechał na dalsze studia filozoficzno-teologiczne do Fryburga. Tam zdobywał w dużej części swoją nieprzeciętną formację filozoficzno-teologiczną. Spotkania z wybitnymi uczonymi i ciekawymi ludźmi też zrobiły swoje. Nawiązał wiele kontaktow, które jakby kumulowały i stymulowały jego wewnętrzny rozwoj. 6 kwietnia 1912 roku otrzymał święcenia kapłańskie z rąk księdza biskupa Adama Sapiehy. W momencie wybuchu I wojny światowej przebywał w Zakopanem, gdzie pełnił funkcję kapelana w jednym z zakładów. W 1916 roku powrócił do Warszawy. Rozwijał tutaj swoją działalność duszpasterską – szczególnie w środowisku polskiej inteligencji. Następnie kolejno pełnił funkcję: kapelana wojskowego, prefekta w szkole Wawelberga, gimnazjum żeńskim, a także profesora liturgii we włocławskim seminarium duchownym, gdzie nawiązał kontakt z księdzem Stefanem Wyszyńskim. Również przez jakiś czas był sekretarzem biskupa Sapiehy, co pozwoliło mu na wiązać liczne kontakty zagraniczne z ciekawymi ludźmi, między innymi z kardynałem Mercierem i J. Maritainem. Wręcz życiowe znaczenie miało spotkanie z Matką Elżbietą Czacką. Były to lata 1920-1922, a więc początek Lasek. Obowiązki dyrektora konwiktu dla księży, studentów KUL, nie pozwoliły mu na pełne zaangażowanie się w służbę niewidomych, choć duchowo więź z Laskami wciąż się pogłębiała. W 1930 roku osiadł w Laskach na stałe. Przyciągał tutaj wielu wartościowych ludzi – bądź do bezpośredniej pracy z niewidomymi, bądź na spotkania w ramach tzw. „Kołka”, którego był założycielem. Dla zapewnienia lepszych warunków wewnętrznego rozwoju zbudował w Laskach Dom Rekolekcyjny, propagując ideę rekolekcji zamkniętych, jako najlepszej formy odnajdywania Boga – w modlitwie i ciszy. W 1934 roku, pod jego inspiracją – a następnie redakcją – powstało jedno z najlepszych pism katolickich okresu międzywojennego, kwartalnik „Verbum”. W czasie drugiej wojny światowej musiał wyjechać do Żułowa, gdzie nie zaprzestał swojej pracy duszpasterskiej i rekolekcyjnej. Po wojnie powrócił do Lasek, do dawnych swoich zajęć, mimo poważnie już zaawansowanej choroby nowotworowej. Umarł 26 września 1946 roku. Spoczął na tutejszym cmentarzu, gdzie na tablicy nagrobnej napisano: „Ksiądz Władysław Korniłowicz – nasz Ojciec – Współtwórca i Kierownik Duchowy Dzieła Lasek”. W 1978 roku dokonano ekshumacji i prochy jego przeniesiono do kościoła św. Marcina w Warszawie. To co najbardziej uderza w jego życiu, to umiejętność pełnej realizacji zarówno swojego kapłaństwa, jak i człowieczeństwa. Zresztą jedno i drugie było ze sobą mocno zintegrowane, stanowiło pełną całość jego osobowości. W swoim niezwykłym i wszechstronnym zaangażowaniu był „wszystkim dla wszystkich”. Nam, którym zawsze tak bardzo spieszy się, być może trudno zrozumieć, że Ojciec dla każdego „miał czas”. Nawet dla ludzi z tzw. „marginesu społecznego”. Dla niego nie było ludzi „straconych”. Ujmował wszystkich swoją prostotą i ewangelicznym ubóstwem. Tytan modlitwy i pracy. Konsekwentny wyznawca dewizy: „Zło dobrem zwyciężaj”. Im gorzej i trudniej, tym bardziej i tym konsekwentniej wymagał jej przestrzegania. Przede wszystkim od siebie. I tym właśnie chyba najbardziej „nawracał” innych, „zarażał” Ewangelią.
s. Rut Wosiek FSK Początki Domu Rekolekcyjnego w Laskach
Kiedy ks. Korniłowicz zamieszkał na stałe w Laskach, jego szeroka już wówczas działalność rekolekcyjna zaczęła się siłą rzeczy tam skupiać, chociaż w dalszym ciągu głosił rekolekcje po całej Polsce. W każdym razie, kiedy był w Laskach – zjawiali się w nich natychmiast i rekolektanci: samotnie albo całymi grupami. W Laskach było już wtedy kilka domów rozrzuconych wśród zagajników, naokoło centralnie położonej kaplicy. Był także duży, piętrowy budynek szkolny z internatem chłopców. Mimo to sytuacja mieszkaniowa była bardzo trudna. Sam ks. Korniłowicz zamieszkał w małym domku niedaleko kaplicy, ochrzczonym imieniem św. Jana Vianneya. Własny dom świętego Proboszcza z Ars nie mógł być chyba uboższy niż to mieszkanie – najwygodniejsze i najbardziej luksusowe, jakie mogły wówczas zaofiarować Laski swemu kierownikowi duchowemu. Ks. Korniłowicz czuł się tam zresztą świetnie, a domek dzielił jeszcze na stałe z Witoldem Świątkowskim i – też właściwie na stałe – z kolejnymi gośćmi. Kiedy więc przyjeżdżały całe grupy rekolektantów, trzeba było wykroić dla nich miejsce z tej ciasnoty. Siostry przenosiły się z różnych lokali wykorzystywanych normalnie na noclegi – jak na przykład gabinet dentystyczny czy lekarski. Podczas przerw świątecznych i wakacji gości umieszczano, oczywiście, w szkole i internatach. Wobec stałych kłopotów lokalowych powracała wśród przyjaciół ks. Korniłowicza myśl o konieczności wybudowania w Laskach domu rekolekcyjnego. Marzyło o tym od lat „Kółko”, mówiła nieraz na ten temat Matka Czacka. Przede wszystkim sam ks. Korniłowicz bardzo doceniał rolę domów rekolekcyjnych, idąc w tym zresztą także za wyrażonym w encyklice Mens nostra życzeniem papieża. W referacie o Rekolekcjach społecznych obok woli Piusa XI cytuje jeszcze zdanie innego, szczególnie mu bliskiego człowieka, Fryderyka Foerstera, który uważa, że domy takie „są bardziej potrzebne dla współczesnej ludzkości niż sanatoria”. Wszystkie te marzenia i plany niespodzianie przybrały realny kształt około 1930 roku. Z podziału jakiegoś rodzinnego spadku przypadła ks. Korniłowiczowi duża na owe czasy suma – 50 tysięcy złotych, którą przeznaczył od razu na ten cel. Do projektu dołączyli się natychmiast także jego przyjaciele i penitenci; powstał Komitet Budowy Domu Rekolekcyjnego, zaczęto zbierać dalsze fundusze. Od początku zarysowały się dwie koncepcje. Można więc było od razu zacząć budowę dużego domu albo też najpierw, dla zaradzenia najpilniejszym potrzebom, wybudować mniejszy dom i spokojnie zająć się realizacją szerszych planów. Został ogłoszony konkurs na projekt domu. Duży dom – marzenie ks. Korniłowicza – miał stanąć na specjalnie zakupionej działce niedaleko Zakładu. Odległość była akurat taka, żeby umożliwić zupełne skupienie i oderwanie od świata, a zarazem, żeby Zakład był jednak zapleczem dla domu. Piaszczysta wydma, zwana do dziś „Górą Ojca”, należy rzeczywiście do najpiękniejszych zakątków w okolicy. Niewielkie wzniesienie daje stąd stosunkowo rozległy widok na płaskie tereny Puszczy Kampinoskiej. Sama „góra”, piaszczysta i porośnięta sosnowym lasem, zapowiadała dobre warunki zdrowotne, a uroku przydawał jej jeszcze łagodzący suchość terenu niewielki strumyk u podnóża. Ks. Korniłowicz lubił tam chodzić sam i w towarzystwie, żeby odmówić brewiarz, porozmawiać, pomarzyć. Ks. prof. Antoni Pawłowski, przyszły biskup włocławski, jeden z najbliższych mu księży, wspomina ten szczęśliwy okres projektów: „Jednym z wielkich marzeń Ojca był nowy, specjalny, troskliwie przezeń planowany dom rekolekcyjny. Sam spacer na teren posesji, gdzie ten dom miał się wznosić, nastrajał Ojca głębokim wzruszeniem. W zarysach, jakie kreślił z rozmówcą, padały dobitne akcenty na następujące szczegóły: wzgórze – jako wytyczna, że celem mieszkańców czy przybyszów będzie zawsze bliskość Boga, ukojna cisza Puszczy Kampinoskiej – jako zobowiązanie, by praktykowanym tutaj skupieniem otwierać na oścież wrota duszy przed Laską Bożą i natchnieniami Ducha Świętego. Na wysokim poziomie utrzymana biblioteka teologiczno-religijna miała zapewnić temu środowisku zdolność promieniowania na kulturę kraju wartościami nadprzyrodzonymi”. Ks. Korniłowicz wspominał nieraz także o projekcie wybudowania jeszcze jednego domu, który byłby rodzajem azylu i miejscem pozwalającym na odzyskanie równowagi dla ludzi nieszczęśliwych, załamanych, niezdolnych chwilowo do przyjęcia rygorów koniecznych we właściwym domu rekolekcyjnym. W miarę realizacji tych projektów zaczęły wyrastać też pierwsze trudności. „Góra Ojca” – przy swoich niewątpliwych, widocznych gołym okiem, zaletach zaczęła ujawniać ukryte wady. Teren pod budowę wymagał pewnej niwelacji, co pociągnęło za sobą dodatkowe koszty. Potem się okazało, że po to, by rozpocząć zwózkę materiałów, trzeba najpierw wybudować drogę przez zagajniki, potoczek i głębokie pokłady piasku. Wreszcie zaczęto zwozić materiały budowlane i wtedy się okazało, że wszystkie dotychczasowe kłopoty były niczym... Zabrakło pieniędzy. Na samym początku, kiedy ks. Korniłowicz dostał te swoje 50 tysięcy – podstawę wszystkich planów – oddał je od razu jednemu z kółkowych prawników. Ten je przekazał z kolei swemu kuzynowi do możliwie najbezpieczniejszego ulokowania. Nikt, oczywiście, stałym w tym gronie zwyczajem, nie omówił sprawy do końca. Sam ks. Korniłowicz z chwilą oddania pieniędzy w pewne ręce przestał się nimi interesować, uważając sprawę za załatwioną. W jakiś czas później umarł nagle ów prawnik. Jego śmierć była dla ks. Korniłowicza zbyt dużym wstrząsem, aby przy takiej okazji wyjaśniać sprawę pieniędzy. Kiedy wkrótce potem trzeba było już jednak do nich sięgnąć, sytuacja okazała się na wpół tragiczna, na wpół groteskowa. Człowiek, któremu pieniądze powierzono, wycofał się z całej sprawy, a rodzina zmarłego, poczuwając się do odpowiedzialności za nie, zabezpieczyła tę sumę na hipotece fabryki lodówek. Na korzyść zmysłu praktycznego ks. Korniłowicza, który w tej sprawie poniósł całkowitą klęskę, trzeba przyznać, że pierwszy się jednak zorientował w sytuacji i zrozumiał, że pieniędzy nie odzyska, chociaż wszyscy byli pełni zapału do rozpoczynania starań. Kiedy nie powiodły się wysiłki zaalarmowanych prawników – powiedział do kogoś z przyjaciół z odcieniem pewnej wisielczej satysfakcji: „Widzisz, T., taki niby stary wyga, a okazuje się, że też frajer” (ów mecenas T., brat serdecznego przyjaciela ks. Korniłowicza, znany prawnik, niedawno przekonywał go, że lokata jest pewna i korzystna, a osoba, która się nią zajęła, godna w pełni zaufania)... Po długich staraniach spadek wrócił do właściciela – w postaci... kilku wielkich komód-lodówek, których w Laskach nie można było uruchomić ani wykorzystać zgodnie z ich przeznaczeniem, a w części – po sprzedaży fabryki – także w gotowce. Cała historia była jednak dla ks. Korniłowicza bardzo przykra, chociaż starał się tego nie okazywać, a tym bardziej nikogo nie sądzić. Było to jednak fiasko wszystkich jego wieloletnich planów. Czuł się też jakoś winny wobec Komitetu Budowy Domu Rekolekcyjnego, wobec ludzi, którzy włożyli w budowę własne pieniądze. Chociaż przepadły pieniądze jego, a nie społeczne, uważał jednak, że przez tę stratę zawiódł ludzkie zaufanie. O tym naturalnie nie było mowy. Stratą się wszyscy rzeczywiście przejęli, głownie ze względu na Ojca. Ostatecznie ks. Korniłowicz zasiadł do pisania memoriału, który miał wyjaśnić sytuację. „Zasiadł” – to zresztą nieodpowiednie słowo, bo usiedzieć nie mógł, tylko przez kilka nocy, krążąc po pokoju, dyktował swój memoriał jednemu z przyjaciół. Zygmunt Serafinowicz opowiadał potem, jak mu się w końcu naprawdę żal zrobiło zmęczonego tym wszystkim Ojca: „No, dobrze, ale po co właściwie Ojciec to wszystko pisze?” – spytał. – „Bo muszę im wszystkim powiedzieć, jak się to stało, że miałem pieniądze, a teraz nie mam pieniędzy...” – i zaczęli się wreszcie obaj śmiać. Sytuacja była „wyjaśniona”, kapitały ostatecznie pogrzebane, trzeba było wszystko zaczynać od początku. W 1931 roku rozpoczęto budowę mniejszego domu na terenie wydzierżawionym przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Budowa została ukończona w 1933 roku. Dom projektowała spółka architektów Dowbor-Kukulski, autorów pracy konkursowej na budowę „dużego” domu rekolekcyjnego. Przy samej budowie pracowali robotnicy zakładowi pod kierunkiem miejscowego majstra. Wewnętrzne urządzenie domu finansowała w dużej mierze wdowa po Leonie Reynelu, która w ostatnich latach zbliżyła się do Lasek i nieraz już udzielała materialnej pomocy Dziełu. O charakterze wnętrz decydował jednak przede wszystkim sam Ojciec. Dlatego dom rekolekcyjny stał się najpełniejszym wyrazem jego poglądów estetycznych. Ks. Korniłowicz dążył do zapewnienia mieszkańcom maksimum wygody przy użyciu środków możliwie pięknych, ale ubogich i prostych. Unikał tandety i wszelkich pozorów piękna. Pod tym względem był zawsze nieustępliwy wobec wszelkich doradców i mecenasów. Żadnej imitacji kosztownych tkanin i materiałów: płótno, drewno, formy proste, surowe, lecz nie stylizowane na „ludowość”, ściany bielone, na nich proste krzyże i dobre reprodukcje arcydzieł sztuki religijnej. Przeważającą barwą był złotawy kolor drewna, szary płótna i niebieski prostych tkanin. Wszytko było bardzo proste, nie rozpraszało ani uderzającymi efektami estetycznymi, ani szpetotą, lecz pomagało w skupieniu. Niewielka kaplica z ołtarzem z ciemnego drewna w kształcie stołu na jednej podstawie, z jaśniejszą intarsją baranka. Nad ołtarzem krucyfiks Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej, a na ścianach fotografie jej Drogi Krzyżowej. Po obu stronach ołtarza reprodukcje witraży Wyspiańskiego, przedstawiające św. Franciszka i bł. Salomeę. Na oknie wreszcie brązowy odlew rzeźby Matki Boskiej z Dzieciątkiem, dłuta s. Katarzyny Sokołowskiej. Kaplica ta, zajmująca niewielki pokoik, łączy się przez rozsuwane drzwi z większą salą jadalną i w ten sposób może być powiększana dla liczniejszych grup*. Wszystko tu sprzyja skupieniu i modlitwie. Mieszkanie ks. Korniłowicza na piętrze składało się z dwu pokoi. Mały, z balkonem pełnił funkcje sypialni i pokoju do pracy, drugi, większy mieścił dość zasobną bibliotekę i służył dla gości wyjątkowo bliskich gospodarzowi. Mieszkali tam często różni przyjezdni księża, koledzy lub uczniowie ks. Korniłowicza, tam zapraszał też rekolektantów, dla których małe celki domu rekolekcyjnego były z jakichś powodów za ciasne, albo po prostu tych, których wolał mieć blisko siebie pod czas rekolekcji. Odbywały się tu w zasadzie dwa rodzaje rekolekcji – indywidualne i grupowe. Na indywidualne przyjeżdżali ludzie przez okrągły rok. Zbiorowe, szczególnie liczniejszych grup, odbywały się raczej w specjalnych okresach, przed większymi świętami, w Adwencie i Wielkim Poście, czy podczas ferii świątecznych lub wakacji. Grupy, które przyjeżdżały do domu rekolekcyjnego, były bardzo różne. Ks. Korniłowicz prowadził np. także rekolekcje dla dzieci zaprzyjaźnionych rodzin, zwłaszcza przygotowujących się do I Komunii św. Były to najprawdziwsze rekolekcje zamknięte. Dzieci obowiązywało w pewnych porach dnia milczenie, oczywiście gęsto przeplatane zabawą i spacerami. Ważnym momentem było to, że rodzice nie mieli podczas tych trzech dni dostępu do dzieci. Musieli się na to zdecydować, jeśli im zależało, żeby dzieci odbyły rekolekcje w Laskach. Ks. Korniłowiczowi szło o to, aby i tym zupełnie małym katolikom umożliwić spotkanie z Bogiem w skupieniu i dostępnej dla ich wieku samotności. Matki miały na ogól miłą niespodziankę widząc jak najbardziej nawet rozpieszczone dzieci doskonale się czuły w czasie tej krótkiej rozłąki. Po tym przygotowaniu Komunia św. była radosnym wspólnym przeżyciem. Nie odbywały się w Laskach rekolekcje dla młodzieży szkolnej, ponieważ organizowaniem ich zajmowały się szkoły. Często natomiast przyjeżdżały różne grupy młodzieży akademickiej: odrodzeniowcy, Juventus Christiana, zespoły starszego harcerstwa – z własnymi rekolekcjonistami albo do ks. Korniłowicza. „Kółko” trudno już było w tych latach zaliczyć do młodzieży, stanowiło raczej grupę młodej inteligencji. Korzystało oczywiście wiernie z rekolekcji swego Ojca, wciągając w nie, podobnie jak na zebrania, także ludzi ku niemu ciążących. Jako stała grupa korzystały też z domu rekolekcyjnego „Bratki” i stowarzyszenia Młodych Ziemianek i Ziemianek, chociaż na ogół odprawiały one swoje rekolekcje na wsi, w Dratowie lub innych dworach. Czasem odbywały się rekolekcje Ziemian, oni jednak raczej zapraszali ks. Korniłowicza do siebie, m.in. też do Dratowa lub na Kujawy do Dobrego. Jeżeli zespoły te rzadko pojawiały się w Laskach grupowo, tym bardziej dostarczały indywidualnych rekolektantów w różnych porach roku do domu rekolekcyjnego. Bywały wreszcie rekolekcje dla grup zawodowych: prawników, profesorów wyższych uczelni, nauczycieli, lekarzy itp. Ks. Korniłowicz nie żałował swego czasu nawet dla najmniejszej grupki osób. Kiedyś, gdy na rekolekcje dla profesorów przyjechało ich tylko trzech, nie tylko nie odwołał rekolekcji, ale wygłosił wszystkie konferencje według zamierzonego planu. Podobnie się zdarzyło innym razem z rekolekcjami, które przeprowadził dla trojki seniorów Odrodzenia, gdy większa ich liczba nie dopisała. Były to jednak zupełne wyjątki. Zazwyczaj rekolekcje były tak liczne, że trudno było wszystkich pomieścić. W związku z tym ks. Korniłowicz w dalszym ciągu wracał do myśli o wybudowaniu wielkiego domu. W domu pod wezwaniem św. Augustyna miały być specjalne sale przeznaczone dla większych grup, aby mogły odprawiać swoje rekolekcje bez szkody dla mniejszych zespołów i pojedynczych osób. W 1938 roku – po odzyskaniu części funduszy i napływie nowych ofiar – myśl ta zaczęła znowu przybierać realne kształty. Wybudowano twardą drogę, potrzebną dla zwożenia materiałów. Starania te, kosztujące wiele zabiegów i wysiłków zostały przerwane – tym razem już na zawsze – przez wybuch II wojny światowej.
8 czerwca minęła 50. rocznica tragicznej śmierci Jana Lechonia (Leszka Serafinowicza). W ostatnim numerze „Lasek” już nawiązaliśmy do tej rocznicy. Przedłużając pamięć o tym jednym z czołowych polskich poetów – zwłaszcza okresu międzywojennego – publikujemy poniżej artykuł jego brata: Zygmunta Serafinowicza – długoletniego kierownika szkół w Laskach. 23 listopada br. minęła 35. rocznica jego śmierci. Zaznaczenie tych dwóch rocznic na łamach naszego czasopisma niechaj będzie wyrazem hołdu dla obydwu braci, których mogiły znajdują się na naszym zakładowym cmentarzu. redakcja Zygmunt Serafinowicz Wspomnienie o Janie Lechoniu* Ulegając namowom różnych osób, które znały osobiście lub z twórczości tylko brata mego Jana Lechonia, zdecydowałem się napisać o nim to wspomnienie. Czynię to raczej niechętnie, bo pisząc o dzieciństwie czy młodości Leszka, muszę z konieczności mówić o ludziach, którzy wówczas żyli, o tzw. atmosferze rodzinnej, o sprawach nieraz bardzo osobistych, a wszystko to nie wiąże się bezpośrednio z jego twórczością poetycką, więc nie jestem pewny, czy zasługuje na „przekazywanie potomności”. Poza tym, ktoś czytając te wspomnienia, może mi wytknąć ich rzekomo brązowniczy charakter. Cóż jednak poradzę na to, że zawsze z pewnym wzruszeniem myślę o tym pogodnym dzieciństwie, które zawdzięczaliśmy naszym rodzicom, a z młodych lat Leszka utkwiły mi w pamięci te przede wszystkim szczegóły, które zdają się świadczyć o jego oryginalnej wówczas osobowości. Po tych uwagach wstępnych przystępuję do rzeczy. Rodzice nasi oboje pochodzili ze wsi. Dziadek „po mieczu” – oficer wojsk polskich, uczestnik Powstania Listopadowego, po różnych kolejach życia osiadłszy na jakiejś resztówce w powiecie łaskim zmarł, kiedy nasz ojciec był jeszcze dzieckiem; dziadek „po kądzieli” mieszkał gdzieś w Sandomierskiem, administrując cudzymi majątkami lub „chodząc dzierżawami”. Kiedy matka nasza, jedna z szesnaściorga rodzeństwa, skończyła lat siedem, wysłano ją do Warszawy na pensję, którą prowadziła jej wujenka. Po skończeniu nauki i uzyskaniu dyplomu nauczycielki geografii pozostała w Warszawie pracując „u wujenki”. Dziadek pisywał do niej 1isty dość patriarchalne w tonie, które starannie przechowywała i spaliła dopiero na krotko przed swą śmiercią. Pamiętam fragment jednego z nich: „a przy nadchodzących świętach Zmartwychwstania Pańskiego, skoro Bóg Wszechmogący tak zrządził, że Cię widzieć będziemy mogli, co nam nie jest obojętnym, życzymy Ci kochana Córko...” itd. W tym czasie ojciec nasz poszukiwał osób gotowych pracować bezinteresownie w Towarzystwie Kolonii Letnich. Ojciec był urzędnikiem w biurach Dyrekcji Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ale poza pracą zawodową „wyżywał się” w pracy społecznej. W domu wujenki właśnie znalazł ofiarną towarzyszkę pracy, a potem żonę, i w rezultacie, jak sięgnę pamięcią, było nas dwóch braci: ja i młodszy ode mnie o dwa lata Leszek; później przyszedł na świat jeszcze jeden. Wujenka tymczasem sprzedała swoją pensję i zamieszkała przy nas już w roli babki. I to babki najważniejszej, najbliższej, niepowtarzalnej. Mimo bardzo słabego zdrowia i nawet kalectwa była zawsze pełną entuzjazmu kochającą ponad wszystko Człowieka (przez duże C) i wierzącą niezachwianie w Oświatę (przez duże O). Gdy umarła, pozostała po niej gruba, oprawna w skórę książka, do której wpisywała poezje Słowackiego – między innymi całego Kordiana – ozdabiając je różnymi kolorowymi inicjałami. Książkę te dostałem po latach w prezencie na swoje imieniny, jako chrześniak babki, ale Leszek poty mnie prosił i nudził, aż wreszcie odstąpiłem mu ją; dziś trudno mi powiedzieć: bezinteresownie czy za misę soczewicy. Matka otrzymała w spadku prezent kłopotliwy, bo kilku uczniów, których babka przygotowywała do gimnazjum, oczywiście za „Bóg zapłać”. Chcąc jakoś wybrnąć z tej sytuacji, podzieliła ich na grupy, dołączyła do tego kilku uczniów płatnych, wcieliła mnie do jednego z tych kompletów i w ten sposób pracując zarobkowo, nie opuszczała domu, mając nas na stałe przy sobie. Bo nawet kiedy szliśmy z niańką na spacer do Łazienek czy Parku Ujazdowskiego, zawsze przychodziła do nas i zawsze z krzykiem biegliśmy na jej spotkanie. Czasami, bardzo rzadko, wychodziła z ojcem gdzieś „na wizytę”, zapowiadając nam to zawczasu, aby nas jakoś oswoić z tą ciężką myślą. Takie wieczory bez matki były bardzo smutne. Pamiętam: leżeliśmy w łóżkach, niańka siedziała w sąsiednim pokoju, z reguły milcząc jak zaklęta, w kuchni kucharka śpiewała jakąś beznadziejną piosenkę, a za ścianą ktoś grał na pianinie. Najmłodszy z nas zasypiał natychmiast, ale my z Leszkiem bardzo byliśmy tą sytuacją przygnębieni. – Ty śpisz? – pytaliśmy się nawzajem co jakiś czas, wreszcie jednak zasypialiśmy, a po obudzeniu okazywało się, że jest już dzień i co ważniejsze – matka. Ojca widywaliśmy rzadziej – dopadkami; jedynie niedziele miał dla nas wolne, poza tym pracował dosłownie od rana do wieczora, trochę w biurze, a przeważnie w swoim pokoju pochylony wiecznie nad jakimiś papierami. Na pewno lwią cześć jego budżetu stanowiło utrzymanie i nauka synów. Dbał o zaspokojenie wszystkich naszych potrzeb, myślę, że do przesady. Od najmłodszych lat pobieraliśmy różne lekcje prywatne, więc slojd, śpiew, gimnastyka, potem gra na fortepianie, język niemiecki, stolarstwo. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy zbyt pilnie przykładali się do tego wszystkiego; właściwie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Warsztat stolarski z kompletnym urządzeniem: piłami, strugami itd. stał w naszym pokoju zupełnie bezczynnie całymi latami, zanim ojciec zdecydował się odstąpić go jakiemuś stolarzowi. Podobnie zresztą było z rowerem. „Po co to tu stoi i kto na tym jeździ właściwie?” – zapytał pewnego dnia ojciec i bodajże nazajutrz rower zniknął z mieszkania. Wystarczyło jednej próby z wywoływaniem zdjęć w zaciemnionej łazience, aby nas zniechęcić do aparatu fotograficznego definitywnie. Lubiliśmy za to tzw. słowo pisane, mając zawsze do dyspozycji wszystkie czasopisma dziecinne: „Moje Pisemko”, „Przyjaciel Dzieci”, „Wieczory Rodzinne”. W latach późniejszych w jednej z księgarń korzystaliśmy z dobrodziejstwa rachunku otwartego, tzn. jeżeli któremuś z nas podobała się jakaś książka i uzyskał aprobatę matki, brał ją po prostu z księgarni, a ojciec regulował należność po jakimś czasie. Niezależnie od tego kupował nam stale różne wielotomowe wydawnictwa, atlasy i encyklopedie, wszystko „na wyrost” z myślą, że się nam przyda, gdy będziemy starsi. Póki jeszcze nie poszliśmy do szkoły, wakacje letnie trwały dla nas pięć miesięcy, od połowy maja do połowy października. Wyjeżdżaliśmy gdzieś na wieś, na ogół niezbyt daleko od Warszawy. Raz jeden pojechaliśmy nad morze niedaleko Połągi, ale bardzo szybko zatęskniliśmy za zwykłą wsią mazowiecką z jej nieskomplikowanymi atrakcjami. Kiedyś podczas takich wakacji, wybuchła w okolicy epidemia szkarlatyny. Wszyscy nieomal letnicy czym prędzej opuścili zagrożony teren, aby nie narażać swoich dzieci. Nasi rodzice jednak, uważając, że takie postępowanie za aspołeczne, pozostali na wsi i matka, zachowując różne środki ostrożności, zachodziła nawet do domów objętych zarazą. Ponieważ wiem, jak była zawsze przesadnie troskliwa o nasze zdrowie – kiedyś z powodu zwykłego kokluszu wezwano do nas trzech lekarzy – wyobrażam sobie, ile kosztować ją musiał ten akt uspołecznienia. W latach szkolnych wyjeżdżaliśmy parokrotnie na wakacje do Ojcowa. Stamtąd było zaledwie kilkanaście kilometrów do Krakowa, ale Kraków w tych zamierzchłych czasach leżał już za granicą w zaborze austriackim. Mimo to, w dni pogodne patrząc w tamtą stronę z wierzchołka tzw. Hełmowej Góry, można było od biedy zobaczyć to i owo, oczywiście przy dużej dozie dobrej woli. Na tej nam nie zbywało, wobec czego drapaliśmy się na tę gorę przy każdej nadarzającej się okazji, aby choć z daleka popatrzeć na Kraków. Właściwie nie mieszkaliśmy w samym Ojcowie, ale o trzy kilometry dalej na szczycie innej znów góry zwanej Grodziskiem. Były tam stare drzewa, nieczynny kościół, jakaś archaiczna studnia z obeliskiem i szczątki murów fortecznych, jako że według zapewnień kościelnego było to kiedyś „miejsce obronne”. Kościelny zresztą nie nazywał się kościelnym, tylko pustelnikiem, ponieważ była tu również pustelnia błogosławionej Salomei – samotna kamienna cela, w której stało łoże również z kamienia, a na ścianie widniał napis po polsku i po łacinie: Qui est somnus? Mortis imago – Czym jest sen? Śmierci obrazem. O błogosławionej Salomei wiedzieliśmy – również z ust pustelnika – że w dzieciństwie jeszcze poślubiona Kolomanowi, księciu węgierskiemu, po śmierci tegoż wstąpiła do klasztoru Sióstr Klarysek w Zawichoście. Na murze otaczającym plac przed kościołem obok figury Kolomana stały jeszcze kamienne postacie bodajże Leszka Białego, Bolesława Wstydliwego i jeszcze jakaś, której nie pamiętam, ale wówczas umieliśmy to wszystko na wyrywki i często w zastępstwie pustelnika oprowadzaliśmy różnych wycieczkowiczów, opowiadając im o tej studni, o błogosławionej Salomei i o Kolomanie. Zwłaszcza Leszek lubił wyręczać pustelnika i zwiedzający zawsze byli zachwyceni i nim, i jego wyjaśnieniami, najbardziej jednak zachwycony był sam pustelnik, który miał teraz więcej czasu na czytanie sensacyjnych powieści, za którymi przepadał, a materialnie nie był poszkodowany, bo za oprowadzanie gości inkasowaliśmy zawsze pełną kwotę jako honorarium „dla pustelnika”. Wracając jeszcze do naszego ojca, muszę zaznaczyć, że miał on jedno dość osobliwe upodobanie. Właściwie nawet dwa. Po pierwsze, dając wyraz przekonaniu, że „chłop potęgą jest i basta” ubierał nas stale w tzw. stroje ludowe, skutkiem czego paradowaliśmy po ulicach, udając Krakusów lub przybrani w różne świtki lubelskie lub łowickie pasiaki. Od czasu do czasu zresztą, dla odmiany, odziewano nas w czamarki. Druga pasja Ojca polegała na tym, że lubił zmieniać mieszkania. Wspominam o tym dlatego, że gdzieś tam wyczytałem, że „Lechoń był dzieckiem Starego Miasta”. Nie jest to całkowicie słuszne, gdyż podczas pierwszych dwudziestu jeden lat małżeńskiego pożycia zdążył zmienić mieszkanie czternaście razy, oscylując głownie w południowej dzielnicy miasta, jeżeli nie liczyć dwóch wypadów poza Warszawę: do Pruszkowa i Milanówka. Dopiero otrzymawszy mieszkanie służbowe na Nowym Mieście przebywał tam aż do czasu przejścia na emeryturę, po czym z lekkim sercem prysnął na Żoliborz. Co się tyczy Leszka, spędził on w dzielnicy Staromiejskiej lat trzynaście, między osiemnastym a trzydziestym pierwszym rokiem życia. Mieszkanie nasze w tym czasie znajdowało się w bliskim sąsiedztwie kościoła N.M.P., ale nie miało to żadnego wpływu na atmosferę religijną domu; była ona zawsze, jeżeli chodzi o rodziców, pełna niekonsekwencji, typowa dla tamtych ludzi i czasów. Pamiętam, że jako dzieci odmawialiśmy rano i wieczorem modlitwę, poza tym niesłychanie rzadko – myślę, że w okresie dzieciństwa zdarzyło się to kilka razy – bywaliśmy w kościele, później niedzielna msza szkolna – formalność niezbyt ściśle przez dyrekcję przestrzegana – i to było wszystko. Kiedyś ojciec wspomniawszy coś uprzednio o tradycji, zaprowadził nas w niedzielę wielkanocną wczesnym rankiem na rezurekcję, ale zdaje się sam gorzko tego pożałował, bo ścisk był nie do opisania. Odtąd obchodziliśmy święta bez tego rodzaju dystrakcji. Kiedy jednak przyszedł czas przygotowywanie mnie do pierwszej spowiedzi, rodzice obawiając się, że prefekt szkolny może to zrobić szablonowo, uprosili osobę, która w tych sprawach uchodziła za autorytet, aby zechciała się tego podjąć. Ponieważ była to jedyna w swoim rodzaju okazja, zdecydowano, że Leszek, który nie miał jeszcze w tym czasie przystępować do spowiedzi, weźmie mimo to udział w przygotowaniu. Po roku Leszek mając lat jedenaście przystąpił do spowiedzi i na tym się jego praktyki religijne skończyły. Wznowił je na emigracji jako pięćdziesięcioletni bez mała mężczyzna, wówczas dopiero – wiem to nieomal na pewno – po raz pierwszy w życiu przystępując do Komunii. No, ale to są już późniejsze czasy. Wracam do jego dzieciństwa. Od najmłodszych lat przejawiał wielkie zamiłowanie do książek. Interesowała go przy tym nie tyle beletrystyka dziecinna, ile raczej książki historyczne z ilustracjami, reprodukcjami obrazów i fotografii. Nie umiał jeszcze czytać, więc prosił, aby mu treść tych ilustracji tłumaczyć i potem długo im się przyglądał. Lubił też bardzo słuchać, kiedy matka opowiadała nam jakieś epizody historii Polski. I tak oto te wszystkie książki, reprodukcje, obrazki, pogadanki plus jeszcze różne orzełki przemycane przez granicę z Krakowa, że już o pasiakach łowickich nie wspomnę, zrobiły swoje. Pewnego razu (Leszek mógł mieć wówczas na pewno nie więcej niż cztery lata) zabrał nas ojciec w odwiedziny do znajomych. Była to rodzina polska, ale pochodzenia niemieckiego. Tego dnia, ze względu na obecność jakichś, krewnych czy powinowatych, rozmowa przy stole toczyła się w języku niemieckim. My z Leszkiem i innymi dziećmi siedzieliśmy przy oddzielnym stoliku, słuchając tej niezrozumiałej dla nas obcej mowy. W pewnej chwili Leszek wstał z miejsca, zbliżył się do stołu starszych, podniósł do góry rękę (ten gest zapożyczył może z jakiej ilustracji) i powiedział swoim bardzo jeszcze dziecinnym głosem: „Ja jestem Polak!” Ogromnie się to wszystkim spodobało, a rodzice często później opowiadali o tym. Innym razem – pamiętam – Leszek wdrapawszy się na jakąś komodę krzyczał głośno, powtarzając w zapamiętaniu – trochę ni w pięć, ni w dziewięć, bo nikt mu nie przeczył, ani nie potakiwał – w kółko jedno i to samo: „Stanisław August zdrajca! Stanisław August zdrajca”! W wyniku studiów prowadzonych w komplecie matki jako siedmioletni chłopiec umiałem już oczywiście czytać i pisać. Leszek, apelując stale do tej mojej wiedzy w najrozmaitszych okolicznościach, przy oglądaniu książek, czasopism czy szyldów sklepowych posiadał w zupełności jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnej nauki tę umiejętność tak dalece, że w roku 1904 podczas wojny rosyjsko-japońskej, mając lat pięć, był już redaktorem czasopisma, które nosiło tytuł „Gazeta mamy i Leszka”. Było to pismo przede wszystkim obrazkowe z krótkimi napisami tłumaczącymi treść obrazka. Pamiętam jeden taki rysunek przedstawiający moment objęcia naczelnego dowództwa nad armią rosyjską przez generała Liniewicza po ustąpieniu generała Kuropatkina. Obaj generałowie, wielkości mniej więcej po dziesięć centymetrów każdy, stali na wprost siebie w pewniej odległości i z piersi jednego z nich maszerowało do klatki piersiowej drugiego po idealnie prostej linii kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Pismo wychodziło przez czas dłuższy; zaczęły się pojawiać się w nim wiersze, jak na przykład ten napisany z okazji inauguracyjnego posiedzenia Dumy Państwowej. Oto jest fragment: Otwiera się piękny pałac dworski, wchodzi Dmowski i Nowodworski. Znajomy naszych rodziców, Jan Nitowski, historyk i krytyk literatury, obdarzony długą siwą brodą, wcielenie powagi i niezaradności życiowej, przy spotkaniu z Leszkiem stale podawał mu rękę i pytał swym rozwlekłym głosem: „Co tam słychać, redaktorze?” Leszek cenił sobie bardzo tę znajomość, ponieważ u pana Nitowskiego było dużo książek, które mógł oglądać. Książki, sztychy, obrazki to był świat, w którym Leszek żył i czuł się chyba najlepiej. Jedna z naszych kuzynek opowiadała, jak kiedyś na wsi poszła z nim na spacer. Las, łąka, kwiaty, słońce, Leszek dłuższą chwilę patrzył na to w milczeniu i potem powiedział: „Jakby to ładnie wyglądało na obrazku”. Nie pamiętam roku tragicznej śmierci batalisty Pawliszaka. Zrobiła ona na nas wielkie wrażenie i tego dnia Leszek długo przyglądał się pocztówkowym reprodukcjom jego obrazów. Kiedy pierwszy raz zabrała nas matka na wystawę do „Zachęty”, Leszka nie można było nakłonić do wyjścia, zwłaszcza długo stał wpatrzony w matejkowski Grunwald. „Jak urzeczony” – mówiła potem matka. Z okresu wczesnego dzieciństwa pamiętam jeszcze jakieś reżyserowane przez matkę przedstawienie amatorskie o legendarnym Lechu, który poszukując ze swą drużyną miejsca na założenie osady, niespodziewanie znajduje gniazdo orląt i tam właśnie decyduje się założyć stolicę przyszłego państwa, nazwawszy ją Gnieznem. Treść tej „sztuki” wydawała mi się raczej nudnawa, Leszek przeciwnie – pełen był entuzjazmu i nie mógł się doczekać „premiery”. Grał rolę tytułową, ubrany w białą szatę – dziś z perspektywy czasu podejrzewam, że była to po prostu koszula – zdobny w długą brodę jak pan Nitowski i drżącym z przejęcia głosem oznajmiał swą decyzję. Nieraz po śmierci brata przypominałem sobie różne fakty z jego dzieciństwa, kompletowałem wspomnienia, ale ta scena jakoś – nie wiem czemu – umknęła mi z pamięci. W jednym z numerów „Życia Literackiego” przeczytałem studium Jerzego Kwiatkowskiego o poezji Jana Lechonia. Określając go jako poetę „płomiennego patriotyzmu”, Kwiatkowski pisze: Jakże długo trzeba było czekać i jak długo czekać trzeba będzie, by spotkać w liryce polskiej podobnie silne napięcie tego uczucia wyrażonego w podobnie sugestywny sposób.” Wtedy dopiero przypomniało mi się to wspomnienie amatorskie i wyraz twarzy Leszka. Rok 1905 przeżywaliśmy bardzo intensywnie, wycinając fotografie z czasopism, zbierając śpiewniki patriotyczne, słowem – stwarzając „dokumentację” epoki. Ojciec nasz należał do jednego z istniejących wówczas stronnictw politycznych i my każdego nowopoznanego chłopca pytaliśmy przede wszystkim: „Do jakiej partii należy twój tatuś?” Ku wielkiemu naszemu zdumieniu jeden z zapytanych odpowiedział nam z odcieniem dumy w głosie: „Mój tatuś nie bawi się w partie”. Byliśmy tym bardzo zaskoczeni i szczerze mówiąc, do dziś dnia nie jestem pewny, który tatuś miał rację. Mimo swoich nad wyraz poważnych zainteresowań i upodobań Leszek był dzieckiem bardzo żywym, skłonnym do wesołości i czasami dość groteskowych pomysłów. Kiedyś na wsi zdjął z tzw. stracha na wróble kapelusz i marynarkę, ubrał się w to i gonił przez pole jakąś dziewczynę pasącą krowy, która z krzykiem uciekła do chałupy. Kiedy indziej, gdy poszliśmy wszyscy trzej z matką oglądać nowe mieszkanie, (ojciec dotychczasowe już zdążył wymówić), Leszek z najmłodszym bratem szybko dokonawszy oględzin, zeszli na dół do bramy. Tam znudzeni czekaniem szybko zorganizowali coś w rodzaju koncertu dziadowskiego, bo zdjąwszy czapki odśpiewali pieśń, która była parodią pieśni dziadowskiej, a zaczynała się od słów: „Ojciec jego był za dziadka, matką jego była babka”. Wywołało to pewną sensacje w kamienicy. Był to oczywiście pomysł Leszka. Innym razem Leszek, jako zupełnie mały jeszcze chłopiec, podczas spaceru ukłonił się jakiemuś przebiegającemu psu. Tylko nasza niańka wzruszyła ramionami, nam obu wydało się to bardzo dowcipne. Czas od 1908 do 1916 roku to były lata szkolne. Leszek uczęszczał początkowo do gimnazjum filologicznego Konopczyńskiego. Nauka przychodziła mu łatwo, matematyki tylko nie lubił, zaniedbując ją stale i konsekwentnie, z przedmiotów humanistycznych, mimo że też się nie przepracowywał, oceny miał zawsze bardzo dobre i dobre, zwłaszcza z polskiego był uczniem celującym. Poza tym wykazywał wyraźne zdolności do rysunków i nauczyciel tego przedmiotu powiedział o tym rodzicom. Przed Leszkiem stanęło widmo dodatkowych lekcji, ale chłopak się postawił. Słyszeć nie chciał o czymś podobnym: wystarczyło mu, że sobie kreślił dla własnej przyjemności różne karykatury, na lekcjach matematyki przede wszystkim. Poza rysunkami, głośną rozmową z kolegami i przekomarzaniem się z nauczycielem miał jeszcze jeden sposób, aby jakoś przetrwać nudne godziny lekcyjne. Zapisywał mianowicie całe stronice zeszytów, wymieniając z pamięci imiona rodzin panujących wszystkich krajów europejskich, a monarchii było wówczas dużo. Źródłem tych informacji był bardzo wówczas rozpowszechniony „Kalendarz Pogotowia Ratunkowego”. Czytanie pism codziennych przez młodzież szkolną uchodziło w tym czasie za coś niewłaściwego z wychowawczego punktu widzenia i Leszek często był za to strofowany przez nauczycieli, zresztą w sposób przyjazny. Niewiele to pomagało i zawsze idąc wolnym krokiem do szkoły trzymał przed sobą rozłożoną gazetę. Opuszczając szkołę Staszica, otrzymał od nauczyciela języka polskiego, Stanisława Szobera, książkę Mariana Kukiela „O insurekcji kościuszkowskiej”. „Za to, że się dobrze uczyłeś mojej gramatyki” – powiedział prof. Szober. W szkole Konopczyńskiego znalazł Lechoń większe pole dla rozwoju swoich zainteresowań i uzdolnień literackich. Grywano jego okolicznościowe utwory sceniczne, przemawiał na uroczystościach szkolnych, wygłaszał „referaty” na tematy literackie. Wśród kolegów był bardzo popularny i choć czasem dotknął kogoś przez swój złośliwy a nieopanowany język, lubili go na ogół, często odwiedzali, a jeżeli kiedy zamiast iść do szkoły pozostał w domu, co wcale nie oznaczało, że był tego dnia ciężko chory, z reguły po lekcjach odwiedzało go kilku kolegów. Zaraz na początku jego pobytu w tej szkole ukazały się w druku dwa tomiki jego wierszy: „Na złotym polu” i „Po różnych ścieżkach”, pisane w dwunastym i trzynastym roku życia. Wydanie tych książeczek umożliwił mu ojciec, wychodząc z założenia, że jak mówił „Nie pomogę mu ja, pomoże mu kto inny, a będzie miał żal do mnie, że się na nim nie poznałem. I po co mi to?” W matematyce „kulał” w dalszym ciągu, wychowawczo też był dosyć trudny, ale za to grano jego „sztukę” w łazienkowskiej Pomarańczarni; występował w niej Jozef Węgrzyn i Jerzy Leszczyński, więc różne rzeczy uchodziły mu „na sucho”. Gdy opuszczał szkołę, sprawił profesorom jeszcze jeden kłopot: skołowany przez różne rodzaje pisowni (Akademia Kryński, Zjazd Rejowski) napisał w wypracowaniu maturalnym z języka polskiego – melancholya (przez y!). Skądinąd należało koniecznie postawić mu piątkę, ale to nieszczęsne y! W rezultacie jednak dostał, zdaje się, piątkę. Potem przyszły studia na Uniwersytecie Warszawskim, udział w życiu akademickim, współpraca w redakcji „Pro arte”, słynna „mowa” na akademii sienkiewiczowskiej. W listopadzie 1918 roku wraz z innymi kolegami zgłosił się jako ochotnik do wojska. Uznany na komisji lekarskiej za niezdolnego do służby wojskowej, jakiś czas pracował jako wolontariusz w biurze propagandy Sztabu Generalnego, ale i ten bardzo luźny związek z militaryzmem szybko się skończył. Wkrótce jego świetna już wówczas twórczość poetycka uległa zahamowaniu na skutek przewlekłej choroby nerwowej. Prześladuje go lęk przed obłędem, według zgodnej opinii lekarzy obiektywnie niczym nieuzasadniony. Po dwóch latach tej szarpaniny nerwowej popełnia zamach samobójczy, zażywając większą ilość weronalu; dopiero po dziesięciu dniach odzyskuje przytomność. Zresztą wszystkie cierpienia związane z tą chorobą nie przeszkadzały mu dużo „bywać”, śmiać się i dowcipkować, co bardzo dezorientowało przyjaciół, którzy w rezultacie nie wiedzieli czy Leszek jest rzeczywiście chory, czy tylko „zawraca głowę”. Miał naturę wybitnie paradoksalną i nigdy nie było wiadomo, co w nim w danej chwili „siedzi”. Często sprawiał wrażenie bardzo wesołego, a wtedy właśnie czuł się najgorzej. Gdy po dłuższej kuracji w kilku sanatoriach powrócił do zdrowia, miałem czasem możność obserwować z bliska, w jaki sposób pisał swe wiersze. Nie przychodziło mu to łatwo, pisał z reguły głośno, często zatrzymując się i cofając, jak gdyby dla nabrania rozpędu, po to, by znów posuwać się o jedną czy dwie linijki naprzód. Oryginalna była jego technika pisania „szopek politycznych”. Była to praca na zamówienie ze ściśle określonym terminem. Zaczynał ją oczywiście od pobrania zaliczki, sam proces pisania odkładając na kiedy indziej. W miarę upływu czasu coraz bardziej tracił na humorze, wreszcie płacząc nieomal z przygnębienia i zdenerwowania, zabierał się do roboty. Siadał wówczas do pianina, kładł przed sobą na pulpicie gazetę i brzdąkając coś na klawiszach, czytał coś. Od czasu do czasu wstawał, podchodził do biurka i zapisywał jakąś strofkę piosenki, potem z tą samą nieszczęśliwą miną wracał do pisania, znów czytał gazetę i brzdąkał w klawisze. Te szopki, bardzo na ogół dowcipne, przynosiły Leszkowi wcale niezły dochód, ale wszystkie pieniądze rozchodziły mu się natychmiast niewiadomo gdzie i kiedy. Kiedy jednak po latach umierał nasz ojciec, wszystkie wydatki związane z jego długotrwałą chorobą, koszty lekarza, pielęgniarki, lekarstw, pokrywał w całości Leszek. Przebywał wówczas już od kilku lat na placówce dyplomatycznej w Paryżu, od czasu do czasu tylko odwiedzając Warszawę, i teraz w związku z niepewną sytuacją polityczną bardzo niepokoił go los matki. Ostatni raz widziałem go w sierpniu 1939 roku. Prosił, abym w razie wojny natychmiast wywiózł matkę na wieś. Obiecał, że jeszcze zadepeszuje; w Paryżu będzie można łatwiej zorientować się w położeniu. Ustaliliśmy tekst depeszy, która miała być sygnałem ostrzegawczym: „Ewelina lepiej”. Brzmiało to pogodnie i nie budziło podejrzeń – na pewno dojdzie. Doszło rzeczywiście, ale ja sam wiedziałem już, co sądzić o tym wszystkim. Bez pośpiechu otworzyłem telegram: „Ewelina lepiej”. Oczywiście. Już po skończonej wojnie, będąc kiedyś w Krakowie, odwiedziłem Ojców, miejsce, którego nie widziałem lat bez mała czterdzieści; drugiego dnia po przyjeździe poszedłem na Grodzisko. Kiedy stanąłem na dziedzińcu przed kościołem, z wysokości cmentarnego muru spojrzeli na mnie dawno zapomniani Bolesław Wstydliwy, Leszek Biały i Koloman, książę węgierski. Doznałem głębokiego wstrząsu spotkawszy tak nieoczekiwanie tych skamieniałych świadków mego dalekiego dzieciństwa. Pomyślałem wówczas, że jeden jest tylko człowiek, który by tę chwile przeżył jak ja – mój brat.
Jan Lechoń
MOKOTOWSKA PIĘTNAŚCIE Nad obce wielkie miasto zmrok zapada obcy Stoję w oknie i patrzę, jak wolno śnieg prószy. Ach! było to tak dawno, kiedy mali chłopcy, Biegliśmy przez Warszawę, rozcierając uszy.
Po tylu odtąd latach czyż jestem tak inny? Gdy wszystko leży w gruzach, mnie zdaje się tylko, Że znowu się otworzy nasz pokój dziecinny I powiem: „Ja stąd przecież wyszedłem przed chwilką”,
To przecież moja Matka szyje ręką drobną, I widzę pochylony cień Ojca na ścianie, Co nocami odrabia robotę osobną, Za którą dla nas wszystkich ma kupić ubranie.
ROZMOWA Z ANIOŁEM Dziś we śnie mnie nawiedził anioł polskiej doli i płakał, szumiąc w mroku skrzydłami srebrnemi, Jak gdyby chciał powiedzieć: „Umierasz powoli, Samotny, tak daleko od rodzinnej ziemi”.
„Daleko? Co ty mówisz? Mnie wszystkie zapachy m Ogrodów i pól naszych codzień niosą wiatry, We mnie, we mnie jest wszystko: mazowieckie piachy, I jeziora litewskie i Wisła i Tatry”.
TYGODNIK POWSZECHNY Nr 35(450) 8 września 1957
Jan Lechoń
Kolęda
Myślał wczoraj coś Pan Bóg z zasępionym czołem, A potem się zamknęli z wielkim Archaniołem I w największym sekrecie coś radzili o świecie: Archanioł wracał z nieba z obliczem wesołym. Pyta więc Archanioła ten i ów z aniołów: „Zali może Bóg ruszy po gwiazdy na połów? Może nowe zakwitną oceany błękitno Albo nowe Karpaty wydźwigniemy z dołów?”. Archanioł długo milczał, nic im nie chciał gadać, Jeno kazał fornalom sześć koni zakładać, I pomknęli po szosie, rankiem szarym o rosie, Zadudniło, aż gwiazdy jęły z nieba spadać. Wieźć się kazał Archanioł o milkę do wioski, Przed dworem, przed bielonym, stanął Matki Boskiej, Patrzy w okno komnaty: w oknie kwiaty i kwiaty! Matka Boska przy krosnach haftuje bez troski. Stanął we drzwiach i rzeknie głośno: „Pochwalony! Witaj cudna Waćpanno! Z górnej idę strony! Wielka Tobie nowina! Będziesz Panno mieć syna! Bóg każe Ci Królową polskiej być Korony!” Upuściła Panienka haft, zmieszana srodze, Archanioł pomógł usiąść na krześle niebodze. Srebrnym skrzydłem Jej skronie dla ochłody owionie, A Panna dała słodkim łzom radości wodze. Święty Józef chciał gościa prosić na kusztyczek, Na miód stary, z rodowych wyjęty piwniczek, I mówi o splendorze: „Gość taki w biednym dworze!”. Panna szyje pieluszki z bielutkich spódniczek. Rano Pan Bóg jej posłał pereł pełną skrzynię, Na dwór dać Chrystusowi kazał ochmistrzynię. Matka Boska giezłeczko szyje złota igłeczką I śpiewa Chrystusowi: „Płynie Wisła, płynie”. (Przypisane Cecylii Burr)
Ewelina Iwaniuk, 16 lat, uczennica III klasy Gimnazjum dla Niewidomych w Laskach.
Moja Ojczyzna to każda planeta księżyc i gwiazdy, sercu bliska Ziemia. To także szkoła, a w niej każda lekcja matematyka, fizyka i chemia. Moja Ojczyzna to mój dom rodzinny, to ma rodzina przeze mnie kochana. To przestrzeń mego w mym domu pokoju, już od dzieciństwa bardzo dobrze znana. Moja Ojczyzna to twarze znajome, przechodnie, których na drodze spotykam. Ludzie ci, których jeszcze nie poznałam, Których widziałam, z którymi się stykam. Moją Ojczyzną jest czas, który leci Nieubłaganie, bez wytchnienia prawie. Moją Ojczyzną – słońce które świeci, gdy wstaję z łóżka, albo gdy się bawię. Jednak Ojczyzną, która wciąż jest blisko, która tak bardzo raduje me serce – to właśnie Polska, jej zawdzięczam wszystko, o niej pisałam te słowa w rozterce. To właśnie w Polsce, w mym ojczystym kraju uczę się, ćwiczę, trudzę i choruję. Za to, że żyję w jakby małym raju, Tobie, o Polsko, Ojczyzno, dziękuję.
* Z okazji Święta Niepodległości (11 listopada)
Anna Chojecka
Pielgrzymka do Rzymu klas gimnazjalnych
Dzięki pomocy i uprzejmości wielu osób, klasy trzecie Gimnazjum dla Niewidomych wyjechały w październiku bieżącego roku na pielgrzymkę do Rzymu. Podróżowaliśmy 12 dni naszym zakładowym Iveco. Miejscem pobytu w Rzymie było Centrum Braci Orionistow. Spędziliśmy tam pięć wspaniałych, obfitujących w przeżycia duchowe i turystyczne dni. Najważniejsza chwila naszej pielgrzymki to modlitwa przy grobie papieża Jana Pawła II oraz audiencja papieża Benedykta XVI na Placu św. Piotra. Zwiedziliśmy Bazylikę św. Piotra, Bazylikę św. Jana na Lateranie, Forum Romanum, jedliśmy pizzę włoską i lody. Oprócz tego byliśmy na Monte Cassino. Pod Asyżem gościliśmy u naszych sióstr w Capodaqua. Wracając, przez kilka godzin zwiedzaliśmy Wenecję. Pełni wrażeń i nasyceni słońcem rozkoszowaliśmy się radością wspólnej podroży. Zapraszamy do przeczytania artykułu w następnym numerze „Lasek”, gdzie szerzej opiszemy nasze wrażenia.
Anna Pawełczak-Gedyk
Rozmowa z prezesem Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego "Nowa Praca Niewidomych", Kazimierzem Lemańczykiem
Anna Gedyk: Jubileusz 50-lecia istnienia Spółdzielni jest okazją do świętowania, ale też skłania do refleksji i dokonywania pewnych podsumowań, z których wynika planowanie przyszłości. Chciałabym, aby w naszej rozmowie znalazły się te elementy. Dla wielu to już naprawdę odległa historia, więc na początek pytanie: Jak się to wszystko zaczęło? Kazimierz Lemańczyk: Spółdzielnia nasza powstała 1 października 1956 roku. Od początku była zrzeszona w Cepelii, a nie w pionie inwalidzkim i to ją wyróżniało od wszystkich innych spółdzielni. Pierwsze pomysły na stworzenie Spółdzielni pojawiły się dwa lata wcześniej w 1954 r. Młodzież ucząca się dziewiarstwa i tkactwa w Laskach zaczęła się buntować, że ich praca jest nudna, bo wykonywali tylko zupełnie proste wyroby dziewiarskie, nie wymagające żadnego myślenia; było to tylko przesuwanie z lewa na prawo i z powrotem maszyną. Wśród nich byli Andrzej Adamczyk, Stanisław Kozyra i Stefan Strzelecki. Nasza grupa początkowo liczyła kilkanaście osób, dziewiarzy i tkaczy. Pan Ruszczyc, ówczesny dyrektor warsztatów, zaczął się zastanawiać, jak sprawić, by dziewiarstwo stało się dla niewidomych bardziej interesujące. Nawiązał kontakt z Cepelią, z różnymi plastykami, prowadził z nimi liczne rozmowy i zaczął ich sprowadzać do Lasek. Przyjeżdżały między innymi panie Wielogłoska i Kozicka – plastyczki. Prowadziły w Laskach naukę dziewiarstwa artystycznego. Na organizowanych przez nie kursach uczyliśmy się projektowania, dziewiarstwa, wymiarów oraz indywidualnego podejścia do tej pracy.
A.G.: W jaki sposób plastyczki radziły sobie ze współpracą z niewidomymi – bo przecież nie miały do tego przygotowania? K.L.: Sądzę, że pan Ruszczyc miał talent przekonywania. Potrafił nas, niewidomych, przekonać, że jesteśmy w stanie wykonywać wyroby artystyczne, a z drugiej strony potrafił przekonać te panie plastyczki, że one są w stanie nas tego nauczyć. Kursy były sformalizowane; pan Ruszczyc otrzymywał nawet z Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy pieniądze na ten cel. Były to kursy podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Przed podjęciem pracy w Spółdzielni mieliśmy jeszcze jeden, kilkumiesięczny kurs w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. To nudne, mechaniczne dziewiarstwo stało się twórczą, wymagającą myślenia i inwencji pracą. Dzięki temu dawała satysfakcję młodym, ambitnym ludziom; chcieliśmy wykonywać użyteczną, ciekawą pracą.
A.G.: Staliście się grupą osób doskonale przygotowanych do podjęcia nowatorskich działań. K.L.: Pan Ruszczyc w porozumieniu z prezesem Cepelii, panem Stroińskim, przygotował powstanie Spółdzielni Nowa Praca Niewidomych. Ze strony Cepelii istniały pewne obawy i wątpliwości: przecież istniał pion spółdzielczości inwalidzkiej, gdzie były zrzeszone wszystkie spółdzielnie zatrudniające inwalidów. A tu spółdzielnia, która ma zatrudniać niewidomych chce się zrzeszyć w pionie Cepelii, gdzie główny nacisk kładzie się na rękodzieło artystyczne. W dodatku Cepelia nigdy nie miała nic wspólnego z niepełnosprawnymi, nie mieli w tym żadnego doświadczenia. Tu znowu pan Ruszczyc umiał przekonać – i zarząd Cepelii wyraził zgodę na pracę z niewidomymi, dzięki czemu Spółdzielnia stała się częścią Cepelii
A.G.: Jak wyglądały formalne początki Spółdzielni? K.L.: 15 czerwca 1956 roku pan Ruszczyc załatwił w Cepelii, że spółdzielnia Poziom przyjęła nas jako dział zatrudnionych niewidomych. Normalnie zatrudniali tylko chałupników, a tu zdobyto lokal przy ul Marszałkowskiej 28a, zaopatrzono go w maszyny dziewiarskie i zaczęliśmy pracować. 30 lipca odbyło się zebranie założycielskie, na którym było obecnych 24 członków – założycieli Spółdzielni. Wybrano wtedy władze; prezesem został pan Mieczysław Bielecki, pan Stanisław Dudziński i ja zostaliśmy wiceprezesami. Wszystkie formalne zgody na działalność otrzymaliśmy z dniem 1 października. Wtedy oddzieliliśmy się od spółdzielni Poziom i staliśmy się samodzielną spółdzielnią – Nowa Praca Niewidomych. Nazwa powstała na zebraniu założycielskim; została wybrana spośród innych propozycji właśnie dlatego, że nasza działalność to była faktycznie nowa praca dla niewidomych, coś, czego wcześniej nie było. Po raz pierwszy niewidomi mieli tworzyć zawodowo rękodzieło artystyczne. 15 marca 1957 roku na posiedzeniu rady nadzorczej odwołano pana Mieczysława Bieleckiego i powołano mnie na prezesa spółdzielni. Przyczyną było fakt, że choć pan Bielecki był bardzo przedsiębiorczym człowiekiem i dobrym menadżerem, miał jedną poważną wadę: nie wierzył w możliwości pracy niewidomych i chciał, żeby niewidomi zostali tylko szyldem i zaczął przyjmować osoby widzące. Chciał, by spółdzielnia jak najlepiej sobie radziła i zachowała odpowiedni poziom artystyczny wyrobów, które będą znajdowały nabywców, ale nie wierzył, że niewidomi są w stanie to zapewnić swoją pracą. Pan Ruszczyc widząc to niebezpieczeństwo zatracenia podstawowej idei spółdzielni, przekonał radę, że prezesem powinna zostać osoba niewidoma, która będzie rozumiała założenia przedsięwzięcia. Nie spodziewałem się takiego awansu, nie byłem na to przygotowany, ale pan Ruszczyc – jak zwykle skutecznie – przekonał mnie do pełnienia tej funkcji.
A.G.: Po tym pierwszym okresie tworzenia nastąpił nieprawdopodobny wręcz rozwój. Co zapewniło taki sukces, jakie czynniki były decydujące? K.L.: Zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy młodzi, nieustannie w pewnym sensie oceniani. Cepelia dała nam swoisty kredyt zaufania i oczywiście uważnie przyglądała się naszej pracy. Czuliśmy się zobowiązani, i zdawaliśmy sobie sprawę, że by utrzymać Spółdzielnię, musimy dać z siebie wszystko. Wszyscy, cała załoga rozumiała, że nie ważne ile zarobimy, ale ważne jest, by to, co robimy było na odpowiednim poziomie artystycznym i jakościowym. Każdy, kto będzie kupował, uważnie przyjrzy się, jak przedmiot jest wykonany – przez niewidomych, bardziej, niż gdyby wykonał go kto inny. Pracowaliśmy więc także na dobrą opinię, zaufanie Cepelii i jej klientów. Takie podejście zresztą mamy do dziś.
A.G.: Zgadza się. Wszyscy pracujący w Spółdzielni – niegdyś i obecnie – z którymi się zetknęłam, mają takie podejście. K.L.: Dużą wagę przywiązywaliśmy także do podnoszenia kwalifikacji. Około stu niewidomych pracując u nas, uzyskało średnie wykształcenie, a kilkunastu ukończyło studia wyższe. Praca w Spółdzielni dawała możliwość dalszego rozwoju: wielu ludzi od nas po pewnym czasie podejmowało pracę gdzie indziej, np. Jan Krempa pracował u nas siedem lat, obecnie jest profesorem matematyki na UW. Dbaliśmy w Spółdzielni o jakość wyrobów. Po to, by wprowadzić nowy wyrób do sprzedaży, musiał zostać pozytywnie zweryfikowany przez komisję ocen artystycznych, składającą się z plastyków. Mogli oni dopuścić lub nie dany przedmiot do sprzedaży pod szyldem Cepelii. Kolejnym czynnikiem było to, że Spółdzielnia zawsze miała w sobie pewien niepokój twórczy, zawsze poszukiwaliśmy czegoś nowego: najpierw było to artystyczne dziewiarstwo maszynowe, później ręczne – w którym ogromne sukcesy odniosła pani Maria Tarasiewicz, potem wyroby tkackie – między innymi szkockie kraty autorstwa nieocenionej pani Zofii Sieleckiej. Robiliśmy także słynne „kożuszki” z grubej wełny, w które ubierał się cały światek artystyczny.
A.G.: Przy tak szeroko zakrojonej i różnorodnej działalności trzeba było poszukiwać odpowiednich lokali. K.L.: Mieliśmy wiele różnych lokali, m.in. przy ul. Nowotki 30 (obecnie Andersa), dział mebli mieścił się przy ul. Żurawiej 8, w 1971 roku otrzymaliśmy posesję przy ul. 29 listopada 10, gdzie pracujemy od 35 lat.
A.G.: koniec lat osiemdziesiątych to czas dynamicznych przeobrażeń w kraju. Zmieniało się wszystko: ustrój, gospodarka, społeczeństwo. Zmiany musiały wpłynąć także na Spółdzielnię. K.L.: Mniej więcej do roku 1990 nasze wyroby cieszyły się ogromnym powodzeniem – wszystko, co wyprodukowaliśmy, natychmiast sprzedawaliśmy, mieliśmy wiele zamówień. Po roku 1990 całkowicie się to zmieniło, w ciągu kilku miesięcy nasze wyroby przestały kogokolwiek interesować. Dlaczego tak się stało? Granice zostały otwarte i do Polski zaczęto sprowadzać mnóstwo rzeczy, często słabej jakości, ale kolorowych, tanich i z zachodnią metką.
A.G.: Zaczęła się nowa epoka w dziejach Spółdzielni. K.L.: Powstały wtedy przy Spółdzielni warsztaty terapii zajęciowej – zajęcia dla osób, które z różnych przyczyn nie mogą podjąć pracy zarobkowej. Obecnie w takich warsztatach uczestniczy 36 niewidomych. Prócz tego zaczęliśmy szukać możliwości pracy w zupełnie innej dziedzinie. Powstał pomysł zorganizowania telemarketingu – pierwsze doświadczenia na tym polu zdobyliśmy w 1997 roku. Ten dział cały czas się rozwija i stanowi teraz główną oś naszych działań. Ponadto od dwóch lat produkujemy „czytaka” – urządzenie do czytania czarnego druku przez osoby niewidome.
A.G.: Mimo że Spółdzielnia ma już pięćdziesiąt lat, nazwa Nowa Praca wciąż jest aktualna. K.L.: Jesteśmy jedyną firmą, która na tak dużą skalę zatrudnia w telemarketingu osoby niewidome – pracuje u nas ponad 20 osób. Ta praca jest wyzwaniem – wymaga, zupełnie innego przygotowania i nowych kwalifikacji: umiejętności obsługi komputera i współpracy z ludźmi. Naszym klientem jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, dzwonią więc do nas rolnicy, by zasięgnąć np. informacji związanych z dotacjami unijnymi. Nasi pracownicy muszą na szkoleniach posiąść ogromną wiedzę i umieć ją przekazywać.
A.G.: Jaką refleksją moglibyśmy zakończyć naszą dzisiejszą rozmowę? Kiedy rozpoczynaliśmy pracę 50 lat temu, ludzie wydawali się bardziej zainteresowani samą pracą. Dziś interesują się przede wszystkim wysokością pensji – to często jedyna kwestia, która interesuje kandydatów do pracy. Myślę, że przyczyną może być zapewniona renta socjalna i znaczne dofinansowania na wiele urządzeń, co sprawia, że praca przestaje być koniecznością życiową. A niewidomy, który chce pracować, musi dać z siebie o wiele więcej niż przeciętnie, żeby był pozytywnie postrzegany.
A.G.: Na zakończenie chciałam zapytać, czego można życzyć Spółdzielni na przyszłość? K.L.: Przede wszystkim dobrej i serdecznej atmosfery. To, że przetrwaliśmy tyle czasu, zawdzięczamy właśnie życzliwej atmosferze, gdzie człowiek i jego sprawy zawsze był stawiany na pierwszym miejscu.
A.G.: Wobec tego w imieniu społeczności ludzi związanych z Laskami życzę właśnie tej serdeczniej atmosfery, wzajemnej życzliwości i nowych, twórczych pomysłów.
Krystyna Lubomirska
Znaczenie wczesnego wspomagania rozwoju w procesie wychowania dziecka
Wszystko co w człowieku najlepsze – buduje się od fundamentów. Ważne jest zatem, jakie aspekty osobowości formuje się w okresie od urodzenia do 3 roku życia i następnie w wieku przedszkolnym? Jak je wspierać? Jak pomagać w osiąganiu kolejnych etapów rozwoju? Ramą tych rozważań będzie teoria indywidualnego rozwoju osobowości człowieka Erika Eriksona. Podstawowe założenia tej teorii mówią, że: • rozwój człowieka jest procesem rozpoczynającym się w chwili poczęcia, • kończącym się dopiero z chwilą śmierci; • w rozwoju występują etapy, stadia rozwojowe; • każdemu ze stadiów towarzyszą określone zadania rozwojowe; • pomiędzy etapami występują kryzysy, które „zmuszają” dziecko i wychowawcę do podjęcia nowych zadań rozwojowych; • aby sprostać w pełni zadaniom rozwojowym następnego etapu życia, konieczna jest pełna realizacja zadań rozwojowych z poprzednich etapów i na odwrót – każdy deficyt rozwojowy z wcześniejszego etapu utrudnia lub uniemożliwia pozytywne rozwiązanie następnych kryzysów; • aby człowiek, który ma deficyty rozwojowe z wcześniejszych etapów, mógł się dalej rozwijać, konieczny jest powrót i nadrobienie niezrealizowanych zadań rozwojowych. Patrząc zatem z punktu widzenia teorii Eriksona, im wcześniejszy etap w rozwoju, tym większe jego znaczenie. Chodzi o to, by rozwijająca się osobowość miała solidną podstawę, mocne fundamenty. Jeśli chcemy, by osobowości dzieci wzrastały wysoko oraz by były odporne na niekorzystne, zagrażające środowisko, musimy zadbać o solidne podstawy rozwoju i wychowania.
Pierwszy rok życia. Podstawowym zadaniem rozwojowym, które staje przed człowiekiem w pierwszym roku życia, określanym przez Eriksona jako stadium sensoryczne, polega na kształtowaniu się poczucia bezpieczeństwa i ufności. Z chwilą narodzin dziecko uczy się tego, jaki jest świat, poprzez kontakt ze swymi opiekunami. Jego podstawowe potrzeby to pokarm, ciepło i bezpieczeństwo oraz urozmaicone najbliższe otoczenie. Jeśli spotka się z dobrą opieką, zyskuje po czucie bezpieczeństwa, jeśli nie otrzymuje adekwatnej reakcji na swoje pod stawowe potrzeby, nabywa elementarnego poczucia zagrożenia, uczy się nie ufności wobec świata, postawy zamkniętej, rezygnuje z prób szukania kontaktu i domagania się uczuć – w skrajnej postaci widzimy to na przykładzie choroby sierocej. Kontakt z dorosłym, poczucie więzi z nim, chęć, by zasłużyć na pochwałę (dzieci czują niewerbalne pochwały bardzo wcześnie) – jest motorem wysiłku rozwojowego. W ciągu jednego roku – od urodzenia – dziecko wykonuje nie prawdopodobny skok rozwojowy. I tak np.: • potraja swój ciężar; • osiąga pionizację ciała; • uczy się funkcji chwytnych dłoni; • opanowuje jeden język „obcy” – rozumie ludzką mowę i często pod koniec roku umie wypowiadać pojedyncze wyrazy, co określamy jako: głużenie, gaworzenie, „kąpiel słowną”; • „uczy się” swojej matki, uczy się ją kochać i walczy o to, by być przez nią kochanym; • w pierwszym roku życia dokonuje pewnych odkryć zwanych przez psychologów „kopernikańskimi”, odkrywa stałość przedmiotów i ludzi, uczy się różnicować znaczenie funkcjonalne przedmiotów (np. piłka, klocek do rzucania, misia i lalkę zaczyna głaskać). Odkrywa to, że przedmioty i ludzie mają nazwy. Praca wychowawcza w wieku niemowlęcym nie może ograniczać się do troski i wyrabiania nawyków. Liczne badania wykazały, że aktywna interwencja partnera pobudza rozwój umysłowy. Dziecko pozostawione samo sobie, bez kontaktów społecznych, rozwija się wolniej. Rozdzielenie z matką i braki afektywne opóźniają i zakłócają ewolucję zachowania dziecka. Wiadomo na pewno, że aby moc działać z zadowoleniem, dzieci muszą czuć się bezpieczniej, a we wczesnych latach życia konieczna jest do tego fizyczna dostępność matki. Istnieją jednak dane wskazujące, że sam w sobie ten składnik (obecność) jest niewystarczający dla wywołania wspólnego zainteresowania. Istnieją badania, w których porównywano poziom wykonania jakiegoś działania dziecka w czasie, kiedy matka była obecna, ale nie wchodziła z nim w interakcję oraz w czasie, gdy matka w nich uczestniczyła. Ta druga sytuacja wywierała większy wpływ na aktywność dziecka, nie tyle nawet przez pomoc ze strony matki, ile przez bezpośrednie jej zaangażowanie w działalność dziecka. Włączenie się matki w zabawę motywowało dziecko. Sprawiało, że stawała się ona zabawniejsza, atrakcyjna. A to z kolei powodowało spontaniczny powrót dziecka do tego zajęcia po jakimś czasie. Autorzy badań uważają, że w ten sposób przedłuża się stan koncentracji uwagi dziecka (skupianie, ogniskowanie uwagi dziecka). Wspólne zaangażowanie matki i dziecka wymaga od obojga podzielania przedmiotu zainteresowania (orientacji na ten sam przedmiot)3. Wspólny temat znaleźć można za pomocą takich środków jak: wskazywanie, kierowanie wzroku i odniesienia słowne. Dodać tu trzeba jeszcze znaczenie obdarzania uwagą przez dorosłego, uwagą niewartościującą, która jest ważna do budowania prawidłowego obrazu własnej osoby na etapach późniejszych. Mówienie o kształceniu charakteru w wieku niemowlęcym jest, być może, przesadą, tymczasem jednak charakter dziecka, podobnie jak jego inteligencja, manifestują się w każdym z rodzajów podejmowanej aktywności. Mianem charakteru określić można zespół sposobów zwykłego kontaktu z innymi osobami i z samym sobą. Każde małe dziecko posiada swój własny sposób reagowania. Rodzaje reakcji afektywnych stanowią jeden z zasadniczych elementów charakteru i w pierwszym roku życia byłoby bezcelowe odróżnianie wychowania emocjonalnego od wychowania charakteru. W sposób generalny – pisze M. Debesse – kształcenie charakteru polegać ma na czuwaniu nad pojawieniem się dwóch tendencji zasadniczych dla istoty ludzkiej: dążenia do pokazania własnej siły oraz instynktownej uczuciowości (agresja, zazdrość, itp.). Tendencja pierwsza, jeśli będzie równoważona przez postawę autorytatywną, może prowadzić do poczucia krzywdy. Tendencja druga tłumiona rygorystycznie, prowadzić może do poczucia opuszczenia. Spokojna, życzliwa i cierpliwa postawa rodziców stanowi najlepszą gwarancję równowagi afektywnej małego dziecka. Na kształcenie charakteru czy inteligencji dziecka nigdy nie jest za wcześnie.
Drugi i trzeci rok życia dziecka Według E. Eriksona jest to stadium motoryczne. Podstawowym zadaniem rozwojowym jest uzyskanie poczucia autonomii i samodzielności. Dziecko uczy się chodzić, mówić, bawić, potrzebuje kolegów. Wszystko chce robić samo. Według badań longitudinalnych prowadzonych pod kierunkiem M. Stambak w drugiej połowie drugiego roku życia dziecko odkrywa inne niż konkretne zastosowanie przedmiotów. Jego działanie przekracza działania konkretne, i tak np. kartką papieru przykrywa misia; podartą kartką papieru karmi lalkę. Są to już aktywności w sferze symbolicznej, specyficznie ludzkiej. Pojawiają się słowa i zdania. Dziecko chodzi i biega, a więc jego postawa jest taka jak i u dorosłego, no i może ono poznawać świat z innej perspektywy. Ma potrzebę budowania w sobie poczucia odrębności od matki, swojej niezależnej tożsamości. W miarę rozwoju ruchowego i rozwoju mowy autonomia dziecka kształtuje się, przyjmując często niezgrabne i trudne do akceptacji formy wyrazu: dziecko zaczyna mówić „nie”. Nie należy posądzać go o nieposłuszeństwo, ale odczytać to jako komunikat typu: „nie, ja sam to zrobię”. Albo – odczytując psychologicznie taki komunikat – dwulatek mówi: „nie, nie jestem tobą”. Jeżeli otoczenie umożliwia dziecku podejmowanie samodzielnej (na miarę wieku) aktywności, jeśli dorośli mają cierpliwość, ułatwiają mu próby samodzielnych działań (np. poprzez dostarczanie materiałów plastycznych, dając do ręki łyżkę do samodzielnego jedzenia, itp.) dziecko wyrabia w sobie poczucie, że potrafi panować nad sobą i otoczeniem. Ze zdobytego w ten sposób poczucia kontroli wynika poczucie autonomii, które prowadzi z kolei do podejmowania samodzielnej aktywności w coraz trudniejszych okolicznościach. Jeżeli to zadanie rozwojowe jest niespełnione, uniemożliwione, prowadzi to często do poczucia nieśmiałości i wstydu. Poczucie wstydu i zwątpienia we własne możliwości pojawia się u dziecka w przypadku przesadnej opieki lub bardzo częstej krytyki. Poczucie wstydu utrudnia też nawiązywanie kontaktów społecznych z rówieśnikami. Przy nasileniu się tych odczuć człowiekowi bardzo trudno jest osiągnąć autonomię w wieku dojrzałym. Kształtowanie się tożsamości dziecka dokonać się może tylko wokół wartości pozytywnych. Dlatego ważne jest, aby konieczny, oczywiście, brak aprobaty dla niektórych zachowań dziecka, połączony był z bezwarunkową akceptacją dla jego osoby. Należy zawsze oddzielać czyn dziecka od jego osoby. Szczególne – jak mówią psychologowie i pedagodzy – znaczenie ma tu pełna akceptacja wszystkich uczuć dziecka. Korekta powinna dotyczyć tylko niektórych form ekspresji uczuć, a nie samych uczuć. (Uczucia nie przekute w czyn, są obojętne moralnie). Jest to bardzo ważne zagadnienie: można odczytywać uczucia dziecka oraz je nazywać, prowadząc w ten sposób do możliwości rozpoznawania własnych stanów uczuciowych przez dziecko, z czasem je nazywać i właściwie je wyrażać. [Dziecko nie mające dobrych nawyków jest złym kandydatem do swobody]. Omówiony tu pierwszy etap rozwoju wychowania jest bardzo istotny. Właściwie wszystkie ludzkie możliwości ujawniają się w pierwszych latach życia. W następnych tylko się je rozwija. M. Debesse – pedagog francuski pisze: „...wydaje mi się, że etap dzieci pokoju dokonał tego co najistotniejsze w jego misji, kiedy wobec małego dziecka można zastosować popularny zwrot, nasycony podziwem i czułością: zostało przebudzone”. W tym wieku środowiska wychowawcze dla dziecka to przede wszystkim matka i dom.
Wspieranie rozwoju dziecka w trakcie zabawy eksploracyjnej, badawczej, w środowisku rodzinnym. Zabawa tego rodzaju jest charakterystyczną działalnością dziecka już od pierwszego roku życia. „O właściwym eksplorowaniu przedmiotów można mówić od momentu, kiedy dziecko odróżnia przedmiot jako rzecz istniejącą poza nim” (chodzi o stałość) – pisze S. Szuman w swoich pracach. W wielu badaniach zwraca się uwagę na wyraźny wpływ czynników społecznych na badanie przedmiotów przez dziecko. Uważa się, że rodzice mogą wzmacniać zachowania eksploracyjne dzieci zarówno przez swoją obecność, jak i przez swoją aktywność. [Za wskaźniki eksploracji uważa się czas zajmowania się przedmiotem, liczbę podejść do przedmiotu, liczbę i różnorodność czynności badawczej, zadawanie pytań, stawianie hipotez]. Badania wpływu zachowania matki na aktywność poznawczą dziecka u dzieci między np. 9 a 18 miesiącem życia rozróżniają dwojakiego rodzaju strategie: • strategie fizyczne (stukanie, wskazywanie, demonstrowanie, poruszanie ręką dziecka, itp.) oraz • strategie werbalne (instruowanie, wyjaśnianie, nazywanie, itp.). Oczywiście wiek dziecka modyfikuje zachowania matek: wraz z wiekiem wzrasta liczba działań stymulujących oraz liczba strategii werbalnych. Stwierdzono też wzrost czasu poświęcanego przez dzieci na „bawienie się przedmiotami”, podejmowanie przez dziecko spontanicznie tego typu działalności również pod nieobecność matki. Pod koniec drugiego roku życia pojawiają się u dzieci zabawy symboliczne (np. karmienie lalki itp.). Widziałam, jak zabawy tego typu są wykorzystywane przez pracowników Centrum Edukacyjnego Matki i Dziecka w Barcelonie. Jest to instytucja edukacyjna dla dzieci od urodzenia do 3 lat oraz ich rodziców, w której pokazuje się i uczy, przede wszystkim matki, właściwych zachowań i umiejętności odczytywania potrzeb dzieci i odpowiedniego odpowiadania na nie podczas zabaw eksploracyjnych i symbolicznych. Służy to budowaniu właściwego kontaktu dziecka z matką, a przede wszystkim budowaniu i wzmacnianiu więzi dającej poczucie bezpieczeństwa dziecku – tego podstawowego fundamentu dla rozwoju i zachowań dziecka. Zaczynający się wraz z ukończeniem 3. roku życia wiek przedszkolny, to według Eriksona stadium lokomocyjne (nazywane przez M. Debessa „wiekiem koziołka”). W tym okresie, wg Eriksona, wykształca się kolejny składnik osobowości – inicjatywa, lub poczucie winy. Inicjatywa polega na dążeniu do wchodzenia w kontakt z otoczeniem (nowe zabawy, nowe rozwiązania). Poczucie winy przejawia się w poddaniu biegowi wydarzeń, oczekiwaniu na inicjatywę innych. Pozostawanie biernym wywołuje przykre i trudne uczucia (upokorzenie, lęk, bezradność), co prowadzi u dziecka do izolacji i negatywnego obrazu siebie. Ciągle powracające poczucie winy prowadzić może do sparaliżowania rozwoju psychicznego i intelektualnego (zgodnie z poglądem dr Haim Ginott, że rozum może przyswoić tylko to, na co pozwolą uczucia). Obraz siebie samego u dziecka ma przede wszystkim genezę społeczną, buduje się w kontakcie z dorosłym i rówieśnikami. Wiek przedszkolny to wiek fantazji, zabawy symbolicznej, rodzi się wyobraźnia i zdolność twórczego myślenia – potencjały ważne dla stymulowania inicjatywy dziecka. Inicjatywa pozwala na samodzielność, samodzielność dokonywania wyborów, odważnych wyborów – podłoże poczucia podmiotowości. W tym okresie rozpoczyna się kształtowanie sumienia u dziecka. Z pomocą otoczenia zaczyna ono odróżniać dobro od zła. Jednak utrwalanie negatywnego obrazu siebie prowadzi do generalizacji tego uczucia na wszystkie przejawy własnej aktywności i w konsekwencji utrudnia odróżnianie dobra od zła w oparciu o obiektywne kryteria. [W skrajnych wypadkach, np. w wyniku nadmiernych, nieadekwatnych kar, ośmieszania publicznego, dziecko w wieku przedszkolnym może ugruntować w sobie negatywną samoocenę i ogranicza swoją aktywność do prób zwracania na siebie uwagi, czasem wręcz zachowaniami destrukcyjnymi]. [Źródła skrajnie agresywnych zachowań dorosłych znajdujemy bardzo często w ostrym, nieadekwatnym stosowaniu kar w dzieciństwie – mówią psychologowie]. Ale jednak wychowanie dziecka bez stosowania ograniczeń rozwija jego inicjatywę kosztem rosnących trudności w opanowaniu malucha. Zjawisko to nazywane bywa terroryzmem dziecięcym. Z punktu widzenia profilaktyki uzależnień oraz promocji zdrowia psychicznego ważne jest więc kształtowanie u dziecka postawy wstrzemięźliwości, ponieważ trudnych umiejętności odkładania spełnienia pragnień i potrzeb nabywa się także w wieku przedszkolnym. Dobrym sposobem egzekwowania od dziecka wymagań jest uczenie go naprawiania wyrządzonych szkód – ponoszenia konsekwencji własnych działań. Pedagodzy proponują wspieranie budowania charakteru oraz postaw moralnych poprzez praktykowanie „dobrych przyzwyczajeń”, „dobrych nawyków”, przy odwoływaniu się do zainteresowań dziecka, osobistego przykładu oraz odpowiednich pochwał. Pochwała opisowa – zdaniem psychologów i pedagogów – otwiera drogę do budowy pozytywnego, ale zrównoważonego obrazu siebie. Wyobraźmy sobie, że w grupie przedszkolnej, wieszamy prace plastyczne dzieci w formie wystawy. Jeśli dorosły pochwali jedne, a innych nie, dzieci poczują się zawiedzione, zniechęcone. Poza tym ustawia to grupę ku rywalizacji i wzajemnym porównaniom. Jeśli wszystkie prace zostaną pochwalone gromadnie jako piękne, cudowne, śliczne – przymiotniki wartościujące szybko się w ich oczach zdewaluują. Jeśli jednak każdy rysunek zostanie opisany głośno bez wartościowania, każde dziecko poczuje się docenione i dodatkowo uzyska szczegółową informację zwrotną o swoim dziele, np.: „Widzę tu duże niebieskie koło i czerwone kreski. Koło przypomina mi głowę, a kreski nogi. Na twarzy jest uśmiech. Nogi są tak przegięte, że wydaje mi się, że ten ktoś biegnie. Ciekawe dokąd się tak spieszy. Może na spotkanie z ma mą”. Wtedy dzieci są obdarzone uwagą, wyjaśniają i dopowiadają szczegóły. Opisy zachowań, prac dziecka, zapobiegają też etykietowaniu, a problem z etykietami leży w tym, że wrastają w obraz samego siebie. Warto tu podkreślić jeszcze inny sposób wspomagania rozwoju dziecka w wielu sferach, na wszystkich etapach jego życia.Myślę tu o sposobie nazwanym przez prof. H. Olechnowicz: „Pięć minut tylko dla nas”. Chodzi o możliwość spędzania czasu sam na sam z ważną dla dziecka osobą, którymś z rodziców, kimś z rodziny czy nauczycielką, z którą łączą dziecko istotne więzy. Sposobem na wspólne spędzanie czasu może być krotki spacer, porządki w szafie, praca w ogródku, zabawa, czytanie dziecku, wspólne rysowanie, itp. czyli coś, co dziecku sprawi prawdziwą przyjemność. Powinno to być coś prostego – nie chodzi tu wcale o nadzwyczajną kosztowną wycieczkę do egzotycznych krajów. Wtedy najskuteczniej przekona się ono, że jest otoczone troską, jeśli przez kwadrans dziennie będzie miało kogoś wyjątkowego tylko dla siebie. Można jeszcze przypomnieć inne propozycje H. Olechnowicz opisane w artykule pt. „Być kimś dla kogoś”, czyli ukazanie dziecku jego wartości społecznej. A więc postępowanie typu: – obdzielanie dziecka uwagą niewartościującą; – intensywne używanie imion dzieci; – fotografia dziecka w sytuacji, kiedy wykonuje jakąś pracę na rzecz społeczności; – fotografia dziecka jako temat zajęć; – praca wykonana przez dziecko jako temat zajęć; – dziecko współorganizatorem niecodziennego zdarzenia; – nauczyciel rysuje pod dyktando dziecka. Stosowanie tych metod prowadzi do wytworzenia u dziecka poczucia podmiotowości i poczucia, że jest ono wartością społeczną. Wyzwala to w dzieciach samorzutną aktywność, wzbogaca ich aktywność słowną, sprzyja też przezwyciężaniu tzw. trudności wychowawczych. Tworzą one koncepcję edukacji promującej rozwój dziecka. Wyjątkowość edukacji najmłodszych dzieci charakteryzuje, jak widzimy, etap rozwoju cech podstawowych, stymulowanie szeroko pojętego rozwoju oraz uczenie konkretnej wiedzy i umiejętności uczenia się.
Znaczenie wczesnej edukacji dzieci dla ich kariery szkolnej i życiowej. Badania prowadzone w Europie i USA w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wskazują, że wczesne doświadczenia edukacyjne dzieci mają znaczenie dla ich późniejszych losów. Badania amerykańskie (Lazar, 1982) prowadzone od 30 lat, a dotyczące programu edukacji przedszkolnej High/Scope wskazują, że absolwenci przedszkoli (planuj, wykonaj, sprawdź) w wieku 27 lat w porównaniu do ich kolegów „bez przedszkoli”: – zarabiają znacznie częściej ponad 2000 dol. i więcej (29% vs 7%); – częściej są właścicielami domów (36% vs 13%); – uzyskują wyższy stopień wykształcenia (71 % vs 54%); – znacznie rzadziej korzystają z pomocy społecznej (59% vs 80%); – mają znacznie mniej konfliktów z prawem / aresztowania (7% vs 35%). [R. Meighan, opisując wyniki edukacyjne przedszkoli z programem High/Scope podkreśla, że dobra edukacja przedszkolna ma pozytywny wpływ, pozwala dzieciom ze środowisk zaniedbanych odnieść długotrwałe korzyści]. Schweinhart i Weikart przeprowadzili analizę, z której wynika, iż każde 1000 dol. zainwestowane w przedszkole, w dobry program, wraca do społeczeństwa w kwocie 7160 dol. Na sumę tę składa się brak datków związanych z przebywaniem w więzieniu, areszcie, brak kosztów pomocy socjalnej, późniejszego dokształcania, wpływy z podatków płaconych przez lepiej zarabiających. Badania brytyjskie wskazują, że istnieje optymistyczny związek między dobrym doświadczeniem edukacyjnym a osiągnięciami szkolnymi w 10 r. życia w zakresie czytania ze zrozumieniem, umiejętności matematycznych i zachowaniami społecznymi.
Ku dojrzałości osobowej
Okres dorastania to czas szczególny. Człowiek zdobywa zdolność do dawania życia oraz kształtowania życia własnego. Współcześnie jesteśmy świadkami ogromnych przemian kulturowych wpływających na warunki dojrzewania młodych ludzi. Jeszcze trzydzieści lat temu przekraczało się próg dorosłości wraz z uzyskaniem świadectwa dojrzałości, dzisiaj psychologia posługuje się terminem ,,wschodząca dorosłość” dla określenia populacji trzydziestolatków. Akceleracji rozwoju biologicznego towarzyszy opóźnienie dojrzewania psychicznego i społecznego. Dziewczęta dojrzewają szybciej, co powoduje wygórowane oczekiwania wobec nich i niesprawiedliwe, nadmiernie krytyczne traktowanie chłopców. Oni broniąc się poszukują różnych sposobów potwierdzania własnej wartości przez co ich wchodzenie w dorosłość przebiega burzliwiej, w większej opozycji wobec autorytetów dorosłych. W pierwszej fazie dorastania, bardziej biologicznej młodzi ludzie stają się drażliwi, niespokojni, pobudliwi, dziewczęta płaczliwe a chłopcy agresywni. Opóźniony lub przyspieszony rozwój biologiczny pociąga za sobą szereg konsekwencji psychologicznych.U wcześniej dojrzewających dziewcząt zaobserwowano niższą samoocenę, częstszy kontakt z alkoholem i narkotykami, więcej objawów psychosomatycznych. Dziewczynki wstydzą się swojego kobiecego ciała, często słyszą obraźliwe uwagi w stylu ,,hej mamuśka, ale masz cycki”. Nauczyciele zapominając, że jest to małe dziecko w dorosłym ciele formułują kąśliwe uwagi: „skoro jesteś tak dorosła to powinnaś się lepiej uczyć”. Radzenie sobie z tą sytuacją zależy * Doktor – pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego od kolejności urodzenia wśród rodzeństwa i stosunku rodziców do jej dorastania. W innej sytuacji są wcześnie dojrzewający chłopcy. Cechuje ich większa aktywność, pewność siebie, akceptacja otoczenia wyrażająca się również w większym przyzwoleniu na aktywność seksualną, lepszym i bliższym kontakcie z dorosłymi. Badania psychologiczne mężczyzn 30 letnich, którzy wcześnie dojrzeli wykazały trwałość tych pozytywnych właściwości psychicznych. Natomiast młodzież później dojrzewająca charakteryzuje się niższą samooceną, silniejszą potrzebą zależności i więzów społecznych. W okresie dorastania obserwujemy intensywny rozwój umysłowy warunkujący większość zmian psychicznych. Spostrzeżenia stają się dokładniejsze, Bogatsze w szczegóły, wielostronne w treści i bardziej świadomie ukierunkowane. Sprawność poszczególnych analizatorów osiąga maksimum możliwości, a doskonalenie się procesów myślowych umożliwia dokładniejszą analizę i syntezę rzeczywistości. Rozwija się myślenie abstrakcyjne, wzrasta refleksyjność i krytycyzm, pojawia się zdolność do metaforycznego ujmowania zdarzeń oraz formułowania własnych, niezależnych ocen. W zakresie pamięci zmiany dokonujące się u dorastających wyrażają się w tym, że zaczynają się oni posługiwać pamięcią logiczną i dowolną. Sprzyja to opanowaniu nowych, skutecznych sposobów ,,magazynowania” informacji o otaczającym świecie. Młodzież przekracza w swym rozumowaniu bezpośrednie doświadczenie, myślenie w tym okresie staje się myśleniem hipotetyczno- dedukcyjnym. Zmiany charakteru myślenia stają się źródłem charakterystycznego dla tego okresu krytycyzmu. Młodzi ludzie z łatwością dostrzegają rozbieżność między głoszonymi zasadami a zachowaniem ludzi dorosłych, podważają przekonania religijne, społeczne i naukowe. Dorastanie to również okres intensywnego rozwoju określonych zainteresowań i coraz większej ich specjalizacji. Należy podkreślić rolę środowiska rodzinnego, szkoły, grupy rówieśniczej i atmosfery intelektualnej, w której wzrasta młody człowiek dla stymulacji rozwoju motywacji do samorealizacji. Do głosu dochodzi żywo rozwijająca się wyobraźnia i fantazja znajdujące swój wyraz we fryzurach, strojach i niezwykłych marzeniach o własnej przyszłości, sławie, miłości, podróżach. Ważną rolę odgrywa twórczość. Młodzi piszą wiersze, pamiętniki, występują w teatrze, malują. Bardzo często mówiąc o okresie dojrzewania posługujemy się terminem ,,okres burzy i naporu” wyrażając pogląd, że to właśnie sfera emocjonalna dominuje nad innymi dziedzinami życia dorastającego. Istotnie obserwujemy podwyższoną aktywację ośrodkowego i autonomicznego układu nerwowego wyrażającą się w niezwykłej intensywności i żywości przeżyć uczuciowych. Smutek przeżywany bywa głęboko i miewa charakter tragedii, radość osiąga stan uskrzydlenia. Charakterystyczną cechą jest labilność emocjonalna: dorastający łatwo oscylują między miłością a nienawiścią, radością i smutkiem, entuzjazmem i zniechęceniem. Występuje chwiejność emocjonalna. Młody człowiek przejawia często przeciwne skłonności i upodobania. Raz poszukuje towarzystwa, innym razem zaszywa się w samotni, raz jest dobry i współczujący a wkrótce zimny i okrutny, przesadnie pewny siebie i załamany, zrezygnowany, wycofany. Charakterystyczna jest bezprzedmiotowość uczuć młodzieży, tzn. przeżywane uczucia nie wiążą się z określonym bodźcem. Młode dziewczyny bywają denerwujące dla chłopców, chichoczą, bo wszystko w danej chwili je cieszy. Problem powstaje z ukrywaniem prawdziwych stanów emocjonalnych ponieważ nie uzewnętrznione, tłumione stany emocjonalne mogą być przyczyną nerwic. W wieku dorastania źródłem emocji mogą stawać się pojęcia abstrakcyjne oraz idee. Dojrzewający intensywnie ,,przeżywają” poglądy religijne, społeczne, polityczne, stają się zdolni do uczuć patriotycznych, głębokich doznań religijnych, świadomego zaangażowania w wolontariat na rzecz słabszych i potrzebujących. W okresie dorastania charakterystyczny jest rozwój uczuć społecznych, tzn. uczuć, których źródłem są sytuacje społeczne. Tworzące się paczki, grupy przyjacielskie stanowią grupy wsparcia dla młodych ludzi. Umożliwiają zwierzanie się z trosk i niepokojów, wywierają bardzo pozytywny wpływ na rozwój osobowości. Rozwój emocjonalny w okresie dorastania zmierza w kierunku dojrzałości uczuciowej charakteryzującej się zdolnością do pełnego uświadamiania sobie przeżywanych emocji, kontrolowania ich, czyli dostosowywania form i stopnia ekspresji do wymagań współżycia społecznego, niezależnością, zdolnością do odraczania reakcji, powściągliwości i rezygnacji. Wspomaganie rozwoju emocjonalnego polega na stwarzaniu młodym ludziom sposobności do rozwiązywania własnych problemów, konfrontacji z sytuacjami stresowymi. Zaznanie frustracji i niepowodzeń czyni człowieka zdolnym do rozumienia cudzych cierpień. Rozwój intelektualny umożliwia młodym ludziom samodzielne określanie celów i podporządkowywanie im bieżących działań. Młodzi ludzie z pasją poszukujący swego miejsca w świecie nie radzą sobie z Bogactwem perspektyw. Działania ukierunkowane na cel bywają krótkotrwałe, charakterystyczny jest tzw. ,,słomiany zapał”, romantyzm (teatr, wędrówki), ryzyko, tajemniczość. Cechą charakterystyczną motywacji i działania w tym okresie jest niezwykła intensywność. Młodzież angażuje się w działanie bez reszty i to zarówno w sensie pozytywnym np. w różne formy działań prospołecznych jak i negatywnym np. subkultury. Właściwością dążeniową jest negatywizm występujący pod postacią arogancji, przekory, uporu i nieposłuszeństwa. Dorastanie to okres intensywnego rozwoju moralnego. Młodzież interesuje się problemami natury moralnej, podejmuje próby oceny moralnej własnego i cudzego postępowania. Są one pryncypialne, rygorystyczne i surowe. Około 13 roku życia następuje ,,odkrycie jaźni” będące jednym z charakterystycznych objawów kształtowania się tożsamości dorastających. Młody człowiek staje przed trudnym zadaniem scalenia wiedzy o sobie zawartej w pełnionych przez siebie rolach i dokonaniem integracji przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Ważne staje się potwierdzenie autopercepcji przez doświadczenia interpersonalne. Na ich bazie kształtuje się samoocena. Niektórzy z dorastających nie radząc sobie z poszukiwaniem własnej tożsamości włączają się w grupę społeczną i z niej przejmują gotowe wzory tożsamości (tzw. tożsamość syntetyczna). W okresie dorastania następuje zazwyczaj pomyślne zakończenie kryzysu tożsamości. Charakteryzuje się ono wzmocnieniem wartości ,,ja”, zdolnością do zaangażowania w wartości i ideały oraz podejmowaniem odpowiedzialnych zadań i zdolnością do dojrzałej miłości. Z tworzeniem się osobowości młodzieży jest ściśle związany problem formowania się światopoglądu. Proces jego tworzenia odbywa się w atmosferze dużego napięcia intelektualnego i emocjonalnego, cechuje go niezwykła dynamika. Specyficzną cechą światopoglądu młodzieńczego jest idealizm. Rzutuje on na różne dziedziny życia młodzieży takie jak: miłość, przyjaźń, praca, kontakty z przyrodą. Życie powinno spełnić pragnienia. Brak doświadczeń pozwala wierzyć w spełnienie marzeń. Charakterystyczny jest niezwykle ufny stosunek do życia. Światopogląd pełni w rozwoju człowieka doniosłe funkcje. Mobilizuje go do podejmowania zadań i pokonywania trudności, kontroluje zachowanie, wyjaśnia zjawiska, chroni przed lękiem i utratą sensu życia, daje moc walki o własne przekonania. Młodzieńczy ma szczególny koloryt, bywa ofensywny, burzliwy i niestabilny. W okresie dorastania mogą pojawić się dwie patologiczne formy światopoglądu: nihilizm i cynizm. Nihilizm polega na zaprzeczaniu sensowi ludzkiego istnienia, w tym również własnego. Powstaje pod wpływem traumatycznego wydarzenia życiowego (np. doznawana przemoc lub niepowodzenie szkolne). Nihilizm może prowadzić do samobójstwa. Natomiast cynizm przejawia się w rozbieżności między przekonaniami a ich realizacją. Istnieje niewiele badań poświęconych problematyce trudności rozwojowych młodzieży z inwalidztwem wzroku. Z badań Z. Sękowskiej wynika, że młodzież niewidoma kończąca szkołę podstawową osiąga niższy poziom przystosowania w sferze ogólnej zaradności i samodzielności życiowej, przy czym nie odnosi się to do wszystkich funkcji, ale tylko do tych, które wymagają sprawnego funkcjonowania wzroku. Niewidomych charakteryzowała mniejsza inicjatywa, ale wyższy w stosunku do widzących stopień kontroli własnego zachowania. Rzadziej podejmowali aktywne współdziałanie z innymi, ale wykazywali lepszą znajomość i zrozumienie potrzeb i problemów innych. Przejawiali większe uzdolnienia w zakresie rozumienia i werbalnego kontaktowania się z otoczeniem. Jeżeli chodzi o osobowość to z badań G. Palak (1988) wynika, że: w zakresie ja realnego – dziewczęta niewidome częściej niż chłopcy niewidomi doświadczają poczucia niższości, wyrażają je poprzez samokrytycyzm, poczucie winy lub niezaradność społeczną – chłopcy niewidomi w porównaniu z niewidomymi dziewczętami przejawiają więcej starań o osiąganie społecznie uznanych wartości, o wykonywanie wszystkiego dobrze, osiąganie sukcesu, wykazują większe zainteresowanie płcią przeciwną. w zakresie ja idealnego: – chłopcy niewidomi bardzo cenią angażowanie się w zachowania, które wzbogacają materialnie lub emocjonalnie dobra innych, pragną udzielać innym pomocy i współczuć im – chłopcy wykazują większą niż dziewczęta troskę o nawiązanie i utrzymanie licznych osobistych przyjaźni i pozytywnych kontaktów z innymi ludźmi, w tym również z dziewczętami – chłopcy są bardziej spontaniczni i otwarci na zmiany – dziewczęta cenią bardziej zainteresowanie sobą i własnymi problemami
Bibliografia: Konarska J. (1994), Poczucie sensu życia młodzieży z inwalidztwem wzroku, Lublin, Wyd. UMCS. Matczak A. (2003), Zarys psychologii rozwoju, Warszawa, Wyd. Akademickie „Żak”. Obuchowska I. (1984), Okres dorastania, Warszawa, Nasza Księgarnia. Oleszkowicz A. (1988), Psychologiczna charakterystyka kryzysu wieku dorastania i jego konsekwencje dla rozwoju jednostki, w: M. Tyszkowa (red), Rozwój psychiczny człowieka w ciągu życia, Warszawa, PWN. Oleszkowicz A. (1996), Bunt dorastania – jego mechanizmy i funkcje, „Psychologia Wychowawcza”, 39. Palak Z. (1988), Obraz własnej osoby młodzieży niewidomej, Lublin, Wyd. UMCS. Sękowska Z. (1991), Przystosowanie społeczne młodzieży niewidomej, Warszawa, Wyd. Szkolne i Pedagogiczne.
s. Elżbieta Więckowska FSK
Nauczanie rysunku a rozwój wyobrażeń i pojęć przestrzennych dziecka niewidomego
Jestem przekonana, że my, widzący pedagodzy, ciągle jeszcze nie dość zdajemy sobie sprawę z tego, że niewidome dziecko – nie widzi. Nie przyswaja spontanicznie wyobrażeń, pojęć, wiedzy, które niemal mimowolnie przyswaja jego widzący rówieśnik. Spróbujmy prześledzić wczesny rozwój wyobrażeń dziecka widzącego i całkowicie niewidomego. W okresie prenatalnym żyjemy w przestrzeni dotykowej. Słabe bodźce świetlne, jakie zapewne odbiera dziecko widzące, nie mają większego znaczenia poznawczego. Po urodzeniu dziecko widzące zaczyna penetrować najbliższe otoczenie dotykiem kończyn i bardzo jeszcze krótkim wzrokiem. Uczy się korelować kinestetyczno-dotykowe poznanie trójwymiarowej przestrzeni z dwuwymiarowymi obrazami tej przestrzeni na powierzchniach siatkówek oczu. Zmiany w otoczeniu postrzega jako zmiany w czasie: pojawiają się i znikają twarze bliskich, zabawki, naczynia z pożywieniem. Dziecko niewidome penetruje tylko dotykiem tę samą bliską przestrzeń i podobnie doświadcza zmian w otoczeniu jako zmian zachodzących w czasie. Gdy dziecko widzące zacznie siadać, wstawać, przemieszczać się samodzielnie i penetrować otoczenie sprawniejszym już wzrokiem, następuje zasadnicza zmiana. Dziecko zrozumie, że przedmioty nie pojawiają się i nie znikają, lecz istnieją i przemieszczają się, lub zmieniają wygląd w miarę przemieszczania się obserwatora. Słyszy polecenia lub informacje: podejdź do babci, biegnij do taty, samochód wjeżdża do garażu... Nasuwa mu się wyobrażenie kierunku jako linii łączącej go z innym obiektem lub łączącej inne obiekty. Dziecko niewidome, nawet wtedy, gdy już przemieszcza się samodzielnie, spostrzega przedmioty kolejno: „jest wersalka, potem jest stół, potem jest tapczan, ...” Oprowadzenie dziecka po pokoju i objaśnienie, że „tapczan stoi naprzeciwko wersalki, a stół jest między nimi, w środku pokoju”, nie zmienia rozumienia dziecka, bo nie rozumie ono słów „naprzeciwko”, ani „pomiędzy”. Także słowo „kierunek” nic nie mówi dziecku, dla którego odległe przedmioty były przedtem, lub będą potem. Dziecko otoczone staranną opieką może długo, kilka, kilkanaście, być może kilkadziesiąt lat żyć w takim niemowlęcym rozumieniu swego otoczenia. Wyjściem z tego stanu niemowlęctwa może być: – Dostarczenie dziecku nie tylko wczesnej nauki samodzielnego wykonywania czynności i samodzielnego przemieszczania się, ale i wielu samodzielnych doświadczeń motorycznych i lokomocyjnych; – Uczenie w odniesieniu do przedmiotów z najbliższego otoczenia rozumienia słów określających relacje, kierunki, gdyż w najbliższej przestrzeni dziecko spostrzega te przedmioty jako istniejące równocześnie; – Metodyczne posługiwanie makietą pomieszczenia znanego uczniowi; – Prawidłowe metodycznie nauczanie rysunku, w tym planu.
Dziś zajmę się tylko nauczaniem rysunku. Wczesna edukacja graficzna dziecka widzącego przebiega w dużej mierze spontanicznie w pierwszych latach jego życia... Dzieci wcześnie zaczynają oglądać obrazki, oglądają ich wiele, porównują z widzianym obrazem rzeczy. Fotografia, obrazki w konwencji naturalistycznej są istotnie podobne do obiektów, które przedstawiają. To znaczy fizjologiczny przebieg zjawiska poznawania wzrokiem obiektu i jego podobizny jest identyczny, a zespół wrażeń, który tworzy wyobrażenie przedmiotu i jego reprezentacji, jest istotnie podobny. Obrazki schematyczne, np. narysowane linią są symbolami podobnymi do swoich pierwowzorów. Dzieci zdolne już do używania symboli, obejmując wzrokiem cały obrazek, wcześnie uczą się „kodów obrazkowych”. W ten sposób dzieci widzące uczą się odbierać informację graficzną w wielu konwencjach – sposobach rysowania. Są więc nieźle przygotowane do odbioru informacji graficznej podawanej przez podręczniki szkolne. Ponadto rozumnie wychowywane dzieci widzące w wieku kilku lat dostają kartki, ołówki, kredki i, rozpoczynając od bazgroty, przechodzą kolejne stadia ekspresji graficznej, są przygotowane do wypowiadania się „językiem grafiki”. Oglądanie obrazków pomaga w czynnym opanowaniu tego języka, a samodzielne tworzenie komunikatów graficznych sprzyja rozumieniu odbieranych komunikatów. Dziecko coraz swobodniej posługuje się językiem grafiki. – Edukacja graficzna dziecka niewidomego nie zastąpi bezpośredniego poznania przedmiotów codziennego użytku, obiektów przyrodniczych – roślin i zwierząt, narzędzi i innych wytworów człowieka. – Pierwszymi technikami służącymi dziecku niewidomemu do odwzorowania rzeczywistości powinny być techniki trójwymiarowe – modelowanie z klocków, plasteliny, gliny itp. – Edukacja graficzna dziecka niewidomego nie odbędzie się spontanicznie. Rysunek jest dla niewidomego językiem trudnym, niewidome dziecko potrzebuje odpowiedniego wyposażenia i metodycznej pomocy w opanowaniu grafiki.
Jeśli potraktujemy grafikę jako język współczesnego społeczeństwa, to musimy zauważyć, że języka ojczystego, także języka obcego, uczymy nazywając systematycznie tym językiem przedmioty, zjawiska i relacje obserwowane aktualnie przez ucznia. Podobnie najpierw uczymy dziecko czytania i pisania, a potem wymagamy rozumienia informacji podanej na piśmie, np. w podręczniku i analogicznie wymagamy umiejętności wypowiedzi pisemnych. Dopiero po opanowaniu podstaw języka mówionego, pisanego czy graficznego, możemy tym językiem przekazywać informacje o tym, czego uczeń nie spostrzega w toku lekcji i wymagać wypowiedzi w tym języku. Tak właśnie należy uczyć grafiki niewidome dziecko. A jest to dla niego nauka trudna, potrzebne jest więc dużo staranniejsze stopniowanie trudności, niż przy nauczaniu dziecka widzącego. Istotną trudnością w rysowaniu i czytaniu grafiki, jaką stwarza brak wzroku, jest ograniczenie „pola widzenia” dotykiem, w porównaniu z polem widzenia wzrokiem. Niewidomy czytający końcami palców grafikę wypukłą, dotyka palcami niewielkiego fragmentu rysunku. Objęcie wyobraźnią całości rysunku wymaga metodycznego przeskanowania całej powierzchni rysunku i dużego wysiłku wyobraźni. Do skutecznego posługiwania się grafiką potrzebne jest wyćwiczenie wyobraźni. Co jeszcze istotniejsze przy czytaniu dotykiem ilustracji, obrazka, rysunku przedstawiającego przedmiot, wrażenia odbierane końcami palców są zupełnie inne, niż wrażenia odbierane przy oglądaniu prawdziwego przedmiotu dotykiem obejmującym. Rysunek nie jest dla niewidomego podobny do przedmiotu, rysunek opowiada niewidomemu o przedmiocie. Dlatego mówię do dziecka: „obejrzyj ten przedmiot”, ale o rysunku mówię: „przeczytaj ten rysunek”. Dlatego niewidomy nie uczy się spontanicznie kolejnych konwencji rysunkowych, musi je świadomie przyswajać, tak jak uczymy się obcego języka. Metodyczne nauczanie grafiki musi stopniowo, kolejno pokonać te trudności, powinno prowadzić dziecko niewidome drogą dla niego najprostszą, po stopniach trudności możliwych do pokonania. Pierwszym etapem nauki powinno być dostarczenie uczniowi przyborów, z pomocą których będzie mógł rysować tak, by kontrolować dotykiem swój rysunek. Trzeba pokazać dziecku technikę rysowania i pozwolić na rysunek spontaniczny, także na pierwszy jego etap, jakim jest bazgrota. Nie trzeba polecać rysowania jakichkolwiek ilustracji. Trzeba chwalić za opanowanie techniki rysowania i odwagę tworzenia własnego dzieła.
Pierwszymi rysunkami czytanymi przez dziecko powinny być rysunki jednej lub kilku linii. Śledzenie na rysunku linii prostych zakrzywionych i łamanych, gładkich, punktowych i przerywanych, cienkich i grubych jest dla małego dziecka atrakcyjną zabawą. W toku tej zabawy należy wprowadzać pojęcia przestrzenne: linia dłuższa i krótsza, dalszy i bliższy, lewy i prawy brzeg arkusza, bliższy lewy, bliższy prawy, dalszy lewy i dalszy prawy róg arkusza. Nie należy używać skrótu myślowego „w górnej, w dolnej części arkusza” wtedy, gdy arkusz leży na poziomym stole, gdyż wprowadzamy ucznia w błąd co do podstawowych kierunków w przestrzeni fizycznej. Konwencję „wyżej – niżej”, po jej wyjaśnieniu, stosujmy tylko do stronic.
Następnie wprowadzić należy proste figury i znaki w niewielkich wymiarach, takie jak Kołeczko, trójkącik, krzyżyk prosty i ukośny, kwadracik, gwiazdka z kreseczek. Rysowanie takich znaków uczy panowania nad narzędziem i wdraża do celowego komponowania arkusza. Czytanie zbiorów takich znaków i lokalizowanie ich na powierzchni arkusza prowadzi do objęcia wyobraźnią powierzchni arkusza – jest wstępem do czytania trudniejszych rysunków o większych rozmiarach. Rozmawianie z dzieckiem o kształtach i położeniach wzajemnych figur jest, powinno być „zabawowym kursem” pojęć przestrzennych mówiących o kształtach, relacjach przestrzennych, kierunkach na płaszczyźnie. Przyswojenie pojęć relacji i kierunków w odniesieniu do bliskich uczniowi przedmiotów doświadczanych przez ucznia jako istniejące jednocześnie i w odniesieniu do rysunków na arkuszu, pozwoli z czasem przenieść to rozumienie na relacje między przedmiotami odległymi. Początki odwzorowania rysunkowego rzeczywistości otaczającej ucznia powinny być prowadzone dwoma torami: - opowiadanie rysunkiem o przedmiocie czyli ilustracja, - opowiadanie rysunkiem o układzie przedmiotów na płaszczyźnie, czyli plan. Plan jest konwencją dostępną dla dziecka niewidomego już na etapie nauczania początkowego. Jednak zaczynać trzeba od prezentowania na planie obszaru dostępnego dotykowi ucznia bez przemieszczania się, gdyż wtedy plan opowiada o przedmiotach, które wyobraźnia ucznia rejestruje jako istniejące jednocześnie. Po przyswojeniu tej konwencji plan posłuży do opowiadania o dużym obszarze i uświadomi dziecku, że te odległe przedmioty też istnieją „tam dalej”, a nie „potem”. Wydrukowane w Owińskach „Plany do nauczania orientacji przestrzennej” pokazują sposób stopniowania trudności i sposób rozmawiania z dzieckiem, są propozycją Elementarza do czytania planów.
Rysowanie przedmiotów. Dopiero po wstępnym opanowaniu techniki rysowania i objęciu wyobraźnią ucznia powierzchni arkusza można zacząć wprowadzać rysunek przedstawiający małe, spłaszczone, bliskie uczniowi przedmioty w ich naturalnej wielkości, jak grzebień, sztućce itp. Tematem nieco trudniejszym, ale dostarczającym Bogatego materiału do ćwiczeń w rysowaniu i czytaniu, są jesienne liście – sztywne, łatwe do obwiedzenia palcami, nie poddające się dotykowi obejmującemu. Do rysowania dobrze jest dawać eksponaty parami np. liść wierzby i liść osiki. Wtedy nawet z bardzo niezdarnego rysunku widać, czy uczeń zauważył różnicę kształtu. Przy czytaniu dobrze jest też dawać prawdziwe liście i ich rysunki parami. Nawet nie znając nazw drzew, uczeń może dopasować liście do ich rysunków.
„Dopasowywanie” przedmiotu do jego reprezentacji jest znakomitym ćwiczeniem wyobraźni przestrzennej. Przedszkolak, który po wielu próbach położył prawdziwy widelec lub prawdziwy grzebień na jego podobiźnie, dokonał w wyobraźni ogromnej i bardzo cennej pracy. Słowne opowiadanie kształtu przedmiotu, określanie sposobu przedstawienia, opowiadanie treści rysunku słowami powinno być istotnym elementem rewalidujących zajęć z rysowania i czytania rysunku. Laskowskie rysunki – brajlony i rysunki z „Elementarza” Aleksandry Głowali pokazują kolejność wprowadzania nowych przedmiotów i konwencji. Przedstawienie bryły na powierzchni arkusza jest dla niewidomego problemem dużo trudniejszym, niż dla widzącego, który sugeruje się łatwo podobieństwem dwuwymiarowej reprezentacji przedmiotu do dwuwymiarowego obrazu tego przedmiotu na siatkówkach swoich oczu. Niewidomy nie jest zdeterminowany obrazem, jaki daje soczewka oka lub aparatu fotograficznego. Konwencje wzrokowe widzących nie są dla niego oczywiste. Niewidome dzieci często rysują przedmiot lub obszar większy od pojedynczego przedmiotu w sposób odbiegający od powszechnego wśród widzących. Nie jest to błąd, tylko zastosowanie konwencji innej niż ta wzrokowa, do której jako widzący jesteśmy najbardziej przywiązani. Np. pudełko zapałek można przedstawić w postaci widoku z trzech stron, jak to proponuje Aleksandra Głowala w swoim Elementarzu. Ale można też odwzorować pudełko zapałek w sposób, który w geometrii nazywa się rozwinięciem bryły. Nie możemy pierwszego sposobu uważać za lepszy tylko dlatego, że przywykliśmy do niego. Zachowałam w pamięci, choć nie zachowałam w zbiorach, szereg rysunków niewidomych uczniów rysowanych w podobny sposób. Należy więc najpierw pozwolić niewidomemu dziecku opowiedzieć o przedmiocie w sposób dla niego najbardziej naturalny i zaakceptować ten sposób. Dopiero po tym trzeba mu proponować konwencje powszechnie stosowane, i to tylko te, które będą dla niego czytelne. Trzeba w toku nauki dawać dziecku do czytania dostępne dla niego rysunki w konwencjach powszechnie stosowanych, jak rzut czy przekrój, bo z taką ilustracją będzie się często spotykało. Ale, być może, niektóre ilustracje lepiej będzie adaptować do naturalnych dla niewidomego konwencji bezwzrokowych. Warunki organizacyjne nauczania dzieci niewidomych grafiki to sprawa praktycznie bardzo istotna. Nauczanie rysunku w szkole, a nawet w przedszkolu, jest wyrównywaniem opóźnienia rozwojowego spowodowanego inwalidztwem, jest więc zajęciem rewalidacyjnym. Nie powinno być prowadzone w zespole, w którym na jednego nauczyciela przypada więcej niż czworo uczniów. Jeden nauczyciel powinien pracować z maksimum czworgiem, albo nauczyciel prowadzący zajęcia powinien mieć asystenta lub asystentów pomagających w prowadzeniu zajęć. Rewalidacyjne nauczanie rysunku powinno towarzyszyć uczniowi nie tylko w okresie nauczania początkowego, już od przedszkola, ale i w okresie nauczania przedmiotowego, gdyż nauczyciele przedmiotowi pracujący z całym zespołem klasowym mają poważne zadanie zapoznania uczniów z podstawowymi obiektami materialnymi przyrodniczymi, lub wytworzonymi przez człowieka. Nie starczy im czasu na wprowadzanie uczniów w nowe konwencje graficzne obowiązujące w programach tych przedmiotów. Uczniowie powinni dysponować przyborami i sensowną ilością materiału do rysowania. Powinni mieć swobodny dostęp do prawidłowo zredagowanej grafiki, najpierw Elementarzy rysunkowych, tzn. zbiorów rysunków różnych od Elementarzy do nauki czytania liter. Elementarze rysunkowe powinny służyć do wprowadzenia uczniów w rozumienie określonych konwencji. Potrzebna jest też ilustrowana prawidłowo książka popularno- -naukowa i rozrywkowa. Potrzebne są podręczniki ilustrowane w sposób prawidłowy, co jest osobnym, poważnym problemem. Uczeń i absolwent wprowadzony w grafikę będzie mógł odbierać informacje z dobrze zredagowanej grafiki dotykowej i będzie umiał wypowiedzieć się rysunkiem. Będzie znał język społeczeństwa, w którym żyje. W Owińskach 2006-10-27
Krystyna Konieczna
Spotkania po latach
Wychodząc naprzeciw wielokrotnym prośbom absolwentów, zgłaszanym do naszego Działu, w formie pisemnej czy w czasie odwiedzin dawnych wychowanków w Laskach, a nawet na Walnym Zebraniu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, podjęliśmy się i w tym roku zadania organizacji cyklicznych zjazdów. Mamy za sobą już bardzo udany zjazd absolwentów Liceum Zawodowego i Technikum Masażu roczników 1993-1995, który przygotowali – z inicjatywy Agnieszki Walkowiak z domu Maciejewskiej - zasadniczo sami dawni uczniowie, a my wspomogliśmy ich organizacyjnie. O tym spotkaniu informowały „Laski” w podwójnym numerze 3-4 /2006. Można też było przeczytać relacje o zjeździe na stronie internetowej Działu. W bieżącym roku Dział ds. Absolwentów zorganizował dwa spotkania byłych wychowanków szkół ponadpodstawowych z Jabłonek; pierwszy dla absolwentów, którzy ukończyli kształcenie w latach 1977-1979, odbył się w dniach 17-18 czerwca 2006 r. i jego inicjatorkami i organizatorkami były Cecylia Ołdakowska i Grażyna Stawska z domu Karkowska; drugi – dla absolwentów z lat 1980- -1982 odbył się w dniach 28-29 października br. Dzięki środkom pozyskanym z Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach projektu Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku koszty ponoszone przez TOnO związane z pobytem uczestników i organizacją zjazdów w Laskach są minimalne. Zależy nam na tym, żeby właśnie tak dwa razy do roku – wiosną i jesienią mogli się spotkać w Laskach absolwenci kolejnych roczników Jabłonek ze swoimi nauczycielami, wychowawcami i siostrami; by mogli powrócić we wspomnieniach do młodych, szkolnych lat, a my – byśmy dowiedzieli się też o ich dorosłym życiu. Program zjazdu zakłada oficjalne spotkanie z Zarządem Towarzystwa, dyrekcją Ośrodka, siostrami, nauczycielami i wychowawcami. Zapraszamy również tych, którzy już nie pracują w Laskach. Jest Msza św. w intencji żywych i zmarłych byłych wychowanków i pracowników. Przewidziany jest czas na spacery po dawnych dróżkach, oglądanie nowych budynków, nawiedzenie cmentarza i w końcu na „nocne Polaków rozmowy”. Wiemy, że istnieje potrzeba organizowania zjazdów również dla absolwentów Szkoły Specjalnej. Podejmiemy się tego zadania już wiosną przyszłego roku. I tym razem poprzedza je inicjatywa byłych wychowanków. Zawiązał się nawet komitet organizacyjny. Zainteresowanie ostatnimi dwoma spotkaniami ze strony byłych wychowanków było bardzo duże, ale nie wszyscy mogli ostatecznie przybyć. Łącznie w obydwu zjazdach uczestniczyło 47 osób, tj. ponad 37% absolwentów wymienionych wyżej roczników. Osób towarzyszących – przewodników było 18. Spośród przybyłych na zjazd w związkach małżeńskich pozostaje 38 osób (mamy 6 laskowskich małżeństw); jest 7 osób samotnych ; rozwiedziona – 1 i wdowa – 1. W absolwenckich, najczęściej wielodzietnych rodzinach jest łącznie 64 dzieci. Wszyscy nasi byli wychowankowie pracowali zawodowo. W chwili obecnej pracują 23 osoby w zawodach: telefonista, masażysta, pakowacz, portier, pracownik biurowy; jest też pracownik fizyczny; w spółdzielni niewidomych pracują w dziale montażu. Nie pracują 24 osoby – najczęściej z powodu obowiązków rodzinnych (wychowywanie dzieci). Dalszą naukę po odejściu z Lasek podjęło 25 osób; studia wyższe ukończyły 2 osoby, studia pomaturalne – 7 osób, szkołę masażu – 11 osób, kursy przysposabiające do zawodu – 5 osób. Uczestnicy spotkań wyjeżdżali z wielkim zadowoleniem i prosili o organizację następnych zjazdów. Dziękowali za serdeczność i ciepło, z jakim zostali przyjęci. To zasługa wszystkich biorących udział w goszczeniu absolwentów. Przede wszystkim siostry Marii Tabity Magdziarz, która zawsze towarzyszy absolwentom; jest z nimi już od momentu pojawienia się na terenie Lasek. Siostry i pracownicy kuchni oraz administracji w Domu Dziewcząt – na czele z siostrą Irminą Landowską – służyli wszelką pomocą byłym wychowankom. Wszystkim serdecznie dziękuję. Dziękuję również wszystkim pracownikom Działu ds. Absolwentów, a szczególnie Markowi Szulcowi, Agnieszce Derdziak i Małgorzacie Lewandowskiej oraz jej najbliższym – mężowi – Markowi i mamie – Barbarze Godos, którzy włączyli się w organizację spotkań. * * * W imieniu absolwentów Celina Ołdakowska przesłała na adres Działu ds. Absolwentów najserdeczniejsze podziękowania za umożliwienie spotkania z członkami Zarządu TOnO oraz dawnymi nauczycielami i wychowawcami: Dziękujemy, że mogliśmy osobiście złożyć Wszystkim wyrazy szacunku i wdzięczności za trud i serce włożone w nasze wychowanie i przekazanie nam jak najwięcej wiedzy i mądrości życiowej. Dziękujemy Kierownictwu i Pracownikom Działu ds. Absolwentów za wspaniale zorganizowaną uroczystość i za radosne, spontaniczne zaangażowanie się we wszystkie sprawy związane z przygotowywaniem tego spotkania. Wasza życzliwość i ciepło sprawiły, że i podczas uroczystości panowała cudowna i swobodna atmosfera. Nikt nie czuł się skrępowany ani samotny; każdy odnalazł znów swoje miejsce w Laskach. Dziękujemy, dziękujemy, dziękujemy! Przeżyliśmy wspaniałe, radosne chwile. Wszystkie twarze promieniały szczęściem, a w oczach lśniły łzy wzruszenia. Dziękujemy Pani Dyrektor Teresie Cwalinie za pomoc i fachowe wsparcie, i chociaż nie mogła uczestniczyć w spotkaniu, to Jej życzliwa energia miała cudowny wpływ na całą atmosferę uroczystości. Fantastyczny klimat wytworzyła też Pani Krystyna Konieczna, która podczas spotkania pełniła rolę Wychowawczyni klasy absolwentów. Każdy z nas opowiadał o swoim życiu; dzieliliśmy się sukcesami, różnymi osiągnięciami; mówiliśmy o przeżyciach radosnych, i tych mniej radosnych. Zależało nam na tym, aby nasi pedagodzy poznali owoce swojej pracy; aby zobaczyli, co wyrosło z ich pociech, tych grzecznych i tych mniej grzecznych. Namawiałabym innych absolwentów Lasek, aby częściej organizowali swoje zjazdy. Warto podzielić się bagażem doświadczeń przeżytych lat już za murami naszej kochanej szkoły. Można otrzymać i dzisiaj wiele dobrych rad na dalsze lata, lub choćby usłyszeć kilka ciepłych słów, które wleją w serca otuchę i nadzieję. Mogliśmy oddać też hołd tym Nauczycielom i Wychowawcom, którzy odeszli do Królestwa Bożego. Kiedy ludzie spotykają się razem po wielu latach, każdy uświadamia sobie z nostalgią, że przemijamy; zmienia się świat i dzień po dniu odmieniamy własny czas. Warto ożywić wspomnienia. Nam się to naprawdę udało, a echo wspólnego śpiewu, beztroskiego śmiechu i rozmów po świt na zawsze zostanie w pamięci każdego z nas i ogrzeje serca, gdy przyjdą ciężkie chwile. Nawet przyroda była nam przyjazna, całe dwa dni świeciło słońce; Laski pachniały świeżością zieleni i wczesnego lata. Rano burza uwieńczyła spotkanie wspaniałymi fajerwerkami. Po krótkim śnie było śniadanie w gronie przyjaciół i wspólna modlitwa, która jeszcze mocniej związała nasze serca z Laskami. Pragniemy bardzo serdecznie podziękować Kierownictwu Domu Dziewcząt za zorganizowanie noclegów, za pyszne jedzenie i wielką życzliwość, jaką zostaliśmy otoczeni. Chciałabym przekazać od nas, wszystkich absolwentów, wiele ciepłych uczuć całej Laskowskiej Rodzinie i życzyć powodzenia, i wielu łask Bożych w prowadzeniu i rozbudowywaniu Dzieła naszej Matki Elżbiety Czackiej. Dziękujemy, zostaliśmy przyjęci jak długo oczekiwani najmilsi goście w rodzinnym domu. Bóg zapłać – Absolwenci rocznika 1977, 1978 i 1979 Liceum i ZSZ w Laskach.
Krystyna Konieczna
Z bieżących prac Działu
Został zakończony II cykl 19 ogólnopolskich seminariów, podczas których – jako laureaci II konkursu ogłoszonego przez PFRON na najlepsze przedsięwzięcie z zakresu rehabilitacji zawodowej w ramach realizacji projektu „Dobre Praktyki” SPO RZL Działanie 1.4 schemat b) – prezentowaliśmy przedsięwzięcie „Terapia przez twórczość przygotowaniem uzdolnionych osób z dysfunkcją wzroku do wejścia na otwarty rynek pracy”. Wzięliśmy udział we wszystkich seminariach. Ich zakończenie pozwala podsumować doświadczenia tego półrocznego działania. Seminaria odbyły się we wszystkich województwach; ze względu na zainteresowanie słuchaczy w Warszawie zorganizowano aż trzy spotkania, a w Krakowie – dwa. Głównym celem, jaki przyświecał seminariom, było dzielenie się osiągnięciami z zakresu rehabilitacji zawodowej i inspiracja do tego typu działań uczestniczących w seminariach przedstawicieli organizacji pozarządowych z danego terenu. Zadaniem prezenterów – laureatów było przedstawienie w formie prezentacji wyróżnionego przedsięwzięcia (zobacz – www.promocjaikariera. pl/tyflologia), a także historii organizacji, którą reprezentowali i aktualnej jej działalności. Nasze przedsięwzięcie prezentowały wymiennie: Teresa Cwalina – pomysłodawca terapii przez twórczość i Krystyna Konieczna. Na każdym seminarium mówiłyśmy o ideach Matki Czackiej i o wszystkich placówkach Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, a także o Żułowie, Niepołomicach i o Sobieszewie. Rozdałyśmy wiele materiałów – ulotek, folderów i kolejne numery „Biuletynu Centrum” i „Lasek” – przedstawiających Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Myślę, że była to dobra promocja Lasek. Z uwagą i zainteresowaniem słuchałyśmy też innych prezenterów i uczestników spotkań. Trudno mówić dzisiaj o wymiernych korzyściach płynących z udziału w seminariach, ale dla naszej pracy cenne – i tzw. rezultatem miękkim – są już kontakty, wymiana doświadczeń i współpraca z innymi organizacjami działającymi w Polsce na rzecz osób niepełnosprawnych. Z pewnością będziemy korzystać także z ich doświadczeń. Rezultaty twarde na dzień dzisiejszy to: opis naszego przedsięwzięcia w publikacji „Dobre Praktyki. II edycja – PFRON” (Warszawa 2006), które trafia w Polsce do szerokiego kręgu zainteresowanych problematyką niepełnosprawności, przyjęcie na warsztaty terapii zajęciowej w Szczecinie dwójki naszych absolwentów, zgłoszenie się na rehabilitację zawodową trzech dorosłych niewidomych osób oraz Seminarium „Dobre Praktyki” zwiększone wpłaty na konto Towarzystwa z miast, gdzie odbywały się seminaria. Przypomnę, że byliśmy laureatami również w 2005 r. I edycji Konkursu „Dobre Praktyki” za przedsięwzięcie „Przygotowanie osób z dysfunkcją wzroku do wejścia na otwarty rynek pracy”. Seminaria nie przysłoniły innych działań Działu ds. Absolwentów. Realizowano projekt współfinansowany z Europejskiego Funduszu Społecznego „Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku”, który szczegółowo zostanie opisany w najbliższym, czwartym już, numerze „Biuletynu Centrum”. Braliśmy udział w organizacji dorocznego zjazdu dawnych absolwentów Lasek, który odbył się 8 października br. Zorganizowaliśmy w dniach 28-29 października zjazd absolwentów szkół ponadpodstawowych roczników 1980, 1981, 1982 (refleksje ze zjazdu w tym numerze pisma). Przeprowadziliśmy rozmowy z uczniami III kl. Gimnazjum, Technikum, Zasadniczej Szkoły Zawodowej i Zasadniczej Szkoły Specjalnej, kończącymi naukę w Laskach w czerwcu 2006 roku. Chcieliśmy poznać ich plany na przyszłość po opuszczeniu Ośrodka. Braliśmy też udział w zebraniach, zorganizowanych przez dyrektorów szkoły w Jabłonkach i szkoły specjalnej, i spotkaliśmy się z rodzicami przyszłych absolwentów. Za naszym pośrednictwem została przyznana pomoc finansowa dla absolwentów uczących się poza Laskami w szkołach wyższych. I tak z Funduszu Wieczystego Millenium im. płk. Bolesława Orlińskiego otrzymały ją 4 osoby; Stypendium im. Ojca Tadeusza Fedorowicza – 1 osoba; stypendium Kazimierza Czyżniewskiego – 1 osoba; z funduszu Agnieszki Jakobsen – 3 osoby; z funduszu Hanny i Zdzisława Broncel – 44 osoby (na podstawie decyzji Komisji Zarządu TOnO pod przewodnictwem Marty Zielińskiej). Korespondencję i dokumentację dotyczącą pomocy finansowej prowadzi nasz Dział. Braliśmy także udział w różnych spotkaniach i konferencjach dotyczących m.in. rynku pracy i zatrudniania osób niepełnosprawnych; uczestniczyliśmy w targach pracy dla niepełnosprawnych; poznawaliśmy fundusze europejskie kierowane na rzecz osób niepełnosprawnych; uczestniczyliśmy w cyklu spotkań związanych z ogólnopolską debatą społeczną nad koncepcją docelowego systemu wspierania osób niepełnosprawnych w Polsce, zorganizowanych przez Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych. O tym wszystkim, co działo się w tym roku w Dziale, informowaliśmy na bieżąco – i informujemy – na naszych stronach internetowych. Zapraszamy do ich odwiedzania http://dzialabsolwentów. laski.edu.pl oraz www.promocjaikariera.pl .
Teresa Cwalina
Jeszcze raz o „Znakach świętości” Piotra Kuscha
W dniach 14-17 listopada br. można było zobaczyć na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie wystawę Piotra Kuscha, zatytułowaną „Znaki świętości. Anioły, Boże Narodzenie, Ostatnia Wieczerza, Droga Krzyżowa, Baranek, Zielone Świątki”. Warto przy tej okazji przypomnieć, że Piotr Kusch urodzony w 1965 r. w Starogardzie Gdańskim jest absolwentem naszego Liceum Zawodowego dla Niewidomych i pracuje obecnie jako ceramik w Warsztatach Rehabilitacji Zawodowej. Rzeźbi w glinie, drewnie i kamieniu. Jest żonaty; ma jedną córkę. Artysta brał udział w wielu wystawach zbiorowych w Polsce i zagranicą; indywidualnie wystawiał od 1990 roku nie tylko w kraju, ale także w Anglii, Niemczech, Francji i na Węgrzech. Swoją przygodę ze sztuką rozpoczął jeszcze w szkole w Laskach, w latach 1982-1985, w pracowni metaloplastyki u Jacka Rochackiego. Później, w latach 1987-1995, uczył się rzeźbić * Członek Towarzystwa Uniwersyteckiego „Fides et Ratio” w pracowni Barbary Zbrożyny. Następnie (1995-1996) przebywał jako stypendysta UNESCO i Fundacji Fredericka Bushego w Anglii, Walii i Szkocji. Przez rok otrzymywał również stypendium Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. W roku 2000 ukończył kurs ceramiki u Poli i Alberta Krystyniak (Muzeum Sztuki Ludowej w Węgorzewie), a już w następnym roku sam prowadził zajęcia z młodzieżą niepełnosprawną na warsztatach ceramicznych w Narewce – Lewkowo (woj. podlaskie); miał także warsztaty w Laskach z dziećmi z I klasy Szkoły Podstawowej z Izabelina („Kawałek gliny w mojej ręce”) i z uczniami Integracyjnej Szkoły Podstawowej Warszawa-Tarchomin. Brał również udział – wspólnie z s. Lidią Pawełczak – w przedsięwzięciu artystycznym „Lepienie świata”. * * * Na wystawie „Znaki świętości” pokazałam ostatnie prace artysty. Drewno i glina są materiałem, w którym odnajduje on i zapisuje to, co najważniejsze w jego świecie i to, co określa też miejsce, w którym przyszło mu żyć, Laski. „Znaki świętości” wyrosłe z doświadczania języka dotyku, nawiązujące do utrwalonego w architekturze Zakładowej Kaplicy piękna i prostoty, opatrzyłam komentarzem ks. Jana Sochonia: Nasza religijna tęsknota nie jest tęsknotą Hebrajczyków oczekujących Mesjasza. Nie jest też tęsknotą Greków za prawdziwym Bogiem, który zatroszczył się o swój lud i wypełnił serce czułą, pozbawioną egoizmu miłością oraz miłosierdziem. Nasza tęsknota jest tęsknotą rozwijającą się w bliskości Jezusa, Syna Bożego, który urodził się pośród nas, umarł i zmartwychwstał. Możemy rozpoznawać Go na drogach życia, korzystać z darów Jezusowych, z wszystkiego, co dzieje się w Kościele. Odczytanie znaków wymaga od widza – mówiłam w tekście wprowadzającym do wystawy – zatrzymania się, może nawet zamknięcia oczu i zawierzenia patrzącym palcom. Dotyk może nas – pokazuje to Piotr Kusch – zbliżyć ku tajemnicy Bożego Narodzenia, Drogi Krzyżowej czy Zielonych Świątek. Potrzeba jedynie pewnego nabożnego skupienia, wyciągnięcia ręki, pochylenia się, a nawet uklęknięcia i na kolanach, jak przy adoracji krzyża po wielkopiątkowym nabożeństwie, przesuwania się powoli ku kolejnym stacjom Drogi Krzyżowej. Wszystko po to, by naprawdę zobaczyć i nie być niedowiarkiem, lecz wierzącym. * * * „Znaki świętości” były jedną z trzech wystaw – obok ekspozycji malarstwa Marii Wollenberg-Kluzy i prezentacji sylwetki ks. prof. Janusza Pasierba – przygotowanych przez Towarzystwo Uniwersyteckie „Fides et Ratio” i towarzyszących konferencji naukowej „Chrześcijaństwo a kultura”, zorganizowanej pod patronatem J. Em. Ks. Kardynała Józefa Glempa Prymasa Polski i Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Michała Ujazdowskiego, przez Wydział Teologiczny UKSW we współpracy z Komitetem Nauk Teologicznych PAN. Konferencja otwierała cykl sesji, które będą organizowane w ciągu najbliższych 12 lat przez polskie wydziały teologiczne na temat: „Wkład chrześcijaństwa w kulturę polską”. Już sama możliwość pokazania prac Piotra Kuscha była wyróżnieniem, i choćby w ten symboliczny sposób zaznaczeniem wkładu Lasek w kulturowe dziedzictwo naszej ojczyzny (zaprezentowałam też na wystawie dwie, ostatnio wydane przez Wydawnictwo UKSW, laskowskie książki – „Notatki” Matki Czackiej oraz „Listy” Matki Elżbiety Czackiej i ks. Stefana Wyszyńskiego). Dziękuję Działowi ds. Absolwentów i tym wszystkim pracownikom Lasek – świeckim i siostrom – którzy wspierali mnie i pomogli przygotować wystawę. s. Maria Krystyna Rottenberg FSK.
s. Maria Krystyna Rottenberg FSK
Komunikat z XXXI Międzywyznaniowego i Międzynarodowego Spotkania Zakonników i Zakonnic – EIIR u diakonis z Neuendettelsau w Niemczech 14-19 lipca 2006 r.
Inicjatorami tych spotkań od początku lat 70-tych XX wieku byli: prawosławny metropolita Emilianos Timiadis z Sylivrie (Patriarchat Ekumeniczny) oraz katolicki biskup Julian Garcia Hernando – odpowiedzialny za ekumenizm z ramienia Konferencji Episkopatu Hiszpanii w Madrycie, wspomagany ofiarnie przez wspólnotę sióstr Misjonarek Jedności. W roku 2000 ich prekursorska działalność dała początek stowarzyszeniu EIIR, któremu od strony katolickiej przewodniczy aktualnie rezydujący w Rzymie hiszpański ksiądz Aitor Ymenez z misyjnego zgromadzenia Księży Klaretynów, od strony niekatolickiej zaś prawosławny biskup Athenagoras Peckstadt, biskup Synopy (Patriarchat Ekumeniczny), z Belgii. Celem spotkań zakonników i zakonnic głownie z krajów strefy francuskojęzycznej od początku była wspólna modlitwa, wymiana doświadczeń, wzajemne umacnianie się w nadziei Jedności W tym roku temat wiodący brzmiał: „Światło Taboru – Przemienienie świata”. Do ewangelickiego miasteczka Neuendettelsau, pod Norymbergą, przybyło ok. 60 osób z 12 krajów europejskich (Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Portugalia, Hiszpania, Włochy, Szwajcaria, Estonia, Polska, Rumunia, Ukraina), ponadto z Maroko i Kolumbii, nie licząc miejscowych duchownych i świeckich pracowników Diakonii oraz sióstr. Z Polski była w tym roku tylko jedna uczestniczka – s. Maria Krystyna Rottenberg z Ośrodka „Joannicum”. Kard. Walter Kasper, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz prawosławny Metropolita Augustyn (Patriarchat Ekumeniczny) z Niemiec skierowali do uczestników swe pasterskie błogosławieństwo i zachętę do dalszej pracy, podkreślając znaczenie tego rodzaju spotkań (przesłanie kard. Waltera Kaspera w załączeniu). Otwarcia Spotkania dokonali luterański biskup Helmut Volkel z regionu Ansbach-Wurzburg oraz w imieniu miejscowego diakonatu Pani Erna Biewald. Biskup Athenagoras w swym słowie otwierającym Zgromadzenie powiedział: „Świat dzisiejszy tak bardzo potrzebuje Światła Taboru. Bardziej niż kiedykolwiek (...) Jak możemy pogodzić tragiczną tajemnicę cierpienia niewinnych, obecną wszędzie wokół nas i w świecie z wiarą w Boga, który jest Miłością? I dodaje: „Nie możemy zrozumieć cierpienia, dokąd ono nie dotknie nas samych. Taki jest właśnie sens Ukrzyżowania: Bóg w Chrystusie zwycięża zło, gdyż we własnej osobie przyjmuje i doświadcza cierpienia”. Pierwszego dnia profesor dr Barbara Stadler-Mach (luteranka) mówiła o Przemienieniu Pańskim w Biblii. Podkreśliła szczególną odpowiedzialność chrześcijan za to, iżby w swym działaniu postępowali jak dzieci Boga, jak Jezus. Popołudniową wizytę w Zakładzie dla niepełnosprawnych oraz w kościele stanowiącym duchowe centrum miasteczka [w swej strukturze organizacyjnej bardzo podobnego do dzieła Lasek] dopełniła ożywiona dyskusja panelowa obrazująca życie codzienne i powołanie ekumeniczne tego miejsca. Wypowiedzi panelistów (pastorzy Jurgen Singer i Bernhard Winkler, oraz duchowny katolicki ks. Stefan Muller), jak i głosy w dyskusji tłumaczone były na trzy języki: francuski, niemiecki i hiszpański. Dodać trzeba w tym miejscu, że Diakonat w Neuendettelsau założony w 1864 roku przez pastora Wilhelma Lohe (1808-1872) i pastora Theodora Fliednera (1800-1864) obchodził w 2004 roku 150-lecie swego istnienia. Oprócz obsługi Zakładu, diakonise i ich świeccy współpracownicy prowadzą pracę ewangelizacyjną, społeczną i charytatywną. Wspomagają też różne projekty w Europie Środkowo- Wschodniej. Miasteczko jest stałym miejscem spotkań ekumenicznych i międzyreligijnych. Od stycznia 2000 roku istnieje tu Instytut Europejski oraz Dom Dialogu. Temat główny Spotkania: „Światło Taboru – Przemienienie świata” został podjęty przez trzech prelegentów: ojca Andrzeja Louf, b. opata klasztoru cystersów w Mont-des-Cats we Francji, metropolitę Stefana (Charalambides), pochodzącego z Cypru, metropolitę Tallininu i całej Estonii oraz archimandrytę Joba Getcha, dziekana w Instytucie św. Sergiusza w Paryżu. Ojciec Louf w swej konferencji noszącej tytuł „Przemienienie – ikoną życia konsekrowanego”, ukazując specyfikę tej drogi życia podkreślił, iż każdy z nas w wędrówce przez ziemię rozbija swój własny namiot i winien poszerzać przestrzeń tego namiotu poprzez wzajemną wymianę tam, gdzie Bóg daje swoją łaskę. Każdy ma się spalać z miłości w relacji z drugim człowiekiem. Metropolita Stefanos z Estonii mówił o Przemienieniu Pańskim jako o centralnej tajemnicy w teologii i duchowości prawosławnej. Aby światło Przemienienia stało się naszym udziałem każdy osobiście winien podjąć decyzję wyruszenia na własną gorę Tabor, która jest „miejscem serca uwolnionego od namiętności”. Według Ojców Kościoła – mówił Metropolita – to nie Chrystus przemienił się na górze Tabor, ale apostołowie przez Ducha Świętego, aby mogli pojąć sens i znaczenie Krzyża... Co więcej, wyraził przekonanie, że zakonnicy i zakonnice są w sposób szczególny powołani i odpowiedzialni za sprawę jedności chrześcijan i o doprowadzenie – po tylu cierpieniach – do przemienienia historii, która była i jest tak dramatyczna. Archimandryta Job Getcha mówiąc o przemienieniu świata podkreślił, że nie może ono dokonać się inaczej, jak tylko poprzez tajemnicę Chrystusa (...), gdyż uczestniczyć w boskiej naturze to nic innego, jak uczestniczyć w Ciele przemienionym i zmartwychwstałym Chrystusa, który ogarnia całe stworzenie, skoro uwalnia je od zniszczenia i śmierci. Wszystkie dni wypełnione były modlitwą i intensywną pracą. Modlitwa brewiarzowa gromadziła wszystkich trzy razy dziennie w miejscowym kościele. Eucharystia sprawowana była w małej kaplicy każdego dnia w innej tradycji kościelnej i w innym języku. Nie mniej ważne od konferencji i dyskusji panelowych były spotkania w małych grupach, gdzie każdy z uczestników mógł swobodnie podzielić się własnymi przemyśleniami i doświadczeniami. Doskonałe warunki zakwaterowania, sale spotkań przestronne i chłodne (mimo tropikalnych upałów na zewnątrz – do 38 stopni w cieniu), wspólne posiłki, wyjazd autokarem do Norymbergi i Neumarkt, pogodne wieczory wypełnione śpiewem, tańcem, występami artystycznymi grupy młodych Chińczyków (stypendystów) oraz wspólnoty diakonis, koncert mozartowski w kościele, wszystko to pozwoliło uczestnikom rozradować się jednością, która już jest naszym udziałem. Bardzo przejmujące były świadectwa obrazujące życie religijne w Estonii, Rumunii i na Ukrainie. Ze szczególną uwagą wysłuchano też relacji z IX Zgromadzenia Ogólnego Światowej Rady Kościołów w Porto Alegre w Brazylli (w lutym 2006 roku). Swoimi przemyśleniami na temat ruchu ekumenicznego w Europie i w świecie podzielili się: francuski dominikanin o. Michel Malevre z Paryża, włoski franciszkanin o. Tecle Vetrali OFM z Wenecji – bardzo znana postać w kręgach ekumenicznych – oraz wspomniany wyżej archimandryta Job Getcha z Paryża. O ile medytacja tajemnicy Przemienienia Pańskiego pozwoliła odkryć na nowo i pogłębić to, co nas łączy, o tyle w bezpośrednich kontaktach i na forum wciąż powracały tematy trudne i po ludzku nie do rozwiązania: oskarżenia strony prawosławnej o prozelityzm na terenach b. ZSRR i uniatyzm oraz prymat Piotra. Godny podkreślenia jest wkład i uczestnictwo w obradach rektora miejscowej Diakonii – pastora Hermana Schoenauera, przełożonej generalnej sióstr diakonis – Pani Erny Biewald oraz niestrudzonej animatorki i poliglotki – siostry Ruth Gaenstaller, która była odpowiedzialna za całość przedsięwzięcia. Dzień spędzony w Norymberdze był szczególną okazją do osobistej medytacji nad bolesną historią XX wieku, która tu właśnie znalazła swój tragiczny finał. Na szlaku wizyty znalazły się: katedra św. Wawrzyńca (luterańska), kościół Mariacki (katolicki) zbudowany w nieistniejącej już dzielnicy żydowskiej, dokładnie tam, gdzie znajdowała się kiedyś synagoga. Fakt ten jest zresztą wyraźnie uwidoczniony przez dokładny opis w kilku językach. Ponadto tabernakulum przypomina swym kształtem zwój Tory. W widocznym miejscu nawy umieszczono portret św. Teresy Benedykty OCD – Edyty Stein, Patronki Europy – i inne elementy przywołujące judeochrześcijańskie korzenie naszego kontynentu. Na koniec wizyty w Norymberdze uczestnicy udali się do katedry prawosławnej św. Demetriusza, na progu której powitał przybyłych metropolita Serafim Joanta, odpowiedzialny za wspólnotę prawosławną Rumunów w Niemczech. Po wspólnej modlitwie w cerkwi miała miejsce zaimprowizowana agapa w sali parafialnej. W drodze powrotnej do Neuendettelsau czekał jeszcze uczestników słodki podwieczorek u sióstr ze Zgromadzenia Najświętszego Zbawiciela w Neumarkt. Nawiasem mówiąc, kościół parafialny w Neumarkt pięknie położony na wzgórzu obsługują aktualnie trzej polscy redemptoryści. W konkluzji Spotkania mocno zabrzmiało przekonanie, że nie inaczej, jak przez posługę ubogim, chorym, samotnym, niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku dokonuje się istotne przemienienie świata, gdyż w ten sposób świat staje się bardziej przyjazny człowiekowi. Tu w Neuendettelsau szczególnej wymowy nabiera fakt, iż naziści w latach 40-tych siłą odebrali diakonisom – a potem w różnych miejscach i w różnym czasie wymordowali – prawie 90% niepełnosprawnych mieszkańców Zakładu. Już po wojnie udało się ustalić dane personalne oraz miejsce zagłady większości byłych wychowanków. Istnieje w miejscowym kościele księga upamiętniająca ten straszliwy dramat: nazwiska, daty urodzenia oraz śmierci. Nazistowska akcja „Eutanazja”, znana także pod nazwą „Gnadentod” (łaska śmierci) pochłonęła ok. 900 na 1200 niepełnosprawnych pensjonariuszy Zakładu w Neuendettelsau. Ostatnie popołudnie w Neuendettelsau poświęcone było podsumowaniu działalności Stowarzyszenia EIIR oraz planom na przyszłość. Przewidywane na 2008 rok XXXII Spotkanie EIIR odbędzie się prawdopodobnie w Hiszpanii (Montserrat lub Compostella). Ale, wcześniej, bo już we wrześniu 2007, wielu europejskich ekumenistów, w tym także członkowie EIIR, pragną wyruszyć w drogę do Sibiu w Rumunii na III Europejskie Zgromadzenie Ekumeniczne (Pierwsze odbyło się w Bazylei w roku 1989, drugie w Grazu w 1997 r.)
Sekretarz Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan
Odwaga ekumenizmu
Celem dialogu ekumenicznego nie jest doprowadzenie do zmiany przekonań partnera, ale uznanie własnych ograniczeń i uczenie się tego, co inne. Nawrócenie nie zaczyna się od nawrócenia drugiego, ale od naszego nawrócenia. Tak więc o wiele lepiej jest przemyśleć kroki, jakie my osobiście powinniśmy uczynić, by wyjść na spotkanie naszego rozmówcy, niż zachęcać naszego partnera w dialogu do wyruszenia w drogę, która jest dla niego w danym momencie nie do przebycia. Ekumenizm jest dialogiem w miłości i w prawdzie. Nie prowadzi się go poprzez rezygnację z własnej tradycji wiary. Żaden Kościół nie może rezygnować z własnej tradycji. Powinniśmy raczej jeszcze głębiej się w niej zanurzyć. Wchodząc głębiej w prawdę widzimy naszą własną tradycję w nowym świetle. Tam gdzie na pierwszy rzut oka widzieliśmy sprzeciw, możemy zobaczyć komplementarność. JEDNOŚĆ Kościoła jest darem Ducha Bożego, który nam został obiecany. Pewnego dnia, dar jedności będzie nam dany w sposób niespodziewany, tak jak wydarzenie, jakie miało miejsce dokładnie w 1989 roku. Gdyby rankiem 9 listopada 1989 roku zapytano mieszkańców Berlina ile jeszcze czasu, według nich, mur będzie dzielił ich miasto, odpowiedzieliby zapewne: „Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nasze wnuki mogły pewnego dnia przejść przez Bramę Brandenburską”. Wieczorem tego pamiętnego dnia, oczom całego świata ukazało się miasto Berlin w sposób nieoczekiwany odmienione. Jestem o tym mocno przekonany, że my też pewnego dnia z zachwytem w oczach zobaczymy, jak Duch Boży obalił mury naszych podziałów i wyznaczył nam szlaki nowe. [tłum. z franc. s. Maria Krystyna Rottenberg FSK]
Teresa Cwalina
DRZEWO KRZYŻA
Na różne sposoby opisywano Laski, próbowano przybliżyć Krzyżową tajemnicę tego miejsca. Warto przypomnieć choćby stałą ekspozycję Twórcy Lasek autorstwa s. Almy Skrzydlewskiej, umieszczoną na jednej ze ścian Domu Przyjaciół Niewidomych w Laskach; powtórzoną w nowej wersji w Domu Rekolekcyjnym. Przedstawia drzewo wpisane w kształt Krzyża, opromienione blaskiem wschodzącego słońca – znakiem zmartwychwstania. W korzeniach, w koronie i na gałęziach umieszczono portrety osób – świeckich i sióstr, widzących i niewidomych – które tworzyły i tworzą Laski. Wokół fotografii Matki Elżbiety Czackiej są zdjęcia najbliższych jej współpracowników i pierwszych sióstr; w korzeniach drzewa – portrety tych, którzy przez ofiarne cierpienie szli do Nieba. Drzewo to nie jest drzewem genealogicznym. Nawiązując raczej wprost do ewangelicznej przypowieści o ziarnku gorczycy (Mt 13, 31 – 32) pokazuje za pomocą znaku plastycznego Dzieło, które Bóg sam powołał w miłosierdziu swoim do życia i potem wzrastanie Lasek. Naiwni są ci ludzie, którzy myślą – pisała w 1932 roku Matka – że Dzieło Boże zależne jest w swoim powstaniu i w swoim rozwoju od woli człowieka. Przeciwnie, Bóg z taką siłą i mocą trzyma ludzi pod prasą konieczności, a nie swobodnego wyboru, że człowiek pchany i gnany koniecznością warunków, okoliczności, wypadków i zdarzeń spełnia to, co w danym momencie wobec Boga wydaje mu się obowiązkiem. W Dziele, które z Boga jest i dla Boga, człowiek jest jedynie posłusznym narzędziem w Bożym ręku. Narzędzie służy – dopowiada jeszcze Matka – póki Bogu się podoba. Trwa tylko Bóg i zostaje Dzieło. Takim narzędziem pragnie być ona sama – założycielka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, i Lasek – która utratę widzenia poczyta za Opatrznościowe zdarzenie, zobowiązujące do zajęcia się ludźmi niewidomymi: W r. 1899 straciłam bezpowrotnie wzrok. Trafiłam na doktora, który mądrze i sumiennie postawił sprawę. Powiedział mi prawdę, a jednocześnie wskazał mi nowe dla mnie drogi życia. Wskazał mi niewidomych, którzy w Polsce pozostawali prawie bez żadnej opieki. I dalej pisze Matka w Historii Dzieła o początkach swojej działalności: W r. 1908 w listopadzie spotkałam p. G., który przez jakiś czas był zagrożony ślepotą. Po dłuższej rozmowie zdecydowaliśmy się, że wspólnymi siłami zaczniemy opiekować się niewidomymi. W styczniu w r. 1909 zajęłam się wynajęciem czteropokojowego mieszkania w skromnym domku przyległym do Zakładu św. Stanisława, którym się opiekowały Siostry Miłosierdzia. Siostry te podjęły się opieki nad sześcioma niewidomymi, które pierwsze zostały przyjęte. Wówczas wiele osób mi radziło, by zebrać potrzebne fundusze na założenie Dzieła na wielką skalę. Historia dzieł miłosierdzia wyrastających z Kościoła nauczyła mię innej metody. Trzeba naprzód coś małego stworzyć. Gdy w ukryciu zacznie się siłą rzeczy wzmacniać i rozwijać, wtedy przy pomocy Bożej rzecz potrzebna siłą rzeczy się rozwinie. (...) W pierwszym roku niewidome zaczęły się uczyć czytać i pisać metodą Braille’a, uczyły się koszykarstwa i wyplatania krzeseł. Na wiosnę 1909 r. zawiązał się mały komitet złożony z 5 osób. Niewidomy adwokat B. opracował statut. Zaczęliśmy się starać o zatwierdzenie jego. Najwięcej mi w tym pomógł hr. X. B. Na wiosnę 1911 r. statut został zatwierdzony przez rząd rosyjski. Przeszło w statucie, że językiem wykładowym w szkole naszej ma być język polski. Było to wielkim zwycięstwem. Od swego założenia Dzieło miało mieć charakter ściśle katolicki. Nie miało mieć etykiety katolickiej, ale powinno nim być w istocie. Od samego początku najtrudniej mi było znaleźć ludzi do zarządu, którzy by byli katolikami nie z imienia tylko. Najtrudniej – dopowiedzmy – ale nie niemożliwie, bo Bóg też sam – wyznała Matka w 1927 roku – wskazuje nam, jakich ludzi chce mieć do tej pracy. Kobiety i mężczyźni rozmaitego wieku, rozmaitego poziomu intelektualnego, rozmaitych warstw społecznych, rozmaitych nawet narodowości, których łączy głębokie życie wewnętrzne, oparte na nauce Kościoła, i wiernie Mu posłuszni. Życie oparte na Ewangelii, wprowadzające ją do wszystkich dziedzin życia. Poznawanie coraz głębsze prawd wiary i ćwiczenie się coraz doskonalsze w cnotach. Pełnienie uczynków miłosiernych wszędzie, gdzie ich do tego Bóg powołuje. Przede wszystkim jednak spełniający obowiązki bliskie, związane z Dziełem. Groby wielu z nich lub symboliczne krzyże odnajdujemy dzisiaj na cmentarzu w Laskach. Przypomnijmy krzyż upamiętniający pierwszego spowiednika Matki i kapelana sióstr – ks. Władysława Krawieckiego i grób współtwórcy duchowości Dzieła – Ojca Władysława Korniłowicza. Pochowani są w Laskach najbliżsi współpracownicy Matki, należący do III Zakonu św. Franciszka, członkowie Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi: ks. Antoni Marylski – brat Piotr, Witold Świątkowski – brat Bartłomiej, Leon Czosnowski – brat Andrzej, Henryk Ruszczyc – brat Michał i Zygmunt Serafinowicz – brat Leon oraz ks. Stanisław Piotrowicz – brat Jozef. Są mogiły pierwszych sióstr – filarów Lasek: s. Teresy Landy, s. Katarzyny Sokołowskiej, s. Katarzyny Steinberg, s. Marii Gołębiowskiej, s. Julianny Smosarskiej, s. Ludwiny Szwengruben, s. Moniki Bohdanowicz i s. Joanny Lossow. Nie brak też i grobów wielu świeckich współpracowników, wpisanych w Drzewo Lasek. Są pochowani: Alicja Gościmska, Elżbieta Arentowicz i Stefania Skiba, Stefan Rakoczy (tercjarz – brat Jan) i Jan Szkolik. Znajdziemy też mogiły tych, których portrety autorka ekspozycji Twórcy Lasek wpisała w korzenie Drzewa, bo swoim życiem i śmiercią ukazywały sens krzyża jako zadośćuczynienia za duchową ślepotę świata. Takimi świadkami Krzyża były: s. Nulla Westwalewicz, s. Pawła Święcicka, Barbara Sobieska i Wanda Mizerek. Pozdrowienie Przez Krzyż do Nieba dopowiada tę ikonograficzną opowieść s. Almy Skrzydlewskiej. Przywołajmy raz jeszcze zapiski samej Matki z 18 stycznia 1940 roku: Człowiek, który żyje dla Boga, musi dźwigać krzyż, który mu Bóg zsyła. Dlatego trwanie u stóp krzyża powinno być naszą drogą – jest drugi krzyż, który powinniśmy nieść i któremu służymy. Jest to krzyż wszystkich cierpiących, a zwłaszcza ślepota fizyczna czy duchowa (...). Czego szukać mamy u ludzi? – Służenia cierpieniu. Trzeci krzyż – to jest nasz własny krzyż, który nie przez wyobraźnię sobie fabrykujemy, nie przez miłość własną. Mówię tu o krzyżu, który z ręki Bożej przychodzi. Utrata zdrowia, utrata wolności. Krzyż bardzo ciężki. To jest dobry, zdrowy krzyż, który należy przyjąć... Dopiero przyjęcie Krzyża niesie ze sobą radość i pokój. Doświadczając tej prawdy ludzie odwiedzający Laski już w początkach lat 30. – ciekawe są na ten temat spostrzeżenia Marii Grzywak- Kaczyńskiej – byli poruszeni atmosferą duchową miejsca i z trudem ukrywali swoje zadziwienie uśmiechniętymi wokół twarzami: dzieci ociemniałe są radosne i to nie poszczególne dzieci, ani też nie w wyjątkowych okolicznościach, ale wszystkie i stale są radosne. (...) Nic nie rozumiem... nie rozumiem tych ludzi, ich spokoju i wyrazu błogości. Ale nie tylko niewidomi. Może jeszcze większą zagadkę stanowią ich opiekunowie: „siostry” i „bracia” z Zakonu św. Franciszka oraz zespół pracujących tam ludzi świeckich. I dalej czytamy w Kilku uwagach na temat atmosfery duchowej w Laskach: Nieświadomie zaczynam ulegać urokowi uprzejmości i życzliwości, którą naokół odczuwam, chociaż zajęta swoją pracą, swojemi myślami, nic ze siebie nie daję. Spostrzegam zewsząd płynące do siebie uśmiechy. Nie są to uśmiechy zdawkowe, przeznaczone na to, żeby były widoczne, ale nieśmiałe, pełne naturalnej życzliwości, która nic w zamian nie żąda, nawet oddźwięku. Zaczynam odczuwać przyjemność poruszania się w tej atmosferze bezinteresownej życzliwości. Przytem to poczucie niezawodności w stosunkach ludzkich, które się tam nabywa po kilku dniach pobytu.(...) Uświadamiam sobie, że jest mi dziwnie przestronno i mogę swobodnie krążyć wśród tych ludzi. Działanie atmosfery trwa dalej i jest przedziwne. Zaczynam odczuwać, że moja psychika, nie znajdując żadnego ograniczenia, nie napotykając na żaden opór, zaczyna się kurczyć, jakby się wstydząc swego rozdęcia. I robi mi się lżej w miarę, jak maleją rozmiary mego „ja” i wreszcie przestaję i ja siebie widzieć jak ci niewidomi naokół mnie, i ci, którzy stali się świadomie niewidzącymi rzeczy błahych, które są jednak źródłem tylu rozterek wewnętrznych i tylu niesnasek wśród ludzi. To jest przedziwny i trudny do wytłumaczenia stan, gdy się przestaje widzieć siebie. * * * Przywołane przez s. Almę Skrzydlewską sylwetki twórców Dzieła dają świadectwo i tej prawdzie – może dzisiaj z trudem uświadamianej, dlatego tak ważne jest jej przypomnienie – że w Laskach psychiki ludzkie strzelają w górę, a nie rozrastają się wszerz, nie przeszkadzają więc sobie, a jednocześnie nie stanowią dla siebie zwierciadeł, w których się widzą nawzajem. Tu jest rzutowanie w nieskończoność, jest patrzenie na ludzi i na ich sprawy pod kątem nieskończoności.
s. Rut Wosiek FSK
Śp. SIOSTRA LONGINA od Ran Pana Jezusa Eufemia Łukasiewicz (20.04.1907-06.10.2006)
SIOSTRA LONGINA – Eufemia Łukasiewicz urodziła się 20 kwietnia 1907 roku we wsi Kownaty, pow. Płońsk, jako córka miejscowego młynarza – Aleksandra Łukasiewicza właściciela wiatraka i Zofii z Tomaszewskich. W rodzinie przyszło na świat jedenaścioro dzieci, z czego czworo zmarło w dzieciństwie, wychowało się siedmioro: jeden chłopiec i sześć dziewczynek. Aleksander cieszył się na wsi poważaniem, umiał czytać i pisać, był także wielkim autorytetem dla własnych dzieci. Mama była dobrą gospodynią i kochającą matką. Mieli też kawałek pola, co w sumie pozwalało na utrzymanie rodziny. Matka należała do kołka wiejskich gospodyń. Ze spotkań przynosiła do domu książki: Żywot Pana Jezusa i Żywoty Świętych, które wieczorami czytała głośno starsza siostra. W październiku cała rodzina odmawiała wspólnie różaniec, w okresie Wielkiego Postu śpiewano Gorzkie Żale, a w okresie Bożego Narodzenia – kolędy. Dzieci uczyły się w ochronce założonej przez miejscową dziedziczkę, tam też były przygotowywane do pierwszej Komunii świętej. W tym dniu prosiła Pana Jezusa, aby mogła umrzeć młodo... Po osiemdziesięciu dwu latach życia, w dniu swego Jubileuszu 50-lecia profesji w 1989 roku, stwierdza: ,,Pan Jezus inaczej sprawił, inaczej pokierował moim życiem, niczego jednak nie odmawiając mi, bo wiedział, co dla mnie będzie lepsze. Dzień mojej pierwszej Komunii świętej był dla mnie bardzo uroczysty. Miałam wianek z jaśminu. Gdy wracaliśmy z kościoła już wianek podwiądł, ale zapach jego do dziś pamiętam. Był to rok 1918.” Kiedy trochę podrosła i skończyła cztery klasy miejscowej szkoły powszechnej, rodzice wysłali ją do wujka, który był kolejarzem i miał też ogród warzywny w Płudach pod Warszawą. Z rodziną wujka chodziła do pobliskiego Wiśniewa – do kaplicy sióstr felicjanek. Bardzo jej się tam podobało i jako szesnastoletnia dziewczyna zgłosiła się do zgromadzenia. Z powodu zbyt młodego wieku jej nie przyjęto, ale zaproponowano okres próby, za który rodzice musieliby płacić. Była to wtedy wysoka suma, ojciec był chory, starsza siostra uczyła się krawiectwa, więc matka prosiła, żeby poczekała. Wkrótce ojciec umarł i żałoba rodzinna odsunęła myśl o powołaniu. Brat zastąpił ojca w wiatraku, ale został wezwany do wojska, a dzierżawca znaleziony przez matkę spalił przez nieostrożność wiatrak. Otrzymane odszkodowanie wystarczyło na wynajęcie w Warszawie mieszkania, w którym zamieszkała Eufemia z dwoma młodszymi siostrami, podejmując pracę zarobkową jako pomoc domowa i kelnerka (w 1928 r. skończyła trzymiesięczny kurs gospodarstwa domowego i cukiernictwa na ul. Brackiej w Warszawie). W dalszym ciągu dużo się modliła, spowiednik redemptorysta potwierdzał jej powołanie do życia zakonnego i skierował na Czerniakowską do sióstr nazaretanek, tam jednak przełożona zażądała posagu, a kiedy się okazało, że go nie ma – skierowała ją do Lasek (była córką naszej Matki Klary Staczyńskiej). Jednak Eufemia poczuła się urażona i zdecydowała, że nie będzie już szukać zakonu. Powołanie jednak nie dawało jej spokoju i gdy się zorientowała, że młodsze siostry mają już ustabilizowane plany życiowe – zgłosiła się na ul. Wolność, gdzie przyjęła ją s. Helena Jarnuszkiewicz, której połatany habit i drewniaki na nogach zachwyciły ją i utwierdziły w decyzji. Na stałe do Lasek Eufemia przyjechała 27 czerwca 1935 r. i tego dnia została przyjęta do aspiratu. Welonik postulancki otrzymała z rąk Matki Czackiej 8 grudnia 1935 roku, a do nowicjatu została przyjęta w dzień wspomnienia św. Rafała 24 października 1938 roku. Mistrzynią nowicjatu była m. Benedykta. Nowicjuszki pracowały głownie w pralni pod kierunkiem s. Marii Teresy. Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 roku, wyjechała z całym nowicjatem do Warszawy, gdzie z s. Joanną i p. Alicją Gościmską patrolowały podwórza w czasie nalotów – gasiły pożary. Po kapitulacji Warszawy wróciła z nowicjatem do Lasek i pracowała w szpitalu wojennym w Domu Rekolekcyjnym. Pierwszą Profesję złożyła 24 października 1939 roku na ręce Matki Czackiej. Profesję wieczystą – 24 października 1945 r. Po pierwszej profesji była znowu w Warszawie: roznosiła listy, robiła zakupy, pracowała w kuchni na ul. Wolność, a potem na Siennej. W sierpniu 1941 r. została przeniesiona do Żułowa, gdzie pracowała w kuchni i oborze. Towarzyszyła s. Katarzynie Steinberg podczas transportu żywności do Lwowa, gdzie wraz z s. Teresą ukrywały się przez pewien czas w klasztorze Sióstr Karmelitanek. Do Lasek wróciła w 1946 r., pracowała w Domu Rekolekcyjnym i Domu Chłopców. Po wyjeździe na kolonie do Sobieszewa w 1955 r. została tam do pomocy w żniwach. Pobyt przedłużył się na kolejnych 25 lat. Od grudnia 1974 r. do kwietnia 1975 była znowu w Warszawie – tym razem w Klasztorze na Piwnej, gdzie pomagała w kuchni. Jeszcze raz wróciła do Sobieszewa na cztery lata (1975-1979) i – ostatecznie do Warszawy w grudniu 1979 r. W tym też okresie, w listopadzie 1989 r. obchodziła wspomniany wyżej Jubileusz 50-lecia ślubów. Swoje wspomnienie z tej okazji zakończyła słowami: „W Zgromadzeniu znalazłam całkowitą odpowiedź na to, za czym tęskniłam od najmłodszych lat. Dziękuję z całego serca, że przyjęto mnie taką, jaką byłam.” W styczniu 1995 roku została przeniesiona, z powodu wieku i zdrowia, do Domu św. Rafała w Laskach, gdzie w miarę możności jeszcze przez kilka lat uczestniczyła w życiu wspólnym. Ostatnie lata spędziła w pokoju, który dzieliła z s. Consolatą. W ostatnich tygodniach jesiennego ochłodzenia Siostra przeszła, podobnie jak inne leżące chore Siostry, infekcję płucną, po której stan jej znacznie się pogorszył. 6 października, w pierwszy piątek miesiąca, Sakramentu Chorych udzielił jej ks. Jan Konarski, który towarzyszył modlącym się siostrom. Siostra Longina zmarła około godziny 16-tej. Pogrzeb odbył się w poniedziałek, 9 października o godz.14.
s. Rut Wosiek FSK
Śp. SIOSTRA CONSOLATA od Dusz w Czyśćcu Cierpiących Stefania Zawrotna (27.04.1922-31.10.2006)
Siostra Consolata urodziła się 27 kwietnia 1922 r. w Wykrocie pow. Ostrołęka jako jedno z dwanaściorga dzieci Józefa i Elżbiety z Chorążych. Kiedy Stefa podrastała, żyły już tylko jej trzy starsze siostry. Sakramenty: Chrztu, Eucharystii i Bierzmowania przyjęła w odległym o 10 km. kościele parafialnym w Myszyńcu. W rodzinnej miejscowości ukończyła czteroklasową szkołę powszechną. Służyła u Bogatszych gospodarzy, pomagała w gospodarstwie rodziców. Podczas okupacji wywieziona została, wraz z innymi dziewczętami z okolicy, do ciężkiej przymusowej pracy w Niemczech. Doświadczenie tego czteroletniego pobytu, samotność wynikająca z bariery językowej powraca wielokrotnie w jej wspomnieniach. Kiedy po wojnie jej rodzinną miejscowość odwiedził brat s. Bernadetty Jurczak, przyszły zakonnik – kamilianin, szukając dziewcząt do pracy w Zakładzie w Żułowie, Stefka razem ze swoją koleżanką zdecydowały się na wyjazd. Po kilku miesiącach pracy Stefania zgłosiła s. Marii, ówczesnej przełożonej, chęć wstąpienia do Zgromadzenia. Do Aspiratu została przyjęta 28 czerwca 1948 r. Pierwszą Profesję złożyła 6 stycznia 1950 r. Profesję wieczystą 6 stycznia 1956 r. Od najwcześniejszych lat jej życia zakonnego Przełożone zauważały wiele pozytywnych cech, które były przydatne w organizowaniu pracy sobie i innym. Siostra Consolata, będąc w Zgromadzeniu, uzupełniła w szkole dla dorosłych pełne wykształcenie podstawowe, ukończyła kurs gotowania i pieczenia w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego w Warszawie, a doświadczenie w pracy na roli wyniosła z domu rodzinnego. W ciągu ponad 50-ciu lat pełniła odpowiedzialne funkcje w gospodarstwach w poszczególnych domach: w Żułowie (1950- -1951), w Laskach, jako pomoc wychowawcza w Domu św. Antoniego i Domu św. Teresy (1951-1962), następnie do roku 1976 kolejno pracowała: w centralnym magazynie żywnościowym, w kuchni centralnej, w ówczesnym centrum administracyjnym, w tzw. podwórzu, w kuchni Domu św. Stanisława. W latach 1976-1980 była odpowiedzialna za gospodarstwo i ośrodek kolonijny w Sobieszewie, a do roku 1991 pełniła funkcję administratorki Domu Chłopców. Od 1991 z powodu postępującej choroby mieszkała w Domu św. Rafała. Ostatnie lata życia spędziła w pokoju wraz z s. Longiną. Umarła o godz. 23.00, w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych. Pogrzeb odbył się 3 listopada.
Włodzimierz Leśniak
Pożegnanie siostry Consolaty
Trudno jest zebrać myśli w chwili, gdy coś zaciska krtań i wszystko kłębi się w niezrozumiały sposób. Kochana Siostro Consolato, stajemy na zbiórce, na którą nas wezwałaś, Ty, która swego czasu, gdy byliśmy małymi chłopcami, organizowałaś wieczorne zbiorki, by dziękować Bogu za miniony dzień. My dzisiaj wobec Boga dziękujemy za to, że byłaś z nami, że dla niejednego z nas byłaś mamą – zastępowałaś tę rodzoną. Dziękujemy za te nieprzespane noce, za skarpetki cerowane, kiedy myśmy już smacznie spali, za przyszywane guziki, poprawiane szaliki i czapki, żebyśmy zimową porą nie poszli rozchełstani na śnieg i na mróz. Dziękujemy za „słodkie tabletki” na dobranoc, które nam podawałaś już w łóżkach. Dziękujemy za to, że nam poprawiałaś kołdry, byśmy nie zmarzli. Dziękujemy za tabletki przeciwbólowe, bo ten czy ów – ja również – nie chcieliśmy pójść do dentysty. Tak było. To są fakty. I za to wszystko, w imieniu tych, którzy tu są i tych wychowanków Twoich, którzy nie mogli z różnych przyczyn przybyć, jeszcze raz serdecznie Ci dziękujemy, a Boga Wszechmogącego prosimy: Panie Boże, otwórz na oścież bramy niebios, niech wejdzie Twoja Służebnica i niech zagości, niech się syci rajskim chlebem, niech stanie twarzą w twarz z najlepszym z Ojców – Stwórcą Wszechrzeczy. Amen.
|