LASKI
PISMO REHABILITACYJNO-SPOŁECZNE Z ŻYCIA DZIEŁA MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ
TOWARZYSTWO OPIEKI NAD OCIEMNIAŁYMI
LASKI
ROK XIII, Nr 3 (77) 2007
Wydawca: Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi,
Laski, ul. Brzozowa 75,  05-080 Izabelin
Prezes Zarządu: tel. 022 752 30 70
Centrala: tel. 022 752 30 00,   fax: 022 752 30 09
Konto: PKO BP SA II O/Warszawa 81 1020 1026 0000 1602 0015 7289
(czasopismo „Laski”)
Redakcja: Józef Placha, Dział Tyflologiczny


SPIS TREŚCI

Józef PlachaOd początku w łączności z Kościołem

Władysław Gołąb Potrzeba świadectwa

Sławomira Włoskowicz Jubileusz Szkoły Muzycznej

Milenna KamińskaWrażenia z koncertu z perspektywy orkiestry

Danuta Kowalik W 10. rocznicę śmierci Edwina Kowalika

Anna Pawełczak-Gedyk Pielgrzymka po Ukrainie

 

Z PEDAGOGICZNYCH ROZWAŻAŃ

Marta Kwiatkowska Autyzm wczesnodziecięcy

Krystyna Konieczna Rola doradcy zawodowego w rehabilitacji osób nowo ociemniałych

 

DZIAŁ ABSOLWENTÓW

Krystyna Konieczna Dwa zjazdy absolwentów szkoły specjalnej

Krystyna KoniecznaZ bieżącej działalności Działu

Teresa CwalinaPromocja piątego numeru „Biuletynu Centrum”

 

Barbara BiałkowskaMatka Elżbieta Czacka i święty Andrzej Bobola

s. Bogusława Rompel FSK (oprac.)W rocznicę wyboru Benedykta XVI

Ireneusz MorawskiCo dały mi Laski na późniejsze życie - cz. II

Marta ZielińskaŚp. Grażyna Łomicka-Seydlitz

Zofia KowalskaNie sztuka umrzeć, sztuka żyć

Z TWÓRCZOŚCI ABSOLWENTÓW LASEK  Maria Choma – Boguchwał   •   Trzy dni Jonasza

W ZACISZU IZDEBKI S. Lidia Witkowska FSK

Agnieszka KrasnodębskaZIELONA SZKOŁA – Dzień po dniu

Józef Placha (opr)Sprawozdanie z działalności TOnO za rok 2006

KARTKA Z CMENTARZA

Teresa CwalinaObrazki z wystawy

 

ODESZŁY DO PANA

s. Rut Wosiek FSKŚp. Siostra Rozalia  •  Śp. Siostra Tekla

 

* * * * * * * * * *

Józef Placha

 

Od początku w łączności z Kościołem

 

Dwie siekiery – jak mówiła moja babcia – to cezura wiekowa, która miała określać kres jej życia. Chodzi o dwie siódemki, które graficznie przypominają rzeczywiście kształt dwóch siekier. Oczywiście babcia żyła dłużej, ale zanim przekroczyła ten graniczny dla niej próg życia, dwie siódemki często zaprzątały jej świadomość.

Nasze czasopismo również doszło do dwóch siódemek, stąd refleksja nad symboliką liczby siedem.

Przede wszystkim zwróćmy uwagę na znaczenie biblijne. W tym rozumieniu liczba siedem, z języka greckiego – hepta, uważana była od wieków za świętą, przede wszystkim dlatego, że był to ostatni dzień w historii stwarzania świata. Dzień, w którym Bóg „odpoczywał”. Również łączono tę liczbę z kalendarzem – siedem dni tygodnia; z obrzędami i kultem – siedem sakramentów świętych, siedem darów Ducha Świętego itd. Wiadomo też, jak ważną funkcję w synagogach żydowskich spełnia menora – świecznik siedmioramienny.

Liczba siedem symbolizowała także jakąś pełnię, całość, co odnaleźć można w Ewangeliach św. Mateusza i św. Marka(Mt 18, 21n, Mk 8,5.20) oraz w Apokalipsie św. Jana (Ap 1,4. 11n. 20; 5,1.6; 21,9).

 

Jak widać, pewna niezwykłość liczby siedem jest oczywista, a jej zwielokrotnienie to nic innego jak obecny numer „Lasek”, którego pierwsze egzemplarze trafią do rąk niektórych naszych czytelników 7.07.2007 r.; i choć nie chcemy wiązać go ściśle z wcześniej przywołaną symboliką, to trudno tak do końca od niej uciec. Na pewno nie chcemy kojarzyć tego numeru z jakąś pełnią i doskonałością, ponieważ wciąż mamy świadomość różnego rodzaju braków i usterek. Nie są to wprawdzie braki z kategorii „siedmiu grzechów głównych”, ale zawsze są to sprawy, za które trzeba przepraszać naszych Czytelników. Jeśli zaś mamy bieżący numer kojarzyć z „wypoczynkowym” aspektem znaczenia siódemki, to naszym oczywistym pragnieniem jest, aby w czasie wakacji w tym właśnie duchu odczytywać kolejną dawkę informacji i problemów związanych z działalnością naszego środowiska.

Jednocześnie – niezależnie od „siódemkowej” refleksji – chcielibyśmy powiązać naszą działalność z trzema wydarzeniami w Kościele, które są ważne także z perspektywy Lasek.

Pierwsze dotyczy odejścia z grona żyjących arcybiskupa Kazimierza Majdańskiego (29 kwietnia 2007) – Założyciela Instytutu Studiów nad Rodziną w Łomiankach. Ufamy, że pamięć o Nim zaowocuje kontynuacją działań na rzecz rodziny w Polsce. Drugie i trzecie wydarzenie to powołanie na Stolicę Arcybiskupią w Warszawie arcybiskupa Kazimierza Nycza oraz nominacja na Ordynariusza Diecezji Płockiej – biskupa Piotra Liberę, dotychczasowego Sekretarza Generalnego Konferencji Episkopatu Polski.

Wszyscy trzej przedstawiciele hierarchii kościelnej w Polsce byli i są zaliczani do grona naszych Przyjaciół.

Arcybiskup Kazimierz Majdański spotkał się 14 lat temu z personelem naszego Ośrodka w ramach tzw. Sesji Sierpniowej. Biskup Piotr Libera wiele razy bywał w Laskach – choć nigdy oficjalnie – i ma wielkie zasługi na odcinku rozwijania hipoterapii w Laskach. Arcybiskup Kazimierz Nycz również był już kilka razy na terenie naszego Zakładu. Ostatnio 23 czerwca – w czasie uroczystości związanych z setną rocznicą urodzin i piątą rocznicą śmierci księdza Tadeusza Fedorowicza. Kolejne spotkanie z księdzem Arcybiskupem przewidziane jest na 1 września – w czasie Sesji Pedagogicznej, rozpoczynającej nowy rok szkolny w naszym Ośrodku.  Jesteśmy przekonani, że nowi Pasterze: w  Diecezji Płockiej i w Archidiecezji Warszawskiej, będą ewangeliczną solą powierzonych im poletek pracy duszpasterskiej, w której Laski nadal będą przedmiotem ich zainteresowania i troski.

Przywołując powyższe wydarzenia miejmy świadomość, że w szerszym wymiarze Kościoła stanowimy jedną wspólnotę i wszystko, co ważne w Kościele, będzie równie istotne w Laskach.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

Władysław Gołąb

 

Potrzeba świadectwa

 

W najbliższych dniach kończy się kolejny rok szkolny. Dzieci i młodzież naszego Ośrodka wyjadą na zasłużony wypoczynek, a personel podsumuje sukcesy i porażki. Oglądać owoce pracy wychowawczej to rzadki dar. Każdy dobry wychowawca, który kocha swoje dzieci, chciałby „nieba im przychylić”, ale to nie takie proste. Dopiero po wielu latach, gdy rozmawia się już z człowiekiem dorosłym, dowiadujemy się, jak wiele zawdzięcza on konkretnemu nauczycielowi. Myślę, że jedynym środkiem gwarantującym wychowawcy/nauczycielowi pewny sukces jego zmagania się nawet z najbardziej krnąbrnym młodym człowiekiem, to świadectwo własnego życia. Nie łudźmy się, będziemy wysłuchani tylko wtedy, gdy to, co głosimy, będzie równocześnie treścią naszego życia.

W chwili pisania tego listu w Gnieźnie odbywa się konferencja ekumeniczna, w czasie której padły znamienne słowa: „Dzisiejsza Europa oczekuje reewangelizacji”. Laicyzacja i komercjalizacja prowadzą nas do utraty fundamentalnych wartości kultury europejskiej. Wyrzekanie się jakichkolwiek symboli życia chrześcijańskiego można nazwać „tolerancją nietolerancji”.

Nasze środowisko Laskowskie jest również w jakimś stopniu odpowiedzialne za ten stan rzeczy. Nie chodzi mi o to, aby manifestować swoją religijność, aby dużo mówić o zasadach moralnych. Nam potrzebne jest świadectwo życia. Nie ten prawdziwie wierzy, kto ciągle mówi o Bogu, ale ten, kto żyje według zasad ewangelicznych. Oby mówiono o nas: „Patrzcie, jak oni się miłują”. A mamy na tym odcinku wiele do zrobienia. Czy każdy, kto znajdzie się na terenie Zakładu spotka się z życzliwością, uśmiechem? Czy na postawione pytanie zawsze otrzyma oczekiwaną odpowiedź?

Świadectwo życia to prawdomówność, unikanie pochopnych sądów, umiejętność przyznania się do błędu, używanie słowa „przepraszam”, odnoszenie się z życzliwością do każdego napotkanego człowieka. Gdy zaczniemy w ten sposób żyć i działać, powstanie wokół nas swoisty mikroklimat, w którymo Ewangelii nie będzie się mówiło, ale będzie się nią żyć.

Już pisałem na ten temat w swoich listach, że takim „papierkiem lakmusowym”, który bezbłędnie odróżnia zasadę od kwasu, jest nasza reakcja na słowa drugiego człowieka, często nawet słyszana w mediach katolickich; jeżeli słowa te wywołują u nas agresję lub nienawiść do kogokolwiek, to nie mają one nic wspólnego z chrześcijaństwem. Potępiajmy zło, ale pochylajmy się nad człowiekiem, który znalazł się w kręgu tego zła. Wtedy będziemy prawdziwymi świadkami.

Przed nami wakacje. Może będzie to upalne lato, a może pogoda zachęcająca do siedzenia w domu. Znajdźmy jednak czas na osobistą refleksję – czy ja jestem świadkiem tego, w co wierzę, czy prawdy ewangeliczne są bliskie memu sercu, czy umiem się nimi dzielić z innymi, w tym z najbliższymi? Jakże nieraz łatwo być chrześcijaninem wobec osób nieznanych, a jak trudno wobec domowników. Starajmy się dostrzec w nich naszych bliźnich, którym trzeba ciągle za coś mówić „dziękuję” i „przepraszam”.

Życzę wszystkim udanego wypoczynku, aby nikomu nie zabrakło słońca wewnętrznego dającego pokój i radość.

 

Laski, dnia 17 czerwca 2007 roku.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

10 lat Szkoły Muzycznej w Laskach

 

Wprowadzenie

 

Sławomira Włoskowicz

 

Kształcenie muzyczne w Laskach wiąże się ściśle z osobą Założycielki Dzieła. Matka Elżbieta Czacka kochała muzykę i przywiązywała ogromną wagę do profesjonalnego kształcenia niewidomych, przestrzegając ich przed „muzyką płaską i tandetną, przed wątpliwym sukcesem profesji ulicznego grajka i muzykusa na zabawach”. Pragnęła, aby niewidomi muzycy cieszyli się samodzielnością i społecznym prestiżem. To dzięki Matce w Laskach, niemal od początku istnienia Ośrodka, nauczali wspaniali muzycy – Włodzimierz Dolański, Włodzimierz Bielajew, Witold Frieman czy siostra Blanka Wąsalanka, która wychowała kilka pokoleń niewidomych artystów. To w Laskach początki muzycznego wykształcenia zdobywali między innymi Stefania Skibówna czy Edwin Kowalik, późniejszy laureat V Konkursu Chopinowskiego. Ten wybitny pianista powtarzał często, że muzyka jest dziedziną, w której niewidomi mogą mieć aktywny udział i to na równi z widzącymi, pod warunkiem jednak, że pokonane zostaną trudności na etapie nauki i zaopatrzenia w niezbędne pomoce.

Trudnego zadania stworzenia od podstaw Szkoły Muzycznej w Laskach podjęła się w 1995 roku Elżbieta Górna - śpiewaczka, skrzypaczka i muzykoterapeutka. Przez pierwszy rok przygotowywała się do prowadzenia szkoły, poznawała Laski oraz metody pracy z niewidomymi, szukała nauczycieli. 19 września 1996 roku odbyła się uroczysta inauguracja roku szkolnego w nowopowstałej Szkole Muzycznej. Placówka rozpoczęła działalność bez własnego budynku, bez pomocy naukowych – materiałów nutowych, płytoteki. Początkowo ubogie instrumentarium  stopniowo wzbogacało się o instrumenty nowe bądź z darów – pianina, skrzypce, flety, gitary. Wiele osób i instytucji pomagało w rozwoju Szkoły, lecz szczególną rolę odegrali państwo Gundel i Paul Hammerowie z Goslar (Dolna Saksonia) w Niemczech. To dzięki nim w 1988 roku zbudowano w Laskach organy piszczałkowe, dzięki ich zaangażowaniu do Lasek trafiło też mnóstwo innych instrumentów, a w październiku ubiegłego roku, z ich inicjatywy, Szkoła otrzymała dużą pomoc finansową od Lions Clubu w Seesen.

13 maja 1997 Szkoła otrzymała prawa publiczne. Realizowany jest w niej program wymagany w szkolnictwie muzycznym, który umożliwia przystąpienie do egzaminu końcowego oraz uzyskanie świadectwa szkoły muzycznej I stopnia. Kształcą się w niej najzdolniejsi uczniowie Ośrodka. W ciągu 10 lat działalności Szkoła doczekała się 24 absolwentów. Jako pierwsze ukończyły ją czerwcu 1998 roku Agata Białobrzeska, Julita Tratnerska i Anna Kuszaj.

Wspominając historię Szkoły Muzycznej w Laskach nie sposób nie wspomnieć o działalności siostry Blanki Wąsalanki. Prowadzony przez nią od 1979 roku Chór Ośrodka,  „Leśne Ptaki”, stał się Chórem Szkoły Muzycznej, dzięki czemu Szkoła od początku swojej działalności miała chór szkolny na wysokim poziomie artystycznym. Zespół koncertował w wielu miejscach w Polsce – Filharmonii Narodowej, na Zamku Królewskim, jak również za granicą – między innymi w Niemczech, Szwajcarii, Lichtensteinie czy Wielkiej Brytanii. W 2003 roku „Leśne Ptaki” zostały też laureatem Festiwalu Chórów Szkół Muzycznych w Ciechanowie.

Uczniowie instrumentaliści również z powodzeniem biorą udział w konkursach muzycznych, zarówno tych o zasięgu lokalnym, np. Powiatowy Konkurs Muzyczny w Starych Babicach, jak i regionalnym, ogólnopolskim czy międzynarodowym (w styczniu 2005 r.

Maksymilian Chlewiński reprezentował naszą Szkołę w Konkursie dla Pianistów Niepełnosprawnych w Japonii).

W Szkole istnieją klasy: fortepianu, skrzypiec, organów, fletu, gitary, trąbki i perkusji. Oprócz gry na instrumentach uczniowie biorą udział w zajęciach teoretycznych - kształceniu słuchu, muzykografii oraz audycjach muzycznych. Mogą dodatkowo uczyć się gry liturgicznej (w klasie organów), emisji głosu, a także reżyserii dźwięku. Uczniowie Szkoły Muzycznej śpiewają również w chórze lub grają w zespołach kameralnych.

Od trzech lat przy Szkole funkcjonuje Ognisko Muzyczne, obejmujące kształceniem uczniów uzdolnionych muzycznie, lecz realizujących program wolniej i w nieco węższym zakresie ze względu na ograniczone, często stanem zdrowia, możliwości. Nastawiony jest na rozwijanie wrażliwości muzycznej uczniów i zachęcanie ich do czynnego muzykowania. Uczniowie uczęszczają na zajęcia gry na instrumencie i nauki o muzyce, a także na zajęcia muzykoterapeutyczne wykorzystujące zabawy przy muzyce, ćwiczenia ruchowe i relaksacyjne. W Ognisku, w ramach Działu Konsultacji, mogą uczyć się absolwenci Szkoły Muzycznej, którzy chcą kontynuować naukę bądź przygotowywać się do egzaminów do szkół muzycznych II stopnia i Akademii Muzycznych.

Znakomita większość absolwentów Szkoły do dziś czynnie zajmuje się muzyką. Jest wśród nich kilkoro, których osiągnięcia zasługują na szczególną uwagę i wzbudzają nasz podziw: Anna Kuszaj, studentka Akademii Muzycznej w Warszawie i absolwentka Zespołu Szkół Muzycznych im. Józefa Elsnera w klasie organów i śpiewu (recital dyplomowy ze śpiewu 5 maja 2007 r. zdała na ocenę celującą!) oraz Rafał Poppe, flecista, student łódzkiej Akademii Muzycznej. Inni nasi uczniowie, z których osiągnięć jesteśmy bardzo dumni, to: Ewa Domańska, Tomasz Bilecki, a ostatnio również Agata Zakrzewska – uczennica, która jako pierwsza ukończyła Szkołę Muzyczną I stopnia równocześnie ze Szkołą Podstawową i jako pierwsza spośród naszych absolwentów będzie uczęszczać do Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia w ZPSM im. Grażyny Bacewicz w Warszawie, czyli do dziennego gimnazjum muzycznego.

Koncert z okazji Jubileuszu 10-lecia działalności Szkoły, który odbył się w dzień Święta Ośrodka 15 maja 2007 r., był dla nas wszystkich niezwykłym przeżyciem. Ogromnie cieszymy się, że marzenie, by nasi Uczniowie zagrali jako soliści z orkiestrą, udało się zrealizować. Jubileusz uświetniło swoją obecnością mnóstwo znakomitych Gości, a wśród nich Ks. Biskup Bronisław Dembowski, Pan Tadeusz Mazowiecki i Pan Kazimierz Michał Ujazdowski - Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Było również kilkoro ważnych Przyjaciół Szkoły – m. in. pani Krystyna Bentkowska, była wieloletnia dyrektorka Zespołu Szkół Muzycznych im. F. Chopina w Warszawie wraz z obecną wicedyrektor, panią Julitą Kosińską. Otrzymaliśmy również listowne pozdrowienia i gratulacje od tych, którzy nie mogli przybyć: od Mazowieckiego Kuratora Oświaty, Pana Grzegorza Tyszki, od Państwa Hammer i innych przyjaciół z Goslar, od Pani Profesor Danuty Dworakowskiej i Wojciecha Jędrzejczaka z Niemiec.

Mam nadzieję, że Szkoła Muzyczna i Ognisko Muzyczne w Laskach będą rozwijać się i pełnić swoją misję w Ośrodku przez kolejne dziesięciolecia.

 

Obchody Jubileuszu

 

Magdalena Kasperska

 

„Jakby szczęśliwie było, gdyby Pan Bóg dał nam kogoś, który by umiał prawdziwie pięknie grać i śpiewać, i uczyć muzyki i śpiewu. Muzyka takie ważne zajmuje miejsce w życiu niewidomych” – te słowa Matki Elżbiety Róży Czackiej posłużyły za motto uroczystości, która odbyła się, jak co roku, 15 maja w dużej sali Internatu Dziewcząt. Tradycyjne Święto Ośrodka tym razem było świętem podwójnym – tego dnia obchodziliśmy również 10- lecie działalności Szkoły Muzycznej dla Dzieci Niewidomych w Laskach.

Idea jubileuszowego koncertu, w którym najlepsi uczniowie Szkoły Muzycznej mieliby zagrać jako soliści z profesjonalną orkiestrą, zrodziła się prawie rok temu. Pomysł bazował głównie na fakcie, iż posiadamy w Laskach profesjonalnego dyrygenta, czy też raczej dyrygentkę: Martynę Drabik – Dziedziczak, która jest absolwentką warszawskiej Akademii Muzycznej w zakresie dyrygentury symfoniczno-operowej. Kiedy okazało się, że nasze marzenie ma realne szanse spełnić się, pozostało jeszcze „tylko” zebrać orkiestrę, czego się podjęłam, oraz wybrać odpowiednie utwory. Odpowiednie – czyli takie, które wyznaczeni przez nas uczniowie mieli już w repertuarze. Występ z orkiestrą jest dużym przeżyciem nawet dla profesjonalnych muzyków, więc zrozumiałe, że dla uczniów szkoły podstawowej był wydarzeniem życia. Wraz z p. Martyną oraz p. Sławką Włoskowicz pragnęłyśmy stworzyć im komfortowe warunki – aby zagrali swoje ulubione utwory z radością i bez stresu. Problemy z materiałami nutowymi dla orkiestry rozwiązałyśmy determinacją i uporem – jedna partytura została niemal cudem znaleziona i sprowadzona ze Szwajcarii przez wydawnictwo niemieckie, instrumentację trzech kolejnych wzięłyśmy na siebie. Edycją ogromnej ilości nut zajął się Tomasz Tokarski, któremu serdecznie dziękujemy za pomoc i profesjonalizm.

Dużej wytrwałości i hartu ducha wymagało znalezienie odpowiedniej liczby muzyków, którzy z dobrego serca chcieliby poświęcić nam swój talent, a przede wszystkim czas. Było to o tyle trudne, że trafiliśmy na pełnię sezonu koncertowego i mimo najszczerszych chęci wiele osób nie mogło wziąć udziału w naszym projekcie. W końcu jednak udało się zebrać orkiestrę, w skład której wchodzili zarówno uczniowie jak i nauczyciele warszawskich szkół muzycznych, oraz studenci i absolwenci warszawskiej Akademii Muzycznej. Pierwsze próby odbyły się w Zespole Szkół Muzycznych im. Józefa Elsnera w Warszawie – i w tym miejscu pragniemy z całego serca podziękować Paniom dyrektorkom z Miodowej: Magdalenie Radziejowskiej oraz Magdalenie Kalicie, które udostępniły nam sale swojej szkoły – było to duże udogodnienie dla warszawskich muzyków. Ci doświadczeni instrumentaliści z dużym wyczuciem i wyrozumiałością pomagali naszym uczniom oswoić się z nową sytuacją i odnaleźć się w roli artysty koncertującego. Młodzi soliści do prób podeszli z podziwu godnym profesjonalizmem i powagą – bardzo dobrze przygotowani przez swoich pedagogów starali się grać najlepiej, jak potrafili, czym wzbudzili duże uznanie i sympatię muzyków orkiestry. Przede wszystkim zaś rzucała się w oczy radość uczniów z tej niezwykłej przygody, jaką było wspólne muzykowanie z tak wielką, niespotykaną dotychczas ilością towarzyszących instrumentów. Ich zapał i entuzjazm promieniował i tworzył niezwykłą atmosferę. Podczas przerwy w próbie generalnej w przeddzień koncertu, już w Laskach, zachęcony przez orkiestrę Maksymilian Chlewiński dał mini recital i zasłuchanych muzyków trudno było namówić na kontynuowanie próby. W drugiej przerwie natomiast do Maksa dołączył kontrabasista i improwizowali już razem, odbywając klasyczne jazzowe jam session. (Wrażenia z prób i koncertu jednej ze skrzypaczek Orkiestry, kameralistki i nauczycielki Szkoły Muzycznej w Żyrardowie – Millenny Kamińskiej zamieszczamy w osobnym artykule.)

Koncert odbył się 15 maja 2007 roku. Uroczystości rozpoczęła Msza Święta w laskowskiej kaplicy, odprawiona przez księdza biskupa Bronisława Dembowskiego. Oprawę liturgiczną przygotował chór Szkoły Muzycznej prowadzony przez Martynę Drabik–Dziedziczak oraz soliści: uczniowie i nauczyciele Szkoły. Akompaniamentem liturgicznym zajął się Tomasz Tokarski. Podczas Mszy św. szczególnie wzruszającym momentem była Modlitwa Powszechna przygotowana przez Stanisława Badeńskiego, a odczytana przez siostrę Elżbietę Górną i Marcina Otrębskiego, z donośnym wezwaniem Christe, exaudi nos Bronisława Harasiuka.

Koncert w starym Internacie Dziewcząt rozpoczął hejnał Szkoły Muzycznej wykonany na trąbkach przez Wiktora Szablewskiego i Michała Skorowskiego. Następnie dyrektor Piotr Grocholski wraz z dyrektor Szkoły Muzycznej, Sławomirą Włoskowicz, przywitali zgromadzonych gości, w tym między innymi Jego Ekscelencję księdza biskupa Bronisława Dembowskiego, honorowego członka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, premiera Tadeusza Mazowieckiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Kazimierza Ujazdowskiego oraz przedstawicieli Ministerstwa Edukacji Narodowej, warszawskiego Kuratorium, Polskiego Związku Niewidomych, Kampinoskiego Parku Narodowego, władz lokalnych oraz dyrektorów zaprzyjaźnionych szkół. Następnie prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, Władysław Gołąb, odznaczył premiera Tadeusza Mazowieckiego medalem Pax Et Gaudium In Cruce, przyznawanym osobom szczególnie bliskim Laskom.

Nie zapomniano także o najważniejszej w Laskach solenizantce, Zofii Morawskiej, która 15 maja obchodzi imieniny. Wszyscy zebrani zaśpiewali dla niej Plurimos Annos, a przejęty przedszkolak wyrecytował wierszyk i wręczył bukiet kwiatów. Po tych wzruszających życzeniach dyrektor Sławomira Włoskowicz zaprosiła do artystycznej części obchodów Jubileuszu 10-lecia Szkoły Muzycznej. Rozpoczęła je od wspomnień o wielkiej admiratorce muzyki, Matce Elżbiecie Czackiej. Matka szczególnie kochała muzykę Fryderyka Chopina, którą w młodości sama grywała na fortepianie. Koncert rozpoczął się więc od Mazurka a-moll z op. 68 – tego samego, który w 1954 roku wykonał dla Matki Edwin Kowalik. Wykonanie nauczycielki Szkoły, Małgorzaty Samulak było hołdem złożonym zarówno Matce jak i temu wybitnemu pianiście, którego dziesiąta rocznica śmierci minęła 20 maja.

Dyrektor Sławomira Włoskowicz w krótkich słowach przypomniała historię Szkoły a następnie przywitała Jubileuszową Orkiestrę Kameralną. Przedstawiła ją niewidomym wychowankom, prezentując kolejne sekcje: najpierw zagrały pierwsze skrzypce, później drugie, altówki, wiolonczele z kontrabasem, a na końcu waltornie. Sala nagradzała każdą prezentację gromkimi brawami, a kiedy już wszyscy wiedzieli, jaki zespół będzie akompaniował naszym uczniom, przyszedł czas na Prawdziwą Muzykę.

Jako pierwsza wystąpiła uczennica klasy wstępnej, Maja Sobiech, która wykonała znaną wszystkim melodię „My jesteśmy krasnoludki”, zinstrumentowaną specjalnie dla niej przez Jacka Piskorza, jednego z najpopularniejszych aranżerów muzyki rozrywkowej w Polsce. Maja jest pianistką, uczennicą Barbary Dębowskiej, ale na równi z fortepianem pasjonują ją instrumenty perkusyjne – uczy się także gry na perkusji w klasie Dariusza Dobrowolskiego.

Kolejną wykonawczynią była Alicja Szymańska, skrzypaczka z klasy czwartej, uczennica Magdaleny Kasperskiej. Ala zaprezentowała publiczności „Introdukcję i Rondo” Charlesa Dancla, zorkiestrowaną przez Martynę Drabik–Dziedziczak i Magdalenę Kasperską. Alicja rozpoczynała w Szkole Muzycznej naukę gry na fortepianie, jednak prawdziwą miłością okazały się skrzypce i to one przysparzają jej najwięcej radości, o czym przekonali się wszyscy obecni na sali.

Następnie dwie części Suity Orkiestrowej h-moll Johanna Sebastiana Bacha, Menuet i Badinerie wykonała Barbara Leszczyńska, absolwentka Szkoły w klasie fletu Hanny Szablewskiej. Również dla Basi flet był drugim instrumentem, który szybko stał się pierwszym i najważniejszym. W ubiegłym roku szkolnym ukończyła klasę fletu z oceną celującą.

Po Basi na scenę wyszedł Rafał Poppe, absolwent Szkoły, obecnie student Łódzkiej Akademii Muzycznej na wydziale Edukacji Muzycznej. Cały czas jednak przyjeżdża do Lasek na konsultacje do swojej pierwszej nauczycielki – Hanny Szablewskiej. Rafał wykonał dwie części Koncertu fletowego G-dur Christopha Willibalda Glucka.

Absolwenci laskowskiej Szkoły Muzycznej są zdecydowanie jej chlubą. Kolejną solistką była Anna Kuszaj, sopranistka. Aniuta ukończyła dwa kierunki w Szkole Muzycznej II stopnia im. J. Elsnera w Warszawie– organy i śpiew, a obecnie jest studentką warszawskiej Akademii Muzycznej na Wydziale Edukacji i kierunku muzyka kościelna. Ania wykonała arię Jeruzalem z oratorium „Paulus” Feliksa Mendelssohna, zorkiestrowaną przez Martynę Drabik-Dziedziczak i Magdalenę Kasperską.

Po tej przepięknej arii Sławomira Włoskowicz poprosiła o zabranie głosu siostrę Elżbietę Górną, założycielkę Szkoły. Siostra Elżbieta Górna z ogromnym wzruszeniem wspominała swoje pierwsze chwile w Laskach i początki tworzenia Szkoły. Podziękowała wszystkim nauczycielom, Siostrom oraz współpracownikom Ośrodka, bez których działalność Szkoły Muzycznej byłaby niemożliwa.

Jako ostatni wystąpił Maksymilian Chlewiński, uczeń klasy fortepianu Małgorzaty Samulak. Wykonał preludium fortepianowe „Dziewczyna o włosach jak len” Claude’a Debussy’ego, do którego partię orkiestry dopisały Martyna Drabik-Dziedziczak i Magdalena Kasperska. Maks jest bardzo utalentowanym pianistą, który – jak nietrudno zauważyć – uwielbia jazz, zakończył więc koncert własną improwizacją na temat utworu.

Jubileuszowa Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Martyny Drabik-Dziedziczak akompaniowała młodym artystom z wielkim wyczuciem. To bardzo ważne, aby zapewnić komfort grania niedoświadczonym przecież uczniom. Profesjonalizm i zaangażowanie muzyków pomogło debiutantom pewnie przejść przez doświadczenie występu z prawdziwą orkiestrą.

Wszyscy nasi dzielni soliści odnieśli wielki sukces. Trudy przygotowań, żmudne ćwiczenia i przedkoncertowe nerwy okazały się warte przygody, jaką był debiut z orkiestrą kameralną.

A my, nauczyciele, przekonaliśmy się, że nie ma rzeczy niemożliwych, że pasją i radością można spełnić każde marzenie. Koncert przyniósł wiele wzruszających momentów – a czy nie taki jest cel naszej pracy?

Obchody dziesięciolecia Szkoły zakończył popołudniowy koncert organowy prowadzony przez Tomasza Tokarskiego. Wraz ze swoimi uczniami, Moniką Woźnialis i Grzegorzem Płonką, wykonali preludia Jana Sebastiana Bacha, Dietricha Buxtehudego, Feliksa Mendelssohna, Mariana Sawy i Władysława Żeleńskiego. Wielką atrakcją dla licznie zgromadzonej publiczności była prezentacja organów – można było na nich zagrać, wypróbować rozmaite rejestry i zobaczyć „jak to działa”. Specjalnie na tę okazję instrument został otwarty, wnętrze organów stało się dostępne dla wszystkich zainteresowanych, co skwapliwie wykorzystały zarówno dzieci jak i dorośli.

15 maja 2007 roku był Świętem Muzyki. Życzyłabym zarówno sobie, jak i wszystkim nauczycielom i uczniom Szkoły Muzycznej, wielu takich świąt, wielu dni przepełnionych Prawdziwą Muzyką. Abyśmy nie tracili radości i wytrwałości, a przede wszystkim cierpliwości w pokonywaniu codziennych przeszkód i własnych słabości. Żeby Matka Czacka spoglądając na nas z nieba, uśmiechała się i z zadowoleniem myślała: „Dobrze, oby tak dalej”...

 

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

Millenna Kamińska

 

Wrażenia z koncertu z perspektywy orkiesrty

 

Kiedy Magda Kasperska zadzwoniła do mnie z prośbą o udział w koncercie, początkowo moja obecność na nim stała pod znakiem zapytania. Przeszkodą była praca, którą miałam do wykonania w tym terminie i wcześniejsze zobowiązania. Jednakże udało mi się ułożyć w głowie szybki plan awaryjny i oto mogłam wziąć udział w uroczystości w Laskach.

Próby odbywały się w szkole muzycznej przy ulicy Miodowej. Pani dyrektor Magdalena Radziejowska – jak zwykle pełna życzliwości dla ludzi – udostępniła nam sale i dzięki temu mogliśmy ćwiczyć w normalnych warunkach. Utworów było kilka. Na pierwszy „rzut oka” zachwyciły mnie ‘Krasnoludki’. Z niecierpliwością oczekiwałam małej solistki, żeby usłyszeć, jak ten utwór będzie się prezentował w całości. Ale o tym za chwilę…

Próby przebiegały w bardzo miłej atmosferze, a to dzięki Martynie Drabik-Dziedziczak, naszej wspaniałej pani dyrygent. Często się uśmiechała, była profesjonalna i przede wszystkim – pełna zapału. A gdy orkiestra wyczuwa u dyrygenta chęć pracy, gra lepiej. Miejmy nadzieję, że było tak i w naszym przypadku.

Młodzi artyści ze szkoły muzycznej w Laskach rozłożyli mnie na łopatki! Są bardzo muzykalni, a to jest najważniejsze, ponieważ żeby grać piękną muzykę, trzeba mieć piękną duszę. Zaskoczyli mnie swoją muzyczną wrażliwością. A jak wspaniale wyglądają przy instrumentach! Uśmiechają się i grają tak, jak na prawdziwych Artystów przystało.

Dwie części suity orkiestrowej Jana Sebastiana Bacha wykonywała z nami flecistka. Pierwszego dnia prób okazało się, że jedna z części jest grana odrobinę za wolno. Machnęliśmy na to ręką zakładając, że na dwa dni przed koncertem nie da się już nic z tym zrobić, ponieważ nie zmienia się tak trudnych rzeczy w ostatniej chwili. Często sami się o tym przekonujemy podczas ćwiczeń. Tymczasem na próbie generalnej tuż przed koncertem flecistka zaskoczyła nas: przygotowała utwór we właściwym tempie! Wszyscy biliśmy jej brawa. A na koncercie zagrała jeszcze lepiej…

Drugim utworem, w którym flet był instrumentem solowym, był koncert Christopha Willibalda Glucka, składający się również z dwóch części. Flecista, który go zagrał, jest absolwentem szkoły w Laskach i śmiem rzec, że chciałoby się więcej takich flecistów mieć na tym świecie. Ładny, równy dźwięk, żadnych pisków, piękna fraza… Aż przyjemnie było z nim grać!

Były też skrzypce. Nie może ich zabraknąć na żadnym porządnym koncercie. Zaprezentowana została ‘Introdukcja i Rondo’ Charlesa Dancla. Solistka świetnie dawała nam sygnał, kiedy jest gotowa, kiedy chce zacząć grać. A gdy się już rozegrała, jej uśmiech stawał się szeroki od ucha do ucha! Kiedy dotarła do finału utworu, cała orkiestra była pewna, że artystka wybuchnie z radości! Grać z uszczęśliwionym solistą to wielka przyjemność.

Przepiękne oratorium Felixa Mendelssohna cudownie zaśpiewała sopranistka, absolwentka PSM II st. na Miodowej. Pamiętam ją jeszcze z czasów, kiedy już jako studentka wpadałam tam czasami na lekcje skrzypiec. Ta wokalistka przemykała korytarzami w towarzystwie koleżanek, a ja myślałam: ‘jak ona sobie radzi?’ Okazuje się, że jeśli chodzi choćby o wrażliwość muzyczną, nie dorastam jej do pięt. Wielkie brawa!

‘Krasnoludki’!!! Są takie małe, że niewiele brakowało, a bym o nich nie wspomniała. A wykonanie tego utworu – moim skromnym zdaniem - było epokowe! Pianistka, uczennica tzw. zerówki, może i nie dosięgała nogami do podłogi siedząc na stołku przy fortepianie, ale za to poradziła sobie bez problemu z niesforną orkiestrą, która ciągle chciała grać zbyt szybko. ‘Krasnoludki’ zabrzmiały wesoło i były in hop-sa-sa tempo. Była to bardzo odświeżająca muzyka dla nas, starych orkiestrowych wyjadaczy. Kiedy rozmawialiśmy w przerwach podczas prób, okazywało się, że w każdym z nas drzemie mały krasnoludek, który czasem coś napsoci.

Wspólnie z pianistą, Maksem, zagraliśmy też bardzo trudny utwór Claude’a Debussy ‘Dziewczyna o włosach jak len’. Maks zaczynał utwór sam, bez naszego akompaniamentu. Na początku nie wiedzieliśmy, jak dać pianiście znać, że orkiestra jest już gotowa i że może on zacząć grać wstęp. W końcu wymyśliliśmy: koncertmistrz wiolonczel wykonywał odpowiednie profesjonalne puknięcie palcem w pudło rezonansowe swojego instrumentu i wtedy Maks zaczynał grać. Uff, kosztowało nas wiele wysiłku wymyślenie tego super tajnego powiadomienia. Gra solisty zaparła nam dech w piersiach. Przecież on powinien nagrać jakąś płytę! – to moja pierwsza myśl. Okazało się, że nie tylko ja miałam takie odczucie, pozostali członkowie orkiestry również. Maks zaskoczył nas dojrzała grą, ale przede wszystkim swoja jazzową improwizacją na końcu utworu. Z łatwością przemierzał palcami klawiaturę, nie szukał żadnych dźwięków - o nie!- on po prostu wiedział, co chce zagrać. Zupełnie jakby w jego głowie dziewczyna o włosach jak len opowiadała mu piękne historie, a Maks po prostu mówił nam o tym za pomocą dźwięków…

W dniu koncertu wszyscy byliśmy przejęci. Martyna, nasza dyrygentka, już poprzedniego dnia zapowiedziała, że się będzie nam wszystkim po kolei rzucać na szyję, tak bardzo jest wdzięczna. O nie, to my jesteśmy wdzięczni. Wziąć udział w takim koncercie to więcej, niż tylko nowe doświadczenie w życiu. Koncert, w którym każdy solista jest szczęśliwy z tego powodu, że gra z orkiestrą, to dla nas – orkiestrowiczów - duże wyróżnienie. Graliśmy w życiu długie, trudne utwory, niektóre spędzały nam sen z powiek, niektóre przyprawiały o łzy. Graliśmy z solistami z Polski i zza granicy, niektórzy nieraz zaskakiwali nas swoimi umiejętnościami. Ale towarzyszenie soliście, dla którego jesteśmy naprawdę istotni, który kontaktuje się z nami za pomocą uczuć – to ogromna przyjemność. A o to właśnie chodzi w życiu: żeby czerpać z niego przyjemność garściami, żeby się cieszyć. Trzeba sobie o tym raz na jakiś czas przypominać. A mnie przypomnieli o tym właśnie młodzi artyści ze szkoły w Laskach.

Zdaję sobie sprawę, że praca z uczniem, który jest niewidomy, dostarcza wiele coraz to nowych problemów. Jak wytłumaczyć dziecku zawiłości gry na instrumencie? Jak opowiadać o problemach, które da się jedynie zaprezentować? Podczas rozmów z pedagogami ze szkoły w Laskach okazało się, że nasze dylematy są podobne. Ja i niektórzy członkowie orkiestry uczymy przecież w szkołach, mamy więc porównanie. I przy konfrontowaniu naszej pracy okazało się, że i w Laskach i w naszych szkołach muzycznych uczniowie mają podobne trudności. Niektórzy uczą się szybko, a inni wymagają więcej uwagi od nauczyciela. Kwestie zawiłości technicznych też okazały się podobne. Oczywiście – są pewne różnice, ale ostatecznie nasze spostrzeżenia były bardzo zbliżone. Ja jednak jestem pełna podziwu dla pedagogów szkoły w Laskach. Dlatego też składam WIELKIE PODZIĘKOWANIA dla profesorów, którzy przygotowali solistów do koncertu. Dziękuję również Pani Dyrektor - w imieniu swoim i moich kolegów z orkiestry - za ciepłe słowa podczas koncertu!

Miło zaskoczył nas również przepyszny poczęstunek, który oczekiwał na orkiestrowiczów po próbach i po koncercie. Wielki buziak w stronę Kuchni!

Koncert był ogromnie wzruszający, dostaliśmy wszyscy wielkie brawa. Oczywiście brawa były dla solistów, ale orkiestra nieskromnie również wzięła je sobie do serca. Aha, Martyna naprawdę rzucała nam się na szyję…!

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

 

Poniżej drukujemy tekst żony Edwina Kowalika, nawiązujący do najwcześniejszych lat życia tego znakomitego muzyka- absolwenta Lasek.

(Od redakcji)

Danuta Kowalik

Młodzieńcze lata Edwina Kowalika

 

Edwin urodził się na Śląsku, ale był jeszcze maleńkim dzieckiem, kiedy jego rodzice przenieśli się do Częstochowy. Tu spędził dzieciństwo, tu przyjeżdżał na wakacje i właśnie to miasto uważał za swoje rodzinne. Z Częstochową wiązały się jego najwcześniejsze wspomnienia.

 

Pewnej niedzieli matka zabrała go na Jasną Górę. W momencie, gdy organy zabrzmiały pełnym tutti, malec podniósł głowę, otworzył usta, chwycił się matczynej sukni i zadrżał na całym ciele. To pierwsze zetknięcie z muzyką, jej ogromem i wspaniałością pozostało mu w pamięci na całe życie.

A na co dzień fascynowały go nieodmiennie i głęboko melodie wygrywane przez amatorskie orkiestry i pieśni śpiewane przez kompanie pobożnych pątników pielgrzymujących do jasnogórskiego klasztoru.

Z tego wczesnego okresu zapamiętał otrzymane w prezencie piękne, dwustronne organki, grające w dwóch różnych tonacjach. Potrafił bawić się nimi godzinami, wygrywając zasłyszane melodie. Zapamiętał też swoje ostatnie wrażenie wzrokowe: posilającego się na postoju konia, z głową ukrytą w worku z obrokiem i łabędzie - niewyraźne białe kule, poruszające się majestatycznie na stawie.

 

Mały Edwin widział coraz słabiej, tracił wzrok. Początkowo było to trudne do zauważenia. Dość długo nikt nie potrafił postawić diagnozy, a miejscowy felczer uważał, że prawdopodobnie dziecko z tego wyrośnie. Dopiero kiedy chłopiec miał około pięciu lat i aby podnieść upuszczoną łyżeczkę, musiał ją wymacać rączką na podłodze, rodzice wpadli w panikę. Próbowali wszystkiego – szukali lekarzy, za radą znachorki karmili dziecko parzonymi kurzymi wątróbkami i poili ziołami. Znaleźli okulistę, ten skierował ich do szpitala, stamtąd trafili do kliniki okulistycznej w Krakowie, gdzie tracący wzrok pięciolatek został sam w zupełnie obcym otoczeniu. Po serii skomplikowanych badań opuścił klinikę z werdyktem niedającym nadziei. Przyczyną nieodwracalnej utraty wzroku okazał się uraz okołoporodowy. (Po latach diagnozę tę potwierdzili okuliści w Sao Paulo. Po konkursie w Rio de Janeiro i świetnym tournee po Brazylii, lekarze oczarowani i wzruszeni grą Edwina zaprosili go do swej najnowocześniejszej wówczas kliniki, oferując wszelkie dostępne medycynie środki i techniki leczenia. Niestety, nie mogli mu pomóc.)

 

I tak chłopiec wrócił z Krakowa do Częstochowy do rodziców, do swoich trzech sióstr, do babci i dziadka. Jak dawniej z zapamiętaniem wygrywał na swoich organkach, wyśpiewywał zasłyszane melodie, biegał z siostrami po podwórku, chodził z babcią na działkę, a w upalne dni kąpał się w Warcie. Wzrok pogarszał się szybko. Po półtora roku zostało mu tylko poczucie światła w jednym oku.

 

Rodzice rozpaczliwie szukali szkoły, w której mógłby się wychowywać i uczyć ich uzdolniony muzycznie syn. Dowiedzieli się o istnieniu Zakładu dla Niewidomych Dzieci w Laskach i czynili starania o umieszczenie tam dziecka. Barierą nie do pokonania dla tej licznej i niezamożnej rodziny stała się konieczność wnoszenia comiesięcznej opłaty za pobyt w Zakładzie. Nie rezygnowali. Pisali podania i prośby o pomoc do najróżniejszych instytucji i organizacji, dotarli nawet do biura samego Piłsudskiego. I wreszcie dzięki interwencji Marszałka częstochowski magistrat znalazł potrzebne środki.

 

Po załatwieniu wszystkich formalności, 12 maja 1935 roku, matka wyruszyła z Edwinem do Lasek. Warszawa, przez którą musieli przejechać aż dwoma tramwajami, by wsiąść do autobusu jadącego do Lasek, była niezwykle poważna i cicha, bowiem tego dnia zmarł Piłsudski.

 

A teraz pozwolę sobie dołączyć wspomnienia napisane przez Edwina.

„Wielki autobus wiózł nas po kocich łbach za miasto wijącą się pośród pól i lasów wąską szosą. Zanurzyliśmy się w pachnący gąszcz sosen – cisza lasu i świergot ptaków były dla mnie czymś tak nowym i niezwykłym, że szedłem nic nie mówiąc, wytężałem słuch, skupiałem się jakby w sobie w oczekiwaniu na jakieś wspaniałe, nieznane mi rzeczy i sprawy. Zaraz też one się pokazały, a to w domu św. Antoniego, gdzie takich jak ja siedmiolatków umieszczono jako mieszkańców i pierwszoklasistów. Od razu rozpoczęło się zwiedzanie – pierwszy kontakt z nowym, kolorowym dla mnie światem. Trzymam wtyczkę radia, czekając, aż „lampowiec” nagrzeje się i wybuchnie z głośnika muzyka. Potem oglądam przez uchylone okno delikatny krzew jaśminu i gładzę jego listki, dotykam szorstkiej, niepomalowanej powierzchni prostego stołu, wreszcie przyprowadzony do fortepianu naciskam klawisze. Najpierw lekko i nieśmiało, a potem mocniej białe, czarne, wszystkie razem, byle tylko grało, żeby brzmiały dźwięki. Odwracam się i mówię do mamy: „Już umiem grać, powiedz babci, że już umiem…”

Kiedy zostaję sam, beczę długo i rozpaczliwie. Ale to mija szybko. Wir życia uczniowskiego, koledzy, siostra Germana oddziałują kojąco. Nazajutrz jestem już tu jak u siebie. Laski stały się moim drugim domem.

 

Naprzeciw domu jest kaplica. Dość często uderza w niej łagodne serce niewielkiego dzwonu. Wchodzimy. Równe, melodyjne głosy sióstr recytują na jedną nutę jakieś obce słowa – to łacina, to modlitwa. I znowu dla mnie muzyka. Zastanawiam się, czy to mówi jedna siostra czy wiele sióstr – jeden głos i jedna melodia słowa – a po dwóch latach znam już na to termin: unisono. Przy ołtarzu ksiądz Korniłowicz mówi niejasne dla mnie słowa – niejasne, lecz je czuję: „A po co mieć? A po to żeby mieć… A po co mieć? A po to, żeby mieć… i mieć, i mieć, i jeszcze więcej mieć….” To kazanie dla tych dorosłych, którzy pragną             pieniędzy – tak mi się później tłumaczy i myślę: a u  nas to nigdy nie było ich dużo.

 

Koło domu są klatki. Zaczynamy hodować króliki i morskie świnki. Uprawiamy grządki, które co rano trzeba pielić. Wcale nie jest ciężko, wdycham rześkie powietrze i przytulam się jakby całym sobą do porannych promieni słońca. Czuję wdzięczność do Pana Boga, do Lasek, do sióstr. Na spacerze zbieram jagody. Jemy je potem ze śmietaną i cukrem. Po podwieczorku pierwsza lekcja muzyki. Pan Dolański pokazuje mi ułożenie klawiszy – dwa czarne, przerwa, trzy czarne, przerwa, między mini same białe. Gram gamę i śpiewam; w górę jest taki tekst: „Jechał chłopczyk samochodem”, a w dół: „potem pieszo ruszył w drogę”. Dostaję do ręki książkę brajlowską. Dotykam punktów, wodzę czubkami palców. – Z czego te punkty? – pytam siostrę Michaelę. „To jest podziurkowany papier” – odpowiada poważnie. Zawsze mówią do nas siostry serio. Nie zbywają, a jeśli żartują, to autentycznie, z rzeczy i spraw godnych radości. Odpoczynek odbywa się na dywanie rozłożonym na podłodze. Fajnie się leży, choć troszkę twardo pod plecami. W składziku z naczyniami mamy boćka, który nie był w stanie odlecieć i tu się chowa. Odnoszę naczynia do szafki, nagle dźgnięcie pod okiem – płacz, ból, strach. To bociek mnie dziobnął. – Pewnie nie lubi mnie – żalę się. „Lubi, lubi – zapewnia siostra, tylko on cię jeszcze nie zna”. To mnie przekonało, przestałem płakać.

 

I tak płyną miesiące. Nabroiłem sporo, stałem parę razy w kącie, ale krótko, odbywałem dyżury – zmywanie naczyń, wycieranie stołów, codzienne zajęcia, mycie, zaściełanie łóżka, nauka, odrabianie lekcji, spacer i wspaniałe godziny ćwiczenia na fortepianie. Na zakończenie roku szkolnego grałem w ogromnej sali domu św. Stanisława. Piękny utwór Roberta Schumanna „Marzenie” wzbudził mój i pewnie słuchaczy zachwyt. Pan Dolański też chwalił i kazał przez całe wakacje ćwiczyć. Ale w Częstochowie nie miałem pianina, tylko organki.

Chodzimy na lekcje religii, razem z dziewczynami, do ich internatu. Siostra mówi o grzechach i o wierze w Pana Boga. Basia odpowiada bardzo dobrze, od razu się w niej chyba zakochuję, bo ją lubię i podoba mi się jej głos. Zwierzam się siostrze Germanie. Uśmiecha się i gładzi mnie po głowie: „Rozumiem, rozumiem, ale musisz poczekać. Jak urośniesz, wszystko zrozumiesz lepiej”. Wiem już, że w tym roku przystąpimy wszyscy do Pierwszej Komunii św. Uczymy się spowiedzi i co trzeba księdzu powiedzieć. Potem siostra po spowiedzi zachęca do przypomnienia sobie opuszczonych grzechów. Ja sobie przypominam i proszę o poprawkę, ale najpierw mówię siostrze, co to było: chciałem dać śwince morskiej do buzi kawałek węgla, żeby zjadła; ona nie chciała, a ja jej wtykałem siłą…

Ponieważ świnka żyła nadal, siostra uznała, że nie muszę iść do poprawki. Rozmawiamy dużo o uczynkach człowieka, o tym, co wolno, a co jest przez Pana Boga zabronione. Wydaje mi się to wszystko jasne i oczywiste. Przychodzi do nas Matka Czacka i tłumaczy nam, jak ważne i doniosłe przeżycie nas czeka. Zapamiętuję te słowa: „To będzie wielkie, największe spotkanie, jakiego doznacie chłopcy w waszym życiu – pierwsze spotkanie z Panem Bogiem, z Jezusem Chrystusem”.

Kiedy przyjąłem na język mały, okrągły opłatek, poczułem wewnątrz, nie wiem gdzie, impuls, krótki, nieokreślony, niezwykły – i do dziś za każdym razem go przeżywam, jest on we mnie. Po Komunii św. było wspaniałe, smaczne śniadanie. Przyjechały rodziny i dobroczyńcy Lasek, dostałem kolejkę na szynach, nakręcaną – lokomotywa i wagoniki jeździły wkoło po torach. Czułem, jak we wszystkich i także w moim sercu zakwita radość. Może to z powodu śniadania, wspólnej zabawy czy dlatego, że mam piękną kolejkę…

Po latach zrozumiałem – ta radość to był owoc dobroci i miłości człowieka do małych niewidomych, do nieporadnych bliźnich. Ta radość zamieszkiwała w Laskach, płynęła od sióstr, wzrastała i dojrzewała w nas.”

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

Anna Pawełczak-Gedyk

 

ŚLADAMI MATKI ELŻBIETY RÓŻY CZACKIEJ

PIELGRZYMKA PO UKRAINIE

 

W notatkach Matki, pod datą 12 lutego 1928 r., czytamy: „Temu kilka miesięcy zaczęłam pisać historię mojego życia nie dlatego, że jest w niej coś ciekawego i interesującego, ale jedynie dlatego, że w tym bardzo zwyczajnym życiu znajduję co chwila cuda łaski Bożej.”

Choć na pielgrzymim szlaku znalazło się wiele przepięknych Sanktuariów
i miejsc kultu, w sposób szczególny celem naszego pielgrzymowania po Ukrainie były miejsca, w których zwyczajna historia życia Róży spotkała się z cudem łaski Bożej.

Wszystko rozpoczęło się 8 maja, o godz.7.15 podczas Mszy św. w kościele Świętego Marcina w Warszawie, kiedy dziękując za trud wielomiesięcznych przygotowań, oddaliśmy nadchodzący czas pod opiekę Matki Bożej i Patrona dnia – Świętego Stanisława Biskupa.

Sprawnie i szybko trasą przez Lublin i Zamość dojechaliśmy do przejścia granicznego w Hrebennem. Po drugiej stronie granicy Rawa Ruska, początek drogi po bezkresnych płaskich terenach Zachodniej Ukrainy.

Czas przejazdów wypełniony był modlitwą. Liturgia Godzin, różaniec, koronka do Miłosierdzia, litania, pieśni Maryjne i czytanie Notatek Matki oraz fragmentów z książki Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”, której natchnione słowa tak bliskie były Matce już od dzieciństwa, towarzyszyły nam nieustannie. We wspólnych modlitwach każdy z nas niósł swoje osobiste intencje, ale przede wszystkim ogarnialiśmy modlitwą wszystkich ludzi z tej części Europy, którzy wielokrotnie dotknięci byli niewyobrażalnymi, straszliwymi doświadczeniami. Z historią nie można walczyć, trzeba próbować w miarę obiektywnie, w całej złożoności ją poznawać, a prawdziwie ważne dla przyszłości jest świadome budowanie teraźniejszości. Myślę, że nasza grupa – prawdziwe triuno: osoby niewidome, siostry i księża oraz świeccy – miała swój maleńki udział w budowaniu przyjaznych kontaktów. Przygodne spotkania ze zwykłymi ludźmi najlepiej o tym świadczyły.

Plan pielgrzymki przewidywał:

9 maja – Lwów. Na początku XIII wieku, książę halicki Danyło, poszukując miejsca do założenia warowni, trafił na miejsce dziś zwane Wysokim Zamkiem i w zbudowanym tam grodzie osadził swego syna, księcia Lwa. Od jego imienia wywodzi się nazwa miasta, które w średniowieczu uchodziło za jeden z najzamożniejszych grodów Europy i zyskało miano Rzymu i Wenecji Północy. Do dziś można podziwiać ślady dawnego piękna i świetności.

Po Mszy św. w katedrze łacińskiej spacer po mieście, nawiedzenie odnowionych kościołów: greckokatolickiego, ormiańskiego, pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem Mickiewicza i przejazd na Cmentarz Łyczakowski.

Tam najbardziej widać, jak złożone kulturowo było to miasto. W doskonałej zgodzie w ziemi łyczakowskiej spoczywają Ormianie, Czesi, Austriacy, Rosjanie, Niemcy i Polacy: Grottger, Konopnicka, Zapolska, Dybowski, Goszczyński, Szajnocha, Banach, to tylko niektórzy z tworzących klimat i kulturę tego niezwykłego miasta.

Częścią Łyczakowa jest Cmentarz Orląt. MORTUI SUNT UT LIBERI VIVAMUS – Umarli, abyśmy żyli wolni – to napis na ocalałym Łuku Chwały. 

Miejsce spoczynku obrońców Lwowa, urządzane w latach 1921 – 1938, bestialsko zniszczone z polecenia władz sowieckich w roku 1971, obecnie, po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, wciąż odbudowywane. Przy symbolicznej płycie, pośród dwóch tysięcy trzystu osiemnastu krzyży, w pochyleniu i głębokiej zadumie nad losem Dzieci Lwowa zaśpiewaliśmy Bogurodzicę z błagalnym Kyrie elejson, o zmiłowanie dla nich i dla nas.

10 maja – Krzemieniec – miasto, które kojarzymy z postaciami Juliusza Słowackiego, urodzonego tam 4 września 1809 roku, jego matki Salomei pochodzącej z rodziny polskich Ormian, znanej w literaturze dzięki lirycznym listom syna i – co interesowało nas najbardziej przy szukaniu śladów Matki – Tadeusza Czackiego, pradziadka Róży, urodzonego 28 sierpnia 1765 r. w Porycku (zm. 1813), działacza oświatowego, pedagoga, historyka, członka Komisji Edukacji Narodowej, współtwórcy Konstytucji 3-Maja, współzałożyciela Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie, głównego organizatora Liceum Krzemienieckiego zwanego Atenami Wołyńskimi.

Trudno odnaleźć w bardzo zniszczonym i zaniedbanym mieście ślady świetności, ale trzeba mieć nadzieję, że piękne architektonicznie budynki słynnego Liceum będą wyremontowane i odnowione.  

Odwiedzenie po drodze malowniczo położonego na wzgórzu wspólnego dla grekokatolikow, prawosławnych, a także katolików, miejsca kultu Maryjnego w Poczajowie było pierwszym zetknięciem z tak dużym kompleksem przepięknych obiektow sakralnych. Dzieje klasztoru sięgają XIIIw. Fundatorem szeregu budowli był starosta kaniowski, Mikołaj Potocki. Po 1833 r. oddano klasztor duchownym prawosławnym. W czasach sowieckich klasztor służył za szpital. Obecnie, po Ławrze Peczerskiej, jest drugim takim miejscem pod względem znaczenia. Cudowna ikona znajduje się w okazałej cerkwi Zaśnięcia Matki Boskiej, (koronowana w 1779r.) Oprócz tego są tam: cerkiew i sobór św. Trójcy, dzwonnica, drewniana cerkiew z XVIIw.

Wieczorem tego samego dnia dotarliśmy na nocleg w okolice Żytomierza.

11 majaŻytomierz. Oszczędne w słowa oświadczenie Matki: „W roku 1915 wyjechałam na kilka tygodni na Wołyń do mojej rodziny i tam zostałam odcięta od Warszawy przez działania wojenne. Nie chcąc być pozbawioną możności bywania w kościele, nie pojechałam z bratem na Podole, lecz zatrzymałam się w Żytomierzu, gdzie spędziłam trzy lata, przygotowując się do życia zakonnego. Pod kierunkiem p. księdza profesora Krawieckiego odbyłam nowicjat, który zaczęłam 19 listopada 1916r., 19 marca 1917r. złożyłam pierwsze śluby, w 1917r. z myślą o przyszłym zgromadzeniu przywdziałam za pozwoleniem łucko-żytomierskiego biskupa habit III Zakonu Świętego Franciszka.”

19 listopada 1917r. w żytomierskim pałacu biskupim była Msza św. a potem w domu, przed ołtarzykiem św. Franciszka, odbyło się poświęcenie habitu i obłóczyny. Róża przybrała imię zakonne siostry Elżbiety.

Ze wzruszeniem, rano 11 maja, uczestniczyliśmy we Mszy św. w kościele seminaryjnym tak często nawiedzanym przez hrabiankę Różę podczas owych trzech lat, gdy dojrzewała decyzja o powołaniu nowej rodziny zakonnej.

Z nie mniejszym wzruszeniem odwiedziliśmy w Żytomierzu nasze siostry. W niewielkiej wspólnocie s.Miriam, s.Fabiana i s.Bożena, prowadzą, można powiedzieć, pracę od podstaw. Uczą w miejscowej szkole dla słabo widzących, a w sobotę i w niedzielę udostępniają swój domek dzieciom z najbliższego środowiska. Organizują im zajęcia z gospodarstwa domowego, nakarmią, w niedzielę pójdą razem na Mszę św. W tamtych realiach to bardzo dużo, a najważniejsze w tej chwili jest po prostu świadectwo obecności. O Matce ktoś napisał „Widok zakonnicy na ulicach Żytomierza intrygował przechodniów”. Coś z tego ma miejsce i teraz. Siostry utrzymują też kontakt z dorosłymi niewidomymi. Znani nam z duszpasterskich obozów państwo Maszewscy prowadzą w Żytomierzu wielogłosowy zespół, który sprawił nam miłą niespodziankę. Ubrani w ludowe, kolorowe stroje urządzili koncert pieśni i piosenek ukraińskich, nie zabrakło też polskich. To dla ducha. A dla pokrzepienia sił na dalszą drogę zjedliśmy 300 przepysznych ruskich pierogów na tę okazję przygotowanych przez panie z zespołu. W atmosferze prawdziwego wzruszenia i ogromnej radości długo jeszcze moglibyśmy być razem, ale trzeba było się rozstać, bo, jak to na pielgrzymce, jeszcze długa droga przed nami.

Z końcem 1917r. rewolucja bolszewicka dotarła na Ukrainę. Bandy ukraińskie walczyły z oddziałami Armii Czerwonej, stawało się coraz bardziej niebezpiecznie, ginęli ludzie. W ostatnich dniach maja 1918r. Komitet Repatriacyjny zorganizował transport przede wszystkim dla sierot - dzieci zagubionych w czasie wojny - z ochronek Polskiego Komitetu Obywatelskiego, którymi zajmowała się Maria Weyssenhoffowa, kuzynka s.Elżbiety. Siostra włączyła się w pracę, lecząc dzieci, które chorowały na zakaźną chorobę oczu – jaglicę, czyli trachomę. Za namową ojca Krawieckiego siostra Elżbieta podjęła decyzję o powrocie do Warszawy tym właśnie transportem, który wyruszał z Berdyczowa. Matka wspomina: „…rano wyjechałyśmy z Żytomierza do Berdyczowa. Zatrzymaliśmy się w klasztorze karmelitańskim, gdzie nas bardzo ugoszczono. Byliśmy na majowym nabożeństwie przed cudownym obrazem Matki Boskiej.”

Podążyliśmy i my tym śladem. Już z daleka widnieje to największe w XIXw. Sanktuarium Maryjne. W górnym kościele trwają obecnie intensywne prace budowlane, a cudowny obraz Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem przeniesiony został do kościoła dolnego, starszego, bo zbudowanego w 1643. Do cudownego obrazu, tak jak do Częstochowy, znów pielgrzymują ludzie z odległych nawet miejscowości.

12 maja – Dzień w Kijowie. Peczerska Ławra zwana Małą Jerozolimą, to duchowa kolebka Rusi. Na 27 ha otoczonych murami znajduje się ponad 80 budynków. Początki klasztoru związane są ze św. Antoniuszem, który przywędrował ok. roku 1050 z góry Atos i jako pustelnik zamieszkał w pieczarze. Zgromadził potem 12 uczniów, w tym św. Teodozego, który założył monastyr. Główną świątynią Ławry jest sobór Zaśnięcia Matki Boskiej - Uspenskyj sobor. Uwagę zwraca też nadbramna cerkiew Świętej Trójcy, Wielka Dzwonnica i barokowa cerkiew św. Mikołaja. Zachowały się trzy podziemne cerkwie, a dla pielgrzymów udostępniono część podziemnych korytarzy, gdzie w szklanych sarkofagach umieszczono relikwie pustelników. Z zapalonymi świecami w ciszy przeszliśmy tymi korytarzami, gdzie przed wiekami z dala od świata mieszkali mnisi, a teraz przy kryptach można spotkać ledwo widoczne w mroku postacie zatopione w modlitwie.

Następnie, niezwykle serdecznie przyjęci przez ojca Teodozjusza – imiennika pustelnika sprzed wieków - który przed przyjazdem do Kijowa pracował przy ul. Miodowej w Warszawie, w nowo zbudowanym kościele Bazylianów wysłuchaliśmy bardzo ciekawej opowieści o początkach odradzania się Kościoła po dziesiątkach lat zaplanowanej i z całą bezwzględnością przeprowadzanej laicyzacji społeczeństwa, o znaczeniu krótkiej wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II, na wspomnienie której jeszcze dziś o. Teodozjusz nawet nie próbował ukrywać łez. Podczas spaceru po mieście mogliśmy wejść na dziedziniec monastyru Sofii Kijowskiej z przepięknym Soborem Sofijskim z XIw. stanowiącego wzorzec dla architektury cerkiewnej Rusi. Po krótkiej naradzie do wnętrza nie weszliśmy z prostego powodu: bilety były bardzo drogie i, jak niektórzy żartowali, PZN-ki nie zadziałały. Po przeciwnej stronie placu stoi Monastyr o Złotych Kopułach pod wezwaniem Michała Archanioła, patrona imperium bizantyjskiego. Budowla, której powstanie datuje się na 1108r. została przez władze sowieckie doszczętnie zniszczona razem z bezcennymi ikonami i dziełami sztuki gromadzonymi przez wieki. Odbudowę monastyru rozpoczęto w latach 90. XXw. Można już podziwiać pozłacane kopuły, niezwykle piękny ikonostas, wystrój, dzieło współczesnych artystów ukraińskich i rosyjskich. Na jednym ze wzgórz, widoczna z daleka, zachwyca swym pięknem barokowa cerkiew św. Andrzeja z XVIIIw. Gdy weszliśmy do wnętrza, akurat odbywała się ceremonia ślubna.

W programie spaceru Nie mogło zabraknąć znanego z najnowszej historii Majdanu, czyli miejsca, gdzie rozgrywała się pomarańczowa rewolucja – trudne początki demokracji.

13 maja – Niedziela. Na pielgrzymim szlaku znalazła się oczekiwana przez wszystkich Biała Cerkiew. Wróćmy na chwilę do historii, do samego jej początku.

Ojciec Róży – Feliks Czacki – wnuk Tadeusza, ukończył Instytut Szlachecki w Warszawie, studiował w Kijowie, po czym zarządzał rodzinnym Poryckiem, niedaleko Włodzimierza Wołyńskiego. Czaccy w XVIII wieku mieli tam bardzo duży majątek: ziemię uprawną, hodowlę koni arabskich, drukarnię, bogaty księgozbiór. Później posiadłość była wielokrotnie konfiskowana, grabiona i dewastowana. Feliks, jako zdolny organizator i świetny rolnik, doprowadził majątek do dawnego stanu. Potem zarządzał majątkami swojej żony Zofii z Ledóchowskich. W 1863r., za pomoc udzielaną powstańcom, został osadzony w więzieniu w Łucku. Stosunkowo szybko wyszedł na wolność wykupiony przez swego krewnego, Władysława Branickiego, właściciela Białej Cerkwi, który zawarł z nim umowę, że przez 10 lat (1872-1882) przejmie administrację w ogromnych dobrach Branickich na Ukrainie. Tam właśnie, 22 października 1876r. jako szóste dziecko Feliksa i Zofii, przyszła na świat Róża. 

 W dworku Branickich, miejscu jej urodzenia, od osiemdziesięciu lat ma swoją siedzibę Szkoła Muzyczna. Dyrektor, pan Anatolij Włodymyrowicz Palamarczuk, nauczyciele i uczniowie po niezwykle serdecznym przywitaniu obdarzyli nas muzycznym prezentem, którym był występ trojga młodych artystów i walc Chopina na zakończenie. Nasz prezent to dwa portrety: na jednym widnieje młodziutka Róża stojąca przy fortepianie, na drugim Matka Czacka w habicie i zakonnym welonie. Dyrektor zapewnił, że dla obu zdjęć znajdzie godne miejsce i ufa, że Matka będzie opiekowała się jego uczniami.  

Wiadomo, że chrzest Róży odbył się 19 listopada, w dniu św. Elżbiety Węgierskiej, w miejscowym kościele rzymsko-katolickim pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela. Kolejnym naszym wielkim przeżyciem była niedzielna Msza św. sprawowana w tym właśnie miejscu.

Obecnie kościół zamieniony jest na salę koncertową i udostępniany wiernym jedynie na czas Mszy św. niedzielnej oraz raz lub dwa razy wieczorem w ciągu tygodnia. Z wież kościoła zdjęte są krzyże, ołtarz każdorazowo musi być demontowany.

Wspólnie z niewielką społecznością katolików z Białej Cerkwi, tak jak wszędzie, modliliśmy się za Kościół na Ukrainie, a ksiądz Andrzej zachęcał, by któraś z dziewcząt poszła w ślady dawnej parafianki i najlepiej zaraz z nami pojechała do Lasek.

14 maja Kamienic Podolski Po noclegu w dość spartańskich warunkach w Latyczowie, gdzie w kościele i klasztorze podominikańskim prowadzą swoją działalność ksiądz Adam Przywuski i siostry loretanki, poznaliśmy historię tego jednego z niewielu ośrodków katolickiego kultu Maryjnego, gdzie znajduje się kopia Matki Boskiej Latyczowskiej – Pani Wołynia i Podola. (Oryginał w obawie przed zniszczeniem wywieziony został do Lublina). Tego dnia wędrowaliśmy dalej na południe, aby znaleźć się w Kamieńcu Podolskim - historycznej stolicy Podola - znanym z sienkiewiczowskich opisów „przedmurzu chrześcijaństwa” i „stanicy stepowej”.

 Miasto ze słynną twierdzą, (w której zginął Wołodyjowski), otacza jar Smotrycza o stromych skalnych ścianach. Stare Miasto w całości uznane za Rezerwat Historyczno- Architektoniczny dzięki dobrze zachowanym murom miejskim, bramom i wieżom, kamieniczkom i wyraźnym podziałem na dzielnice: polską, ormiańską i ruską Dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy katolickiej katedrze świętych Piotra i Pawła z początku XVI w., która w czasach tureckich zamieniona była na meczet.

Pamiątką tamtego czasu jest mimbar – kazalnica muzułmańska i przyległy do katedry minaret. Obecnie na szczycie minaretu ustawiono figurę Matki Boskiej sprowadzoną z Gdańska. W ten sposób, niczego nie burząc, próbujemy szukać rozwiązań w tak bardzo złożonym dziedzictwie, jakie pozostawiła nam historia.

15 maja – Stanisławów. W przedostatnim dniu pielgrzymki spotkaliśmy kolejnego wspaniałego człowieka, pana Leonida Orła – chirurga ze Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankowska), który z zamiłowaniem i pasją zajmuje się oprowadzaniem wycieczek, opowiadając o losach miasta. Zwiedziliśmy najważniejsze zabytki, jakimi są: dawna kolegiata, gdzie według sienkiewiczowskiego opisu odbył się pogrzeb Wołodyjowskiego, (obecnie Muzeum Sztuki).

Następnie zwiedziliśmy przepiękny barokowy kościół jezuitów przemieniony na greckokatolicką katedrę, obok której w dawnym gmachu klasztoru ma swoją siedzibę uczelnia medyczna, i rynek z ratuszem.

Na skwerze miejskim, w miejscu, gdzie znajdował się cmentarz polski planowo i doszczętnie zniszczony, zapaliliśmy znicz, jako znak pamięci, modląc się za wszystkich, po których żaden ślad nie pozostał.

Ostatnie miejsce, w którym przeżyliśmy chwile wzruszenia, to Jazłowiec, gdzie od 1863r. siostry niepokalanki prowadziły szkołę. W biografii Matki Czackiej odnajdujemy wzmiankę, że w Zakładzie Sióstr Niepokalanek uczyła się starsza o osiem lat od Róży jej siostra Pelagia. W 1946r. siostry musiały opuścić klasztor, wróciły po 60-ciu latach. Obecnie odremontowana jest kaplica, kilka pomieszczeń klasztoru i grobowiec, gdzie spoczywa Założycielka – błogosławiona Matka Marcelina Darowska. Do Pani Jazłowieckiej, kiedyś tak bardzo znanej na Kresach, znów mogą przybywać pielgrzymi.

16 maja był dniem powrotu i podziękowań. Rano po Mszy św. w kaplicy Lwowskiego Seminarium wyruszyliśmy w kierunku Warszawy. Dobiegała końca niezwykle ciekawa, ważna dla naszego środowiska, a zarazem trudna pielgrzymka. Trudna dlatego, że stąpaliśmy po ziemi, gdzie nie ma skrawka ziemi, który nie byłby niemym świadkiem niewyobrażalnie tragicznych zdarzeń. Skutki barbarzyńskiej polityki prowadzącej do brutalnego wyniszczenia ludzi z racji ich narodowości, dopuszczona, usankcjonowana dewastacja bezcennych dzieł sztuki, zabytkowych budowli i cmentarzy do dziś są widoczne. Zaplanowana przez Stalina w latach 30-tych klęska głodu pochłonęła miliony bezbronnych ofiar. Wojny, okupacja niemiecka i sowiecka, nacjonaliści ukraińscy nieśli zagładę setkom tysięcy okrutnie pomordowanych dzieci, kobiet, mężczyzn. Całe wioski w ciągu jednej nocy znikały z powierzchni ziemi. Po zgliszczach i popiołach nie ma śladu. Pozostały wyludnione do dziś tereny i zachwycająca o tej porze roku bujna ukraińska zieleń. Kilka pokoleń wyrosło w cieniu kościołów, jeśli nie zrujnowanych, to zamienionych na magazyny, muzea, archiwa, hale produkcyjne. A życie toczy się dalej.

Przedstawiłam, z konieczności w ogromnym skrócie to, czego doświadczyliśmy. Na zakończenie pragnę podziękować wszystkim, dzięki którym mogliśmy tyle zobaczyć i dzień po dniu budować wspólnotę życzliwych sobie ludzi;

  • pielgrzymom za umiejętność radosnego dzielenia się tym, co kto potrafi: starannym przygotowaniem oprawy liturgicznej, przepięknym śpiewem, żartem, gawędami, uśmiechem i pogodą ducha, gdy trzeba było znosić pewne niewygody,

  • naszym cichym Aniołom Stróżom, które przez cały czas pielgrzymki skutecznie działały poprzez s.Emanuelę, s.Agnes, s.Roncallę i s.Jeremię. Dzięki nim „szeregowy pielgrzym” o nic nie musiał się martwić, miał co jeść i gdzie spać, a nawet mógł sobie zmierzyć ciśnienie,

  • uśmiechniętej s.Marii z Charkowa, która w każdej sprawie wymagającej tłumaczenia komuś czegoś po ukraińsku była po prostu niezastąpiona,

  • za codzienny dar Mszy Świętej naszym kapłanom: ks.Janowi Szubce, o.Eugeniuszowi Pokrywce i ks.Andrzejowi Gałce, który przez wiele miesięcy nad całością spraw od początku do końca czuwał, a samą pielgrzymkę z troską poprowadził.

[Powrót do spisu treści] 

 

 

Marta Kwiatkowska

 

Autyzm wczesnodziecięcy

 

Autyzm jest całościowym zaburzeniem rozwojowym, którego objawy, jeżeli mamy do czynienia rzeczywiście z autyzmem, muszą wystąpić do 36 miesiąca życia. Jest to choroba natury biologicznej. Dziecko na świat przychodzi z autyzmem. Objawy mogą wystąpić w różnym czasie w ciągu pierwszych trzech lat życia dziecka.

Autyzm może być wczesny i późny.

 

Autyzm wczesny (0-1 r.ż)

 

-         dziecko nie szuka kontaktu wzrokowego,

-         nie koncentruje wzroku na rodzicu,

-         dzieci nie wyciągają rączek

-         bronią się aktywnie przed braniem na ręce,

-         nie przywołują głosem dorosłych

-         dziecko nie reaguje na głos matki,

-         Zaburzony jest rozwój mowy

-         dziecko często krzyczy lub wcale nie płacze,

-         nie występuje gaworzenie ani głużenie,

-         nie przechodzi przez poszczególne fazy mówienia,

-         nie informują o swoich potrzebach

 

Są dzieci, które całymi godzinami płaczą, albo takie, których „nie ma”.

 

Autyzm późny (objawy pojawiają się po 1 r.ż.)

 

Dziecko zaczyna wycofywać się z kontaktów społecznych, z mowy - przestaje w ogóle używać słów lub nie używa ich w celu komunikowania się, mowa nabiera cech autystycznych (echolalie , mówienie w 3 osobie)

 

Diagnoza autyzmu:

Do zdiagnozowania dziecka potrzebny jest wywiad z rodzicami: uzyskanie informacji, jak dziecko funkcjonowało, nie wystarczy sama obserwacja. Wywiad dotyczy w szczególności pierwszych 3 lat życia dziecka ale także jego aktualnego funkcjonowania. Interesuje nas m. in. kontakt wzrokowy, umiejętności naśladowania, rozumienie mowy i umiejętność wykonywania poleceń, sposób w jaki dziecko informuje o swoich potrzebach.

Dzieci autystyczne mają nieharmonijny rozwój ruchowy: W niektórych obszarach funkcjonują lepiej (rozwój ruchowy, percepcja wzrokowa, ), zaś inne obszary są szczególnie deficytowe (naśladowanie,  zdolność  do wykonywania celowych, precyzyjnych ruchów dłońmi, rozumienie mowy, mowa czynna).

Korzystna jest praca metodą Affolter.

 

Etiologia i uwarunkowania genetyczne:

 

Trzy do czterech razy częściej na autyzm zapadają chłopcy.

Często jest współwystępowanie autyzmu u bliźniąt jednojajowych, 64% prawdopodobieństwa.

Częstsze jest występowanie autyzmu u osób spokrewnionych. U rodzeństwa wystąpienie autyzmu jest od 50 do 200 razy większe, niż w normalnej populacji.

Częstsze występowanie innych zaburzeń rozwojowych u krewnych np. zespół aspergera u 9% ojców.

Występowanie zaburzeń poznawczych w rodzinie, np. opóźniony rozwój mowy, upośledzenie umysłowe, trudności w uczeniu się u najbliższych krewnych częściej niż w normalnej populacji.

Autyzm występuje z wspólnie z innymi zaburzeniami o charakterze genetycznym, takimi jak: zespół kruchego chromosomu, stwardnienie guzowate, nieleczona fenyloketonuria.

Ryzyko w ciąży. Pierwsza i czwarta ciąża są najbardziej ryzykowne, krwawienia podczas ciąży, ciąża niedonoszona, przenoszona, zażywane leki, poród z pomocą narzędzi, uraz okołoporodowy.

Zaburzenia w funkcjonowaniu ośrodkowego układu nerwowego; zaniki tkanki mózgowej: obszary najczęściej uszkodzone to pień mózgu, płaty skroniowe, móżdżek. Istotne są uszkodzenia części skroniowo-potylicznej mózgu i niedojrzałość neuronów. Wszystko to kształtuje się do 30 tygodnia ciąży.

Współwystępuje padaczka, u 20 - 35%, jednak nie jest typowo skojarzona z autyzmem,

Występuje zaburzenia rytmu dobowego snu.

Zaburzony poziom serotoniny i  dopaminy.

Autyzm może mieć też podłoże metaboliczne.

 

KRYTERIA DIAGNOSTYCZNE AUTYZMU WCZESNODZIECIĘCEGO WG. DSM IV

 

1.    Jakościowe zaburzenia interakcji społecznych przejawiające się na przynajmniej dwa spośród następujących sposobów:

·       Znaczne zaburzenia złożonych, niewerbalnych zachowań, takich jak kontakt wzrokowy, ekspresja twarzy, postawa ciała i gestykulacja w celu regulowania interakcji społecznych

·       Brak związków rówieśniczych właściwych dla danego poziomu rozwoju.

·       Brak spontanicznego współdzielenia radości, zainteresowań lub osiągnięć z innymi ludźmi, np.: brak pokazywania, przynoszenia, wskazywania obiektów zainteresowania.

Brak społecznej lub emocjonalnej wzajemności (wymiany)

2.    Jakościowe zaburzenia w komunikacji, manifestujące się przez przynajmniej jeden z następujących objawów:

·       Opóźnienie lub brak rozwoju językowego połączone z brakiem prób kompensowania przez alternatywne sposoby komunikacji, takie jak gestykulacja czy mimika

·       U jednostek z prawidłowym rozwojem mowy znaczne zaburzenia zdolności inicjowania lub podtrzymywania konwersacji

·       Stereotypie i powtarzanie lub język idiosynkratyczny

·       Brak zróżnicowanej, spontanicznej zabawy z udawaniem lub zabawy opartej na społecznym naśladowaniu, właściwej dla danego poziomu rozwoju

3.    Ograniczone, powtarzane i stereotypowe wzorce zachowania, zainteresowań i działania, manifestujące się przez przynajmniej 1 z następujących objawów:

·       Zaabsorbowanie jednym lub kilkoma stereotypowymi i ograniczonymi wzorcami zainteresowań, których intensywność lub przedmiot są nietypowe

·       Sztywne przywiązanie do specyficznych, niefunkcjonalnych zwyczajów lub rytuałów

·       Stereotypowe i powtarzane manieryzmy ruchowe (np.: trzepotanie palcami, rękoma, kręcenie się lub złożone ruchy całego ciała)

·       Uporczywe zajmowanie się częściami obiektów

·        

Łącznie wystąpić musi sześć lub więcej objawów z obszarów 1, 2, 3, w tym co najmniej dwa z pierwszego i po jednym z drugiego i trzeciego. Przed ukończeniem 3 r.ż. musi nastąpić opóźnienie lub nieprawidłowe funkcjonowanie w przynajmniej 1 z następujących obszarów: interakcje społeczne, język wykorzystywany w społecznej komunikacji i zabawa symboliczna lub wyobrażeniowa

 

Żeby mógł zaistnieć autyzm, muszą wystąpić objawy W KAŻDEJ Z TRZECH POWYŻSZYCH GRUP

 

Więcej o kontaktach społecznych:

-         dzieci autystyczne mają zaburzony wszelkiego rodzaju kontakt, społeczny przede wszystkim: nie wchodzą w relacje społeczne, albo wchodzą w nie w sposób specyficzny.

-         dzieci wchodzą w relacje społeczne na trzy sposoby, sposób jest uzależniony od poziomu  inteligencji:

 

I grupa – PEŁNI REZERWY – unikają kontaktu społecznego i aktywnie  się przed nim bronią. Czasem inicjują chwilowy kontakt fizyczny. Dziecko nie pozwala wyciągnąć się na kontakty społeczne, robi wrażenie, że nie jest zainteresowana innymi ludźmi. Są to dzieci najbardziej upośledzone i autystyczne.

Autyzm jest to takie zaburzenie, które w 70% skojarzone jest z różnego rodzaju upośledzeniami, od lekkiego do głębokiego stopnia. Tylko 20-30% są to dzieci w normie, lub powyżej normy intelektualnej.

 

II grupa – BIERNE W KONTAKTACH – dzieci o mniejszym stopniu upośledzenia, które uczą się w różnego rodzaju placówkach oświatowych: w szkołach i przedszkolach integracyjnych, w ośrodkach specjalnych. Dzieci świadome są innych osób – najczęściej biegają, przyglądają się, obserwują, cieszą się z obecności innych osób i rówieśników – natomiast w żaden sposób nie są w stanie uczestniczyć w ich aktywności. Na przykład nie są w stanie podejść i włączyć się w proponowaną przez inne dzieci aktywność.

Nie potrafią inicjować kontaktów: podejść do drugiej osoby i zaproponować wspólną zabawę.

Dzieci te w większości nie mówią, w związku z tym nie nawiążą rozmowy. Pozbawione są wszelkich narzędzi, które pozwoliłyby wchodzić w kontakty, tradycyjne w naszym rozumieniu. Tę grupę dzieci pasywnych czy też biernie akceptujących kontakty społeczne można wyciągnąć z ich świata i zaprosić do wspólnej aktywności. 

 

III grupa- AKTYWNNI W KONTAKTACH SPOŁECZNYCH, ALE SPECYFICZNI – to osoby sprawne intelektualnie, lub powyżej normy, między innymi osoby z zespołem Aspergera.  Dzieci te potrzebują kontaktów społecznych. Są świadome innych ludzi, natomiast w kontakty wchodzą w sposób dziwaczny i ekscentryczny. Kontakt zdominowany jest przez osobę autystyczną.

Dzieci autystyczne z tej grupy wchodzą w kontakt społeczny wtedy, kiedy chcą, jak chcą, bez respektowania woli czy chęci drugiej osoby. Druga osoba traktowana jest przedmiotowo. Przykładowo: dzieci z zespołem Aspergera mają dużą aktywność poznawczą. Druga osoba służy autystykowi jako źródło informacji. Inny rodzaj kontaktów może polegać na tym, że dana osoba podchodzi i pyta o datę urodzenia lub chwali kogoś za wygląd włosów. Dziecko często zadaje pytanie, odwraca się i odchodzi, nie czekając na odpowiedź.

Takie dzieci powinno się uczyć, jak ma wyglądać kontakt społeczny, że powinien polegać na wymianie, na przykład emocji, myśli słów, dialogów. Jest to długotrwała praca, która polega na uczeniu, że mówi się: „jak zadajesz pytanie, to musisz czekać na odpowiedź”. Jak otrzymasz odpowiedź, to możesz zadać kolejne pytanie. Uczy się dzieci, w jaki sposób nawiązać kontakt z drugą osobą, uczy się całych dialogów na temat np. rodzeństwa, pytając o imiona, do której klasy chodzą, itp. Trzeba je nauczyć wymiany i dialogu.

 

O dzieciach autystycznych mówi się, że nie są empatyczne, związane jest to z trudnością  w odczytywaniu uczuć innych osób. Dziecko autystyczne nie czyta komunikatów pozawerbalnych, nie rozumie więc co komunikuje mimika, gest czy postawa ciała drugiej osoby. Same również nie wykorzystują środków pozawerbalnych do komunikowania się z innymi ludźmi. Są amimiczne, ich twarz rzadko wyraża emocje, lub jej wyraz jest nieadekwatny do tego co przeżywa dziecko.

 

Dzieci autystyczne unikają kontaktu wzrokowego. Dobry kontakt wzrokowy jest jedynie wtedy, gdy czegoś chcą.

Obserwuje się brak związków rówieśniczych. Dziecko nie szuka wzmocnień społecznych. Społeczne nagrody nie są gratyfikacją. Zanim wytworzy się właściwa motywacja  istnieje potrzeba częstych wzmocnień rzeczowych np.: rodzynki, ciastka, sok itd.

U dzieci autystycznych brak jest spontanicznego współdzielenia radości i zainteresowań osiągnięciami innych ludzi. Brak jest wskazywania obiektów zainteresowania. Dzieci nie są zainteresowane otoczeniem. Zdrowe dzieci, szczególnie około trzeciego roku życia, cały czas pytają, coś pokazują. Dzieci autystyczne nie pytają, nie chwalą się wytworami swojej pracy.

 

Komunikacja:

Dzieci autystyczne w większości nie mówią. Niektóre dopiero po piątym roku życia zaczynają wypowiadać pierwsze sylaby, pierwsze wyrazy.

Są też dzieci, które fantastycznie mówią na poziomie artykulacyjnym Mowa ta jednak nie służy komunikacji, To jest dopiero przedmiotem terapii.

W mowie dz .autystycznego częste są echolalie (bezpośrednie i odroczone) Mowa jest agramatyczna, zaburzony jest rytm, intonacja, melodyka. Występuje mówienie o sobie w 2 lub 3 osobie.

 

Stereotypie: Dziecko w sposób nagminny, niezmienny i kompulsywny powtarza pewne czynności, wyrazy, zdania. Stereotypie najlepiej są widoczne w zabawie, która przebiega według określonego schematu, pozbawiona jest wyobraźni, udawania i społecznego naśladowania. Dziecko nie pozwala ingerować w swoją aktywność, nie występuje wspólna uwaga z terapeutą, nie uczą się poprzez naśladowanie.

U dzieci tych występuje potrzeba niezmienności otoczenia, dążenie do sztywnego kontrolowania sytuacji i wymuszania swojej woli. Zachowaniami tymi dziecko próbuje poradzić sobie z lękiem  i brakiem zrozumienia otaczającego go świata.

Dla tych dzieci improwizacja jest na początku terapii niewskazana. Praca powinna opierać się na kolejno wyznaczonych stałych punktach. Im więcej takich stałości, tym lepiej, gdyż każda zmiana jest dla dziecka frustrująca. Jeśli stosujemy terapię, dobrym rozwiązaniem jest system piktogramów bądź albumy aktywności.

W ośrodku dzieci mają swoje albumy, dzięki którym wiedzą, co kolejno w danej porze dnia robić.

Stereotypowo powtarzalne manieryzmy ruchowe są to wszelkiego rodzaju zaburzenia w odbieraniu bodźców zmysłowych, takie jak: wirowanie, kręcenie, podskakiwanie, machanie rączkami, stawanie na głowie, kołysanie. Zachowania te wynikają z zaburzeń w odbiorze i integracji bodźców sensorycznych. Zaburzenia te mogą przejawiać się w postaci nadwrażliwości, niedowrażliwości lub białego szumu.Za pomocą manieryzmów ruchowych dzieci próbują poradzić sobie  z tą trudnością

 

1- nadwrażliwość dzieci, które są wycofane: nadwrażliwość słuchowa, wzrokowa, czuciowa węchowa i smakowa. Są to dzieci, które fascynują rzeczy małe, drobne. Dzieci te nie chcą wykonywać poleceń, nie lubią zmian temperatur. Wszelkiego rodzaju zabiegi medyczne muszą się dokonywać w znieczuleniu.

2 - niedowrażliwość występuje często u dzieci z ADHD. Dzieci autystyczne same próbują dostarczyć sobie bodźce. Np. dzieci niedowrażliwe słuchowo krzyczą, trzaskają drzwiami, niedowrażliwe wzrokowo lubią machać przedmiotami, wirować, dzieci niedowrażliwe czuciowo często się biją, stosują zachowania autoagresji. Dzieci fascynują się wszystkim, co się przemieszcza i porusza.

3 - biały szum – to, co dociera do mózgu to jest wyprodukowane przez własną jakość, gdyż podczas docierania drogi zostały na jakimś etapie zaburzone. Np. w objawach wzrokowych dziecko cały czas widzi, słuchowe dziecko cały czas coś słyszy.

Dzieci manipulują swoje oczy, ruszają gałkami ocznymi, trzymają palce w oczach, dzieci unikają kontaktu wzrokowego.

Specyficznym zachowaniem jest chodzenie dzieci i drapanie. Występuje gęsia skórka i blada twarz.

 

Zaburzenia zmysłu wzroku, dotyku i słuchu – objawy i terapia - TABLICE

 

Zespół Aspergera: Zaburzenie z kręgu autyzmu. Jednak deficyty dotyczące sfery kontaktów społecznych, rozwoju emocjonalnego i komunikacji są znacznie mniejsze, czasem niezauważalne na tyle ,że dziecko kończy szkołę postrzegane jako dziwne, specyficzne, ale bez diagnozy. Od dzieci autystycznych różni je prawidłowy rozwój mowy i dobra lub wyższa od przeciętnej inteligencja. Dzieci z Zespołem Aspergera szybko opanowują umiejętności szkolne, często fiksują się na problemach intelektualnych np.: zgłębiają wiedzę z fizyki, chemii, informatyki itp. Fiksacje te podobnie jak nadpobudliwe zachowania utrudniają im aklimatyzację w szkole. Podobnie jak w autyźmie utrzymują się kłopoty w nawiązywaniu relacji  społecznych a także nawiązywanie opartej na wymianie komunikacji.

Terapia

Holding – metoda wymuszonego kontaktu.

Może być stosowana jako terapia wspomagająca.

Polega ona na wymuszaniu kontaktu fizycznego z dzieckiem poprzez przytulanie go w określony sposób. Zadaniem terapii jest przepracowanie trudnych emocji u dziecka, przywrócenie satysfakcjonującego kontaktu z matką a także ustalenie na nowo relacji-matka :silna decydująca, dająca dziecko oparcie i poczucie bezpieczeństwa a dziecko: mogące oprzeć się na matce, zaufać jej i oddać jej decyzyjność. Terapia u dzieci autystycznych  polega głównie na pracy edukacyjnej.

 

Pięć podstawowych zasad terapii to:

Motywacja: - Należy ustalić u dziecka system motywacyjny: muszą to być nagrody, na początku nagrody jedzeniowe. Np. rodzynki, chrupki, coś, co lubi.

Przy kolejnych pozytywnych reakcjach nagrody rozrzedzamy: dziecko nagradzane jest co trzeci raz, a w między czasie nagradzamy nagrodami społecznymi, wyrażeniem aprobaty.

Stosowanie podpowiedzi manualnych:  - Na początku dzieci pracują ze wspomaganiem. Na przykład, siedząc na krześle naprzeciwko dziecka, mówimy: zrób tak, pokazując, jak. Jest to naśladowanie prostych poleceń. Ze wspomagania należy się szybko wycofywać w momencie, gdy widzimy, że dziecko daną rzecz już potrafi. Nagradzamy coraz bardziej samodzielne zachowania.

Organizacja przestrzeni i sposoby wydawania poleceń: - Wydajemy dziecku dwa razy polecenie, za trzecim razem, jeśli nie wykonuje go samodzielnie, pomagamy. Na początku siedzimy bardzo blisko dziecka, następnie stopniowo oddalamy się. Wzmacniamy dobrze wykonane polecenia nagrodami.

Zasada małych kroków: - Każda czynność rozebrana jest na części pierwsze, wszystkie czynności są rozpisane w formie punktów lub instrukcji.

Generalizowanie i utrzymywanie efektów terapii: – Dziecko musi generalizować miejsca i osoby, potrafi zachować się w nauczony sposób wobec innej osoby i w innym miejscu.

 

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

Krystyna Konieczna

 

Rola doradcy zawodowego w rehabilitacji osób nowo ociemniałych

( z doświadczeń Działu ds. Absolwentów  Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach)

(Referat wygłoszony na IV Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej:  „Doradztwo Zawodowe dla młodzieży dziś i jutro”, zorganizowanej przez  Katedrę Psychologii Zarządzania i Doradztwa Zawodowego Społecznej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania  w Łodzi w dniach 28-29 czerwca 2007 r.)

 

 

I. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, założone przez niewidomą Różę Czacką, zostało zarejestrowane oficjalnie w 1911 roku, faktycznie działało już - choć w bardzo skromnym zakresie - od 1910 roku. Postawiło sobie za cel uświadomienie polskiemu społeczeństwu oraz samym niewidomym, że niewidzący mogą być pełnowartościowymi ludźmi: poprzez wykształcenie ogólne i fachowe, mogą osiągnąć niezależność materialną i stać się dobrymi pracownikami, a przy usilnej pracy mogą dorównać widzącym w dziedzinie gospodarczej, społecznej  i kulturalnej. Mimo ograniczeń spowodowanych brakiem wzroku  mają bowiem wielkie możliwości rozwoju duchowego i intelektualnego oraz zdobycia i wykonywania zawodu. Róża Czacka, która w 1918 r. powołała jeszcze Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, napisała: „Dlatego, że uznajemy pełnię jego człowieczeństwa, włączamy sprawę niewidomych w całokształt spraw ludzkich, nie pozwalamy na izolowanie niewidomych jako ludzi innego gatunku. Uznając ich odrębność oraz rozumiejąc w pełni ich cierpienia  i trudności, chcemy wychować ich na ludzi pracujących i odpowiedzialnych. Poprzez wykształcenie ogólne i zawodowe niewidomy powinien się włączyć w pracę i dorobek ludzki, i stać się pożytecznym  członkiem społeczeństwa, co podnosi jego godność człowieka”.

Potrzebna jest jednak niewidomemu pomoc w formie zorganizowanej opieki osób widzących. Dlatego Towarzystwo utworzyło Patronaty, które miały wspierać niewidomych i ich rodziny. Członkowie Towarzystwa odwiedzali niewidomych w ich domach; opiekowali się starymi i chorymi; wspierali materialnie rodziny niewidomych, zdolnym do pracy dopomagali w rehabilitacji; pouczali matki, jak wychowywać niewidome dzieci, aby  przygotować je do samodzielnego życia. Starali się rozbudzić energię życiową, zaradność i przekonanie, że niewidomy może być czynny i użyteczny. Patronat warszawski w pierwszym roku działalności miał pod swoją opieką 55 rodzin, w kolejnym – 1912 r.- liczba ta podwoiła się. W 1914 roku Towarzystwo udzieliło niewidomemu muzykowi pożyczki w sumie 150 rubli na wydanie drukiem jego utworów. W tym samym roku 112 osób niewidomych otrzymywało co miesiąc skromne, lecz stałe, zasiłki pieniężne. W 1922 roku Towarzystwo rozpoczęło swoją działalność w  Laskach.

Obecnie Towarzystwo prowadzi Ośrodek Szkolno – Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych w Laskach, Przedszkole wraz z Działem Wczesnego Wspomagania Rozwoju Dziecka Niewidomego, Szkołę Podstawową i Szkołę Podstawową Specjalną (filia w Rabce), Gimnazjum, Gimnazjum Specjalne, Zasadniczą Szkołę Zawodową i Zasadniczą Specjalną Szkołę Zawodową, Technikum Masażu, Technikum dla Niewidomych, Liceum Ogólnokształcące, Szkołę Muzyczną I i II stopnia oraz Dom Małego Dziecka Niewidomego w Warszawie. Od 1922 roku do chwili obecnej w Laskach wykształciło się blisko 3000 osób niewidomych. W Laskach mieści się też Dział ds. Absolwentów, który aktualnie realizuje projekt dofinansowywany z EFS Działanie 1.4 „Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku”. Dział zajmuje się sprawami usamodzielnienia, rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiem absolwentów i dorosłych osób nowo ociemniałych. Towarzystwo prowadzi w Laskach Warsztaty Rehabilitacji Zawodowej i Dział Tyflologiczny, biblioteki i dział wydawniczy; a w Żułowie (woj. lubelskie): Zakład Opiekuńczo – Rehabilitacyjny  dla Niewidomych Kobiet, w Gdańsku-Sobieszewie: Ośrodek Rehabilitacyjno - Wypoczynkowy i w Niepołomicach koło Krakowa: Dom dla Niewidomych Mężczyzn.

 

II. W tym doniesieniu przedstawimy niewielki, ale bardzo ważny wycinek, działalności  prowadzonej przez Dział ds. Absolwentów, związanej z rehabilitacją nowo ociemniałych i rolą, jaką ma  do spełnienia doradca zawodowy. Świeżo ociemniali to osoby, które z różnych przyczyn utraciły, bądź tracą wzrok. Mówimy o osobach dorosłych. Trafiają one do Lasek w różny sposób: najczęściej kierowani są przez szpital, PZN, czy księdza. Nieraz dostajemy tylko sygnał, że gdzieś w Polsce jest osoba, która straciła wzrok. Wtedy jedziemy do niej do domu, rozmawiamy, przekonujemy i zachęcamy do rehabilitacji. W zależności od potrzeby, stanu zdrowia fizycznego i psychicznego, wykształcenia i umiejętności proponujemy indywidualny program rehabilitacji. Zawsze kontaktujemy nowo ociemniałych z pracownią rehabilitacji widzenia i orientacji przestrzennej; konsultujemy każdy przypadek z lekarzem, okulistą i psychologiem. Wszyscy włączeni w działania rehabilitacyjne spotykają się, omawiają sytuację osoby nowo ociemniałej, która trafiła do Działu i proponujemy konkretne działania. Nie zawsze nasze propozycje są chętnie przyjmowane, a zalecenia wykonywane. Pamiętajmy, że utrata wzroku jest tragedią. Nasza rola polega na  spokojnym i cierpliwym przekonywaniu osoby nowo ociemniałej o tym,  że możliwe jest  życie „po niewidomemu”, że wzięcie białej laskę do ręki i wyjście na ulicą nie jest rzeczą prostą, wymaga prawdziwej odwagi, ale jest możliwe.

Rehabilitacja podstawowa osoby nowo ociemniałej polega na przywróceniu samodzielności w wykonywaniu podstawowych czynności życiowych, na odnowieniu utraconych sprawności i umiejętności oraz na ukazaniu możliwości w różnych dziedzinach życia. Po utracie wzroku najprostsze działania stają się bardzo trudne. Dlatego rehabilitacja podstawowa jest warunkiem powodzenia w innych dziedzinach - w pracy zawodowej, życiu towarzyskim i rodzinnym, w rehabilitacji psychicznej i społecznej. Prowadzimy naukę brajla, naukę obsługi komputera i zajęcia  z orientacji przestrzennej oraz z zakresu  gospodarstwa domowego. Osobom nowo ociemniałym udzielana jest pomoc psychologiczna i okulistyczna. Poznają pracownie zawodowe, stanowiska pracy przystosowane do pracy osób niewidzących, techniki i metody pracy osób z wadami wzroku.

Zwykle proponujemy tygodniowy pobyt rehabilitacyjny. Niektórzy nowo ociemniali przybywają do nas kilkakrotnie. Ich zetkniecie w Laskach ze światem niewidomych dzieci i młodzieży, osób uczących się i pracujących, dzielnych i pogodnych mimo kalectwa, bywa pozytywnym wstrząsem. Inaczej i we właściwych proporcjach zaczynają patrzeć na swoją osobistą sytuację.

 

III.  Jaki powinien być doradca zawodowy osób nowo ociemniałych i osób z dysfunkcją wzroku? Przede wszystkim powinien być doświadczonym tyflopedagogiem; osobą, która rozpozna potrzeby i możliwości nowo ociemniałego i potrafi skierować go do odpowiednich specjalistów, pokierować i  koordynować rehabilitacyjne poczynania. Powinien on znać i wiedzieć, jakie są możliwości i potencjał osób z wadami wzroku; rozumieć, na czym polega życie tych osób i wierzyć, że osoba niewidząca może wrócić do czynnego życia i być użytecznym członkiem społeczeństwa. Współczucie bez ukazania celów i stawiania wymagań może być wielką przeszkodą w procesie rehabilitacji.

Niezbędna jest też bieżąca znajomość rynku pracy i jego wymogów, jak również znajomość przepisów i ustawodawstwa - zarówno polskiego, jak i europejskiego, dotyczącego osób niepełnosprawnych.

Trzeba pamiętać, że zadaniem doradców zawodowych jest pomoc osobom niewidomym w odnalezieniu się w świecie i społeczności ludzi widzących. Wymaga to niekiedy pokonania wielu barier i przełamania funkcjonujących stereotypów.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

Krystyna Konieczna

 

Zjazdy absolwentów szkoły specjalnej

 

W dniach 20-22 kwietnia 2007r. z inicjatywy naszych absolwentów - Grzegorza Szamańskiego i Tadeusza Wójcika -Dział ds. Absolwentów zorganizował w Laskach Zjazd Absolwentów Szkoły Specjalnej Roczników 1973, 1974, 1975,

A w dniach 26-28 kwietnia 2007 r. odbył się zjazd grupy z Domu św. Maksymiliana, którego inicjatorem był Krzysztof Ćwiek. Oba spotkania rozpoczynały się Mszą św. w Kaplicy Centralnej. Uczestnicy przyjechali już poprzedniego dnia z osobami towarzyszącymi – najczęściej był to ktoś z rodziny - i zatrzymali się w Domu św. Stanisława i św. Maksymiliana.. Na zjazdy zaproszono wszystkich nauczycieli i wychowawców pracujących kiedyś z dzisiejszymi absolwentami. Niestety nie wszyscy mogli wziąć w nich udział.

Po radosnych powitaniach i uściskach zrobiono przed kaplicą grupowe fotografie, następnie absolwenci z gośćmi przeszli do Domu św. Maksymiliana. Kierowniczka Domu, Dorota Szczepkowska, i pracownicy z radością wzięli na siebie trud przygotowania i poprowadzenia zjazdów.

Oficjalną część spotkania pierwszego zjazdu prowadziła kierowniczka Działu ds. Absolwentów - Krystyna Konieczna, a drugiego – Dorota Szczepkowska. Z absolwentami spotkali się: Władysław Gołąb – prezes Zarządu TOnO, Piotr Grocholski – dyrektor OSW dla Dzieci Niewidomych w Laskach, Wojciech Święcicki – dyrektor Szkoły Specjalnej, siostry ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża: s. Tabita, s. Koleta, s. Michalina i s. Patrycja, dawni wychowawcy i nauczyciele. Z wielką radością powitano: Stefanię i Wacława Czyżyckich, Jolantę i Jana Krakowiaka, Krystiana Wypicha, Krystynę Polak z mężem, Andrzeja Szolca, Macieja Mielczarczyka.

 Po krótkim powitaniu i przedstawieniu wszystkich obecnych, Prezes Zarządu Towarzystwa poinformował absolwentów o tym, co wydarzyło się w Laskach w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Następnie każdy z 15-osobowej grupy absolwenckiej opowiadał, co działo się z nim po opuszczeniu Lasek. Dowiedzieliśmy się, że w spółdzielniach dla niewidomych pracowało 10 osób – w tym cztery chałupniczo, dwie były uczestnikami Warsztatów Terapii Zajęciowych, jedna pracowała w fabryce samochodów i autobusów, dwie nie pracowały. Cztery osoby zawarły związki małżeńskie, urodziło się troje dzieci. Obecnie źródłem utrzymania dla 12 osób jest renta wypracowana, dwie otrzymują rentę socjalną, jedna pracuje w spółdzielni i otrzymuje rentę. Wspominano też szkolny czas; także podczas wspólnego uroczystego obiadu.

Po południu uczestnicy zjazdów odwiedzili Dział ds. Absolwentów, zostali zarejestrowani w realizowanym przez Dział Projekcie Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku, współfinansowanym z Europejskiego Funduszu Społecznego, mogli zapoznać się z bieżącą pracą Działu, porozmawiać o trudnościach i kłopotach, na jakie napotyka człowiek niewidomy w świecie. Pracownicy Działu udzielali różnego rodzaju porad i odpowiadali na wszystkie pytania gości. Każdy otrzymał piąty numer „Biuletynu Centrum”. Był to dobry moment na uzupełnienie informacji w posiadanej przez Dział bazie absolwentów.

Uczestnicy zjazdów zwiedzili też obecne Laski.. To były bardzo interesujące spacery, które poprowadził dawny kierownik Domu św. Maksymiliana – Jan Krakowiak. Ze wzruszeniem nawiedzono cmentarz. Modlono się, odśpiewano pieśni i zapalono znicze nie tylko na mogiłach założycieli Lasek, ale również na grobach sióstr, wychowawców i pracowników.

Wieczory były najmilszą częścią spotkań. Nie tylko dlatego, że dawały okazję do snucia wspomnień i opowieści o wydarzeniach z dawnych lat, ale dlatego, że towarzyszyła im muzyka i śpiew. Dzięki panom: Wacławowi Czyżyckiemu, Krystianowi Wypichowi i Czesławowi Kurkowi przypomniano piosenki ze szkolnych lat. Pan Wacław Czyżycki prezentował również własne kompozycje muzyczne. Na zakończenie wieczoru wszyscy otrzymali drobne upominki i kasety z nagraniami pana Wacława.

Niełatwo było następnego dnia opuszczać Laski. Były łzy i prośba o następny zjazd. Taką obietnicę absolwenci otrzymali, wiec wyjeżdżali z nadzieją na wspólne spotkanie za kilka lat.

Dziękuję wszystkim, którzy włączyli się w organizację zjazdów, w ich przygotowanie, a zwłaszcza tym, którzy znaleźli czas i przybyli na spotkanie z naszymi byłymi wychowankami. Podobnie, jak dziewczęta na siostrę Tabitę, tak chłopcy ze szkoły specjalnej mogą liczyć na różnoraką pomoc swego byłego wychowawcy i kierownika - Krystiana Wypicha.

 

Dawna wychowawczyni - Krystyna Faron (obecnie s. Assumpta ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek) - przysłała specjalne pozdrowienia do swoich wychowanków.

 

„Wspomnienia z Lasek”

Laski ... to z dzieciństwa obrazki,

Pełne uroku kolejne pory roku.

Wiosna w zielonych brzóz

przystrojona koronkę,

nadchodząca w zapachu bzów,

czeremchy, fiołków w trawie,

w śpiewie ptaków o poranku,

w szumie drzew, co tuż za oknami

stały na straży dziecięcych snów...

w sadzie bogactwem rozkwitłych jabłoni,

w konwaliowych woniach na skraju lasu.

Tak miło z wiatrem w zawody

biec ścieżką aż w uszach dzwoni,

czuć na twarzy słoneczne pocałunki...

„Biegnij śmiało przed siebie bezpiecznie” –

pani za tobą woła

lub – „Zatrzymaj się! Przeszkoda! Na pomoc zaczekaj!”

dobiega cię sygnał z daleka.

Wycieczki do puszczy,

zabawy na polanie...

tyle wrażeń, radości

we wspomnieniach zostanie.

A latem... wakacje za progiem...

pachną lipy i pszczoły brzęczą miodową piosenkę...

rozmowy o domu...

czasem łzy po kryjomu

żalu... że trzeba długo czekać

aż ktoś przyjedzie z daleka.

Potem kolonie nad morzem...

fala o brzeg uderza...

krzyk mewy... muszelki... bursztyny...

na plaży piasek gorący

a woda przyjemnie chłodzi...

autokar już czeka

i nikt nie zwleka,

bo pora obiadu bliska.

Nad Martwą Wisłą na łące

Mecze, przejażdżki łódką...

piosenki, psikusy

i noc zielona

ostatnia, szalona.

Po wczesnej Mszy świętej

wyruszamy w drogę...

bez żalu, bo w Laskach

już przecież ktoś czeka...

ramiona w serdecznym uścisku

i słowa: ”Jakiś ty opalony, synku!”

Teraz dni wakacyjne już w domu...

zbyt szybko czas upływa,

we wrześniu znów szkoła wzywa...

... tak bywa!

Jesienią, jesienią jabłka się rumienią,

zaprasza sad miłą wonią...

moc jabłek pod każdą jabłonią,

można zbierać obiema rękami,

nosić całymi koszami.

Na leśnych polanach

szeleszczą liście...

pani mówi, że jest złociście...

pachnie grzybami...

żołędzie lecą pod nogi...

wrzosy kwitną liliowo.

Przy ognisku śpiew płynie...

dym się snuje, skry lecą

i ziemniaki się pieką

rozsiewając swe wonie...

brudzą, parzą nam dłonie,

gdy łakomie wkładamy do buzi...

pani mówi ze śmiechem:

„Niepodobni do ludzi...

chyba wody nie starczy i mydła,

żeby domyć te wszystkie straszydła!”

Mgieł woale się snują,

deszcz na szybach łzy liczy...

wiatr żałośnie zawodzi...

a zajęcia w świetlicy

odpędzają w dal smutki...

cóż, że deszcze padają?...nie szkodzi!

Kto zuch, wrotki przypina...

choć się stłukło kolano

lub z kolegą zderzyło,

łez za wiele nie było

Kto pamięta zimowy poranek,

kiedy pierwszy spadł śnieg?

to zapowiedź, że ferie już blisko...

czas kuligów i sanek,

i lepienie bałwana, i śniegowych pocisków.

Wnet Mikołaj, jasełka, choinka

I wigilia na sali... opłatek...

pożegnania, uściski...

dom rodzinny znów bliski...

żegnaj szkoło... niedługo wrócimy.

I tak było lat kilka... pory roku niezmienne...

dni owiane mgłą smutku i radością promienne.

Tak to było...tak to było, kiedy każdy był mały...

teraz tylko z dzieciństwa te wspomnienia zostały.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

Krystyna Konieczna

 

Z bieżącej działalności Działu

 

Właściwe wsparcie naszych absolwentów i dorosłych osób z dysfunkcją wzroku w zakresie rehabilitacji społecznej, zawodowej i zatrudnienia oraz szeroko pojęta rehabilitacja osób nowo ociemniałych wymagają profesjonalnej wiedzy i orientacji na rynku pracy. Dlatego tak ważne jest uczestnictwo w konferencjach i spotkaniach. Stanowią one dodatkowo okazję do przedstawiania i naszych działań z zakresu szeroko rozumianej rehabilitacji osób niewidzących.

Pracownicy Działu ds. Absolwentów wzięli udział w konferencjach i specjalistycznych szkoleniach: „Ochrona danych osobowych w systemie obiegu dokumentów”, „50 na Plus – wsparcie aktywności zawodowej osób powyżej pięćdziesiątego roku życia”, „Rozwój Zasobów Ludzkich – doświadczenia we wdrażaniu EFS w Polsce”, „Niepełnosprawni – szanse i perspektywy włączenia społecznego – koncepcja rozwiązań systemowych”, „Edukon szansą dla niepełnosprawnych”, „Wyślij CV – Ktoś czeka – kampania społeczna na rzecz aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych”, „Szkolenie dla osób niewidomych i słabowidzących zatrudnionych na otwartym rynku pracy”, IV Praskie Targi Pracy dla Osób Niepełnosprawnych, „Uniwersytet dla wszystkich”, Seminarium podsumowujące Działania 1.4 SPO RZL, Spotkanie grupy ekspertów – próba zdefiniowania niepełnosprawności przez pryzmat określenia barier i rozbicia potrzeb na czynniki pierwsze – inicjatywa Polskiego Forum Osób Niepełnosprawnych, Konferencja inaugurująca kampanię społeczną „Zatrudnij Niepełnosprawnego”, „Wizerunek osób niepełnosprawnych w mediach – fakty i mity”, „Gmino, jaka jesteś”, „Młodzi niepełnosprawni – aktywizacja zawodowa i nietypowe formy zatrudnienia”, „Nowa Rehabilitacja Zawodowa: Czy przedsiębiorstwo społeczne może być sposobem na zwalczanie wykluczenia społecznego”,„Zarządzanie projektami finansowanymi z EFS”,„Szkolenia jako forma poprawy zdolności do zatrudniania osób niepełnosprawnych”, „Na przekór stereotypom”.

Dział ds. Absolwentów gościł przedstawicieli organizacji i instytucji zajmujących się problemem rehabilitacji osób niewidzących i prowadzących tego rodzaju działalność na świecie. W dniach 15-20 kwietnia br. przyjęliśmy w Laskach gości z Charkowa (spotkali się z przedstawicielami Zarządu Towarzystwa; odwiedzili wszystkie laskowskie placówki; poznawali pracę Działu Wczesnej Interwencji; byli w Domu Niewidomego Dziecka na Saskiej Kępie i w klasztorze FSK przy ul. Piwnej).

Dział ds. Absolwentów przygotował program wizyty w Laskach Sekretarza Stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej – Mirosława Mielniczuka, Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych (19 kwietnia br.) oraz z okazji promocji piątego numeru „Biuletynu Centrum” – Prezesa Zarządu PFRON Tomasza Bujaka oraz Dyrektora Wydziału Wdrażania Funduszy UE PFRON – Sebastiana Szymonika.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

Teresa Cwalina

 

Promocja piątego numeru kwartalnika „Biuletyn Centrum”.

 

W dniu Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich – przypomnijmy, że to święto przypadające w dniu 23 kwietnia obchodzone jest od 1995 roku – odbyła się promocja piątego już numeru „Biuletynu Centrum”. W Domu Dziewcząt spotkali się przedstawiciele prawie wszystkich placówek Towarzystwa Opieki nad Niewidomymi. Byli członkowie Zarządu – na czele z Prezesem Władysławem Gołąbem, dyrektorzy i kierownicy placówek wychowawczo-opiekuńczych Lasek z Dyrektorem Ośrodka – Piotrem Grocholskim. W promocji uczestniczyli również goście spoza Lasek, m. in. władze PFRON - Prezes Zarządu Tomasz Bujak oraz  Dyrektor Wydziału Wdrażania Funduszy UE PFRON - Sebastian Szymonik, a także - Zastępca Wójta Gminy Izabelin – Jan Sawa.

Biblijną refleksją na temat pojęcia „służba” podzielił się z zebranymi Krajowy Duszpasterz Niewidomych – ks. Andrzej Gałka. O piątym numerze kwartalnika Centrum poświęconym służbie niewidomym mówiła red. Teresa Cwalina. Przedstawia on pierwsze placówki Towarzystwa i świadczoną przez nie pomoc oraz podejmowane dzisiaj w Dziele Matki Czackiej działania z zakresu rehabilitacji podstawowej, zawodowej i społecznej.

Uczestnicy promocji obejrzeli także reportaż pokazujący pracę Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku, nagrany przez red. Martę .... do programu „Spróbujmy razem” w TVP 2.

Towarzyszący spotkaniu pokaz numerów „Biuletynu Centrum” oraz specjalny druk z zapiskami z „Notatek” Matki Elżbiety Czackiej o znaczeniu lektury książek dla osób niewidzących podkreślały wyjątkowość dnia promocji.

 

*

 

Warszawa, dn. 5 IX 1927

W życiu niewidomych duże miejsce zajmuje czytanie książek. Jest ono ważnym czynnikiem wychowawczym i gra dużą rolę w ich życiu. Przede wszystkim wychowawcy powinni się liczyć z tym, że niewidomi na ogół mocniej od widzących przeżywają czytane książki, gdyż odbierając mniej bez porównania wrażeń zewnętrznych od widzących, mocniej na wszystkie wrażenia reagują. Żeby czytanie mogło być pożytecznym, należy przede wszystkim wytknąć plan odpowiedni dla każdej grupy czytelników, zastosowując wybór książek do wieku i poziomu tych grup. W układaniu planu pamiętać należy, że czytanie, szczególniej dla niewidomych, powinno być traktowane jako praca umysłowa, zatem nie trzeba obawiać się dawania poważnych książek, które by miały na celu kształcenie umysłu. Zatem systematyczne czytania umożliwiające głębsze wystudiowanie pewnych gałęzi wiedzy (odpowiednie do poziomu). Umysł, szczególniej młodych, po pewnym przeciągu czasu przyzwyczaja się do wysiłku, staje się wygimnastykowanym, sprawnym, coraz bardziej wszystko, co poważne i uczy myśleć, staje się przyjemnym, a wtedy już nie ma miejsca na nudę i zniechęcenie. Gdy umysł zajęty poważnymi myślami, wówczas i przeczytanie jakiejś lżejszej książki nie wywrze już tak głębokiego wrażenia, jak kiedy znudzony szuka rozrywki. Czytanie powieści w stosunku do poważnej lektury powinno zajmować jedną piątą czasu. Cztery piąte zaś powinny być poświęcone poważnej i pouczającej lekturze.

Książki powinny być wyborowe, pierwszorzędnych autorów. Do czytania tych książek powinny być używane osoby inteligentne, rozumiejące dobrze, co czytają, i umiejące czytać. Przy czytaniu koniecznym jest często objaśnienie, którego osoba nieinteligentna i bez wykształcenia nie potrafi dać. Jeżeli chodzi o czytanie powieści, unikać należy tych wszystkich, które w złym kierunku wyobraźnię pobudzą, przynosząc duszy niepowetowaną szkodę. Mądry kierunek, bez przesady, umiejący rozróżnić, co prawdziwie szkodliwe, od tego, co należy prosto i po Bożemu brać, jest konieczny, by sprawa czytania stanęła u nas na właściwym gruncie.

(Z „Notatek” Matki Elżbiety Czackiej)

 

*

 

Warto pamiętać, że w święto Sant Jordi – św. Jerzego, patrona Katalonii, odbywały się w średniowieczu poetyckie turnieje i to wtedy mężczyźni ofiarowywali kobietom wiersze, a one dawały im czerwone róże. Tradycja ta przetrwała do dzisiaj w Hiszpanii; 23 kwietnia Hiszpanie obdarowują się książkami i czerwonymi różami. W zjednoczonej Europie uznano, że zwyczaj ten wart jest kultywowania. W tym roku realizowano wspólny projekt „Get Caught Reading” („Przyłapani na czytaniu”). Znani ludzie dzielili się swoimi czytelniczymi pasjami i własnym przykładem zachęcali do sięgania po lekturę.

 

 

 

 [Powrót do spisu treści] 

 

 

WAŻNY ŚWIĘTY W ŻYCIU ZAŁOŻYCIELKI LASEK

 

Barbara Białkowska

 

Matka Elżbieta Czacka i święty Andrzej Bobola

 

Cóż mają ze sobą wspólnego święty męczennik z Polesia z niewidomą hrabianką Różą Czacką urodzoną w Białej Cerkwi na Ukrainie?

A jednak związek tych dwu nieprzeciętnych postaci, choć żyjących w różnym czasie, okazał się istotny i znamienny.

Biografia Matki Założycielki jest dobrze znana czytelnikom, może jednak należy podać parę informacji o św. Andrzeju.

Święty Andrzej Bobola urodził się pod koniec 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka. Ukończył Kolegium Jezuickie w Braniewie, a następnie wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w Wilnie. Po złożeniu ślubów zakonnych podjął studia filozoficzne, a potem teologiczne w Akademii Wileńskiej i w 1622 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował w Nieświeżu, Wilnie, Bobrujsku nad Cerezyną, Płocku, Warszawie, Łomży i w Pińsku. W latach 1652-1657 z ogromnym poświęceniem prowadził działalność misyjną na Polesiu – zwano go „duszochwatem” – która zakończyła się jego męczeńską śmiercią 16 maja 1657 r. w Janowie Poleskim. Pochowano go w podziemiach kościoła Jezuitów w Pińsku i trochę zapomniano. W roku 1702 ukazał się rektorowi Kolegium Pińskiego i polecił odnaleźć swoją trumnę, w której zachowało się w doskonałym stanie jego ciało. W 1755 r. papież Benedykt XIV zaliczył go w poczet Męczenników Kościoła. Ale relikwie Andrzeja Boboli wielokrotnie przenoszono: były w Pińsku, Połocku, w Moskwie w Muzeum Ateizmu po rewolucji, wreszcie udało się je sprowadzić do Rzymu. Tu 17 kwietnia 1938 r. odbyła się dopiero kanonizacja świętego Andrzeja Boboli Męczennika, a następnie trumna z integralnymi relikwiami została przewieziona do Warszawy i 20 czerwca umieszczona w kaplicy OO Jezuitów w Domu Pisarzy przy ul. Rakowieckiej 61, a od 13 maja 1989r spoczywa w nowo wybudowanym Sanktuarium. Tu 17 maja 1992 r. ogłoszono św. Andrzeja Bobolę patronem Metropolii Warszawskiej, a 16 maja 2002 r. został uroczyście proklamowany Patronem Polski.

Gdzie, kiedy i jak nastąpił kontakt tych dwojga?

Otóż okazało się, że wytężona praca Matki Czackiej (pisanie różnych podań i memoriałów, żmudne prace nad skrótami brajlowskimi oraz nad Konstytucjami dla Zgromadzenia) zagroziły poważnie Jej zdrowiu i życiu.

Siostra Adela Górecka w referacie wygłoszonym z okazji Jubileuszu 80-lecia Matki Elżbiety Czackiej w Laskach (18.XI.1956 r.) podała informację o interwencji świętego Andrzeja Boboli w życiu Matki:

„Wytężona praca ponad wątłe siły sprowadza Matce w 1936 r. nową chorobę, znów zagrażającą życiu. Przez kilka miesięcy Matka nie jest zdolna brać udziału w działalności swego Dzieła. Martwi się tylko, że nie wykończy nowych Konstytucji. Znajomy ksiądz T. Puder przysyła wtedy z Rzymu relikwie św. Andrzeja Boboli (wówczas jeszcze niekanonizowanego). Relikwie te przywróciły Matce – w nieoczekiwany sposób – siły na tyle, że nie tylko może dokończyć redagowania swoich Konstytucji, ale wybiera się w męczącą podróż do Rzymu. Ojciec Św. Pius XI sam już bardzo chory, przyjmuje Matkę serdecznie na specjalnej prywatnej audiencji, pamiętając doskonale dawne stosunki z Jej Dziełem w Warszawie. W rok później jedzie Matka znów do Rzymu, aby wziąć udział w uroczystości kanonizacji Św. Andrzeja Boboli, uważając to za swój obowiązek wdzięczności” S. Vianney’a Szachno podaje, że „…wyjazd na kanonizację z Warszawy 7 IV 1938 r. przez Berlin. Osoby towarzyszące: s. Wacława Iwaszkiewicz, s. Teresa Landy, Katarzyna Branicka. W Monachium dołączył Leon Czosnowski, a w Rzymie Zygmunt Serafinowicz. W dniu kanonizacji Matka była o 7.00 na placu Św. Piotra i czekała z towarzyszącymi jej osobami na środku placu do 9.00. potem została wprowadzona przez Leona Czosnowskiego do bazyliki Św. Piotra (zachowały się dwa bilety 151 i 152).”(Archiwum Matki Elżbiety Czackiej t. 37). Wzmianki o wstawiennictwie świętego Andrzeja Boboli wielokrotnie pojawiają się w listach Matki Elżbiety do Antoniego Marylskiego z lat 1936-1938. (Listy z Archiwum Matki Elżbiety Czackiej t. 43/IV).

Wtorek 9.III.1936 „…Naturalnie, że błog. Andrzej Bobola wyprosił mi to, bym mogła pracować nad Konstytucjami […]

Czwartek 11.III 1936

[…] I my się modlimy za Ciebie do św. Andrzeja Boboli. Zdaje się, że kanonizacja będzie 16 maja. Wybieram się na nią do Rzymu.[…]

Środa 7.IV.1937

[…] Podobno kanonizacja św. Andrzeja Boboli ma być w pierwszych dniach czerwca. […] Moja nędzna osoba też się tam wybiera. Dlatego śpieszę z Konstytucjami. Robota nam idzie doskonale przy pomocy św. Andrzeja Boboli. […]

Laski 8.IV.1937

[…] otrzymałam dziś list – okólnik od Kardynała Hlonda o kanonizacji św. Andrzeja z prośbą o 50 czy 100 zł na koszta kanonizacji. Myślę, że się należy ode mnie ta ofiara św. Andrzejowi i trzeba będzie postarać się to zrobić. […]

9.IV.1937 – piątek

[…] Tymczasem św. Andrzej Bobola daje mi siły o pracy. […]

Rzym 13.IV.1938

[…] Dają nam bilety na Kanonizację i po dwa na jutro i piątek na nabożeństwo do Kaplicy Sykstyńskiej.[…]

Z innych źródeł wiemy też, że Matka Czacka była obecna w archikatedrze warszawskiej św. Jana, gdy trumna z relikwiami św. Andrzeja Boboli została przywieziona z Rzymu do Polski. A w liście do Antoniego Marylskiego pisała: […] dziś jeździłyśmy do Nuncjatury, a potem do św. Andrzeja Boboli […].

(sobota 18 II 1939 r.) A więc duchowy kontakt Matki Czackiej ze świętym Andrzejem był stały.

Tak okazało się, że obecny patron Polski i Metropolii warszawskiej, orędownik nadziei wolności ojczyzny i patron trudnych czasów, był też osobistym wsparciem dla Matki Elżbiety Czackiej w jej pełnym trudu i cierpienia życiu. Z pewnością nie tylko wówczas, w cudownym powrocie do sił i zdrowia, lecz i potem, gdy była ranna w czasie bombardowania Warszawy w 1939 r. oraz w niebezpieczeństwach i heroicznym działaniu Zakładu dla Niewidomych w Laskach w czasie okupacji w okresie II wojny światowej.

Tak więc cudowna „interwencja” świętego Andrzeja pomogła Matce Czackiej aktywnie kierować Dziełem niewidomych jeszcze przez wiele lat.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

 

W ROCZNICĘ WYBORU BENEDYKTA XVI

 

s. Bogusława Rompel FSK (oprac.)

 

Pokazał nam właściwą drogę

 

19.IV.2007 w Kaplicy Centralnej w Laskach modliliśmy się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem za Ojca Świętego Benedykta XVI w II rocznicę wyboru na Stolicę Piotrową. Odczytane teksty przez dziewczęta z grupy IV zostały zaczerpnięte z pierwszych słów, jakie Ojciec Święty wypowiedział po wyborze (19.IV.2005), homilii na rozpoczęcie Pontyfikatu(24.IV.2005) oraz z przemówień Ojca Świętego do młodzieży.

Teksty i pieśni wykorzystane na Adoracji Najświętszego Sakramentu:

„Szukałem Was, Teraz Wy do mnie przychodzicie.”

1. „Po wielkim papieżu Janie Pawle II kardynałowie wybrali mnie – prostego, skromnego pracownika winnicy Pana. Pociesza mnie fakt, że Pan potrafi posługiwać się i działać za pomocą niedoskonałych narzędzi i przede wszystkim zawierzam się waszym modlitwom.”

2. „Wiemy, że „gdzie dwaj albo trzej zgromadzeni są w imię Jezusa, tam On jest pośród nich” (...). A was jest tutaj więcej. Dziękuję za to każdemu i każdej z was. A zatem Jezus jest tutaj.”

„Jezus jest tu, Jezus jest tu. O wznieśmy ręce wielbiąc Jego Imię, Jezus jest tu.”

3. „Tutaj w Hostii świętej jest On przed nami i pośród nas. Jak wtedy, objawia się w sposób tajemniczy w świętej ciszy i jak wówczas w ten sposób ujawnia prawdziwe oblicze Boga. Dla nas stał się On ziarnem gorczycy, które pada na ziemię i obumiera, by wydawać owoc aż do skończenia świata (...). Zaprasza nas do tej wewnętrznej pielgrzymki, która nazywa się adoracją.”

„Jezus.......”

4. „Jedną z podstawowych cech pasterza powinna być zdolność miłowania powierzonych mu ludzi tak, jak kocha Chrystus, któremu służy. „Paś owce moje” – mówi Chrystus do Piotra, a w tej chwili i do mnie. Paść – znaczy kochać. A miłowanie oznacza także gotowość do cierpienia. Kochać – znaczy dawać owcom prawdziwe dobro, pokarm prawdy Bożej, Bożego słowa, pokarm Jego obecności, który Bóg daje w Najświętszym Sakramencie. Drodzy przyjaciele – w tej chwili mogę powiedzieć jedynie: módlcie się za mnie, abym nauczył się bardziej miłować Pana. Módlcie się za mnie, abym się nauczył bardziej miłować Jego trzodę – ciebie, Kościele święty, każdego z was z osobna i wszystkich razem. Módlcie się za mnie, abym nie uciekał z obawy przed wilkami. Módlmy się nawzajem za siebie, aby Pan nas niósł, a my, byśmy nauczyli się nieść jedni drugich.”

Wezwania modlitwy powszechnej:

• „Jezu cichy i pokornego serca”

 – prowadź i umacniaj Papieża, aby był pasterzem wg Twojego serca.

„Kyrie eleison”

• „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”

– módlmy się o nieustrudzone siły i łaski dla Ojca Świętego by zdobywał ludzi dla Ewangelii – dla Boga, dla Chrystusa, dla prawdziwego życia.

„Kyrie eleison”

• „Nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz

– uwieńcz Jezu starania Ojca Świętego w dążeniu ku jedności całego Kościoła, abyśmy stanowili Jedno

„Kyrie eleison”

• „Pokój Wam”

– Racz Jezu wysłuchać Ojca Świętego w wołaniu o pokój na całym świecie.

„Kyrie eleison”

• „Bóg jest Miłością”

– Módlmy się o otwartość naszych serc na Miłość głoszoną przez Ojca świętego

„Kyrie eleison”

• „Ja jestem Drogą, Prawdą, i Życiem”

– Módlmy się aby Ojciec święty Benedykt XVI oświecany światłem Zmartwychwstałego Jezusa rozpoznawał drogi, którymi On chce prowadzić Kościół.

„Kyrie eleison”

5. „... istniejemy aby ukazać Boga ludziom. I tylko tam, gdzie widać Boga naprawdę zaczyna się życie. Tylko wtedy, gdy spotkamy w Chrystusie Boga żywego, poznajemy czym jest życie. Nie jesteśmy przypadkowym i pozbawionym znaczenia produktem ewolucji. Każdy z nas jest owocem zamysłu Bożego. Każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny. Nie ma nic piękniejszego niż wpaść w sieci ewangelii Chrystusa. Nie ma nic piękniejszego jak poznać Go i opowiadać innym o przyjaźni z Nim.”

„Ukaż mi Panie Swą twarz

Daj mi usłyszeć Twój głos

Bo słodki jest Twój głos

I twarz pełna wdzięku

Ukaż mi Panie Swą twarz.”

6. „... chciałbym z wielką mocą i przekonaniem, począwszy od doświadczenia swojego długiego życia, powiedzieć wam, droga młodzieży: nie obawiajcie się Chrystusa! On niczego nie zabiera, a daje wszystko. Kto oddaje się Jemu, otrzymuje stokroć więcej. Tak! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi, a znajdziecie prawdziwe życie.”

„Będę śpiewał Tobie, mocy moja.

Ty, Panie, jesteś mą nadzieją,

Tobie ufam i bać się nie będę.”

7. „Bóg Stwórca, dając młodemu sercu ogromną tęsknotę za szczęściem, nie opuszcza go w mozolnym budowaniu domu, któremu na imię życie.”

8. „Moi Przyjaciele, nie lękajcie się postawić na Chrystusa! Tęsknijcie za Chrystusem, jako fundamentem życia! Rozpalajcie w sobie pragnienie tworzenia waszego życia z Nim i dla Niego!”

„Nie lękajcie się. Ja jestem z wami

Nie lękajcie się. Ja jestem z wami.

Nie lękajcie się. Bóg jest miłością.

Nie lękajcie się. Trwajcie mocni w wierze.”

9. „Wędrując przez życie, może niejednokrotnie nie jesteśmy świadomi obecności Jezusa. Ale właśnie ta obecność, żywa i wierna, obecność w dziele stworzenia, obecność w Słowie Bożym i Eucharystii, we wspólnocie ludzi wierzących i w każdym człowieku odkupionym drogocenną Krwią Chrystusa, ta obecność jest niegasnącym źródłem ludzkiej siły.”

„Podnieś mnie Jezu i prowadź do Ojca /bis/

Zanurz mnie w wodzie Jego miłosierdzia. Amen. Amen.”

10. „Jeśli w budowaniu domu waszego życia napotykacie na tych, którzy pogardzają fundamentem, na którym budujecie, nie zniechęcajcie się! Wiara mocna musi przejść przez próby. Wiara żywa musi ciągle wzrastać. Nasza wiara w Jezusa musi często się konfrontować z niewiarą innych, by pozostać naszą wiarą na zawsze.”

„Panie mój wiesz, że Cię kocham

Ty wszystko wiesz, miłuję Cię”

11. „Drodzy, młodzi Przyjaciele, lęk przed porażką może czasami zniweczyć nawet najpiękniejsze marzenia. Może sparaliżować wolę i odebrać wiarę, że istnieje dom zbudowany na skale. Może skłonić do uwierzenia, że tęsknota za domem to tylko młodzieńcze pragnienie, a nie projekt na życie. Odpowiedzcie na ten lęk razem z Jezusem: „Nie runie dom, gdy na skale będzie utwierdzony!” Odpowiedzcie na wątpliwości razem ze św. Piotrem: „Kto wierzy w Chrystusa, na pewno nie dozna zawodu!”. Bądźcie świadkami nadziei, tej nadziei, która nie boi się budować domu swojego życia, bo dobrze wie, że może liczyć na fundament, który nie zawiedzie nigdy: Jezusa Chrystusa, naszego Pana.”

„Niczym się nie trap, niczego nie bój.

Bogu zaufaj nic ci nie grozi.

Niczym się nie trap, niczego nie bój.

Bóg Miłością jest.”

 

 

[Powrót do spisu treści] 

 

Ireneusz Morawski  

 

Co dały mi Laski na późniejsze życie – część II

Motto: „Kto wraca, przyjmijcie go tak, jak gdyby nigdy nie odchodził”

Jan W. Goethe

Wychowanie, kultura, moralność

Tak zatytułowałem ten rozdział. Chcę tu zapisać moje wspomnienia o kształtowaniu w nas tego elementu człowieczego, który najogólniej nazywamy „wnętrzem”. Nie muszę dowodzić, że podstawowymi zasadami wychowywania nas były zasady wyprowadzone z religii katolickiej, a przed Pierwszą Komunią musieliśmy bardzo dokładnie znać podstawowe sformułowania katechizmu i starać się stosować je w życiu.

Wszak zakład był prowadzony przez siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. Już w przedszkolu uczono nas, żeby grzecznie wysłuchać całej niedzielnej Mszy wraz z kazaniem. Pamiętam też, jak pokochałem Suplikacje śpiewane na zakończenie Sumy. Na tę Sumę przychodzili ludzie z pobliskich wsi. Stali w kaplicy i na zewnątrz, a siostra Ogermana zabierała mnie do kaplicy pod koniec tej Mszy i pamiętam moje wzruszenie, gdy trzykrotnie śpiewano: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas Panie!” Był rok 1940-41 -trwała wojna.

Do Pierwszej Komunii pozwolono mi przystąpić w dniu Bożego Ciała. Nie pamiętam, czy był to rok 1942 czy 1943. Na pewno w Laskach wtedy kwitły jaśminy i pamiętam ich odurzający zapach.

W moim albumie jest fotografia komunijna. Stoję sobie koło księdza Stefana Wyszyńskiego, który w czasie wojny przebywał w Laskach jak w azylu i dopiero po wojnie został prymasem, a Pius XII podniósł go do godności kardynała.

W październiku czy listopadzie roku 1941, kilkunastoosobową grupą dzieci młodszych zamieszkaliśmy w domu Królowej Jadwigi. Dziewczynek na pewno było pięć, a chłopców może dwunastu. Podzieliła nas siostra Germana na „Gromadki” i wieczorami prowadziła z nami wiwisekcje w sprawie minionego dnia. Każdy musiał opowiedzieć, jakie popełnił niegodne uczynki, a gdy próbował coś zataić, koledzy zwracali mu uwagę - np. „A ty po obiedzie powiedziałeś takie brzydkie słowo. Przekląłeś”. Chodziło o słowo „cholera” lub „psia krew”. Nie trzeba było wieczorem cytować tych brzydkich słów, pewnie po to, żeby się nimi zbędnie nie delektować.

W ramach zabiegów samowychowawczych wprowadziła też siostra Hasło „gromas” -to ja wymyśliłem to słowo, które było wezwaniem do zaprzestania niewłaściwego zachowania: brzydkich słów, szczypania, drapania itd.

Jeszcze inną formą wieczornej samooceny było wyrażenie oceny minionego dnia w formie pewnych oznaczeń. Na przykład wiosną każdy z nas dostawał kilka kartoników z wykonanymi w brajlu okienkami, do których wpinało się rozwinięty kwiat, gdy dzień był udany, i stulony pąk, gdy dzień całkiem się nie udał. Były też pąki, które zaczynały się rozwijać na oznaczenie dni takich sobie. Kwiaty i pąki przygotowywały siostry z wiadomej sobie materii, umocowanej na odpowiednim druciku. Ileż trzeba było włożyć pracy w przygotowanie kartoników z okienkami i drucików z kwiatkami, pąkami i pąkami w połowie.

A w czerwcu, w miesiącu Serca Jezusowego, kwiatki i pączki zostawały zastąpione serduszkami w całości z papieru ściernego, z papierem ściernym w połowie, albo zupełnie gładkie, jako nagroda po dobrze spędzonym dniu.

Kiedy zbliżało się Boże Narodzenie, na półce stanął żłobek, do którego wkładaliśmy źdźbła sianka po spełnieniu dobrego uczynku. Takie to były przemądre zabawy siostry Germany. Dodam, że w tych wieczornych rachunkach sumienia znajdowało się miejsce na pewną analizę, bo trzeba też było odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Dlaczego przeklinałeś, dlaczego podrapałeś Krysię, dlaczego wrzuciłeś Maniusiowi mydło do zupy, dlaczego, dlaczego???

W czerwcu 2006 roku odwiedziliśmy grób siostry Germany. Czy w Laskach podtrzymuje ktoś tradycję jej metod? Jeśli tak, to jak ten ktoś te metody udoskonalił, a jeśli nie, to jeszcze jedno „dlaczego”? Popołudniami, kiedy łuskaliśmy groch, fasolę, wysypywaliśmy mak z makówek, albo obdzieraliśmy z liści kolby kukurydzy, przychodził do nas ktoś, kogo nazywano panną Jadwinią. Panna Jadwinia snuła nam bajki o Brunhildzie, Krymhildzie, Zygfrydzie i kąpieli w wodzie nieśmiertelności, gdy na plecy Zygfryda spadł liść i Zygfryd tak, jak Achilles, miał jeden punkt przeciw swojej nieśmiertelności. Tak opowiadała panna Jadwinia, a potem dowiedziałem się, że poznałem starogermańskie baśnie, które Ryszardowi Wagnerowi posłużyły jako libretto do jego dramatów muzycznych. Siostra Germana, siostra Urszula - te siostry również nam dużo czytały, a między innymi o Kubusiu Puchatku i o tym misiu, co miał bardzo nieduży rozumek. Dalszą przygodę z bajkami przeżyliśmy już w innym czasie i innym domu. Popołudniami przychodziła do nas pani Janina Kozarówna, która cichym, lekko schrypniętym głosem opowiadała nam bajki, albo bajkę, która nie kończyła się dzisiaj, której starczyło na jutro, albo nawet na kilka dni. To przede wszystkim ona przepisywała dla nas ręcznie modlitewniki, jakie dostał każdy z nas w dniu Pierwszej Komunii Świętej. Na imieniny roku 1946, dostałem też od niej zeszycik zręcznych jej wierszy. Ona była wychowanką Lasek, a potem nauczycielką. Piszę o tym, bo przecież w tytule rozdziału napisałem „kultura”. A czy przekazanie dzieciom starogermańskich baśni nie jest wkładem w ich kulturalny rozwój? Kiedy z początkiem lipca roku 1944 wyjeżdżaliśmy z Lasek na wakacje, nie wiedzieliśmy, że wrócimy tu dopiero we wrześniu, roku 1945. Nie wiem, kto podjął decyzję o zgarnięciu stu kilkudziesięciu niewidomych z powrotem do szkoły i internatu, ale w tamtych warunkach maksymalnego, wszechstronnego nieustabilizowania, była to decyzja więcej niż bohaterska. Pani Zofia Morawska mówi, że nie pamięta, skąd po wojnie brały się pieniądze na odbudowę bardzo znacznych zniszczeń wojennych. Jeśli nie pamięta tego pani Zofia, to nie pamięta już nikt, chyba że pamiętają to jakieś dokumenty, do których pewnie bardzo trudno dotrzeć.

Od września roku 1945 do czerwca 1946 roku my, chłopcy w wieku 9 do 12 lat, mieszkaliśmy w domu św. Rafała. Skończyła się wojna, panowała atmosfera ulgi, że nie powiem euforii. Wiosną roku 1946 zainstalowano w Laskach radiowęzeł. Znowu było radio. Centralne urządzenie zainstalowano w „Hoteliku”, głośniki rozwieszono po domach. Codziennie o godzinie 15:30 Irena Kwiatkowska czytała „Placówkę” Prusa. Do dziś słyszę głuchawy, ponury głos Ślimaka i przenikliwy głos Ślimakowej, która przysięga mężowi, że nawet po śmierci przyjdzie go gnębić i przeklinać, jeżeli sprzeda ich grunt.

W domu św. Rafała rozpoczęliśmy kolejną zabawę wychowawczą. Siostra Germana stworzyła organizację „Rycerzyków”. Chłopiec zostawał pasowany na Rycerzyka i to był pierwszy stopień. Stopni wtajemniczenia było trzy, ale nie pamiętam, czy ktokolwiek osiągnął stopień trzeci, a nawet drugi. Widoczną odznaką Rycerzyka było „Słoneczko”. Ono było wyhaftowane na zwyczajnej szmatce na agrafce, którą to szmatkę należało nosić z dumą i zawsze, to znaczy na wakacjach też. A podczas wakacji zaczepiały mnie dzieci i dorośli też pytając, po co noszę taki-jakiś gałganek. Stąd wnoszę, że Słoneczko nie wywoływało zachwytów otoczenia, ale będąc Rycerzykiem starałem się pogardzać pogardą i nosić je z dumą.

Nadała też siostra Germana Rycerzykom „Prawo Rycerzyka”. Miałem taki wąski, niegruby, zapisany brajlem zeszycik, który nosiłem w kieszeni na piersi i starałem się dość często go czytać. Taki zeszycik dostawał każdy Rycerzyk. Nie było w Laskach żadnej brajlowskiej drukarki, więc te zeszyciki ktoś przepisywał ręcznie i mozolnie. A może to była pani Janina Kozarówna, która nadal odwiedzała popołudniami naszą grupę i nadal cichym, ciepłym, tajemniczym głosem opowiadała długachne bajki, a my słuchaliśmy w ciszy i zachwycie siedząc grzecznie na podłodze dookoła „baśniarki”.

Nie pamiętam już dzisiaj sformułowań prawa Rycerzyków, ale na pewno zawierało ono same szlachetne idee, wskazówki i wymagania. Na pewno powinniśmy kochać bliźniego, pomagać rówieśnikom, rodzicom i dorosłym, być dzielnymi, bronić słabszych, kochać i szanować przyrodę i całe materialne otoczenie, tępić wszystko, co negatywne, nieprzyzwoite i podłe. Podzieleni zostaliśmy na szóstki, a na czele szóstki stał „Szóstkowy”, który winien świecić przykładem. Nadal wieczorami odbywały się rachunki sumienia, analizy i oceny minionego dnia, nadal Rycerzyk miał obowiązek przywołania do porządku kolegę, który się zapomniał i grzeszył, nadal w okresie świąt stał „żłobek dobrych uczynków”. Ocenialiśmy też czyny bohaterów bajek. Janek uciekł z domu od złej macochy, ale wprawił ucieczką w rozpacz kochającego go ojca. Czy Janek postąpił właściwie?

I to były ostatnie już bajki w moim życiu. Miałem już lat jedenaście. W roku szkolnym 1946-47 przeniesiono nas do odremontowanego domu św. Stanisława, spod opieki sióstr przeszliśmy pod opiekę wychowawców, a żeby brak przy nas kobiecej czułości nie stał się zbyt dotkliwy, kierowniczką wychowania naszej grupy została pani Alicja Gościmska.

Nasza grupa wciąż się powiększała. Przybywało chłopaków „minerów”. Wśród nich mało było słabo widzących. Wybuchająca mina czy granat działał raczej bezkompromisowo. Było też tak, że ktoś nie miał równocześnie ręki i nogi, ktoś tylko nogi, a inni mieli urwane kawałki ręki, przeważnie dłoni, która trzymała tę „wściekłą zabawkę”. Tym chłopakom nie było łatwo. Mieli po 12, po 14 lat i wszystkiego musieli się uczyć od nowa w zupełnie nowych warunkach życiowych. Ale, jak pamiętam, bardzo szybko przyzwyczajali się do swojej nowej sytuacji i stawali się podobni do długoletnich bywalców zakładu. Tak było w dzień, ale gdy nadchodziła noc, niektórzy z nich zrywali się z łóżka z krzykiem, nie mogli zrozumieć, gdzie są i dlaczego, z trudem znajdowali drogę do ubikacji. Wszelako mijał czas, ten najprawdziwszy lekarz, i tragedie przechodziły do historii. Po miesiącu pobytu w Laskach minerzy nawet ze śmiechem opowiadali, jak doszło do ich wypadku, bo samego zdarzenia raczej nie pamiętali. Przebudzenie następowało w szpitalu i w absolutnych ciemnościach. I trzeba tu powiedzieć, że przede wszystkim z grona minerów wyrosła wiodąca kadra ruchu niewidomych lat sześćdziesiątych do końca lat dziewięćdziesiątych, i nie tylko w tym środowisku. Niektórzy ukończyli szkoły średnie i studia wyższe i zaznaczyli się zasługami w życiu społecznym czy kulturalnym kraju.

Ciągle żyliśmy w atmosferze euforii z powodu odzyskanej wolności. Było po wojnie, nawiązywano do przedwojennych tradycji, a jednym z takich nawiązań stało się harcerstwo. Cała młodzież zrzeszała się w harcerskich zastępach i drużynach. Do harcerstwa należał mój starszy brat i jego koledzy. Podczas wakacji obserwowałem tę przynależność, która głównie polegała na tym, że raz na jakiś czas chodziło się na zbiórkę drużyny, śpiewało się harcerskie piosenki i raz w roku jechało się na harcerski obóz pod namioty. A moje Harcerstwo w Laskach różniło się od harcerstwa brata tym, że my byliśmy harcerzami na co dzień. O znaczeniu harcerstwa dla rehabilitacji ruchowej pisałem wcześniej. To może trochę miejsca teraz trzeba poświęcić ideom?

My też śpiewaliśmy Marsz Mokotowa, Płonie ognisko i Jędrusiową dolę. Ale wyjazd na obóz harcerski w lipcu roku 1948 był poprzedzony półrocznym przygotowywaniem się do pracy, którą mieliśmy na obozie wykonać. Obóz zlokalizowano w lesie koło Ełku, a naszym zadaniem było codzienne chodzenie do Wsi Grabowno, gdzie w Dziecińcu Wiejskim zajmowaliśmy się repolonizacją tamtejszych dzieci. Każdy z nas miał kilka konspektów na przeprowadzenie z dziećmi zajęć na temat poszczególnych regionów Polski. Gdy np. tematem dnia był Śląsk, to mówiliśmy o górnictwie i górnikach, jakiś tekst śląską gwarą, kilka śląskich piosenek i gadek, coś o strojach i obyczajach. Tak przez miesiąc przećwiczyliśmy cały kraj. A na obozach mojego brata i jego kolegów nikogo nie repolonizowano. Oni co najwyżej czasami pomogli przy żniwach, jeśli w okolicy była taka możliwość. Warto może zasygnalizować różnicę, jaka istnieje pomiędzy harcerskimi obozami tamtych czasów a obozami teraźniejszości. Na naszych obozach nie było kucharek, praczek, pielęgniarek, lekarzy, sanepidu, w ogóle nie było żadnych kobiet. Namioty wypożyczył nam Caritas. Ich ściany i dach przeciekały w każdym miejscu dotkniętym w czasie deszczu, przeciekały nocami tak, że na kocach formowaliśmy kanały odprowadzające wodę, a deszcze padały prawie codziennie. Nie dano nam łóżek. Za łóżko służyła prycza, którą trzeba było sobie zrobić samemu. Były to cztery wbite w ziemię przywleczone z lasu drążki, z podobnych drążków zrobiona rama, a w poprzek ramy znowu inne grubsze kije, na których kładło się coś w rodzaju cienkiego materaca z siana czy innej materii. Na to prześcieradło, a pod głowę? Nie pamiętam, co kładliśmy pod głowę. Może jakiś chlebak... Na pewno nie mieliśmy poduszek. Na tym obozie było kilkadziesiąt chłopa - od 13 do 19 lat, a w tym tylko zastęp niewidomych. Nad jeziorem wybudowały chłopaki kuchnię niby polową, wodę do kawy i na zupy brało się prosto z jeziora, przy kuchni zrobiono stoły i ławy z desek, a na śniadanie bywały wędzone dorsze, które rozkładało się na desce jak portfel i wyjadało wędzoną zawartość. Bywało, że w kawie pływał drobny plankton i małe ślimaczki. Pamiętam, że bardzo śmiesznie zjadałem zupy, bo już pierwszego dnia złamałem sobie łyżkę, gdy przy jej pomocy wkładałem tenisówki. Więc potem cały miesiąc wypijałem z zupy najpierw to, co rzadkie, a potem widelcem wyjadałem gęste jej składniki.

Czasami przed zaśnięciem druh oboźny sprawdzał harcerzom czystość nóg. Żeby w razie czego nie ganiać pół kilometra do jeziora, przynosiliśmy sobie wodę w menażkach. W tych menażkach raz się dostało zupę, innym razem umyło się kończynę i nikt nie chorował.

To nasze harcerstwo zaczęło się w domu św. Stanisława, a potem trwało jeszcze pewnie do roku 1949, kiedy to skauting zaczęto przekształcać w radzieckich pionierów, czyli już coś w Laskach nieakceptowanego.

We wrześniu roku 1947 przeprowadziliśmy się do odbudowanego po zniszczeniach wojennych domu św. Teresy i to było moje ostatnie mieszkanie w Laskach. W domu św. Teresy, na parterze, za pierwszymi drzwiami, gdy się skręciło w korytarzu na lewo, harcerze dostali pomieszczenie na świetlicę. Stoły zrobiono z nieokorowanych pni, na których umocowano ładnie wyheblowane deski, a krótkie, pniaki służyły nam za siedziska.

W świetlicy pachniało żywicą i zapachem lin. To bardzo piękny, szczególny zapach. Siedzieliśmy na tych krótkich pieńkach i powtarzaliśmy wytrwale reguły prawa harcerskiego: -Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki. Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy. Dowiadywaliśmy się, kim był Zawisza i dlaczego jego słowo było tak znaczące. -Harcerz jest pożyteczny i niesie pomoc bliźnim. Takich przykazań nauczyliśmy się aż dziesięć i z panią Alicją rozmawialiśmy, jak stosować je w życiu szukając też przykładów w harcerskiej literaturze. Pani czytała nam głośno „Kamienie na Szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Tę książkę wtedy czytano z pasją i zrozumieniem, bo zapisane w niej zdarzenia działy się zaledwie wczoraj i prawie koło nas. Zresztą czytanie głośne dla całej grupy i czytanie indywidualne było na porządku dziennym. Tu przygotowywaliśmy się do uroczystego złożenia przyrzeczenia harcerskiego: „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym prawu harcerskiemu”. Potem, w podniosłej atmosferze, stojąc wkoło harcerskiej watry, powtarzaliśmy głośno ten tekst, mając głębokie przekonanie, że tak właśnie chcemy i będziemy żyć. Po przyrzeczeniu, stojąc na baczność, odśpiewaliśmy „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy”, bo to był nasz hymn. Uczyliśmy się życiorysów Andrzeja i Olgi Małkowskich - założycieli harcerstwa polskiego. To Olga do wiersza Ignacego Kozielewskiego dopasowała melodię z jakiejś pieśni i tak powstał ten hymn. I też powstało dużo pieśni i piosenek harcerskich, które śpiewaliśmy, bo śpiewanie było obraną przez nas specjalnością naszej drużyny.

Po jakimś uroczystym ognisku, przed drzwiami domku pana Marylskiego, teraz mieszka tam pani Zofia Morawska, zakopaliśmy butelkę, w której... Co też tam było w tej butelce? A może włożyliśmy tam właśnie tekst przyrzeczenia, że zawsze będziemy służyć Ojczyźnie i Bogu? I chyba nasze imiona i nazwiska na wieczną rzeczy pamiątkę. Ale to było tyle lat temu. Podobno kiedyś wykopano tę butelkę, ale nie wiem, kto to uczynił i co w niej znalazł. Tu, w tej pachnącej żeglarskimi linami świetlicy, także odbywały się rachunki sumienia, choć inny, niż u siostry Germany, był ich charakter i znaczenie. Zdarzały się przecież na przykład kradzieże z naszych nigdy nie zamkniętych na klucz szafek. Wtedy siadaliśmy całą grupą i jak w sądzie ustalaliśmy fakt po fakcie zmuszając prawie zawsze sprawcę do przyznania się. Złodziej przepraszał, obiecywał poprawę, ustalaliśmy sposób naprawienia wyrządzonej krzywdy, wybaczaliśmy mu i, co ważne, nie traktowaliśmy go później jak wyrzutka. Po wyrażeniu skruchy i ogólnym przebaczeniu, do sprawy już nie wracano.

Absolutnie szczególną rolę w procesie wychowywania odgrywał pan Henryk Ruszczyc. Najbardziej charakterystyczny dla nas był jego ostry, metaliczny głos, którego ostrość akcentowało jeszcze gardłowo wymawiane "r". Ten głos nadawał się do wydawania kategorycznych rozkazów. Kiedyś, jak krzyczał na mnie, to chłopcy, którzy leżeli na trawie dobre sto metrów od krzyczącego okna, słyszeli i rozumieli każde słowo. Pan Ruszczyc mieszkał w pokoju naprzeciwko schodów na pierwszym piętrze, po prostu między klasami, w środku hałasu, jaki często wszczynaliśmy w trakcie „bagrowania”. A okna tego pokoju wychodziły na taras, gdzie też zawsze niemały był hałas. Pan Ruszczyc nie narzekał. W Laskach cała „kadra” mieszkała bardzo skromnie, ale pan Ruszczyc chyba pobił rekord w tym względzie. W jego pokoju było łóżko, szafka - taka sama, jak nasze, umywalka z miską i po środku duże biurko i trzy drewniane krzesła.

Przez kilka lat po wojnie pan Ruszczyc był doradcą ministerialnym do spraw opieki i produktywizacji inwalidów, bardzo często jeździł po kraju, za granicę, albo przebywał w Warszawie, a mimo to zajmował się poważnie naszym wychowaniem.

Zanim jednak przejdę do moich własnych wspomnień związanych z tym procesem, powiem słów parę o wychowywaniu nas jako grupy, Dopóki pan Ruszczyc poważnie nie zachorował, raz w tygodniu, przeważnie po kolacji, odbywały się zebrania, na których opowiadał on nam o swoich podróżach i sytuacji niewidomych w innych krajach, a często zaczynał z nami dyskusję, zmuszając do prób definiowania ważnych pojęć z zakresu psychologii, dydaktyki, może i filozofii. Pamiętam, jak męczyliśmy się nad zdefiniowaniem czegoś tak trudno definiowalnego jak charakter. Kiedy już doszliśmy do zbioru cech wrodzonych i nabytych, pan Ruszczyc spytał: -A dlaczego mówimy, że ktoś ma dobry albo zły charakter?. Czy dobry, albo zły, to nabyte cechy czy wrodzone? A potem jeszcze kazał nam te przemyślenia zapisać własnymi słowami. Męczyliśmy się jeszcze bardziej, ale był to wysiłek bardzo ciekawy i rozwijający ważkie umiejętności.

Takich analiz było więcej. Na przykład, co to jest sprawiedliwość? Albo prawdomówność? I nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek doszli do tak zwanej definicji pełnej, która w pełni określiłaby dany termin, ale mózg pracował i uczył się precyzyjności.

Układ - pan Ruszczyc i ja - był układem trudnym. Nie wiem, dlaczego, ale nie byłem grzecznym chłopcem, więc często wzywano mnie na rozmowy do pana Ruszczyca, a on próbował wydobyć ze mnie trochę zwierzeń, a czasem wydania innych kolegów. Ja oczywiście się broniłem, a p. Ruszczyc mówił: - Już idź, a my pomyślimy, co z tobą zrobić. Zaczynały się dni wielkiego skwierczenia duszy, co teraz będzie ze mną? Istniało wtedy takie słowo jak „wydalenie”, i oznaczało usunięcie z Zakładu. Dodam, że niektóre z moich win zasługiwały na taką karę. Te dni zawieszenia i niepewności były podniosłym aktem pedagogicznym, bo do dziś pamiętam ten nurtujący wewnętrzny niepokój. Chodziłem jak struty i czekałem na wyrok.

Oczywiście sąd nadchodził. Kiedyś moja wina była tak wielka, że otrzymałem aż dwanaście równoległych kar. Jedną było zawieszenie mnie w prawach i obowiązkach harcerza, a drugą, wykluczenie z grupy. Na specjalnym zebraniu poinformowano kolegów, że nie wolno się ze mną kontaktować, z wyjątkiem spraw absolutnie niezbędnych dotyczących nauki i ściśle bieżących. Różnymi dodatkowymi zajęciami zagospodarowywano mi każdą wolną chwilę, żebym przypadkiem się nie nudził i nie wymyślał nowych ekstrawagancji.

A potem, kiedy zdjęto już ze mnie ciężar kar, kiedy wyznałem swoją głupotę i obiecałem, że to się już nie powtórzy, byłem wzywany do pana Marylskiego.

Pan Antoni Marylski był wielkim człowiekiem i to zarówno w swoim wymiarze zewnętrznym, jak i wielkością wnętrza i autorytetu. Jeśli istnieje coś takiego jak model polskiego dziedzica, to właśnie on go reprezentował, bo jeszcze do tego miał donośny, tubalny głos. I był w Laskach najwyższą instancją wychowawczą. On nigdy nie rozmawiał z przestępcą w stanie dokonania przestępstwa. On rozmawiał z przestępcą skruszonym, już nawróconym i swoją argumentacją utrwalał nawrócenie.

Kiedyś podarowałem mu własnoręcznie napisane opowiadanko - z perspektywy czasu naiwne takie i głupiutkie, ale on umiał z tej pisaninki wyciągnąć jakieś-takie wnioski o mojej sytuacji w rodzinie, że w trakcie rozmowy normalnie popłynęły mi łzy i nie wiem dlaczego, bo wnioski były zupełnie nieprawdziwe, chybione. Umiał pan Marylski stwarzać swoisty nastrój. Nie krzyczał na nas za palenie papierosów, lecz po ojcowsku radził, żebyśmy tego nie robili ze względów zdrowotnych. Ale zdarzało się, że od czasu do czasu podarowywał nam paczkę "Amerykanów" do podziału pomiędzy dwóch czy trzech. I zdarzyło się kiedyś, że podczas zabawy tanecznej w Boernerowie, na którą zaprosiły nas dziewczęta, my, Andrzej Bartyński i ja, wraz z kolegami z boernerowskiego liceum w pewnym pokoju męskiego internatu, otworzyliśmy drzwi pewnej szafy i w tych otwartych drzwiach wypiliśmy butelkę wódki. Nikt się nie upił, bo do butelki było nas paru, ale ktoś to widział, zawiadomił panią dyrektor liceum, a pani dyrektor zawiadomiła Laski.

Najpierw pan Marylski postrofował nas za picie wódki, potem za picie w internacie, potem za picie w otwartej szafie, a wreszcie powiedział, że rozumie, iż chcieliśmy się napić dla lepszego nastroju i podsunął nam sposób, w jaki należało to zrobić, którego to sposobu opisywał nie będę, a potem radził nam wódki unikać, bo wielu ludzi doprowadziła do bardzo nieciekawych rezultatów. Potem powiedział, że jeśli będziemy się chcieli napić, to możemy przyjść do niego na wino. Oczywiście nie upominaliśmy się o spełnienie obietnicy, ale zdarzyło się, że zaprosił nas pan Marylski któregoś popołudnia i poczęstował dobrym, istryjskim winem.

Pamiętam to popołudnie, pamiętam ten kielich z istryjskim winem... Siedzieliśmy sobie w obszernych fotelach klubowych, jakich kilka było w domku pana Marylskiego, w zapachu jakby jabłek i książek, których było tu bez liku i rozmawialiśmy o... No właśnie. Treści rozmowy już nie pamiętam, bo rozmów tych było niemało. Bo było tak, że pan Marylski zapraszał do siebie całą naszą grupę (kilkunastu chłopaków), siadaliśmy, gdzie się dało - najczęściej na podłodze, a gospodarz opowiadał nam o Walentym Hauy, który założył w Paryżu pierwszą w Europie szkołę dla niewidomych, z której wywodził się najsławniejszy jej uczeń - Ludwik Braille, a także o sławnych niewidomych, o Maurycym de la Sizeranne, Piotrze Villey'u i innych. Czytał nam również teksty, może nawet za trudne na nasz wiek, ale je komentował, wzbudzając w nas ambitne pragnienie ich zrozumienia. I czytał nam, właśnie on, „Wielką Tajemnicę” Okońskiego, gdzie Wielką Tajemnicą była popularno­naukowa opowieść o biologii rozmnażania. Ech, jakie to wtedy było interesujące!

Do ścisłego kierownictwa pedagogicznego należał pan Zygmunt Serafinowicz - dyrektor laskowskich szkół. Mówię o szkole dziewcząt i chłopców. Mieszkał on też całkiem ubogo w jednym pokoju obok schodów, na drugim piętrze domu św. Teresy, dokładnie naprzeciwko naszych sypialni. Charakteryzował go pewien rodzaj dowcipu. To on chętnie opowiadał anegdotkę o Newtonie i jego dwóch kotach z tym, że mówił tak: -Morawski, gdybyś był tak wielkim fizykiem jak Newton, to też byś kazał w drzwiach do twojego gabinetu zrobić dwa otwory. Duży otwór dla dużego kota i mały otwór dla kota małego. Albo inaczej: -Morawski, gdybyś był zawiadowcą stacji, na pewno wywiesiłbyś taką tabliczkę: „Dla ludzi w bagażem przejście przez tę furtkę, a dla ludzi bez bagażu... Także przez tę furtkę”. I tu wybuchał spontanicznym, zaraźliwym śmiechem, bo pamiętamy go jako człowieka bardzo pogodnego. Śmieliśmy się razem z nim, choć te dowcipy słyszeliśmy już parę razy.

Powiem, że uczył matematyki i zajmował się naszym wychowywaniem raczej tylko do południa, na terenie szkoły. Po południu reagował tylko okropnie na nieprzyzwoite słowa i powiedzenia. Nie żyje już kolega, którego normalnie zrzucił z całego ciągu schodów za takie jedno obrzydliwe wyrażenie. Aż dziw, że Bronek to przetrzymał i żył jeszcze trzydzieści parę lat.

Po lekcjach pan Serafinowicz często wyjeżdżał do Warszawy i wracał późno ostatnim autobusem. Nie wiemy, kogo odwiedzał, ale chyba te jego wyjazdy miały coś wspólnego z losem przebywającego na emigracji brata – poety, Jana Lechonia. Sądzę, że chętnie przebywał w jakichś kręgach poetów, pisarzy, może pracowników uniwersytetu. A my? My parę razy zjedliśmy mu obiad, który zostawiano dla niego w jadalni wraz z elektryczną kuchenką do podgrzania. Dodam, że kuchenki nie używaliśmy. Oczywiście schodzenie po wieczornej zbiórce z drugiego piętra, gdzie były sypialnie, było bardzo surowo wzbronione, ale przecież od wieków wiadomo, że zabronione smakuje najbardziej, a też czasami bywaliśmy głodni.

Zdarzyło się, że pewnej wiosny poważnie zachorował pan Ruszczyc i jego zastępcą został pan Serafinowicz. Wtedy przestał być popołudniami pobłażliwym kierownikiem szkoły. Interesowało go wszystko.

Wychowawców mieliśmy różnych, jeśli chodzi o ich "sympatyczność", temperament, przygotowanie pedagogiczne i podejście do jednostki i grupy. Natomiast jedno jest pewne: oni byli cały czas konsultowani przez odpowiedni szczebel kierownictwa, a więc głównie przez panią Alicję. Parę razy w tygodniu udawali się do pani Gościmskiej i tam omawiano wychowawcze zaszłości i zamiary na przyszłość. To grono tworzyło, można by powiedzieć, jednolity front wychowawczy. Wszyscy wychowawcy wiedzieli „to samo”, to znaczy, wiedzieli, jak reagować na nasze ewentualne pomysły, wybryki, niesubordynacje, winy, wzloty i upadki.

Kiedy z Andrzejem Bartyńskim usiądziemy sobie czasami przy piwku, wspominamy Laski, panią Alicję, panów Marylskiego, Ruszczyca, Serafinowicza, a spośród wychowawców szczebla codzienności najczęściej zjawia się wspomnienie o panu Bronisławie Dembowskim. U nas był wychowawcą, a w Warszawie, do której z uwagi na brak pieniędzy na autobus, chadzał na piechotę, był studentem filozofii pod kierunkiem profesora Tatarkiewicza. Pan Marylski czytał nam fragmenty książki profesora o szczęściu i był to dla nas wielki filozof-autorytet, a część tego podziwu przejmował pan Bronisław.

Lubiliśmy z Andrzejem „filozofować”, a w każdym razie rozmawiać o istnieniu i poznaniu, a doskonałym rozmówcą i znawcą tej materii był właśnie student filozofii. Uczęszczaliśmy do szóstej klasy, kiedy dopadł nas problem autentyczności istnienia i budowy Wszechświata. Zaświtała myśl, że nasz układ słoneczny to tylko atom w jakimś innym układzie, a cały nasz Wszechświat jest może nawet i bardzo drobnym fragmentem materii innego układu, innego wymiaru. Wstawałem na lekcji religii i tłumaczyłem księdzu Śnieżkowi, że nasz Wszechświat to tylko czubek ucha kota, który istnieje w innym wymiarze. A ksiądz Śnieżek wołał: „Siadaj, Irek, siadaj. Twoja filozofia to worek bez dna’! No i wstawał Andrzej, który mówił: -nie tak bardzo bez dna- a pan Bronisław mówił: „To ucho kota jest mało prawdopodobne, ale pomysł jest ciekawy”. I tu chyba nawiązywał do jakichś ustaleń Nielsa Bohra, że model atomu... A układ słoneczny... Przecież już nie pamiętam, o co tam chodziło.

Kiedyś usłyszałem w radiu, jak mój dawny wychowawca przedstawił się jako biskup na emeryturze. Wiem, że on nas także pamięta, choć kiedy byłem na pogrzebie Włodka Kopydłowskiego, popatrzył na mnie, ale nie poznał.

Z wychowawcami, a ściślej z pewną przygodą, wiąże się obszerna prelekcja pana Ruszczyca na temat - Duch a litera prawa. Było tak. My wiedzieliśmy, że nie wolno nam udawać się do wsi Laski, a tym bardziej do sklepu pani Mikowej. Oczywiście zakaz bywał łamany, a tym razem postanowiliśmy iść tam legalnie. Pan Ferdynand objął urząd wychowawcy zaledwie ze trzy dni temu, tedy spytaliśmy go, czy możemy iść do Mikowej po piwo. A Ferdynand spytał lojalnie, czy nam wolno. Oczywiście powiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że jeśli wychowawca pozwoli, to możemy. No to pan F. poprosił, żeby jemu też kupić ze trzy butelki i poszliśmy. No i co potem tłumaczył nam pan Ruszczyc? Ano tłumaczył, że postąpiliśmy zgodnie z literą prawa, bo rzeczywiście, jeśli wychowawca pozwoli, to wolno, ale z drugiej strony wszak wiedzieliśmy doskonale, że wychowawca nie wiedział, że nie powinien wyrażać zgody.

Goście Lasek

W czasie, gdy władze próbowały podporządkować sobie hierarchię i Kościół, Laski były niewątpliwie ostoją prawdziwego, papieskiego katolicyzmu, toteż nic dziwnego, że pana Marylskiego i Matkę Czacką odwiedzały ważne osobistości. Nieoficjalnie (poza oficjalnymi wizytami) przyjeżdżał do Lasek prymas Wyszyński, ojciec Zieja, biskup Majewski, i inni. Przyjeżdżał też pisarz i dramaturg Jerzy Zawieyski. Wielkie, podniosłe wrażenie wywarły na nas wieczory, kiedy gromadziliśmy się w dużej sali, a on ciepłym, doskonale ustawionym głosem, (kiedyś był aktorem u Osterwy), czytał fragmenty swoich nowel i dramatów. Czytał nam te opowiadania również pan Marylski. Opowiadania były trudne, wiwisekcyjne, drążące psychikę bohaterów, a w nas wzbudzały ambicje zrozumienia i sprostania zawartym w nich problemom. Może dzięki tym inspiracjom znalazłem kiedyś kogoś, kto mi przeczytał „Duszę Zaczarowaną” Romain Rollanda - całe cztery tomy i ja to przetrzymałem.

Pan Zawieyski zwykle mieszkał na parterze domku, który nazywał się Watykan. Przychodziliśmy tam z Andrzejem wieczorami. Oszałamiająco pachniało kwitnienie laskowskich zagajników. Na pięterku Watykanu mieszkał profesor Frieman, który na fortepianie snuł swoje opowieści, po prostu komponował, a Jerzy Zawieyski dmuchał na nas dymem holenderskich papierosów, których wcale nie bały się tutejsze komary i opowiadał nam o swojej pracy w teatrze. Bardziej pamiętam nastrój, niż tematy, ale to nic dziwnego. Ileż minęło już dni i lat od tamtego czasu. I nie ukrywam, że Andrzej próbował już swoich zdolności do tworzenia wierszy i ja też próbowałem „robić” jakieś opowiadanka. W każdym razie pan Zawieyski nakłaniał nas do pisania, odkrywając też i pewne tajniki warsztatu pisarskiego.

Z Jerzym Zawieyskim spotykaliśmy się potem poza Laskami - we Wrocławiu i w Warszawie, gdy był już członkiem Rady Państwa. Wymienialiśmy też listy.

Myślę, iż nie miał Jerzy Zawieyski wątpliwości, że Andrzej będzie poetą, natomiast mnie pocieszał: - Irzuś - (tak mnie sobie nazywał), proza wymaga wiele pracy. Jak będziesz pracował, będziesz pisarzem. Czy w to wierzył?

Innym człowiekiem, któremu Andrzej i ja zawdzięczamy wiele zachwycających doznań artystycznych, był Mikołaj Roztworowski. A że był niewiele od nas starszy, to bardzo szybko był to po prostu Nik. Był on źle widziany w Laskach, ponieważ przystał do źle widzianej opcji katolicyzmu, po prostu pracował w „Pax-ie”, a pod koniec lat pięćdziesiątych był redaktorem naczelnym czasopisma „Kierunki”.

Mimo wyrażanej niechęci kierownictwa Lasek, Nik przyjeżdżał do nas i w niedzielne popołudnia czytał nam wiersze poetów, takich jak: Miłosz, Ważyk, Jastrun, Przyboś... To było prawdziwe odkrywanie zupełnie nowych konstrukcji i kształtów poetyckich. Bardzo dużo mój rozwój człowieka-humanisty zawdzięcza tym niedzielnym popołudniom i myślę, że jeszcze więcej zawdzięcza Andrzej Bartyński, który wszak został prawdziwym poetą.

Wspomniałem o profesorze Friemanie, który mieszkał na pięterku Watykanu. Z nim wiąże się całe muzyczne życie i wychowanie w powojennych Laskach, ale rozwijanie wrażliwości na muzykę i umuzykalnienia było, jak sądzę, mocno zaakcentowane w laskowskim programie wychowawczym. Gdy byłem w przedszkolu, siostra Germana zabierała nas wieczorem do bawialni, gdzie pan Bielajew - niewidomy skrzypek i pianista, dawał koncerty dla sióstr i dziewczynek z domu św. Antoniego. Oczywiście, my przedszkolaki już po pół godzinie byliśmy koncertem zmęczeni, ale wszak z tamtych czasów pamiętam kujawiaki i obertasy Wieniawskiego, bo chyba wtedy pan Bielajew grał jedynie utwory skrzypcowe.

Bardzo dużo uczniów w Laskach uczyło się muzyki, a żebyśmy wiedzieli do jakiej perfekcji pracą i zdolnościami należy nam zmierzać, odbywały się recitale profesora Friemana. Natomiast na koniec roku szkolnego miały miejsce tak zwane popisy. Staraliśmy się przezwyciężyć tremę, przestać szczękać zębami i przed większym audytorium wykonać utwór przygotowany na tę okazję.

Wielki nacisk kładziono też na naukę śpiewu. Nad nauczaniem śpiewu solowego pracowały dwie panie Kozłowskie - Zofia i Maria, a na ich lekcje uczęszczało wielu chłopaków i dziewcząt. Do pań Kozłowskich przyjeżdżały ich uczennice i - rzecz jasna - również dawały koncerty. Istniały też dwa postawione na wysokim poziomie chóry prowadzone przez Witolda Friemana. Bardzo bym chciał usłyszeć raz jeszcze jego Jasełka, Legendę o świętym Jerzym, Walca bez słów i zmodyfikowany Marsz Mokotowa.

W Laskach nie uczono nas grać rumb i fokstrotów. Graliśmy Mozarta, Clementiego, Beethovena. Może dlatego w latach siedemdziesiątych i później cierpliwie nagrywałem z radia wielkie cykle muzyczne Jana Webera: „Wielki Pianista Sergiusz Rachmaninow”, „Wielki Pianista Vladimir Horowitz”. Nie gardzę ładną muzyką rozrywkową, ale dla siebie mam sporo innych nagrań. Takie, a nie inne upodobania muzyczne też na pewno zawdzięczam Laskom.

Szkoła

Za każdym razem, gdy z domu wracałem do Lasek, było mi bardzo ciężko. Nie lubiłem tych powrotów, ale cieszę się, że całą szkołę podstawową odbyłem w szkole dla niewidomych. Czy w tak zwanej szkole integracyjnej nauczyłbym się brajla, skrótów brajlowskich tak potrzebnych dla szybkiego sporządzania notatek, czy umiałbym korzystać z map plastycznych, globusów, kubarytmów, brajlowskich podręczników, brajlowskich nut, nie mówiąc już o nauce poznawania świata „po niewidomemu”, o czym pisałem w rozdziale o rehabilitacji poznawczej. Mam przeświadczenie, że w szkole w Laskach prowadzono nauczanie na bardzo wysokim poziomie. Mieliśmy bardzo mądrych, bardzo dobrze przygotowanych i oddanych sprawie nauczycieli. A dodajmy, że przez ostatnie trzy lata w klasie było nas tylko ośmiu, więc prawie codziennie każdy z nas musiał głośno rozwiązać zadania z matematyki, albo zdać sprawę z wiedzy z innych przedmiotów. W czasie lekcji bardzo trudno było wybrać się do „krainy niebieskich migdałów”. I jeszcze we własnym wolnym czasie niektórzy nauczyciele przygotowywali nam w brajlu notatki stanowiące kompendium wiedzy z danego przedmiotu, a my potem pracowicie te notatki sobie przepisywaliśmy, żeby mieć je na własność. Takie przepisywanie było znakomitym utrwalaniem wiadomości. Szczególnie dobrze pamiętam aż pięć dość grubych zeszytów z historii starożytnej, a także historię Polski. Te notatki kochałem tak bardzo, że nawet na wakacje zabierałem je ze sobą do domu.

Po południu, po spacerze, od godziny szesnastej do osiemnastej był czas przeznaczony na odrabianie lekcji i czytanie książek. Ponieważ podręczniki były przepisywane ręcznie i to jedynie w jednym egzemplarzu, zadane rozdziały czytało się głośno. I tak minęło siedem lat szkoły podstawowej. Potem, w tym samym ośmioosobowym składzie wstąpiliśmy do szkoły zawodowej. Ponieważ kilku z nas wyraziło chęć kontynuowania po zdobyciu zawodu nauki w liceum ogólnokształcącym, zorganizowano dla tej grupy już po kolacji zajęcia uzupełniające, bowiem program szkoły zawodowej nie przewidywał niektórych przedmiotów w ogóle, a inne nie pasowały swoim zakresem do wymogów szkoły średniej.

Podjęliśmy również prywatnie naukę języków: angielskiego, francuskiego i łaciny. Wszystko to bardzo się nam przydało, gdy Andrzej Bartyński i ja postanowiliśmy po pierwszej klasie zawodówki, przerwać zdobywanie zawodu i podjąć naukę w liceum we Wrocławiu.

Był czerwiec roku 1950 - czas przyjmowania do szkół. Siostra Andrzeja i moja mama z naszymi, raczej ładnymi świadectwami, udały się do Pierwszego Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu celem zapisania nas na rok szkolny 1950-51. Oczywiście szkoła odesłała temat do kuratorium, a kuratorium... oczywiście do ministerstwa. Andrzeja siostra i moja mama naturalnie były w ministerstwie, gdzie obiecano rozpatrzyć rzecz na korzyść zainteresowanych. Skończyło się tym, że wysoki urzędnik sprawę Andrzeja zatwierdził na tak i udał się na urlop, zostawiając moją sprawę do załatwienia swojej zastępczyni, a zastępczyni orzekła, że nie ma sensu nauką męczyć niewidomego. Pojechała znowu moja mama do ministerstwa i w końcu na moje kształcenie wyraził zgodę któryś z wiceministrów oświaty.

Czasami natrafiam w Pochodni na utyskiwania niewidomych uczniów ze szkół średnich i studentów na brak pomocy i zrozumienia ze strony pedagogów, a jeszcze bardziej ze strony kolegów. My z Andrzejem mamy w pamięci samą przychylność dyrekcji, nauczycieli i serdeczne stosunki z kolegami. Pewnie zmieniły się czasy, a wraz z nimi i ludzie, ale my skończyliśmy liceum i studia przede wszystkim dzięki pomocy kolegów. Nie mieliśmy brajlowskich podręczników, nie było magnetofonów i dyktafonów, nie było wielu pomocy, z których dzisiaj mogą korzystać niewidomi. Nawet o papier do pisania brajlem było trudno. I myślę, że bardzo w przyjaznych stosunkach z kolegami pomogła nam wiedza wyniesiona z Lasek, owe notatki z historii, dobre podstawy z gramatyki trzech języków, oczytanie i umiejętność składnego wypowiadania zadanych lekcji. Mieliśmy też trochę pozaszkolnych zainteresowań. Już jesienią roku 1950 czy zimą roku 1951 odkryliśmy Koło Młodych Pisarzy. Tam raz w tygodniu odbywały się spotkania z poezją i prozą, spotkania z pisarzami, albo czytanie i dyskutowanie nad własnymi utworami. Andrzej już wtedy był poetą. Swoim występem wzbudził wielkie zainteresowanie, nie tylko młodych. Pamiętam, jak osobiście odwiedził go osobiście wielki podówczas Jerzy Putrament, a także jak przedstawiono go Gałczyńskiemu.

Gdy byliśmy w dziesiątej klasie, zaprzyjaźniliśmy się bardzo serdecznie z Czesiem Turzańskim. Chcę tu utrwalić wspomnienie o tej przyjaźni. Czesiu był przewodniczącym Zarządu Szkolnego Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), udawał komunistę, ale komunistą zaledwie bywał. Dzięki temu światopoglądowi udało mu się zacząć i skończyć Szkołę Główną Służby Zagranicznej i poszedł „w dyplomaty”. Z Czesiem chodziliśmy wszędzie: na koncerty do auli politechniki, do teatru, do kina, na różne spotkania z ciekawymi ludźmi, do bibliotek, a do tego Czesiu bardzo lubił swój głos i wobec tego czytał nam głośno godzinami. Znał też dobrze język rosyjski i przepadał za głośnym czytaniem rosyjskiej poezji: Puszkin, Lermontow, Błok, Jesienin, Mandelsztam, Majakowski... Kiedy było trzeba, piliśmy kawę z ampułką kofeiny i Czesiu czytał całą noc. Szkoda tylko, że historii Polski musieliśmy się uczyć z podręczników Jefimowa czy jakiegoś Gałkina, a najsławniejszym biologiem była niejaka Olga Lepieszyńska. Mówię – niejaka – bo dzisiaj już nikt o niej nie pamięta. Nie chcę powiedzieć, że byliśmy wzorcowi, bo to nieprawda. Zdarzało się nam być nieprzygotowanymi do odpowiedzi, nie mieć wypracowania itp. Przecież żeby móc na lekcji przeczytać głośno czytankę po francusku, musieliśmy ją sobie najpierw przepisać. Tak samo było z angielskim czy rosyjskim. Nie byliśmy więc zawsze wzorowi, ale byliśmy tacy, jak inni, a w niektórych dziedzinach po prostu lepsi. Ale paliliśmy papierosy w męskiej ubikacji z tymi, którzy palili, piliśmy wino i nie tylko z tymi, którzy chcieli się napić, wyskakiwaliśmy z tramwaju, bo taka była młodzieńcza codzienność, śpiewaliśmy nieprzyzwoite ruskie czastuszki, bo fajnie było sobie w takim chórku pośpiewać, dołączaliśmy się do wagarowiczów, jeżeli była taka potrzeba czy lekkomyślność, a z dziewczętami wywoływaliśmy duchy przy pomocy kręcącego się spodka.

Nie mogę jednak powiedzieć, że nasza średnia szkoła to była droga usłana różami. Zdarzało się bowiem, że mimo najszczerszych chęci, koledzy nie umieli nam wyjaśnić różnych zawiłości np. trygonometrii i w tej sprawie doszło do tego, że wynajęliśmy korepetytora. A korepetytorem został student politechniki, który bardzo szybko z nami się zaprzyjaźnił, pomagał nam długo i cierpliwie, nie chcąc za to ani grosza. To tylko przykład. Dzisiaj myślę, jak bardzo brakowało nam brajlowskich podręczników i innych pomocy dostępnych obecnie uczącym się. Czy stosowano do nas taryfę ulgową? Myślę, że istniała pewna postać takiej taryfy. Polegała ona na tym, że niektórzy profesorowie w ciągu okresu pytali nas rzadziej niż innych, zakładając zapewne, że możemy być trochę nieprzygotowani i należy to uwzględnić. Za to na koniec danego okresu spotykało nas przepytanie z całego materiału, bo wtedy już nie mogliśmy nie umieć. Pamiętam, jak bardzo ostro zostałem potraktowany przez pana historyka, gdy nie mogłem wybrnąć z fragmentu historii Francji. Normalnie na mnie krzyczał, wołając, żebym nie zajmował miejsca tym, którzy się chcą naprawdę uczyć. Było mi głupio, bo przecież chciałem się uczyć, ale na pewno nie był to ze strony profesora przejaw taryfy ulgowej. Dodam, że dziesięć lat później spotkaliśmy się na prywatnym spotkaniu przy nakrytym stole. Przy kieliszku przypomniałem mu tę scenę. On jej nie pamiętał. Powiedział: -Niejednego objechałem, jak się ociągał w nauce. Widocznie panu się to też należało. Potem postawił mi piątkę, bo powiedziałem mu, że wiem, iż w okresie najostrzejszego stalinizmu i rusyfikacji Polaków, on jako podręcznik wyjściowy dla siebie obrał Historię Polski Anatola Lewickiego, (z tego podręcznika uczył się jeszcze mój ojciec), dokładając do niej dialektyczno-materialistyczną interpretację. Dodałem: -A myśmy wiedzieli o tym już wtedy, w szkole- Był zdziwiony.

Mieliśmy dużo koleżanek, ale Andrzej i ja mieliśmy też po dziewczynie bliższej sercu. Te bliższe sercu dziewczyny pomagały nam więcej od innych. Teraz już mają dużo lat. Po maturze zaczęliśmy się z dziewczynami gubić, potem były już tylko listy, potem tylko kartki na imieniny. Potem dziewczyny zmieniły nazwiska, wypadły z naszych serc, a i dla nas w ich sercach bardzo skurczyła się przestrzeń. Tak to już jest z tą czasoprzestrzenią, czwartym wymiarem naszych losów.

Pisemną maturę pisaliśmy brajlem. Zapisane kartki oddaliśmy tak, jak i inni koledzy. Chyba te kartki wywieziono do szkoły dla niewidomych. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto je przedyktował, ale też i nie pytaliśmy nikogo.

Na pytanie, czy wolelibyśmy uczęszczać do szkoły średniej dla niewidomych, czy też z widzącymi, obydwaj z Andrzejem odpowiadamy, że w szkole dla niewidomych byłoby łatwiej i tego chyba nie trzeba uzasadniać. Natomiast szkoła dla niewidomych, jak by na to nie patrzeć, jest formą pewnej izolacji i dlatego aktualna pedagogika lansuje szkoły integracyjne, choć często zdarza się, że nieprzygotowana do takiej wspólnoty jest ucząca się młodzież, a także nauczyciele.

Studia, czas odwilży

Z początkiem lipca roku 1957 wraz z Andrzejem Bartyńskim zdawaliśmy pisemny egzamin wstępny na filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Najpierw napisaliśmy nasze prace brajlem, a potem, pod nadzorem profesora Bąka, przedyktowaliśmy je towarzyszącym nam osobom, które wszakże w czasie pisania prac siedziały daleko od nas. Potem odbyliśmy egzamin ustny z literatury i historii, a potem, w październiku roku 1957, zaczęliśmy normalne studiowanie. Studiowanie na polonistyce we Wrocławiu to przede wszystkim przebywanie w czytelniach biblioteki "Ossolineum" i "Uniwersyteckiej", po to, aby tygodniowo przeczytać i zgłębić co najmniej kilka książek, artykułów i dysertacji. W czytelniach obowiązuje bezwzględna cisza, więc głośne czytanie musiało się odbywać poza czytelniami. Czasami był to pokój katalogów, czasami, zwłaszcza po południu gabinet pani kustosz, czasami po prostu ława na jakimś korytarzu. I dzisiaj sam się dziwię, jak szybko znaleźliśmy kolegów, a zwłaszcza koleżanki, które chętnie podjęły z nami współpracę. Nie mogę tu nie wspomnieć Heleny Kaut, która czytała nam godzinami w takich właśnie warunkach. Potem razem zdawaliśmy egzaminy. Niestety! Helena w czerwcu roku 1958 wygrała jakiś ważny konkurs recytatorski i została przez swoją mamę wywieziona do Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę oraz Wyższą Szkołę Teatralną ze specjalnością reżyseria i teraz wystawia sztuki w Anglii, Ameryce, Japonii, a czasem we Wrocławiu. Mija pięćdziesiąt lat, a my się nadal kochamy. Śmigają listy między nami pocztą elektroniczną i jest dobrze. I wspomnę też Marysię Czarnecką. Gdyby nie jej wręcz cudowna, ofiarna pomoc, nigdy nie napisałbym mojej pracy dyplomowej pt. „Poetyka Przybosia”, a my z Andrzejem nie zdalibyśmy przynajmniej kilku egzaminów. Dla uczciwości powinienem wymieniać nadal przyjaciół, którzy zupełnie bezinteresownie nam pomagali, a może znajdowali oni jakąś satysfakcję przebywania w naszym towarzystwie, a może podobało się im to, co robiliśmy poza salami wykładów, ćwiczeń i bibliotek.

Po październiku roku 1956, po ósmym plenum „naszej partii”, nastał czas szalonej nadziei, że będziemy zmierzać w stronę wolności - w tym wolności dostępu do dóbr kulturowych i swobody intelektualnej. Parę niesocrealistycznych opowiadań Marka Hłasko zrobiło więcej niż zawrotną karierę, a wydawnictwa zaczęły wypuszczać na rynek tłumaczenia Hemingway'a, Kafki, Sartre'a i innych Francuzów, Amerykanów, Anglików i Hiszpanów. Przycichła hegemonia literatury radzieckiej i rosyjskiej, z zapartym tchem czytaliśmy „Starego człowieka i morze”, „Śniegi Kilimandżaro” i „Komu bije dzwon” Hemingway'a, a potem Faulknera, Steinbecka i bardzo wielu innych twórców kultury Zachodu. Szeroką falą przypłynęły tłumaczenia poezji francuskiej i anglo-amerykańskiej, a ten przypływ wzbudził i ożywił artystyczne dokonania autentycznych, utalentowanych twórców, a także wielu zwyczajnych naśladowców.

W tym czasie w całym kraju powstawało wiele teatrów i teatrzyków, kabaretów i kabarecików, głównie studenckich, a we Wrocławiu powstała grupa artystyczna –„Dlaczego Nie”- zrzeszająca młodych poetów, krytyków literackich, artystów plastyków, a poza tym miała ona otwarte drzwi dla wszelkich innych artystycznych zamierzeń i dokonań. Jej programem było: Dlaczego nie! Dlaczego nie mówić prawdy, dlaczego nie śpiewać, nie tańczyć, nie grać na harfie, nie kochać, nie pisać wierszy, nie lecieć na Księżyc, nie wdychać światła i swobody, dlaczego nie pić grzanego wina z korzeniami?.. To wino z goździkami i ziarenkiem ziela angielskiego stało się utrwalonym obyczajem członków grupy. Może w tym winie był zatopiony duch i radość tamtych czasów i choćby jedna laseczka cynamonu? Z niegasnącym uwielbieniem wspominam mamę Andrzeja - panią Antoninę, na której ręce i odporność spadał ten cały bałagan, jaki zostawiali po sobie artyści. Garnek z odpadkami po grzaniu wina, kufle, szklanki, niedojedzone resztki, butelki, błoto na podłogach, bo przecież nikt z artystów nie zdejmował butów, no i garście niedopałków. Ponieważ Andrzej śpiewał, to jego mama nie pozwalała kopcić w pokoju, toteż szybko wymyślono dmuchanie do otwartego pieca. Przed takim piecem siadało czterech palaczy i starało się wydmuchiwać dym do komina. Oczywiście 75 % tego kopcia zostawało w pomieszczeniu. Pani Antonina otwierała okna, ochrzaniała artystów, ale na drugi dzień było tak samo. Nie tylko pokój Andrzeja stał się ośrodkiem istnienia i działania grupy. Sam Andrzej Bartyński stał się bardzo szybko, a może i od razu przywódcą ‘Dlaczegoniewców”, bowiem bez wątpienia był najbardziej utalentowanym, najbardziej wyrazistym poetą w tym kolektywie i autorytetem dla pozostałych kolegów. Na autorskie spotkania z grupą „Dlaczego Nie” przychodziły normalnie tłumy ludzi bardzo różnego autoramentu zawodowego. Na przykład tłumnie zjawiali się inżynierowie, a wśród nich mój kuzyn Rysiek, którym nigdy przedtem nie przyszło na myśl interesować się poezją. Oczywiście najmocniej przeżywali wiersze poświęcone rewolucji na Węgrzech inżynierowie, a wśród nich kuzyn Rysiek. Zabierali oni głos w sprawach poezji i polityki, a potem temat węgierski objęto dość szybko cenzurą i nawet Radio Wolna Europa prosiło, żeby tematu unikać i nie utrudniać nowemu kierownictwu kraju kontaktów ze Związkiem Radzieckim. Recytowali więc koledzy wiersze apolityczne. Andrzej, stojąc, głosem ustawionym do śpiewu jeszcze w Laskach przez panią Zofię Kozłowską i potem we Wrocławiu przez panią Dunkę Sleczkowską, mówił: -Rum, rum, wrząca kawa...Gładki brzuch u panny Niny. Noc noc-na zabawa, brzuch jak delfin błyskotliwy. A my chcemy kawy z rumem... Wiele czasu spędzaliśmy w kawiarniach, bo tam niedopałki i błoto z butów sprzątała firma, kawa była niedroga, czasem piwo Radeberger, może Pilsner, muzyka węgiersko-cygańska w tej kawiarni, co się nazywała Stylowa, albo Czardasz, i niekończące się dyskusje nad wierszami, nad przeczytanymi książkami, artykułami, nad ostatnio widzianym teatrem: Ionesco, Beckett, Giraudoux, Camus. Już nie Ostrowskij, Pryszwin, jakiś Czapajew. Nawet Andrzej, Janusz i ja pojechaliśmy specjalnie do Warszawy, żeby w teatrze obejrzeć „Proces” Franza Kafki z Jackiem Woszczerowiczem w roli głównej. Do Warszawy jeździliśmy na różne zresztą zjazdy młodych twórców, i do Poznania, i do Olsztyna, może i do Szczecina...Taki był czas.

Co ja, nie będąc poetą, robiłem w grupie „Dlaczego Nie”? Nie było mnie we Wrocławiu, gdy powstawała ta grupa. Do Wrocławia wróciłem w kwietniu roku 1957.

Z Andrzejem zaczęliśmy przygotowania do egzaminu wstępnego na studia. Ponieważ często przebywałem w wiadomym pokoju, niejako przystałem do grupy, ale koledzy między sobą szeptali, że Andrzej przekształca grupę artystyczną w związek niewidomych. A potem zorganizowano mi tak zwany wieczór autorski w sali Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych. W sali było dużo ludzi - trochę kolegów, trochę spoza środowiska. Wieczór był udany, koledzy przeprosili mnie za nieprzychylność. Napisałem w życiu kilka udanych fragmentów prozy poetyckiej. Większość już pogubiłem, a z niektórych byłem dumny. No i jeśli o dumie mowa, to niedawno spytałem Helenę, która jest reżyserem i mieszka w Londynie, dlaczego jej się chciało tak często i tak dużo przebywać z Andrzejem i ze mną. „Bo byłam z was dumna, byłam i jestem. Wasze towarzystwo jest dla mnie zaszczytem”. I to nie jest samochwalstwo. Chcę powiedzieć, że niewidomy, jeśli chce mieć prawdziwych przyjaciół, może wnieść do tej przyjaźni trochę swoich potrzeb, ale przede wszystkim musi wnieść wartości, które tę przyjaźń uświetnią. To taki wniosek.

I jeszcze krótka apostrofa do pana Zawieyskiego. Drogi Panie Jerzy! Spełniłem tylko część Pana przepowiedni, bo tylko przez pewien czas byłem pisarzem, ale wiem, jak boli praca nad tekstem, i jak raduje ukończony rozdział.

Krytyka i usprawiedliwienie

Wiem, że już piszę za długo, ale pani Zofia Morawska prosiła mnie również o zgłoszenie uwag krytycznych do Lasek tamtych czasów. Oczywiście, każdy z nas wychowanków tamtej epoki mógłby wnieść uwagi zgoła inne, ale ja powiem, że nie podobało mi się pewnego rodzaju skoszarowanie, wieloosobowe sypialnie zamknięte w ciągu dnia na klucz, wieczorne kąpiele pod zimnym prysznicem, choć miałem okresy dzielności, kiedy czekałem na koniec mycia się moich kolegów, żeby zimny prysznic wychłostał mnie porządnym ciśnieniem, nie podobały mi się (i moim kolegom też) podawane często na kolację kasze kukurydzianki posypane kakao i polanę sokiem malinowym, niechętnie wstawałem o szóstej, czy jeszcze wcześniej, żeby codziennie uczestniczyć w Mszy Świętej, nie byłem zachwycony absolutną separacją dziewcząt, z której wynika fakt, że z niektórymi paniami byliśmy w Laskach w tym samym czasie, a w ogóle się nie znamy, nie podobało mi się też szerzone przekonanie, że średnią szkołę mogą ukończyć tylko niewidomi niebywale zdolni tak, jak... I tu podawano przykład dwóch kolegów, którzy zdali maturę w liceum Rejtana czy Batorego. Nie nauczono nas przynajmniej kilku czynności praktycznego życia, jak choćby prasowanie spodni czy koszul. Nie chciałem być szczotkarzem, ani monterem piast rowerowych choćby dlatego, że zupełnie nie miałem zdolności manualnych i szczotki mojej produkcji wywoływały ciężkie westchnienie potępienia ze strony pana Pawła Legeżyńskiego - naszego instruktora. Kiedy uczęszczaliśmy do zawodówki, po zajęciach warsztatowych zostawiałem moje szczotki na stanowisku, a sam brałem z półki produkcję już poprawioną i wykończoną, i mówiłem do pana Pawła: -Wprawdzie Franek zrobił 10 szczotek, a ja tylko 5, ale niech pan zobaczy i porówna. Jego szczoty, to byle co. A moje szczoteczki to prawdziwe perły. Lubił mnie pan Paweł i tak bawiliśmy się przez parę dni. On udawał, że docenia poprawę moich kwalifikacji szczotkarza, a ja udawałem, że nie tylko umiem szczotki robić, ale i pięknie wykańczać.

No, a teraz już czas, żeby powiedzieć, że wiem i rozumiem, dlaczego była kukurydzianka i zimny prysznic wieczorem. Kukurydziankę dostawaliśmy, bo była bieda. Kasza pewnie przychodziła z jakiegoś przydziału, kakao z Unry, a sok malinowy z ogrodu siostry Aleksandry. Dodam, że opowiadał mi przyjaciel, który dokładnie dziesięć lat później przebywał w internacie ojców Salezjanów w Krakowie, że dokładnie taką samą kaszę, tak samo posypaną i polaną, dostawali na wieczorny posiłek. I dalej: skoszarowanie, zimne prysznice i nocne alarmy z dokładnym poprzewracaniem pościeli, co robiliśmy jeden drugiemu na polecenie wychowawcy - byłego strażaka, służyło wzmocnieniu w nas ducha hartu i owej dziarskości wszczepianej jeszcze pod skrzydłem siostry Germany. A izolacja dziewcząt zaspokajała pogląd, że nie należy stwarzać chłopcom pokus, a dziewczętom nadziei. Według tego poglądu do niewidomych dziewczyn najlepiej pasowała samotność. Na szczęście parę lat później był to już pogląd staroświecki, przestarzały. Uczestniczenie w nabożeństwach było zgodne z obowiązującym w Laskach światopoglądem, nie mniej bardzo wczesne wstawanie było dla mnie przez wiele lat przeżyciem uciążliwym. Pod koniec mojego pobytu w Laskach ten obowiązek zniesiono. Poranne Msze były dla tych, którzy prosili, żeby ich zbudzić. I tu krótka anegdotka. Chłopcy, którzy chcieli iść na Mszę, wkładali wieczorem kartkę ze swym imieniem do specjalnej skrzyneczki. Ileż to roboty napisać Kazik czy Wojtek i włożyć kartkę, gdzie należy. Rano budzone Wojtki czy Kaziki kłóciły się z wychowawcą. A mnie się udało. Nie zbudzono mnie nigdy. Zasypiałem później od kolegów, a przed zaśnięciem sprawdzałem, kto jest w skrzyneczce. Siebie wyjmowałem.

Nielubianych obowiązków lub innych okoliczności było więcej, ale już mieszkają w krainie niepamięci, albo z perspektywy minionego czasu nie są już uciążliwe. W Laskach na pewno są już zupełnie inne obyczaje.

I jeszcze jedno: To nieprawda, że bardzo nie lubiłem kukurydzianki z sokiem. Narzekałem na nią dla zachowania solidarności z innymi. Nie była taka zła, co najwyżej nudna. No tak.

Kochane Laski

Kiedy przez jakiś czas pracowałem w pewnym zakładzie dla dzieci niewidomych, zdarzało się, że o ósmej wieczorem do pokoju wychowawców wpadał któryś z wychowanków i zadyszanym głosem wołał: -pszepani! Czy może pani mi nawlec igłę? albo - Czy może pani przeczytać mi, co jest na tej kartce? I bywało, że pani mówiła: - Ja już skończyłam dyżur. Idź do pani…

A w Laskach??? W Laskach wychowawcy też kończyli dyżury i może w takiej sytuacji powiedzieliby to samo. A jednak pamiętam, że miałem w czasie mojego tam pobytu przeświadczenie, że gdybym w środku nocy zawołał, że we mnie stało się tak, iż musi wysłuchać mnie ksiądz Aleksander, albo pan Ruszczyc, albo pan Marylski, i gdybym umiał przekonać dyżurnego wychowawcę, że to naprawdę jest najprawdziwsza potrzeba mojego wnętrza, obudzono by pana Marylskiego, albo księdza, bo taka tam była atmosfera. Bo nad tym wszystkim czuwała Matka Róża Elżbieta Czacka - charyzmatyczna postać Lasek, która wśród nieprzeliczonych zasług dla uczynienia godnym życie niewidomych, miała jeszcze i tę zasługę, że znalazła i dobrała sobie do współpracy ludzi, którzy tej idei poświęcili „wszystkość” swojego życia.

Przez całe dziesięć lat mojego pobytu w Laskach, Matka, w Laskach o Matce Róży Elżbiecie Czackiej mówiono po prostu Matka albo Mateńka, mieszkała w pomieszczeniu przy kaplicy. Podczas nabożeństw uchylała okienko łączące Jej pokój z kaplicą i uczestniczyła we Mszy czy Różańcu. Przez tych dziesięć lat nigdy nie byłem w tym pokoju. To Mateńka przychodziła do nas. W listopadzie, w czas swoich imienin, Mateńka odwiedzała wszystkie domy. My w prezencie przygotowywaliśmy recytacje, śpiewy, przedstawienia, a ona obdarowywała nas czekoladami. Czekolada to wtedy był rarytas.

I zdarzyło się, że po raz pierwszy w pokoju Matki znaleźliśmy się właśnie teraz, w czerwcu roku 2006, gdy odwiedziliśmy z Andrzejem Laski i panią Zofię Morawską. Pokój był urządzony tak, jak za Jej życia i ubożuchność w nim panowała na miarę może jeszcze większą niż u Henryka Ruszczyca. Różnica była ta, że u Matki stał klęcznik.

Założyła też Matka Elżbieta Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Kto ze mną był w grupie w domu św. Rafała, ten może pamiętać poranki, gdy siostra-budzik o piątej rano stukała w okno naszej sypialni, wołając: „Siostro, Przez Krzyż"”, a dyżurująca z nami w nocy siostra Germana, Wita czy Bogdana natychmiast zrywała się na równe nogi, odpowiadając: „Do nieba. Bierzmy Krzyż i chwalmy Pana”. Od tej chwili, aż do późnych godzin wieczornych, spędzała czas na pracy i modlitwie. I kto mieszkał ze mną w domu św. Teresy, musi pamiętać siostrę Hiacentę, która od szóstej rano do ósmej wieczorem pracowała w naszej domowej kuchni, i pamięta siostrę Czesławę, która te same godziny spędzała, pracując w domowej szwalni. To samo było w centralnej kuchni, pralni, w ogrodach i na polu... Siostry, mając jedynie habit i różaniec uwiązany na sznurze naznaczonym pięcioma węzłami na pamiątkę pięciu ran Chrystusa, pracowały od rana do nocy, przerywając pracę jedynie na krótki czas modlitwy i ćwiczeń zakonnych. Czy Laski mogłyby istnieć, gdyby za całą wnoszoną tam pracę trzeba było zapłacić? Czy mogłyby przetrwać wojnę, gdyby siostry nie jeździły po kweście? Pamiętam, jak kiedyś zainteresowałem się i spytałem, gdzie te szare, zawsze pogodne siostry, gdzie one śpią. I powiedziano mi, że nad kuchnią, nad refektarzem, nad pralnią w domu św. Franciszka, nie chcąc powiedzieć, że to po prostu jest strych.

Myślę, że z tej służebności sióstr, z tego oddania się służbie drugiemu człowiekowi innych ludzi Lasek, płynął doniosły przykład do naśladowania dla nas, przyszłych dorosłych członków społeczeństwa, dla nas późniejszych dyrektorów, prezesów i po prostu ludzi. Harcerstwo i zimny prysznic nauczyły nas hartu i dzielności na co dzień. Dzisiaj moja woda do mycia nie jest tak zimna, jak tamta, ale jest o wiele zimniejsza niż pozostałych członków rodziny.

Zebrania z panem Ruszczycem i panem Marylskim nauczyły nas obiektywnego myślenia i rozważnego podejścia do świata idei i rzeczy. A skąd się bierze moja cierpliwość? Może ona wywodzi się z topolowej alei, gdy w letnie wieczory siedzieliśmy na trawie, a pani Alicja Gościmska czytała nam „Potop” i żarły nas komary, których w Laskach chyba nigdy nie brakowało. Pani była okryta pledem, a my trzaskaliśmy się po rękach, gołych nogach i gdzie popadło. I wtedy pani powiedziała, żebyśmy się opamiętali, bo w tej strzelaninie trudno jest czytać. Przestaliśmy i tak ćwiczyliśmy naszą cierpliwość. Niewidomemu cierpliwość bardzo potrzebna jest w życiu. Nieraz stoi, nie wie, w którą stronę ma iść i czeka... Niejednokrotnie przyszło mi tak czekać i ćwiczyć cierpliwość, ale nie będę już opowiadał tych historii.

Zakończenie

Znowu napisałem tekst, w którym jest dużo „ja”, „mnie”, „mną”... Ludziom najłatwiej przychodzi mówić o sobie, więc to, co powiem, też jest o sobie. Co w moim życiu najważniejsze, mam już za sobą. Ciekaw jestem, jakim byłbym człowiekiem, gdyby niedroga przez Laski. Ale przeszedłem tę drogę i teraz tylko mogę się nad nią zamyślać.

Pewnego razu Jerzy Zawieyski, przechodząc przez bramkę prowadzącą do zakładu w Laskach, do towarzyszącej mu osoby powiedział: - Właśnie wkraczamy na „teren łaski Bożej”. Ja to słyszałem i pamiętam.

 

Ireneusz Morawski - wychowanek z lat 1940-50. Wrocław, czerwiec - październik 2006 roku

 

[Powrót do spisu treści]] 

  

Marta Zielińska

 

Ś.P. GRAZYNA ŁOMNICKA-SEYDLITZ (1929 – 2006).

 

Na mapie przyjaciół Lasek w Wielkiej Brytanii zajmowała ważne i szczególne miejsce. I nie wynikało to tylko z faktu, że od lat prowadziła Polskie Stowarzyszenie Powiernicze przy Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie i za Jej pośrednictwem, a czasami za Jej życzliwą radą, otrzymywaliśmy zapisaną w testamentach troskę angielskiej Polonii o istnienie Zakładu w Laskach. Było to coś więcej niż zawodowa sumienność w prowadzeniu powierzonych Jej spraw. Przekonałam się o tym po kilku wizytach w Jej biurze i biegłam tam na początku każdego pobytu w Londynie. Witały mnie uśmiech, serdeczność i ciepło zawarte w pytaniu o Laski, o dzieci, o laskowskie problemy i radości. A także o chór "Leśne Ptaki, który gorąco oklaskiwała w czasie występu w na teatralnej scenie POSK'u, a wcześniej wspomagała mnie radą w planowaniu jego tourne koncertowego po Anglii i Walii.

Z jedynej swej wizyty w Laskach pamiętała wiele szczegółów i topografię Zakładu, mimo że większość czasu spędziła w gościnnych progach domku Pani Morawskiej, słuchając opowieści o długiej historii Lasek z ust świadka tamtych dni. Ten pobyt przybliżył Jej Laski i cele, którym służą, a zobaczenie wielu budynków szkół i internatów na rozległym terenie unaoczniło Jej ogrom zadań i kosztów prowadzenia Zakładu. Stale, troskliwe pytała: „jak dajecie sobie radę?” i z funduszu będącego w Jej dyspozycji, przeznaczonego na polskie dzieci, obdarowywała również dzieci Lasek.

To wspomnienie jest wdzięcznym pożegnaniem dobrego i wrażliwego człowieka, jakim była Grażyna Seydlitz. O swoim życiu opowiedziała sama w albumie wychowanków Szkoły im. Józefa Conrada w Sherborne, gdzie uczęszczała po przyjeździe przez Bliski Wschód z Syberii.

Śp. Grażyna zmarła w Londynie 11 września 2006 r. Jest pochowana na cmentarzu Gunners blisko pomnika Ofiar Katynia.

 

[Powrót do spisu treści]] 

  

Zofia Kowalska

 

Nie sztuka umrzeć, sztuka żyć

 

O Kazimierzu Kowalskim

 

Kiedyś zapewne chwała jego objawi się w Zmartwychwstaniu i zadziwi może tych, którzy mijali na ulicy drobną sylwetkę niewidomego, przemierzającego ze swą białą laseczką lekkim krokiem ulice powojennej Warszawy.

Zanim się to stanie, pragnę, a nawet poczuwam się do obowiązku ocalić ją od zapomnienia na tym łez padole, gdyż niesie nam orędzie ufności i radości życia.

Było to w Belgii 1945 r., gdzie studiowało wówczas około 500 młodych Polaków zebranych z różnych frontów i najróżniejszych niemieckich obozów. Z Louvain, gdzie studiowałam pedagogikę na uniwersytecie katolickim, przyjeżdżałam, jak wielu innych studentów, na niedzielę do Brukseli, by uczestniczyć we wspólnej Mszy św. w kościele polskim. Po Mszy udawaliśmy się mniejszą już gromadką przyjaciół do Polskiej Misji Katolickiej, gdzie rządził zamaszysty ksiądz Jacek Przygoda, by tam przy wspólnym śniadaniu w saloniku porozmawiać i posłuchać, jak grał na pianinie kolega Jakub Sobieski, "Królewicz Jakub", jakeśmy sobie żartowali, gdyż Jakub pochodzi rzeczywiście z "tych" Sobieskich.

Na wiosnę 1946 ogłoszono pielgrzymkę do Lourdes. Organizował ją francuski dominikanin, ojciec Joseph Robert, który od czasu swego pobytu w karnym obozie dla zbiegłych jeńców w Rawie Ruskiej, gdzie zaznał wiele pomocy od Polaków, stał się ich zaprzysiężonym przyjacielem. Dowiaduję się o tej pielgrzymce właśnie od Jakuba na spotkaniu w Misji: – Kora, pojedziesz, prawda? Oj, Jakubku, odpowiadam, co się będę po pielgrzymkach włóczyła, mnie się zdaje, że Matka Boska będzie bardziej zadowolona, jeśli z honorem zdam egzaminy. Trzeba przysiąść fałdów. I wróciłam do swoich francuskich skryptów filozoficznych. Za tydzień jednak czekała mnie niespodzianka. Królewicz Jakub spytał, niby od niechcenia, czy nie znalazłby się ktoś, kto chciałby towarzyszyć do Lourdes pewnemu niewidomemu panu, który bez przewodnika oczywiście nie pojedzie. „No, to Kubeczku, może ja?” – Ach tak, teraz już wiesz, że masz jechać do Lourdes...

 I Jakub prowadzi mnie po schodach na dół, gdzie pośrodku parterowej salki stoi szczupły czterdziestokilkuletni pan z bujną ciemną czupryną, miłym, jakby trochę nieobecnym uśmiechem na twarzy i białą laseczką w dłoni. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie i uśmiechnęli jednocześnie, słysząc to samo nazwisko: a to dopiero!

I tak zaczęta się moja wieloletnia, trochę bajkowa przyjaźń z Panem Kazimierzem Kowalskim.

Najpierw cudowna podróż do Lourdes. W Wielki Wtorek opuszczamy Brukselę, w środę biegamy po Paryżu, a w Wielki Czwartek – Lourdes. Przepiękna liturgia w Bazylice, w czasie której wychodzą z głębi prezbiterium i otaczają ołtarz dwa rzędy chłopców w błękitnych tunikach, białych komeżkach i z zapalonymi świecami w rękach. I drugie niebo – w grocie. Wielki świecznik nieustannie płonących świec ofiarnych, spokojny szum rzeki Gavy za plecami, słodycz niewypowiedzianej Obecności.

Nie można stamtąd odejść, a pospiesznie zjadłszy obiad znów się tam wraca; napotykani po drodze chłopcy spod Monte Cassino, Brady, z Powstania Warszawskiego mówią: „koleżanko, jak tam ciągnie ...” W biednej izdebce więziennej, gdzie mieszkała rodzina Soubirous, na łóżku Bernadety, chronionym żelazną siatką, dowody tego, że polskie serca chcą się z tym miejscem związać na zawsze: pozostawione tu vota: żołnierskie krzyże bojowe, odznaczenia za waleczność od najprostszych do najwyższego stopnia. A ponad tym wszystkim wokoło skąpane w słońcu, tchnące wiosną Pireneje.

Mówię o wszystkim, co widzę memu towarzyszowi, a on chłonie każde słowo z jakąś wielką prostotą i z równą prostotą opowiada mi o sobie.

"W czasie wojny byłem – człowiek widzący – nauczycielem w Izabelinie koło Lasek pod Warszawą, gdzie mieszkaliśmy razem z żoną. Pewnego dnia – było to po wybuchu Powstania – w kaplicy laskowej odprawiała się Msza święta w intencji Polski. Celebransem był ksiądz Stefan Wyszyński. Patrzyłem na twarze niewidomych, czytałem w nich szczególną radość i spokój, myślałem o Warszawie, o Polsce. Zacząłem modlić się w ten sposób: „Panie, jeśli ofiara mojego wzroku może przydać się Polsce, a jego utrata i mnie i Polskę wprowadzi w światło Ducha ... "

Niedługo potem został zabrany na roboty do Niemiec.

"Pracowałem ciężko przy podkładach kolejowych. Zacząłem tracić wzrok... Po wyzwoleniu sporządziłem sobie białą laskę i pieszo, o proszonym chlebie wybrałem się przez Luksemburg do Belgii. W Brukseli usiadłem na schodach kościoła Matki Bożej Pocieszenia. "Kochana Mamo, nie cofam mojej ofiary, proszę Cię jednak, byś zostawiła mi tyle wzroku, abym mógł się jako tako swobodnie poruszać po ulicy. "

Tak było. Czyniąca coraz większe postępy jaskra zostawiła niektóre partie oka wolne i pozwoliła mu widzieć brzeg krawężnika. Pan Kowalski chciał też sobie obejrzeć swoją przewodniczkę. Musiałam wtedy stanąć trochę za nim, po prawej stronie, a on, odwracając głowę w lewo, jakoś tam widział mnie trochę kątem oka. Oboje byliśmy pełni radości promieniującej z groty, tryskającej ze Zmartwychwstania Pańskiego, tchnącej z uroczych Pirenejów, rozkwitających przy drodze kępami olbrzymich fiołków.

A przecież… Nie wiedzieliśmy nic o swoich bliskich, on o żonie, ja o matce i siostrze; zamiast domu, mieliśmy za sobą gruzy i zgliszcza. Zwycięska franciszkańska radość stała się i pozostała pieczęcią naszej przyjaźni. Zdaje się, że wówczas powstało już nasze wspólne hasło umowne: NN – Nie Narzekać.

Powiedziałam zresztą na początku, że Pan Kowalski był trochę bajkowy. W Brukseli mieszkał w schronisku dla niewidomych i przyjaźnił się z jeszcze jedną uczestniczką Powstania, młodziutką mężatką – Agrypiną – taki był jej pseudonim. Oczekiwała ona dziecka, a będąc z dala od męża, bardzo bała się pierwszego porodu. "Agrypinko, nie bój się – mówi Pan Kowalski – ja biorę na siebie część bólu. Agrypina – roześmiała się, jak z dobrego dowcipu. Tymczasem pewnego dnia – opowiadał mi potem Pan Kazimierz – przebywając w swoim Hospice des Aveugles, czuję straszne uderzenie bólu w okolicy żołądka. Agrypina rodzi! Opanowuję ból, chwytam laskę i myśląc sobie: trzeba ją podtrzymać na duchu – biegnę do niej do domu. Otwiera mi gospodyni: „Dommage ... Pani Agrypiny nie ma, przed chwilą pojechała do szpitala."

Zaczynają przychodzić wieści z kraju. Żona, Jadwiga, żyje, prosi go, by wracał. Teraz przychodzi na niego dziwna pokusa: wydaje się Panu Kazimierzowi, że ma jakąś misję do spełnienia w Belgii i że powinien tam pozostać. Modlimy się razem o światło, w końcu mówię: "Powinien Pan zrobić wszystko, co możliwe, by wyjechać, jak nakazuje zdrowy rozum i obowiązek. Jeśli naprawdę ma pan tu jakąś misję – nie ma obawy, na pewno coś pana zatrzyma". Pan Kazimierz na wszelki wypadek poszedł „sprawdzić" do księdza Przygody (niemniej bajkowego przy kierownicy swego samochodu, z zawadiacko zadartym nosem pod wielkim podwiniętym w górę rondem kapelusza). Ten zaś orzekł, że to słowa z Ducha Świętego i że należy posłuchać "tej panienki".

Ja także, po otrzymaniu pierwszych gazet z Polski, nad którymi, zwłaszcza nad "Tygodnikiem Powszechnym", nie mogłam powstrzymać łez, żarta nostalgią nie do opanowania, gdyż Polska wydawała mi się jak "nieszczęśliwa, ale piękna i młoda dziewczyna, a Zachód jak bogaty, ale stary podagryk", pomimo całej serdeczności, jaką żywili dla nas Belgowie, postanowiłam wracać. I oto znów jestem przewodniczką Pana Kazimierza w podróży…

 

Minęły dwa lata. Warszawa.

 

Wchodzi się tu prosto z klatki schodowej i z małej ciemnej alkowy za kuchnią, gdzie stoi łóżko i ławeczka przy ścianie, przykryta chodniczkiem, imitująca kanapkę. Żona Pana Kowalskiego pracuje od rana do nocy na dwóch posadach, on zaś całe dnie spędza sam w domu. Dziś jest jednak niedziela, są w domu oboje, a moja osoba wraz z lodami spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. "Oczywiście przenocujesz, Koreczko" – mówią oboje franciszkańscy państwo Kowalscy i zostaję. A skoro zostaję, to nazajutrz gotuję obiad, piorę firanki, zabieram Pana Kazimierza na spacer. Przy tej okazji przekonuję się, jak ciężko mu przychodzi adaptacja do życia niewidomego w tych warunkach. Nie mogąc pełnić swej ulubionej pracy nauczyciela, nie umie jednak opanować żadnego rzemiosła. Nie zna pisma Braille’a. Samotność, nadszarpnięte nerwy plus żywa wyobraźnia napełnia jego kuchenkę niesamowitymi stworami, które utrudniają mu życie. Więc jedziemy razem na mszę św. na Rakowiecką, by uprosić o ich unicestwienie przez Matkę Bożą. I tak naprawdę – zostaję.

Zaczyna się długi okres nierozłączności Pana Kazimierza i jego młodej przewodniczki. Uczymy się razem brajla. Żeby zatrudnić bajkową wyobraźnię Pana Kazimierza, staramy się odkrywać różne ukryte ludzkie potrzeby, którym potem wspólnie "pędzimy" na pomoc. Bo Pan Kazimierz lubił "pędzić".

Przy wsiadaniu do tramwaju czeka mnie zawsze małe ćwiczonko:

Jestem "damą", więc Pan Kazimierz życzy sobie, żebym wsiadała zawsze pierwsza, co też, dla szanującego rycerskość, pokornie czynię. Wtedy ze strony uczynnych bliźnich spada na mnie grad upomnień: "To pani z niewidomym, a pierwsza wsiada zamiast jego puścić? Taka z pani przewodniczka!". NN – Nie Narzekać. My z panem Kazimierzem śmiejemy się w duchu, nic po sobie nie pokazując. Trzymamy sztamę. Przy tej okazji mogę też przekonać się, że większość widzących traktuje niewidomego jak kogoś, kto ponad to nie słyszy i opowiadają przy nim na jego temat, co się komu żywnie podoba.

Minęło od tego czasu sporo lat, chyba jest postęp? Czasem trudno mi to spokojnie wytrzymać, ale – "Nie narzekajmy", my mamy własne sprawy.

Rano mianowicie, budząc się, pan Kowalski ma zwyczaj śpiewać, na ułożoną przez siebie melodię, wiersz – aforyzm Remigiusza Kwiatkowskiego:

 

"Nie sztuka umrzeć, Sztuka żyć

Wśród słońca barw i woni

Każdy potrafi w ziemi gnić

– śmierć cię i tak dogoni.

Śmiało przez życie swoje idź.

Nie sztuka umrzeć,

Sztuka żyć."

 

A żyć w 1948 roku w powojennej Warszawie to rzeczywiście było pewną sztuką. Ciągle jeszcze brak komunikacji – i tylu innych rzeczy.

 

Ponadto, u pana Kowalskiego pojawia się jakieś podejrzane drżenie rąk, ponadto… trzy osoby, jakkolwiek byłoby im dobrze i franciszkańsko ze sobą, nie mogą żyć z zarobków jednej tylko osoby Każde z nas szuka woli Bożej i uczy się swojej własnej sztuki życia. I co się okazuje? – Panie Kazimierzu, ja naprawdę nie wiem, kto z nas właściwie jest czyim przewodnikiem. Bo prawie zawsze, gdy zaprowadzę pana tam, gdzie sobie pan życzy, znajduję coś dla siebie.

Pewnego razu pan Kazimierz ,,zażądał sobie”, żeby go zawieźć aż na drugi koniec Warszawy na pewne zebranie u pewnego księdza. I okazuje się, że tam właśnie na wielkiej plebanii mieszka, pracując jako opiekunka parafialna, moja starsza przyjaciółka, która przyjechała z Paryża: ostatnio widziałyśmy się z okazji pielgrzymki do Lourdes. Teraz tu moja osoba, prawie co dzień kursująca między peryferią a śródmieściem, gdzie trzeba często załatwiać mnóstwo spraw parafialnych w różnych urzędach, bardzo dobrze się przydaje, więc zostaję. Wynajmuję sobie mieszkanko, znajduję pracę, obecnie to pan Kazimierz będzie moim gościem. Nabrał pewności siebie i orientacji w skomplikowanej gmatwaninie odbudowującej się Warszawy.

Tymczasem rosną potrzeby różnych napotkanych przez nas ludzi: pan Kazimierz czasem jeszcze ze mną, a bardzo często sam załatwia renty, wystukuje podania o alimenty, odwiedza chorych. Dom ich pozostał dla mnie ostoją niedzielnego wypoczynku, gdzie czeka dobry obiadek, przygotowany przez przedobrą panią Jadwigę, i miejscem spotkań różnych nowych przyjaciół, których zawsze mogę tu przyprowadzić. Moje miejsce na kanapce w alkowie niedługo pozostaje wolne. Starczy go przecież, by przyjąć na "przechowanie" bezdomnego chłopca sierotę, ofiarę niemieckich eksperymentów. Potem dziewczynę, która uciekła z domu, by ją odchuchać, oddać rodzicom. Pewnego dnia, w poczekalni Opieki Społecznej, gdzie oczywiście załatwiał komuś jakąś sprawę, poznaje pan Kazimierz młodziutką niewidomą dziewczynę ze wsi, bezradną, bez środków do życia. Zabiera ją do domu. Znajduje pracę, mieszkanie. Dziewczyna wychodzi za mąż za niewidomego, rodzi się zdrowe, widzące dziecko. Cała rodzinka składa teraz często wizyty "dziadziusiowi”.

Pan Kazimierz zestarzał się. Drżenie rąk okazało się zapowiedzią nieuchronnie rozwijającej się choroby Parkinsona. Teraz sprawia mu trudność jedzenie, przełykanie i coraz bardziej też chodzenie. Bujna czupryna z belgijskich czasów przerzedziła się, włosy posiwiały. Ale: NN – Nie Narzekać!

Pan Kazimierz kocha wielką miłością Matkę Bożą, którą, z jakimś nieśmiałym akcentem w głosie, nazywa zawsze „Najświętszą Panienką". Jest Jej bezgranicznie oddany. Tyle razy czytaliśmy wspólnie "Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP Grignon de Monfort". Ufność w Marii prowadzi go do bezmiernej ufności w Miłosierdzie Boże. Nie rozstaje się nigdy
z różańcem, który, gdy była po temu sposobność, przywykliśmy razem odmawiać, czasem we dwoje lub we troje z Panią Jadą, a czasem w gronie przyjaciół. Gdy czasem ja o nim zapomnę, wyciąga go z kieszeni w moim kierunku: „Koreczko – mówi swoim zwolnionym przez chorobę głosem – różaniec".

Codzienna Komunia jest dla niego czymś zupełnie oczywistym: to źródło jego siły. Nie zawsze jednak wygląda to tak pięknie na zewnątrz, Ma pan Kazimierz swoje chwile lęków, skrupułów, duchowych trudności i noc ducha dołącza się do ofiary złożonej ze wzroku. W tej ciemności świeci jednak mimo wszystko wielkie mocne światło wiary nie tylko osobistej. Pan Kowalski kocha romantyków, lubi ich płomienne wiersze recytować na pamięć. W świetle ich dzieł, jeszcze jako młody człowiek w gronie tak zwanych "Kowali", wielokrotnie rozważał dziejowe przeznaczenie Polski. Wierzy w spełnienie się ich intuicji, co do świetlanej przyszłości Polski. Dla tej właśnie sprawy – tak pewnie myślał na tej pamiętnej Mszy świętej w Laskach – i tak myślał zawsze – warto pocierpieć.

On sam był w wybitny sposób człowiekiem intuicji, która osobom postronnym i nieznającym go bliżej, mogła nawet wydawać się wybujałą fantazją lub wręcz "bzikiem", ale w oczach bliższego otoczenia sprawdzała się nieraz w rzeczach małych i większych.

Lubił wsłuchiwać się w głosy ptaków i zawsze coś tam w nich słyszał". "Wiesz, Koreczko, będziemy dziś mieli dobry dzień". "Skąd Pan wie?" – "Nie słyszałaś – ptaszek mi powiedział".

Intuicyjnie wyczuwał wartość duchową ludzi, ich duchowe i fizyczne potrzeby, a także wielkie potrzeby świata.

Nasze wieloletnie porozumienie duchowe sprawiało, że wyczuwał na odległość również moje myśli. Opowiadałam o tym kiedyś przyjaciołom, u których mieszkałam. Przysłuchiwali mi się, naturalnie, z pobłażaniem. Było już prawie w pół do dziesiątej wieczorem, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. U progu stał pan Kowalski z laseczką lekko uwieszoną w prawej ręce, ze zwykłym, jakby prześwietlającym mu twarz we wnętrzu uśmiechem i wyrazem "gotowości do służby" w całej postawie. Koreczko, potrzebowałaś mnie." Oczywiście, potrzebowałam go.

Trzeba było załatwić sprawę starej niewidomej pani chorej –rzecz rzadka u kobiety – na chorobę Burgera. Groziła jej amputacja stopy, a więc tragedia. Pan Kazimierz wytrzasnął spod ziemi lekarza-cudotwórcę w tej dziedzinie, sama zaś jego postać podziałała w ten sposób, że lekarz przyjechał do chorej samochodem i nie chciał przyjąć honorarium. Noga została uratowana.

Pewnego razu podczas jednej z takich "podróży apostolskich", pędzący jak zwykle dopóki zdrowie mu pozwalało, Pan Kazimierz został lekko potrącony przez ruszający z przystanku autobus, który na szczęście zahamował i nie zrobił mu wielkiej krzywdy. Ku zdumieniu przestraszonego kierowcy drobny starszy człowiek z białą laską podniósł się z jezdni, otrzepał i … pogodnie poszedł dalej. Czasem jakiś uprzejmy taksówkarz podwoził go za darmo, a wtedy na podziękowanie otrzymywał anegdotkę; pan Kazimierz umiał ją świetnie opowiadać w sposób wzbudzający stopniowo zainteresowanie, by wreszcie ze swym dziecinnym uśmiechem z oczyma wzniesionymi w górę wygłosić puentę i wysiąść z wehikułu.

Gwoli świadectwa prawdy, muszę przyznać, że trochę nasłuchałam się od ludzi za owo ,,zatrudnianie niewidomego człowieka”, (choć przecież inicjatywa wychodziła także od niego samego). Nie próbowałam tego tłumaczyć, wiedząc, że ludzki egoizm, który w ten sposób czuł się zagrożony w swym spokoju, po prostu nie będzie chciał zrozumieć. Żona jego, bez zastrzeżeń mu oddana, łagodna, gościnna i cierpliwa Pani Jadwiga rozumiała go natomiast bardzo dobrze i wiedziała, że ten tryb życia pozwala mu właśnie żyć.

Choroba postępowała i drogi nasze rozchodziły się, choć tylko zewnętrznie. Leżałam właśnie chora na serce w Łodzi, gdy dotarta do mnie wiadomość o śmierci Pana Kazimierza Kowalskiego. Nie byłam na Jego pogrzebie. Nie żałowałam. Zapamiętałam Go żywym.

Wobec wielkich wydarzeń historycznych dotyczących najświeższych dziejów naszej ojczyzny, stał się znów szczególnie żywy w mej pamięci ten skromny człowiek o wielkim sercu, który z taką żarliwością karmił się Chlebem Życia. Nie sztuka umrzeć, sztuka żyć. (1976)

 

Autorka, Pani Zofia Kowalska, przysłała to piękne Wspomnienie oraz list, którego fragment cytujemy:

„Wiele lat temu byłam przewodniczką i opiekunką niewidomego pana Kazimierza, który według mnie był człowiekiem świątobliwym. Przyszło mi do głowy, aby postać Pana Kazimierza ocalić od zapomnienia.(…) Dawno już temu napisałam wspomnienie o nim. Może być ono spisane, albo nagrane na magnetofon, lub przepisane brajlem dla użytku niewidomych, którym ta Postać może przyświecać swoim oddaniem Bogu, nabożeństwem do Matki Najświętszej i doskonałym pogodzeniem się z wolą Bożą. Zaznaczam, że zbieżność nazwisk jest czysto przypadkowa. Jestem z zawodu pedagogiem społecznym. Całe życie chorowałam jako inwalidka z Powstania Warszawskiego, w którym brałam udział jako łączniczka i telefonistka. Często bywałam w Laskach, znałam księdza Tadeusza Fedorowicza i księdza Bronisława Dębowskiego. Obecnie mam 82 lata, od 14 lat przebywam w Zakładzie Leczniczo-Pielęgnacyjnym we Wcześniaku k/Skierniewic.(…)”

 

[Powrót do spisu treści] 

 

Z TWÓRCZOŚCI ABSOLWENTÓW LASEK

 

Maria Choma urodziła się 2 lutego 1949r. W laskowskim przedszkolu przebywała od roku 1952, następnie ukończyła Szkołę Podstawową oraz Zawodową i podjęła pracę w Spółdzielni dla Niewidomych w Bytomiu Odrzańskim. Od 1984r. mieszka w Domu Nadziei w Żułowie, gdzie oprócz pracy w warsztatach terapii zajęciowej oddaje się różnorodnej działalności artystycznej: śpiewa w chórze „Słoneczny Krąg”, uczestniczy w przedstawieniach teatralnych, jest autorką wierszy i wierszyków, piosenek i ballad z muzyką własną. Ostatnio z upodobaniem zajmuje się prozą, pisząc nowele i opowiadania.

 

Maria Choma

 

Boguchwał

 

Lelum! Daćboże! Gdybym mógł los odmienić, juści, nie uczyniłbym tego! Żyłbym, jako drudzy, gospodarzył na ojcowiźnie, albo na wojence dzielnie sobie poczynał, by Gniewko, Budziwoja syn. . . Bolko by mnie do drużyny wziął, w końcu wojewodą zrobił. A, ot …

Na co mi przyszło! Nocą z Gródka się wykradłem. By już do końca swoich dni jako zwierz dziki po borach się kryć. Mnie Gniewka, Budziwojowego syna, prawo ściga! Bolko, srogi pan, darmo łaski u niego prosić. Za to, com uczynił, niechybnie głowę pod topór przyjdzie dać, a wżdy żal umierać! Ledwie na osiemnasty rok mi idzie, a ot . . . głowę zetną. Lelum! Daćboże! Niechaj mię nasze dawne bogi chronią, co opodal w Świętym Gaju siedzą. Ano, trza ogień rozniecić, strawę uwarzyć, głodnym jest. Może rankiem co wymyślę. Ninie jeść i spać! Gniewko drew nazbierał i szyszek suchych, skrzesał ogień, a gdy drwa się już zapaliły, wziął zająca, co go sobie rankiem upolował, a zastrugawszy kij, na owym rożnie nad ogniem  zająca piekł. Przez ten czas posłanie zrobić zamierzał, opodal ogniska, przy którym przezpiecznie i bezpiecznie się czuł od miesiąca w boru żyjąc. Rozłożył niedźwiedzią skórę, drugą miał się okryć. Spojrzał na stos drew i szyszek, pomyślał że mu ich do rana nie starczy. Dorzuciwszy kilka drzazg do ognia, poszedł nieco w bok, gdzie chrustu i szyszek było najwięcej. Uzbierawszy ich dosyć, ku ognisku wracał, gdy nawykłe do czujnego słuchania boru jego ucho uchwyciło cos jakby ciche westchnienie. Zrazu przestraszył się nieco, lecz westchnienie się powtórzyło. Jakby człeka śpiącego. Złożywszy na ziemi przyniesione drwa, zapalił smolną drzazgę i oświecając sobie drogę, ruszył w stronę, z której dziwny głos słyszał. Przy drzewie, wsparta o pień, ludzka postać siedziała. Obcy miał szatę podróżną i sakwę. Bose stopy były poranione.

-         Bywajcie! – rzekł Gniewko, najłagodniej jak umiał. Bardzom rad was tu gościem witać. Nie pogardzicie moją gościną? Rad będę z wami powieczerzać, bo od miesiąca jako zwierz w boru siedzę, ludzkiej mowy niebawem zapomnę, bo ni gęby do kogo otworzyć. Ni dobrego słowa od kogo usłyszeć. A i straszno tak samemu w boru. Ale chodźcie do ognia, bo chłodno już, a i mięsiwo pewnie gotowe. Nogi wam też trza opatrzyć, boście je sobie srodze poranili.

Obcy usiadł na niedźwiedziej skórze, a Gniewko mięsiwo na rożnie obrócił. Niebawem dobre już będzie. Obcy ciekawie Gniewkowi się przyglądał, ale nie chciał wiele pytać, by go niebacznym słowem nie urazić. Sam zaś Gniewko uspokoił się, że obcy o nic nie pyta. Tym więc gorliwiej opatrywał poranione stopy i podawał pieczone mięsiwo gościowi, pokroiwszy je myśliwskim nożem na małe kęsy.

-         Posilcie się w zdrowiu. Kołacza nie mam, w boru żyjąc.

-         Ja mam chleb. Weźcie, spożyjemy go z mięsiwem. Powiadacie, że sami tu siedzicie. Przecieście nawykli...

-         Ano... Młodemu sił nie brak, to i nawykłem. Ledwie osiemnaście roków mam, to i siły są. Bór mię chowa, żywi i do snu kołysze. Nawykłem już.

 

Zanim jeść poczęli, obcy się przeżegnał i krótką modlitwę odmówił. Widział to Gniewko, ale nic nie rzekł. Jedli czas jakiś w milczeniu. Gniewko powstrzymywał się, żeby gościa o nic nie pytać, że to nieobyczajnie. Na koniec ciekawość przemogła i nie mogąc zdzierżyć, zapytał nieśmiało:

-         Wybaczcie, jakże to, niemieckiego boga chwalicie, wżdy po naszemu gadacie...

-         Bom z Czechów, Wojciech Sławnikowic jestem. Opuściłem dom mój, by z Dobrą nowiną ku ludziom iść, dzieje pana naszego Jezu Krysta opowiadać, który Bożym Synem będąc, dziecięciem w ubóstwie się narodził, w ludzkim ciele po świecie chodził i dobro czynił, a Dobrą nowinę głosił. To nie Niemców Bóg, jeno wszystkich – Polanów, czechów, Italczyków, Gallów, takoż dzikich ludzi, co na końcu świata żyją. Pan Jezu Kryst za wszystkich się ofiarował, zabić się dał, izby każdy mógł do raju pójść.

-         Powiadajcie dalej, bom ciekaw!

I ciągnął Wojciech opowieść o raju, w którym Bóg ludzi pomieścił, świat im we władanie dając, na niczym im nie zbywało, szczęśliwi byli, czyści, miłowali się, bo zła nijakiego nie było. I słuchał Gniewko o wężu szpetnym, diable, co ludzi skusił, aż  z zakazanego drzewa owoc zjedli. Mówił, jak Bóg węża przeklął, jak nad ludźmi zapłakał, iż z raju ich wygnać musi. Bo bóg miłował ludzi od ich stworzenia i dotąd wszystkich miłuje. Zamyślił Bóg ludzi z winy oczyścić, do raju z powrotem wziąć. Syna swego Jezu Krysta zesłał, który za ludzi życie oddał. Także i ty, Gniewku, do raju iść możesz, i ja także, jeśli dusze czyste będą. A nie masz takiej winy, której by Bóg nie odpuścił, gdy kto szczerze prosi, żałuje i poprawić się chce. Choćby dusza była jako szkarłat zbrodnią skażona, wybieleje jako śnieg, czysta będzie.

-         Ale nie moja – smutno rzekł Gniewko – Dziwno wam, że a boru się chowam, ano cóż mam czynić, gdy prawo mię ściga...

-         A cóżeś to takiego uczynił, iż cię prawo ściga?

-         Bratam ubił. Zawidziłem mu, że jego ociec więcej niźli mnie miłował. Miłek się zwał. A iście miły był, dobry, posłuszny. Nie dziw, że jego ociec miłował. Łagodny był, wesół, gędźbę, pląsy, a śmiech lubił...

-         A tobie uczynił co złego?

-         Nic, złego słowa nigdy nie rzekł. Usłużył i pomógł w potrzebie. Nieraz ustąpił, bo swarów nie lubił. Otrokiem jeszcze będąc, gdy on mały był, rad z nim igrałem, bajki plotłem, zanim usnął. Dobrze nam było. Miłek miał wszystko, czego zapragnął, choć i nie prosił. Ale gdy mu ociec białego konia dał, com go sobie upatrzył, jużem nie tak nań patrzył jako w dziecinnych latach. Jednej nocy, miesiąc pełny świecił i oka nie mogłem zmrużyć. Cos mi poszeptuje: „Gniewku, a Miłek twego konia dostał, zawidzisz mu? Wżdy tyś starszy, tobie się należy, a ów otrok... Miłowałby cię ociec, żeby jego, Miłka doma nie było. Ubij! Ubij! On śpi. Wszyscy doma śpią. Nikt nie widzi... Śpiesz się! Skorzej! Skorzej! Weź miecz. Nuże! Miłka nie będzie, ty będziesz u oćca jeden.” Z posłania się podniosłem, do śpiącego podchodząc, nie zbudził się. Ledwie krzyknął, już nie żył... Taki ci mię strach ogarnął, żem nie czekając, aż się kto obudzi, z gródka uszedł. Nikto mie nie widział. I jako widzicie, tu od miesiąca żywię, kryjąc się, jako źwierz tropiony. Prawo mię ściga. Łaski nie masz, tom się przy Świętym Gaju przytulił, dawnym bogom w opiekę oddawszy. Lelum dać boże!

Słuchał Wojciech Gniewkowej opowieści, zasmucony, nie wiedząc, jak nieboraka z biedy wyciągnąć, gdyby do chrześcijańskiej wiary nie chciał przystąpić. A chciał ratować.

-         Słysz Gniewku, coć rzekę. Bóg nasz, co świat stworzył, nad wszystkim panuje. Wszystko w ręku dzierży, a jego prawo nad wszystkimi prawami. A mocen on winę twoją zmazać, a duszę oczyścić, gdy Jego miłosierdzia wezwiesz. Tuszę, iż cię żywym Bolko puści, bo prosić będę za tobą, a właśnie ku Gnieznu idę.

-         Powiadacie, że u Jezu Krysta odpuszczenie zyskam? Niewinnym będę? Jakiż dobry jest ów Bóg, co winy tak ciężkie odpuszcza! Rad do takiej wiary przystanę!

 

Bolko z ławy się podniósł, ku wchodzącemu spieszył, gdy ów miano swe podał.

-         Wielem o was słyszał. Rad witam tak świątobliwego męża. Ale czego wam potrza? Rad usłużę!

-         Ja nie dla siebie proszę. Trudna iście sprawa, bo o Gniewka, Budziwojowego syna idzie. Dla niego chcę waszej litości prosić.

-         Gniewko! Ten ci brata swego ubił! niewinnego ubił! Ów Miłek był  u swego oćca jako źrenica oka! Stary Budziwoj zgryzł się, zachorzał i w trzy dni pomarł. Serce nie zdzierżyło. A Budziwoj druh mój serdeczny był! To Gniewkowi na sucho nie ujdzie! Juści srogi jestem, ale jeśli ład ma być, takiej zbrodni płazem puścić nie lza! Jakiż to żeś krześcijański kraj, gdzie krew bratnią przelewają?! Gniewka kazałem ścigać, w pętach przywlec i dla przykładu drugim na rynku ściąć! Prawem trza władać, nie litością! Prawem!

-         Na Boga żywego! Wżdy i dobrocią trza takoż władać. Azaliż nie oćcem tego ludu jesteście? Karcić, tak, lecz i serce okazać!

-         Na Boga! Znacie– li owego zbója?

-         Poznałem, gdym w boru odpoczywał. On tam był, tam mieszkał, ugościł mnie. A gdym mu Dobrą Nowinę zaczął opowiadać, płaczący mi swą winę wyznał. Przyobiecał mi, że od nowa żyć zacznie, Bogu na chwałę, jeśli żywym go puścicie. On ci już nie Gniewko, jeno Boguchwał. Proszę łaski nie dla Gniewka, jeno dla Boguchwała. Azaliż pan nasz win nie odpuszczał? Wżdy i łotrowi odpuścił. Proszę.

Bolko głowę spuściwszy milczał czas jakiś, wreszcie westchnął:

-         Ano, dla Jezu Krysta i dla was... Niechże idzie wolny. Wraz dam przykaz, by go już nie ścigano. A gdzież ninie wasz Boguchwał?

-         W gospodzie. W izbie czekać mu przykazałem.

-         Powiedzcie mu tedy, iż wolny jest. Niechaj żywie na Bożą chwałę.

 

Gdański rynek pełen był wszelakiego ludu – kupców, żeglarzów, takoż igrców nie brakło, że ich w tak zacnym grodzie słuchać będą. W pośrodku rynku ława stała, na której młody człek siedział z lutnią, coraz brząkając składnie, opiewał głośno „Którzy chcecie pieśni słuchać, którą Jezu Krysta sławię, przychodźcie, ucha podajcie, bo o Bogu dobrym śpiewam. Jego dobroć mię ochrania, jenże człeka nie opuści, lubo grzechem się zmazałem, nie dał mnie na potępienie. Przeto niechaj pieśń ma sławi Jezu Krysta, mego Pana. Jenże i mnie krwią swą obmył. Temu ja dziękować będę aż po kres żywota mego. Amen.”

Proste słowa, wdzięczna nuta i głos miły młodzieńca przyciągnęły przechodniów. Wielu przychodziło pieśni słuchać., naraz śpiewak umilkł. Wstał jakby kogoś w tłumie rozpoznał. Ktoś się w tłumie przeciskał.

-         Ociec Wojciech!

-         Ano, jamć jest. Słyszę jako gędźbą Pana naszego chwalisz. Dobrze, bo Bogu chwała, ludziom radość. I głos masz miły. Pieść, choć prosta, łacno w ucho wpada. A nie masz lepszej modlitwy niźli śpiew. A westchnij tam i za mnie, bo do Prusów się przeprawiać łodzią będę. Jutro o świcie ruszamy – Radzim, brat mój i ja. Nie wiada, zali żyw powrócę. Lud to pogański, może i Bóg da męczeńską śmierć...

-         Może Bóg wam da wrócić, pomodlę się. A co mam dla was uczynić? Miłuję was, oćcze!

-         Dla mnie nic, jeno dla Jezu Krysta, dobrym bądź, a radośnie Panu Bogu na chwałę śpiewaj.

 

Trzy dni Jonasza

 

Dzwonek! Nareszcie! Wyjątkowo męczące były dziś lekcje. Pan Tomasz czuł się od rana trochę grypowo i z trudem powstrzymywał się, by nie krzyczeć na uczniów. Teraz koniecznie trzeba iść do lekarza. Gdy kierował się ku schodom, by wyjść na ulicę, zawołał go dyrektor szkoły:

-         Panie Tomaszu! Pan pozwoli na chwileczkę!

-         Przepraszam, panie dyrektorze. Jestem trochę chory. Chcę iść do lekarza.

-         Na dwa słówka, kochany. To bardzo pilna sprawa. Proszę...

 

Trochę niechętnie wszedł pan Tomasz do gabinetu dyrektora

-         Panie Tomaszu, liczę na pana. Koleżanka Wiśniewska opuszcza naszą szkołę. IIIb zostanie bez wychowawcy. każdy z nas ma już jakąś klasę. Jeszcze tylko pan...

-         No tak, ale jestem najmłodszym nauczycielem.

-         Może właśnie dlatego znajdzie pan wspólny język z tą trudną klasą?

-         Boję się! Miewałem tam zastępstwa... ta gromada łobuzów... Nie wiem, doprawdy, jak pani Wiśniewska sobie radziła.

-         Nie ukrywam, że jeśli pan odmówi, będzie mi ciężko. Będę musiał dodatkowo wziąć tę klasę.

-         Panie dyrektorze, ja nie odmawiam, ale chodzi o tę trudną klasę... proszę, niech pan da mi trzy dni, bym mógł podjąć decyzję. Trzy dni...

-         No dobrze. Teraz proszę iść do lekarza, wyzdrowieć i wypocząć.

Dyrektor uśmiechnął się ciepło. Lekarz dał Tomaszowi trzy dni zwolnienia. Wieczorem jak zwykle przed zaśnięciem, pan Tomasz wziął z półki książkę – na chybił trafił. To było Pismo Święte. Otworzyło się akurat na historii Jonasza, który bardzo nie chciał pójść do Niniwy i uciekał przed Panem. Tomaszowi brzmiały w uszach  słowa „Aby uciec przed Panem...uciec przed Panem... Uciec...”. Książka wypadła z rąk. Usnął. Gdy otworzył oczy, nad łóżkiem pochylała się żona.

-         Tomaszu! Przyszli trzej chłopcy. Chcą z tobą rozmawiać. Zaprosić ich?

-         Trudno, niech wejdą. Czego chcą?

-         Pokłon tobie, panie! Wiemy, żeś niezdrów. Oto koszyk owoców z ogrodu mego ojca. Niech ugaszą twe pragnienie. A to moi przyjaciele.

Chłopcy mieli jakieś dziwne stroje, jakie można zobaczyć na ilustracjach biblijnych, ale twarze wydały się Tomaszowi znajome.

-         czy wy jesteście z IIIb?

-         Nie panie, z Niniwy. Przyszliśmy prosić... Żebyś wrócił do nas, gdy wrócisz do zdrowia. Prorok Jonasz nie chciał. Kto się nami zajmie? Panie, błagamy!

Obudziwszy się, Tomasz myślał o chłopcach ze snu i o ich słowach. Ten sen nie był przypadkowy. „Aha! Już wiem!”

-         Tomku, odebrałam telefon!. O dziesiątej przyjdą jacyś trzej chłopcy. Bardzo proszą, byś poświęcił im trochę czasu. Zaprosiłam ich.

-         Dobrze, kochana. Dobra pora. – obdarzył żonę ciepłym uśmiechem i zaczął jeść śniadanie. Dochodziła dziesiąta, gdy odezwał się dzwonek. W przedpokoju dał się słyszeć głos któregoś z chłopców.

-         Proszę pani, my do pana profesora. Ważna sprawa. Przepraszamy.

-         Chodźcie, mąż już czeka.

Stali zakłopotani, ze spuszczonymi głowami. Trzej chłopcy – rozrabiaki z IIIb. Inicjatorzy różnych figli, wagarów, buntów klasowych. A przecież to ich twarze widział we śnie pan Tomasz. Po długiej chwili drobny szatyn o okrągłej, rumianej twarzy, wystąpił naprzód. Uśmiech rozjaśnił jego twarz. W rękach trzymał koszyk z jabłkami.

-         Dzień dobry... Bo my...Właśnie...Tego.... Słyszeliśmy, że pan chory. Chcieliśmy pana odwiedzić. Te jabłka z naszego ogrodu mogą się panu przydać...

-         No, chłopaki. Prawdziwa niespodzianka! Dziękuję Wam za pamięć. Bardzo mi miło. Nie spodziewałem się, że to wy właśnie... Wzruszyłem się. Dziękuję, chłopaki.

-         No bo widzi pan, my nie jesteśmy tacy całkiem źli. Ale właściwie to my mamy prośbę.

Wskazał im krzesła, a gdy usiedli, chłopak ciągnął dalej:

-         Bo...Jak pani Wiśniewska odeszła, to kto się zajmie naszą klasą? Chyba wszyscy się nas boją.

-         Ja nie. Mów dalej, śmiało.

-         Pan jest bardzo fajny. Jakby pan chciał wziąć u nas wychowawstwo, to jak babcię kocham, postaramy się! Tylko niech pan się zgodzi. Prosimy...

-         Tak! Prosimy! – powtórzyli pozostali chłopcy.

Pan Tomasz patrzył na nich, na tych trzech rozrabiaków, zastanawiał się przez chwilę, aż nagle wróciły słowa ze snu: „Prorok Jonasz nie chciał przyjść, kto się nami zajmie?”

-         No dobrze, chłopaki. Zaraz zadzwonię do szkoły, do pana dyrektora, obejmę waszą klasę. Do zobaczenia!

-          Hurra! Niech żyje! Na pewno jakoś się pan z nami dogada.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

W ZACISZU IZDEBKI

 

S.Lidia Witkowska FSK

 

W Imię Ojca i Syna

i Ducha Świętego. Amen.

Wszystko

w tym znaku się zaczyna

i w nim wszystko się kończy…

 

Jestem tym, o kim wie tylko Bóg.

To przedziwna tajemnica bycia w Ojcu, Synu i Duchu  Świętym. Tak jak Mojżesz nie mogę zobaczyć Boga, ale mogę Mu pozwolić przejść przez moje życie. Coraz częściej uświadamiam sobie, że On nie przychodzi do mnie w trzęsieniu ziemi, ani burzy, czy błyskawicy, ale w najdelikatniejszym powiewie, który jakby dotyka moich ramion. To Duch Święty, przedziwna Obecność, której nie można dotknąć, ani złapać w dłonie. To cudowna, niewidzialna rzeczywistość, dowód Bożego działania, które odkrywam w swojej duszy i w duszach innych, szczególnie osób niewidomych, które On sam stawia na mojej drodze.

 

Jestem siostrą franciszkanką służebnicą Krzyża i chcę pisać o Duchu Świętym nie dlatego, że tak siostrze wypada, ale dlatego, że doświadczam Jego obecności w moim życiu. To On daje mi wszelkie dobre myśli i natchnienia.

Myśli przychodzą i odchodzą jak oddech

Są chwile w których nic się nie dzieje –

i to właśnie w nich

Ty najczęściej przychodzisz

uwielbiam  te chwile !!!

 

W wielu momentach życia doświadczyłam obecności Ducha Świętego i Jego działania, chociaż nie zawsze tak, jak o to się modliłam. Pamiętam trudną dla mnie do przyjęcia decyzję i walkę wewnętrzną i dręczące pytanie: dlaczego? To był bardzo ważny moment w moim życiu, bo uświadomiłam sobie, że najczęściej prosimy o „coś gotowego”. Mamy już projekt rozwiązania i tylko chodzi nam o potwierdzenie Ducha Świętego, który ma tak zadziałać, jak zaplanowaliśmy sobie. Czy to jest właściwe? I  wtedy zrozumiałam, że On wysłuchuje nas, choć czasami pozornie inaczej niż się spodziewaliśmy. Ważne dla naszego doświadczenia duchowego jest modlić się, prosić Go o światło, ale również nastawić się na to, że On czasami może w nas poprzewracać wszystko, powalić i zniszczyć nasze schematy. On jest większy niż to, co rozumiemy i o co prosimy.

 

Pocieszycielu, Duchu Święty

Ciepły powiewie łaski

Pociecho w utrudzeniu

Osłono mojej nagości

Podporo tego, co jeszcze słabe

Tęsknoto duchowych pragnień

Ratunku w chwilach zwątpienia

Niewidzialna Obecności

Przyjdź

Ogrzej mnie Sobą

Napełnij i umocnij

Ożyw to, co we mnie umarło

Veni Sancte Spiritus...

 

Bądźmy czujni. Niech Duch Święty działa w nas swobodnie i dokonuje dzieł, ku większej chwale Boga. Obyśmy umieli rozpoznać mały świat własnych pragnień i w Duchu Świętym potrafili odczytać sens tego, co było, jest i będzie…

 

Tajemnicza Obecności

pozwól mi wzrastać

pozwól kochać

pozwól trwać przed Tobą

pozwól ufać bezgranicznie

pozwól mądrze rozeznawać

pozwól zobaczyć –

że to, co  teraz  dajesz

najlepsze jest, by właśnie tym

 

 

Laski, 14.03.2007 r..

 

[Powrót do spisu treści] 

 

ZIELONA SZKOŁA

 

Agnieszka Krasnodębska

 

Zielona szkoła „Jabłonek” dzień po dniu

 

Niedziela 13 V 2007

Pomimo niedzieli nikt nie zaspał i z samego rana druga i trzecia klasa technikum oraz wszystkie klasy szkoły zawodowej wraz z nauczycielami wyruszyły na zieloną szkołę. Szybko dotarliśmy do Krakowa, który był pierwszym punktem naszej wycieczki. Dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej szkoły, mogliśmy zostawić bagaż przy ulicy Krowoderskiej i swobodnie zwiedzać miasto. Najpierw poszliśmy na mszę na godzinę 12.00 do Kościoła Mariackiego. Po mszy podzieliliśmy się na trzy grupy i wyruszyliśmy w miasto. Nasza grupa (klasa III T + wychowawczyni oraz Sam i Lea, wolontariuszki z Australii) najwięcej czasu poświęciła na obejrzenie jaskini oraz ziejącego ogniem smoka wawelskiego. Po zwiedzaniu udaliśmy się na obiad do pizzerii. O godzinie 17.00 wyruszyliśmy autokarem do Piwnicznej. Po dotarciu na miejsce rozlokowaliśmy się i poszliśmy na obiado-kolację. Nasz ośrodek – „Stefanka”, był dość komfortowo urządzony i czuliśmy się tam naprawdę dobrze.

 

Poniedziałek 14 V

Rano, po śniadaniu poszliśmy zwiedzać Piwniczną. Szliśmy wzdłuż rzeki Poprad, która na pewnym swoim odcinku oddziela Polskę od Słowacji. W Piwnicznej na kilka minut zatrzymaliśmy się na środku rynku, gdzie umieszczony jest zabytkowy wóz strażacki. Później podzieliliśmy się na dwie grupy. W czasie, gdy jedna grupa zwiedzała muzeum regionalne, druga grupa poszła do pijalni wód. W muzeum mogliśmy obejrzeć narzędzia, naczynia i inne przedmioty używane dawniej przez Czarnych Górali. Ciekawostką tego muzeum jest kolekcja nart, od najdawniejszych, do tych używanych przez Adama Małysza. Po obiedzie część z nas udała się do pasieki. Pani bardzo ciekawie opowiadała nam o pszczołach i sposobach ich hodowania. Bardzo smakowała nam wata cukrowa i miód. Kupowaliśmy miód i świeczki o różnych kształtach, m.in. pszczelich uli. Pozostałe osoby poszły na spacer do Łomnicy, gdzie odpoczywały nad strumykiem. Wieczorem była dyskoteka, bawiliśmy się świetnie.

 

Wtorek 15 V

Po śniadaniu udaliśmy się do przystani łodzi, skąd wyruszyliśmy na spływ Popradem. Rozlokowani w 4 łodziach, spędziliśmy przyjemne chwile, korzystając ze słońca i podziwiając okolicę. Wszyscy dopłynęli szczęśliwie, a osoby rozlokowane w naszej łodzi uprzedzone przez flisaków, co może się stać, gdy ktoś wypadnie, siedziały szczególnie grzecznie. W Rytrze, który był celem naszej podróży, wspięliśmy się na górę do ruin zamku. Wystraszeni zbliżającą się burzą, dość szybko zaczęliśmy wracać. I tu napotkaliśmy pewne trudności, bo droga choć krótsza, była jednak stroma i pan Roland musiał asekurować kolejne osoby. Niektórzy to zejście zapamiętają dłużej, bo przez następne dni nie rozstawali się z bandażem elastycznym. Następnie wróciliśmy do Piwnicznej na obiad. Po obiedzie był czas na spacery, moczenie nóg, a nawet kąpiel w rzece, wreszcie ognisko. Tego wieczoru również bawiliśmy na dyskotece, na którą pod sam koniec dotarli zmoknięci: pan Zbyszek Jęczmyk i pan Andrzej Gromulski.

 

Środa 16 V

Był to zimny dzień. Dobra była herbata, woda zubera niekoniecznie. Wszystkie te przyjemności miały miejsce w Krynicy, gdzie woda zubera pachnie i smakuje tak, jak kilka lat wcześniej, kiedy odwiedzaliśmy to uzdrowisko. Wjeżdżaliśmy również kolejką gondolową na Jaworzynę. Wspaniale zorganizowany wjazd i powrót z góry, pozwolił nam czuć się bezpiecznie, pomimo wysokości. Ponadto - doskonały przewodnik, pan Maciek, opowiadał nam o warunkach panujących na górze oraz o wypadkach, w których uczestniczył jako ratownik GOPR. Krynica to miasto Nikifora, toteż kolejnym punktem naszej wycieczki było odwiedzenie jego muzeum, mieszczącego się w pięknej willi – Romanówka. Obejrzeliśmy tam krótki film o tym – najbardziej chyba znanym - polskim malarzu prymitywiście, którego część zna m.in. z filmu pt. „Mój Nikifor”, konkretnie z niezapomnianej roli nieżyjącej już Krystyny Feldman. Wizyta w muzeum była wstępem do poznania historii Łemków, o których więcej dowiedzieliśmy się zwiedzając cerkiew w Wierchomli. Ksiądz przypomniał tragiczne wydarzenia, jakie rozegrały się w tamtejszej okolicy wiosną 1947 roku (akcja „Wisła”) oraz ciekawą historię ocalenia przed znoszeniem wnętrza cerkwi. Wieczorem miały miejsce wspólne śpiewy przy gitarze pana Zbyszka.

 

Czwartek 17 V

Tego dnia po wcześniejszym śniadaniu wybraliśmy się na całodzienną wycieczkę na Słowację. Zatrzymaliśmy się jeszcze w Muszynie, aby wymienić pieniądze, a potem przez prawie trzy godziny jechaliśmy do Popradu. Tam, część z nas została w Aqua Parku, a pozostali pojechali zwiedzać jaskinię lodową. W Aqua Parku mieliśmy 3 godziny na skorzystanie z różnych atrakcji: basenów z ciepłą i zimną wodą, i zjeżdżalni. Basen z zimną wodą znajduje się w budynku, natomiast ten z gorącą jest odkryty. Każdy z nas mógł wybrać to, co najbardziej mu odpowiadało. Po wyjściu z Aqua Parku część z nas poszła na zakupy, a część na obiad. Potem dojechała do nas grupa, która była w jaskini lodowej (mogli tam zobaczyć pokłady lodu, które formują się w interesujące nacieki, a w jej wnętrzu panuje temperatura ok. -2 stopni). Wspólnie pojechaliśmy na rynek w Popradzie, gdzie mieliśmy trochę wolnego czasu. Wróciliśmy na kolację, po której najbardziej wytrwali bawili się na dyskotece.

 

Piątek 18 V

Po krótkiej wizycie u miejscowego rzeźbiarza, Stanisława Lebdowicza, skąd wyszliśmy w grupie powiększonej m.in. o „św. Franciszka” i „czarnego niedźwiedzia”, udaliśmy się w dalszą drogę. Kolejny przystanek to Stary Sącz, gdzie czekał już na nas przewodnik. Stamtąd udaliśmy się do Dębna. Zabytkowy drewniany kościółek na długo zostanie nam w pamięci, szczególnie zaś tym, którzy zagrali na XV-wiecznych cymbałkach. Wyruszyliśmy w podróż do Nidzicy, zwiedziliśmy tam zabytkowy zamek. Później był rejs statkiem po jeziorze Czorsztyńskim. Zwiedzaliśmy też wozownię z zabytkowymi powozami i saniami oraz pobliską tamę. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Starym Sączu, aby zwiedzić gotycki kościół Trójcy Przenajświętszej przy klasztorze sióstr klarysek.

Czekał nas ostatni wieczór w Piwnicznej, który upłynął na przygotowaniach do wyjazdu, pakowaniu rzeźb i innych pamiątek...

 

Sobota 19 V

Po pożegnaniu się z właścicielami udaliśmy się autobusem do Krakowa, a następnie pociągiem do Warszawy. Tak dobiegł końca nasz wyjazd.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

DOKUMENTACJA

Józef Placha (opr)

 

Różnorodność dokonań

na rzecz rozwoju niewidomych

Sprawozdanie z działalności

Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach

za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2006 r.

 

WSTĘP

 

W roku 2006 miało miejsce kilka ważnych rocznic, związanych z działalnością Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.

Najważniejsza z nich to 45. rocznica śmierci naszej Założycielki (15 maja) oraz 130. rocznica Jej urodzin (22 października).

Uroczyście obchodziliśmy 60. rocznicę śmierci Sługi Bożego księdza Władysława Korniłowicza (26 września). Nie można też pominąć 25. rocznicy śmierci Prymasa Tysiąclecia – księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Wydarzenia te przypominamy, zmierzając ku 100-leciu istnienia naszego Towarzystwa, które w roku sprawozdawczym obchodziło 95-lecie swojego istnienia.

Z naszym Ośrodkiem związana jest działalność Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego „Nowa Praca Niewidomych”, która w ubiegłym roku obchodziła swoje 50-lecie istnienia, a prezes K. Lemańczyk w tym roku świętuje jubileusz 50-lecia kierowania tą zasłużoną dla niewidomych w Polsce placówką. Przy tej okazji składamy Mu gorące podziękowania i gratulacje.

W minionym roku uroczyście obchodziliśmy jubileusze sióstr: 25-lecia złożenia ślubów zakonnych Matki Noemi Wróbel i s. Matei Kuśniewskiej oraz 50-lecia służby w Zgromadzeniu sióstr: Joachimy, Felicji, Michały, Almy i Rafaeli.

Nie możemy też zapomnieć niezwykle radosnego benefisu s. Blanki Wąsalanka. Z okazji jej 85 urodzin zorganizowała go Szkoła Muzyczna.

W wymiarze szerzej rozumianej wspólnoty Kościoła, w której Laski od samego początku pragną uczestniczyć, nie bez znaczenia było włączenie się w historyczną – bo pierwszą - pielgrzymkę Ojca Świętego Benedykta XVI do Polski (maj). Był to z całą pewnością potrzebny nam zastrzyk wiary i jednocześnie, w rok po śmierci Jana Pawła II, utwierdzenie w przekonaniu o historycznej i uniwersalnej ciągłości chrześcijaństwa.

Zdając sobie sprawę z ograniczonych ram niniejszego sprawozdania, omówię pokrótce działalność poszczególnych placówek Towarzystwa. Z ogromnego bogactwa inwencji twórczej zawartej w sprawozdaniach szczegółowych dostępnych w archiwum Towarzystwa, wybiorę tylko część różnorodnych dokonań, bo w pełnym wymiarze nie sposób ich zaprezentować.

 

Członkowie

 

W dniu 31 grudnia 2005 r. Towarzystwo liczyło 1515 członków, w tym 154 siostry.

W dniu 31 grudnia 2006 r. Towarzystwo liczyło 1515 członków, w tym 154 siostry.

 

Zarząd

 

W dniu 28 kwietnia wybrany podczas poprzedniego Zebrania Ogólnego Zarząd ukonstytuował się następująco:

Prezes   - Władysław Gołąb

I Zastępca Prezesa   - Ewa Wróbel (Matka Noemi)

II Zastępca Prezesa  - o. Eugeniusz Pokrywka OP

Sekretarz   - Józef Placha

Zastępca Sekretarza - Lucyna Pilaszek

Skarbnik   - Zofia Morawska

Zastępca Skarbnika  - Irena Sikorska (s. Anna Maria)

Członkowie  - Piotr Grocholski

    - Krystyna Konieczna

    - Barbara Wosiek (s. Rut)

W ciągu roku sprawozdawczego Zarząd odbył 19 posiedzeń.

 

 

OŚRODEK SZKOLNO - WYCHOWAWCZY

 

Stan liczbowy w dniu 31 grudnia 2006 r.- w Ośrodku przebywało łącznie 285 wychowanków;

Przedszkole – 30 (w tym pięcioro w Domu Dziecka Niewidomego na Saskiej Kępie w Warszawie

Szkoła Podstawowa  – 74 (w tym 4 głuchoniewidomych)

Szkoła Podstawowa Specjalna – 33

Gimnazjum  – 36

Gimnazjum Specjalne – 20

Szkoła Zawodowa – 17

Szkoła Zawodowa Specjalna  – 37

Technikum Masażu  – 18

Technikum dla Niewidomych – 20

 

Akcja letnia

-         Sobieszewo (24.06-7.07) wyjechało 42 wychowanków + 20 osób kadry (z PCPR dofinansowano 30 dzieci i 9 osób z kadry);

-         Mrozy k/Ełku (22.07-4.08) – Obóz sportowy finansowany przez Polski Związek Osób Niepełnosprawnych „Start” - 17 uczestników, w tym 9 osób kadry;

-         Sobieszewo – dzieci z Rabki, 20 wychowanków;

-         Chabówka (cały lipiec i sierpień) – dzieci z Domu Dziecka Niewidomego;

 

Dom Dziecka na Saskiej Kępie w Warszawie

Wychowankami jest 12 dzieci – kilkoro z nich przebywa w laskowskim Przedszkolu oraz w Szkole Podstawowej Specjalnej w Rabce. Dzieci są w bardzo zróżnicowanym wieku i na różnym poziomie intelektualnego rozwoju. Mimo to, przez różnego typu działania opiekuńczo-wychowawcze, udaje się w wielu przypadkach osiągnąć bardzo dobre rezultaty, o czym jeszcze powiemy na końcu niniejszego sprawozdania.

 

Przedszkole

Program pracy pedagogicznej realizowano w oparciu o obowiązujące wytyczne kuratoryjne oraz klasyczne opracowania metodyczne, z których korzystamy już od wielu lat. Obserwujemy duże zróżnicowanie poziomu rozwojowego dzieci, co wymaga intensywnej pracy pedagogów i rehabilitantów, często w relacji: jeden rehabilitant - jedno dziecko. Program realizowany jest poprzez liczne zajęcia dodatkowe w zakresie: gimnastyki rozwojowej, logopedii, rytmiki, hipoterapii, psychoterapii, orientacji przestrzennej, zajęć korekcyjno-wyrównawczych, terapii widzenia, nauki pływania, religii. Szczególne deficyty rozwojowe związane są z zaniedbaniami środowiskowymi i sprzężonym kalectwem. Stąd postulat zwiększenia liczby personelu pomocniczego oraz liczby godzin z zakresu hipoterapii i logopedii (dużo dzieci ma zaburzenia mowy). Rodzi się również potrzeba zintensyfikowania zajęć z zakresu usprawnienia widzenia i nauki czynności samoobsługowych.

Znacznie zwiększyła się liczba wychowanków przedszkola, co wynika z pracy placówki w zakresie wczesnego wspomagania rozwoju (wczesna interwencja). Zajęcia te realizowano w formie: roboczych wizyt domowych w rodzinie dziecka, konsultacji rodziców w naszym Ośrodku, sobotnich wizyt rodziców z dziećmi w naszej placówce (2 razy w miesiącu), które obejmują pracę z dzieckiem i rodzicami, spotkania grupowe rodziców i dzieci – połączone z obserwacją codziennej pracy przedszkola.

By skuteczniej pomagać dziecku i rodzicom, prowadzona jest szczegółowa dokumentacja dotycząca każdego dziecka – z możliwością wglądu całego zespołu specjalistów i wychowawców. Ważne, że członkowie zespołu nieustannie doskonalą swój warsztat, prowadząc jednocześnie szkolenia dla rodziców i personelu placówek integracyjnych, do których uczęszczają dzieci objęte wczesną interwencją w naszym Ośrodku.

We wrześniu 2006 r. rozpoczęła swoją działalność filia naszego Przedszkola w Sobieszewie. W wyniku tej trafnej decyzji Zarządu odbyło się tam już kilka turnusów dla dzieci i ich rodziców. Wciąż zgłaszają się nowe osoby oczekujące na naszą pomoc.

 

Szkoła Podstawa i Gimnazjum

Przyglądając się analizie pracy tej placówki Ośrodka – niezależnie od sumiennego realizowania programu dydaktyczno-wychowawczego przez nauczycieli – uwagę zwraca zróżnicowany poziom uczniów. Stwierdza się oprócz licznych osiągnięć także słaby poziom ortografii, ubogie słownictwo, niechęć do czytelnictwa, trudności uczniów w przyswajaniu wiedzy teoretyczno-literackiej, problemy z posługiwaniem się przyborami geometrycznymi, co przekłada się na niski poziom wykonywania rysunków. Niestety, trzeba stwierdzić, że nasze dzieci są coraz słabsze, mają wiele dodatkowych schorzeń. Odnotowuje się coraz więcej uczniów z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD), z zaburzoną percepcją dotykową, z dysleksją, z deficytami słuchu. Wszyscy oni potrzebują dodatkowego wsparcia, co zresztą robimy, prowadząc indywidualne zajęcia rewalidacyjne, reedukacyjne i wyrównawcze. Intensyfikujemy zajęcia manualne.

Niezależnie od powyższych zagadnień związanych z obiektywnymi trudnościami, jedną z przyczyn pojawiających się problemów może być nadmierna ilością dodatkowych zajęć dzieci w czasie popołudniowym. Skłania to do głębszej analizy i przemyślenia na nowo organizacji czasu pozalekcyjnego uczniów.

Wychowawcy klasowi, katecheci i nauczyciele przedmiotowi pracowali nad doborem właściwych metod wychowawczych, które pomogłyby naszej młodzieży w poszukiwaniu autorytetów i właściwych wzorców zachowań we współczesnym świecie. Przeprowadzono wiele lekcji na temat pojęcia tolerancji, asertywności, zagrożeń współczesnego świata.

W ramach wychowania religijnego uczniowie klas III gimnazjalnych na koniec swojej edukacji religijnej zdawali egzamin.

Oprócz zajęć w ramach „zielonej szkoły” oraz innych wyjazdów, bardzo cennym doświadczeniem było nawiązanie kontaktu z pracownikami Muzeum Powstania Warszawskiego. Klasy: III i VI Szkoły Podstawowej oraz IIIa i IIIb Gimnazjum uczestniczyły w bardzo dobrze przygotowanej pod względem tyflologicznym lekcji historii.

Kontynuowano również działania na rzecz promocji spraw niewidomych i integracji (między innymi podtrzymywano kontakt naszych uczniów z młodzieżą widząca z Witoni).

 

Gimnazjum Specjalne i Zasadnicza Szkoła Zawodowa Specjalna

W Gimnazjum i Zasadniczej Szkole Zawodowej Specjalnej realizowano zadania dydaktyczne, wychowawcze i rewalidacyjne w oparciu o zatwierdzony plan pracy obu szkół. Trzeba powiedzieć, że mimo wielkich starań, nie wszystko udało się w pełni zrealizować. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest duża grupa uczniów wymagających dodatkowego wsparcia. W związku z tym pojawił się postulat zwiększenia liczby zajęć z logopedii, rewalidacji indywidualnej, rehabilitacji ruchowej, indywidualnych zajęć z psychologiem. Zajęcia te powinny się odbywać również w czasie internatowym.

Już rok wcześniej eksperymentalnie uruchomiono nową pracownię służącą przygotowaniu naszych uczniów do zawodu ogrodnika. Po roku nauki możemy powiedzieć, że eksperyment zakończył się sukcesem. Aby kontynuować pracę w tym kierunku, konieczne jest zwiększenie powierzchni pracowni ogrodniczej przystosowanej do praktycznych ćwiczeń oraz wyposażenie w niezbędne pomoce. Najlepszym wyjściem byłoby przydzielenie działki, którą na stałe uprawiałaby nasza młodzież.

W ramach przedmiotu wiedza o społeczeństwie odbyła się wycieczka do Sejmu i Senatu RP. Bardzo staranne przygotowanie przewodników do oprowadzania uczniów niewidomych sprawiło, że efekty wycieczki były niezwykle owocne.

Poza tym nawiązaliśmy współpracę ze szkołami w Ząbkach, Warszawie i Mościskach. Efektem tej współpracy były wspólne spotkania, zawody sportowe, festyny, konkursy piosenek.

W dniach 8-17 maja odbyła się pielgrzymka klas trzecich do Asyżu i Rzymu.

 

Szkoła Podstawowa Specjalna w Rabce

Bogactwo pedagogicznych przedsięwzięć – zwłaszcza w zakresie dydaktycznym, wychowawczym i opiekuńczym – budzi uznanie dla osób odpowiedzialnych za prowadzenie tej placówki. Zmiana na stanowisku dyrektora szkoły w niczym nie pomniejszyła stopnia zaangażowania nauczycieli i ich twórczych inicjatyw.

Na szczególne podkreślenie zasługują: założenie hodowli roślin na działce szkolnej, praca nad rozwijaniem czytelnictwa w formie godzin z ciekawą książką, aranżowanie inscenizacji różnych utworów literackich, promocje nowych książek. Założono bibliotekę klasową dla klas I-III i w pracowni polonistycznej.

Dużo czasu i energii poświęcano uczniom słabszym w nauce.

We wnioskach Rady Pedagogicznej między innymi zgłoszono następujące postulaty:

-         W celu złożenia oferty rodzicom dzieci z niepełnosprawnością sprzężoną nawiązanie ścisłej współpracy z PZN, poradniami Psychologiczno-Pedagogicznymi i Ośrodkami Wczesnego Wspomagania Rozwoju.

-         W związku z coraz liczniejszą grupą uczniów z dodatkowymi deficytami (autyzm, zaburzenia emocjonalne, nadpobudliwość psychoruchowa) wskazane jest dokształcanie specjalistyczne naszej kadry pedagogicznej w tym zakresie.

-         Zwiększenie liczby godzin z informatyki oraz lepsze zaopatrzenie szkoły w komputery

-         Uzupełnienie pomocy dydaktycznych do realizacji takich przedmiotów jak historia i przyroda

 

Zespół Szkół Zawodowych

Ta złożona z różnych poziomów kształcenia placówka w październiku została tymczasowo przeniesiona z tzw. „Jabłonek” do budynku Warsztatów Rehabilitacji Zawodowej. Jest to związane ze zburzeniem dotychczasowych pomieszczeń i budową w tym samym miejscu zupełnie nowego obiektu. Mimo prowizorycznych warunków, w jakich realizowane są zajęcia, każda z klas ma własną salę. Jako oddzielne specjalistyczne powierzchnie utrzymano jedynie pracownie: informatyczną i masażu.

Kilku uczniów realizuje indywidualny program nauczania.

Realizacja programu nauczania – mimo niesprzyjających warunków zewnętrznych - zasadniczo nie została zakłócona. Znacznie większe trudności sprawiają kwestie wychowawcze i absencja uczniów. Dokuczliwy jest również brak odpowiedniej sali gimnastycznej.

Po próbnych egzaminach maturalnych i koniecznych korektach, uczniowie wybrali do zdawania na maturze następujące przedmioty:

-         język polski jako przedmiot obowiązkowy na poziomie podstawowym - pięć osób.

-         język angielski jako przedmiot obowiązkowy na poziomie rozszerzonym – dwie osoby, na poziomie podstawowym - trzech uczniów.

-         matematykę jako przedmiot obowiązkowy na poziomie podstawowym – trzy osoby

-         historię jako przedmiot obowiązkowy na poziomie rozszerzonym - jeden uczeń, na poziomie podstawowym - 1 uczeń.

-         wos jako przedmiot obowiązkowy na poziomie rozszerzonym - jeden uczeń.

Z problemów wychowawczych zaniepokojenie budzi rosnąca liczba uczniów palących papierosy. Po różnych próbach, mających na celu ograniczenie tego nałogu, zdecydowano się złożyć wniosek do dyrektora Ośrodka, aby Zarząd Towarzystwa nad Ociemniałymi zaniechał ulg w opłatach za internat tym uczniom, którzy pala papierosy. Przed wprowadzeniem w życie tego rozwiązania zaproponowaliśmy dwumiesięczny okres przejściowy, aby stopniowo przygotować uczniów do nowych zasad i zmusić do refleksji. Niezależnie od tego podjęto działania z zakresu uświadomienia medycznego o szkodliwości wszelkiego rodzaju nałogów i uzależnień.

W ramach zajęć dodatkowych, ale obowiązkowych, zaproponowano uczniom konwersacje z języka angielskiego oraz języka niemieckiego. Prowadzą je wolontariuszki z GAP oraz Niemiec.

Dobrze układa się współpraca z różnymi instytucjami z zewnątrz, między innymi z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego.

Dwa licea warszawskie: J. Dąbrowskiego i E. Dembowskiego, w których uczą się absolwenci gimnazjum z Lasek, zwróciły się do nas z prośbą o pomoc przy sprawdzaniu próbnych prac maturalnych.

 

Szkoła Muzyczna I stopnia i Ognisko Muzyczne

Znacznie więcej uczniów kształci się muzycznie w Ognisku Muzycznym. Związane jest to z potrzebą stworzenia szerokiego dostępu do muzyki, niekoniecznie z myślą o kształceniu zawodowym. Wiadomo powszechnie, jak wielkie walory terapeutyczne spełnia ten rodzaj sztuki.

Niektórzy z uczniów w porozumieniu z rodzicami i kierownictwem internatów zostali zwolnieni z zajęć teoretycznych, ograniczając się jedynie do gry na instrumencie. Ta roztropna decyzja wpłynęła korzystnie na całościowe funkcjonowanie uczniów w Ośrodku.

Uczniowie brali udział w różnych festiwalach, konkursach i koncertach, uświetniali swoją grą różne wydarzenia okolicznościowe w Ośrodku, między innymi: Konkurs wiedzy i twórczości o Matce Czackiej, Święto Ośrodka oraz jubileusz s. Blanki Wąsalanki.

Uczniowie odnosili indywidualne sukcesy między innymi w Powiatowym Konkursie Muzycznym w Starych Babicach (IV), I Międzynarodowym Festiwalu Uśmiechniętego Dziecka w Stambule (IV), Festiwalu Zaczarowanej Piosenki (V-VI) – organizowanym przez TVP i Fundację Anny Dymnej „Mimo wszystko”.

Podobnie jak w roku ubiegłym, najważniejszym wydarzeniem był koncert w Pałacu w Jabłonnie, gdzie wzięła udział duża grupa naszych uczniów (blisko 30 osób). W przerwie koncertu odbyła się licytacja dzieł sztuki na rzecz Lasek.

Innym znaczącym wydarzeniem był wyjazd do Niemiec, gdzie nasi uczniowie zaprezentowali się na dwóch koncertach – w Domu Starców (Altensheim) w Goslar, a także w klinice Asklepiosa w Seesen. Ten drugi koncert był jednocześnie spotkaniem z grupą ponad stu zaproszonych gości – członków okolicznych Lions Klubów. Dzięki hojności słuchaczy i ofiarności otrzymaliśmy na potrzeby Szkoły Muzycznej 7 000 EURO.

Najważniejszym elementem działalności dydaktycznej w placówce były regularne konsultacje naszych uczniów i nauczycieli u wybitnych specjalistów z dziedziny metodyki nauczania gry na fortepianie.

W związku z pogarszającym się stanem instrumentów (zwłaszcza w Domu św. Stanisława), zakupione zostały 4 pianina – jedno nowe i trzy używane.

Obecnie przygotowujemy się do obchodów dziesięciolecia istnienia Szkoły Muzycznej. W dniu Święta Ośrodka, 15 maja br. będziemy również świętować nasz jubileusz.

W dalszym ciągu będą podejmowane remonty instrumentów. Planujemy również zakup sprzętu nagrywającego do pracy podczas lekcji.

Pragniemy także nawiązać współpracę z Wydziałem Jazzu Zespołu Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina na ul. Bednarskiej, dotyczącą lekcji improwizacji dla Maksymiliana Chlewińskiego, niezwykle uzdolnionego muzycznie ucznia.

 

Dział Głuchoniewidomych

Na stałe pracowaliśmy z czworgiem głuchoniewidomych dzieci - troje realizowało indywidualne programy nauczania na poziomie szkolnym, a jedno na poziomie podstawowym, przy współpracy z Fundacją Synapsis. Wszystkie dzieci poczyniły zadowalające postępy.

Oprócz naszych wychowanków, objęliśmy również opieką dwoje dzieci z przedszkola, które słyszą, ale nie mówią. Niestety, próby nawiązania z nimi kontaktu dotychczas nie powiodły się. Przyczyną może być znaczne upośledzenie umysłowe dzieci i brak współpracy ze środowiskiem rodzinnym.

Mając na uwadze promocję naszej placówki, opracowano folder z podstawowymi informacjami o działalności naszego działu. Został on rozesłany do 70 poradni i ośrodków zajmujących się dziećmi z uszkodzeniem słuchu lub wzroku oraz umieszczony został na internetowej stronie naszego Ośrodka.

 

Dom Dziewcząt

Przy analizie szczegółowej prezentacji poszczególnych zakresów działalności tej placówki, zwraca uwagę niezwykła i wszechstronna troska o nasze dzieci. Wiele działań było opisywanych w formie dłuższych artykułów bądź krótkich doniesień na łamach naszego czasopisma „Laski”. A zatem na użytek niniejszego sprawozdania ograniczymy się tylko do wybranych zagadnień, w formie podsumowania ubiegłorocznych zmagań i wniosków na najbliższą przyszłość.

W grupach I-IV (uczennice ze Szkoły Podstawowej i Gimnazjum) – praca wychowawcza koncentrowała się na pomocy w odrabianiu lekcji oraz na czuwaniu i koordynacji w uczęszczaniu wychowanek na zajęcia dodatkowe: rewalidacyjne i muzyczne. Zauważono, że dziewczęta większość czasu poza zajęciami dodatkowymi poświęcają na odrabianie lekcji, bardzo często przy indywidualnej pomocy wychowawczyń. Osobowość dziecka staramy się

kształtować od dzieciństwa, stąd codzienna troska wychowawczyń o dialog pedagogiczny, umożliwiający rozwiązywanie różnych problemów natury emocjonalnej, społeczno-moralnej, religijnej, zwłaszcza tych, które dotyczą akceptacji braku wzroku.

W grupach V i VI (uczennice z tzw. Jabłonek) dziewczęta motywowano do sumiennego i systematycznego wysiłku w zakresie wypełniania obowiązków szkolnych. W grupach kontynuowano pracę przygotowującą dziewczęta do samodzielnego życia, rozwijano u nich inicjatywę, zmysł organizacji, poczucie samowystarczalności. Wychowawczynie pomagały w ułożeniu grafiku zajęć dodatkowych, w organizowaniu czasu i jego efektywnym wykorzystaniu.

W grupach VII i VIII (uczennice ze szkoły św. Maksymiliana) akcent położono na rozwijanie samodzielności w zakresie czynności życia codziennego. Usprawniano je poprzez intensyfikację zajęć manualnych i kulinarnych. Prowadzono zajęcia wzmacniające poczucie własnej wartości. Były to różnego typu zajęcia integracyjne i teatralne. Dużo wysiłku dziewczęta. Włożyły w przygotowanie Misterium Bożonarodzeniowego pt. „Odpowiedz na Miłość”.

Wsparciem dla pracy wychowawczej w tym Domu były spotkania z rodzicami, podczas których udało się przeprowadzić wiele działań z zakresu pedagogizacji środowiska rodzinnego naszych wychowanek.

Wśród wniosków zgłaszanych przez personel tej placówki ponownie pojawił się postulat zmiany godzin pracy biblioteki brajlowskiej oraz dopasowania czasu porad okulistycznych do rytmu zajęć dzieci; dodatkowe terminy przyjęć lekarza okulisty (w poniedziałek lub piątek).

 

Dom Chłopców

Zajęcia popołudniowe w internacie są różnorodne. W zależności od potrzeb, wychowankowie korzystają z różnych form zajęć pozalekcyjnych: rehabilitacja ruchowa, gimnastyka korekcyjna, rehabilitacja wzroku, logopedia, pływalnia, zajęcia lekkoatletyczne, nauka orientacji przestrzennej, nauka w szkole muzycznej i ognisku muzycznym, koło ministrantów. Zadaniem wychowawców była koordynacja tych wszystkich zajęć tak, aby nie kolidowały ze sobą. Rozszerzono czas odrabiania lekcji. W uzasadnionych przypadkach indywidualna praca została przeniesiona na godziny wieczorne.

W ramach współpracy z domami rodzinnymi naszych wychowanków, wychowawcy najmłodszych grup zapraszają rodziców na sobotę i niedzielę. Zazwyczaj grupa przygotowuje z tej okazji jakiś program artystyczny. Takie spotkania pozwalają na lepsze poznanie się i ustalenie wspólnego zakresu wymagań.

Wychowawcy współpracują również z nauczycielami, uzgadniając z nimi różne formy pomocy uczniom mającym trudności w nauce.

Od lat największe trudności stwarzają chłopcy klas pierwszych ze szkół zawodowych. Większość wychowanków przychodzi z placówek masowych. Brak opanowanych technik czytania i pisania jest dużą przeszkodą w samodzielnej pracy. Należy jednak podkreślić, że wychowankowie z klas pierwszych szkół zawodowych w miarę chętnie uczą się brajla.

We wnioskach zespołu wychowawczego tej placówki wciąż ponawiana jest prośba o wybudowanie sali gimnastycznej oraz zwiększenie liczby godzin pracy psychologa w tym domu.

 

Internat Szkoły Specjalnej w Laskach

Jak wynika z poszczególnych sprawozdań, nastąpiła społeczna konsolidacja składu grup, co jest zasługą różnorodnych i licznych zajęć w ciągu dnia, tygodnia, weekendu i całego roku. Nawet chłopcy, którzy stwarzali wcześniej wiele problemów, poprawili swoje zachowanie.

We wrześniu ubiegłego roku dotychczasowy kierownik tej placówki złożył rezygnację, która została przyjęta przez Zarząd. Jest więc okazja, aby podziękować panu Krystianowi Wypichowi, który nadal służy w zakresie prowadzenia zajęć z rewalidacji indywidualnej, za wieloletni trud prowadzenia Domu św. Maksymiliana.

Szczegółowe sprawozdania ilustrują, wiele inicjatyw wychowawczych, aktywizujących często bierne jednostki. Cieszy ich udział w ruchu turystycznym, imprezach okolicznościowych na terenie Ośrodka, nieustanne włączanie się w wydarzenia wykraczające poza nasz zakład.

We wnioskach znalazł się postulat, aby jeszcze bardziej intensyfikować koedukacyjne wycieczki, działania w kółku teatralnym, zbiórkach harcerskich, wycieczek pieszych i rowerowych.

 

Internat Szkoły Podstawowej Specjalnej w Rabce

Zarówno w drugim semestrze roku szkolnego 2005/6 i pierwszym bieżącego roku szkolnego, praca wychowawcza i częściowo dydaktyczna, była oparta na planach zatwierdzonych przez zespół wychowawczy.

Wszystkie grupy realizowały zadania, które koncentrowały się wokół: wychowania religijnego, społeczno-moralnego, emocjonalnego, patriotycznego, estetycznego i kulturowego. Wiele uwagi poświęcono usamodzielnieniu dzieci oraz współpracy z rodzicami.

W czerwcu na rabczańskim stadionie odbyła się Spartakiada Dzieci Niepełnosprawnych. Nasi wychowankowie brali udział w konkurencjach: bieg w worku, rzut piłką do kosza, bieg z piłeczką na łyżce, tor przeszkód itp. Dzieci zdobyły wiele medali.

Ze względu na coraz słabsze dzieci zgłaszające się do naszej placówki, kierowniczka sugeruje, aby na czas dyżuru w grupie dzieci najmłodszych włączyć do pomocy drugą osobę.

Z okazji święta Domu św. Tereski przybyło wielu przyjaciół: goście z Lasek, lekarze, dobroczyńcy i przedstawiciele Urzędu Miasta. Po Mszy św. odbyło się przedstawienie pod tytułem „Świętość”.

 

Troska o zdrowie i rehabilitację

Działalność służby w ramach podstawowej opieki zdrowotnej (lekarz rodzinny), opieki stomatologicznej zachowawczej i protetyki oraz „programu rehabilitacji dzieci niewidomych i niedowidzących” od siedmiu, lat jest refundowana umowami z Narodowym Funduszem Zdrowia. Program ten uaktualniony przez rehabilitantów i tyflopedagogów z naszego Ośrodka był zatwierdzony do realizacji przez NFZ.

W ramach podstawowej opieki zdrowotnej w roku 2006 lekarze udzielili 4394 porad, (dr A. Święcicki - 2621; dr D. Święcicka – 1000 - dr B. Maciejewska – 773).

W ramach opieki specjalistycznej okulistycznej udzielono 1045 porad.

Na wniosek dr Krystyny Pliszkiewicz do gabinetu okulistycznego został zakupiony nowoczesny aparat do mierzenia bezdotykowego ciśnienia wewnątrzgałkowego.

Pozostali specjaliści konsultanci: laryngolog, ginekolog, dermatolog, neurolog, urolog i chirurg w 2006 roku udzielili 760 porad.

W zakresie opieki stomatologicznej. Stwierdzono konieczność leczenia u 128 uczniów, z czego część odmówiła leczenia w naszym gabinecie.

Wszystkie dzieci naszego Ośrodka jesienią zostały zaszczepione przeciw grypie oraz przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B.

 

Centrum Rehabilitacji Zawodowej

 

W związku z rozpoczęciem budowy nowej siedziby dla szkół ponadgimnazjalnych, zajęcia lekcyjne zostały przeniesione do CRZ.

W grudniu ubiegłego roku podpisano umowę z PFRON-em, na podstawie której w tym roku otrzymujemy 743 560 złotych na zakup specjalistycznego sprzętu komputerowego (linijka brajlowska, licencje, programy, drukarki, skanery) i prawie 800 000 zł. na zakup wyposażenia dla internatów i dwudziestoosobowego autobusu.

W dalszym ciągu oczekujemy na przyznanie nam przez Kuratorium Mazowieckie pracowni komputerowej.

Do tej pory nie otrzymaliśmy doposażenia naszych Ośrodków Egzaminacyjnych - odpowiednie wnioski złożono w ubiegłym roku. Mamy nadzieję, że w tym roku Okręgowa Komisja Egzaminacyjna nowe wnioski rozpatrzy pozytywnie.

 

Dział do Spraw Absolwentów

 

W roku sprawozdawczym naukę w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach ukończyło 30 absolwentów.

Technikum/Liceum - 4 osoby, Studia: Uniwersytet Rzeszowski – pedagogika,

UKSW – historia, Akademia Podlaska w Siedlcach – pedagogika, W.S. Biznesu w Dąbrowie Górniczej - Wydział Zarządzania i Informatyki.

Zasadnicza Szkoła Zawodowa - 6 osób: 5 - licea dla dorosłych, 1 - renta socjalna.

ZSZ Specjalna - 15 osób: 10 - Warsztaty Terapii Zajęciowej, 5 - renta socjalna

Gimnazjum -    2 osoby liceum ogólnokształcące dla widzących

Gimnazjum Specjalne -     2 osoby - renta socjalna

Szkoła Podstawowa - 1 osoba - gimnazjum dla widzących.

Jak co roku prowadzimy systematyczne badania i próby w zakresie preorientacji zawodowej, organizujemy warunki do zapewnienia naszym absolwentom dobrego startu zawodowego.

Wiele rodzin dawnych absolwentów pozostaje w biedzie, dlatego udzielaliśmy pomocy finansowej i socjalnej. Przyznaliśmy zapomogi dla 75 osób na łączną sumę 14 205, 00 zł. oraz pożyczki dla 2 osób na sumę 4 000, 00 zł.

Wzięliśmy aktywny udział w organizacji Aukcji Dobroczynnej Wójta Gminy Izabelin, z której dochód został przekazany na działalność naszego Towarzystwa.

Również w tym roku zostaliśmy laureatami II konkursu ogłoszonego przez PFR0N na najlepsze przedsięwzięcie z zakresu, rehabilitacji zawodowej w ramach realizacji projektu „Dobre Praktyki” SPO RZL. Braliśmy udział we wszystkich seminariach, podczas których prezentowaliśmy nasze przedsięwzięcie: Terapia przez twórczość przygotowaniem uzdolnionych osób z dysfunkcją wzroku do wejścia na otwarty rynek pracy.

Realizowaliśmy projekt współfinansowany z Europejskiego Funduszu Społecznego: Centrum promocji i kariery zawodowej osób z dysfunkcją wzroku - który szczegółowo został opisany w IV numerze Biuletynu Centrum.

W dniu 14 grudnia 2006 roku zorganizowaliśmy spotkanie szkoleniowe w ramach programu „Praca dla każdego - Ukraina bez barter”, prowadzonego w Polsce przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji. Do Lasek przyjechali przedstawiciele 8 organizacji pozarządowych z Ukrainy. Reprezentowali m. in. Fundację Charytatywną. Hesed Share - Tikva Obwodu Charkowskiego, kształcącą umiejętności zawodowe osób niepełnosprawnych w ramach niekomercjalnego Centrum Rehabilitacji Niepełnosprawnej Młodzieży „Pravo Vyboru”, udzielającego wsparcia w korzystaniu z zasobów technologii informacyjnej z oprogramowaniem dostosowanym do potrzeb osób niepełnosprawnych. Byli też obecni przedstawiciele Unii Ukraińskich Organizacji Inwalidów - z Oddziału w Charkowie, udzielającej pomocy w zatrudnieniu osób niepełnosprawnych oraz Publicznej Organizacji Prawników z Upośledzeniem Wzroku, szkolącej osoby niewidzące w dziedzinie umiejętności znalezienia zatrudnienia. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele Fundacji Eurasia.

W celu zapoznania się z metodami i sposobami działań wspomagających osoby niewidome w znalezieniu pracy w warunkach amerykańskich, w dniach 26.01 – 17.02.2006 roku kierownik Działu Absolwentów wyjechał do Nowego Jorku. Wizyta ta spełniła nasze oczekiwania i wzbogaciła o szereg innych doświadczeń w zakresie metod kształcenia i doskonalenia zawodowego oraz pomocy technicznych stosowanych w pracy zawodowej niewidomych.

Informacje o naszych działaniach umieszczaliśmy na bieżąco w naszym czasopiśmie „Laski” oraz „Biuletynie Centrum Promocji i Kariery Zawodowej Osób z Dysfunkcją Wzroku”.

 

 

INNE PLACÓWKI

 

Dział Niewidomych Dorosłych

Dział ten ma swoją siedzibę w Klasztorze Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Warszawie przy ul Piwnej i prowadzi wielorakie działania na rzecz środowiska niewidomych, Absolwentów Lasek i innych ośrodków, członków Kół Polskiego Związku Niewidomych, osób nowo ociemniałych oraz głuchoniewidomych - głównie z Warszawy i okolic.

Zgodnie z wieloletnią tradycją, działalność ta jest prowadzona wspólnie z Duszpasterstwem Niewidomych.

Oprócz cyklicznych spotkań, które mają na celu integrację środowiska i rozwój duchowy niewidomych oraz ich rodzin, cenną rzeczą jest możliwość korzystania z obiadów wydawanych w klasztornej stołówce. Korzysta z nich 40-45 osób niewidomych, w tym mieszkanki domu oraz dochodzący z miasta oraz ci, którym posiłki donoszone są do ich domów. Od dziesięciu lat obiady te są częściowo dofinansowywane - obecnie ze środków finansowych Biura Polityki Społecznej Urzędu m.st. Warszawy.

Dział ten w ramach systematycznej działalności charytatywnej świadczy różnego typu pomoc doraźną: zakupy, sprzątanie, lub załatwianie różnych spraw urzędowych.

Pomocą objęte są przede wszystkim osoby starsze, chore, samotne oraz niektóre rodziny wielodzietne.

Nadal funkcjonuje biblioteka książki mówionej.

Dostępne są również w brajlu Pismo Święte, teksty liturgiczne i książki o tematyce religijnej.

Wielką pomocą w powadzeniu działalności tego Działu są wolontariusze.

 

Dział Tyflologiczny

W roku 2006 bibliotekę tyflologiczną odwiedziło 451 osób, wypożyczając lub korzystając na miejscu z 910 dzieł.

Obecny stan księgozbioru (na 31.12.2006 r.) to: książek 6939, broszur 39, maszynopisów 1755. W sumie 8777 pozycji.

W ramach szkolenia i popularyzacji sprawy niewidomych, Dział odwiedziło 10 grup studiujących problematykę tyflologiczną - razem: 215 osoby oraz 11 grup młodzieżowych - razem 223 osoby.

Zarejestrowano 34 wycieczki prowadzone przez osoby spoza Działu.

Po raz pierwszy zorganizowano całoroczne szkolenie tyflologiczne dla nowozatrudnionych pracowników pedagogicznych (w tym także postulatu i personelu pielęgniarskiego).

Redagowano kolejne numery czasopisma „Laski”, którego zadaniem jest prezentacja jak najszerzej zakrojonej działalności naszego Towarzystwa.

Zorganizowano Sesję Pedagogiczną - zwaną już tradycyjnie „Sierpniową” - dla wszystkich pracowników pedagogicznych Ośrodka.

Przeprowadzono 27 konsultacji ze studentami, magistrantami, pracownikami i działaczami społecznymi pracującymi na rzecz niewidomych, rodzicami naszych dzieci niewidomych, praktykantami.

Owocem współpracy z uczelniami jest 6 prac dyplomowych złożonych w ubiegłym roku w naszej bibliotece.

Wygłaszano prelekcje o niewidomych poza Laskami - w szkołach dla widzących. W zakresie dokumentowania prac i wymiany informacji najpoważniejszym dokonaniem było wykonane przez p. Barbarę Białkowską opracowanie pt.: „Zachowane pisma Matki Elżbiety Czackiej dotyczące sprawy niewidomych i Dzieła”, liczące 500 stron. Opracowanie to jest przygotowywane do publikacji.

Brano czynny udział w kolejnych posiedzeniach Zespołu Konsultacyjnego do spraw opracowania map dla niewidomych przy Głównym Geodecie Kraju (s. Elżbieta). Tematem prac był Atlas Europy. Jako zwieńczenie twórczych wysiłków jest niedawne wyróżnienie tego przedsięwzięcia na arenie międzynarodowej; przyznanie prestiżowej nagrody International Map Trade Association (IMTA) w kategorii „Najlepszy Atlas” za tyflologiczny „Atlas geograficzny Europy” dla niewidomych i słabowidzących. W związku z przyznaniem nagrody gratulacje przesłał s. Elżbiecie Główny Geodeta Kraju, Wiesław Potrapeluk.

Uczestniczono w kilku konferencjach naukowych poza Laskami, gdzie prezentowano również nasz dorobek pracy z dziećmi niewidomymi.

Zakończono prace nad przygotowaniem do druku przewodnika dla nauczyciela pt. „Nauczanie niewidomych dzieci rysunku”, przygotowanego przez naszych pedagogów: A. Chojecką, M. Magnera, E. Szwedowską i s. Elżbietę Więckowską.

Lista publikacji zrealizowanych przez pracowników działu obejmuje kilkanaście tytułów.

Z innych usług na rzecz Ośrodka wymienić należy prowadzenie prenumeraty i kolportażu czasopism dla Ośrodka Szkolno-Wychowawczego.

 

Dział Braille’a

W ciągu roku sprawozdawczego opracowano i przeprowadzono korektę 177 tomów – tj. 74 tytułów. Już od kilku lat przetwarzamy tekst zeskanowany, albo - dzięki uprzejmości wydawców - opracowujemy tekst przysłany nam w wersji elektronicznej.

Nie zawsze otrzymujemy egzemplarz gratisowo i wówczas musimy mieć możliwość zakupienia książki do wydrukowania jej w wersji brajlowskiej. Prace te są bardzo czasochłonne, stąd pojawił się postulat zaangażowania do pracy jeszcze jednej osoby niewidomej wraz z lektorem.

 

Biblioteka brajlowska

Z placówki tej korzystało 155 uczniów i 29 osób dorosłych. W chwili obecnej księgozbiór liczy 5163 tytuły - tj. 14416 tomów. Z Działu Wydawniczego otrzymano 58 tytułów – tj. 120 tomów. Z Zakładu Nagrań i Wydawnictw otrzymano 1 tytuł – tj. 1 tom. Zarejestrowano 1424 wypożyczenia. Łącznie wypożyczono - 1823 tomów, w tym:

-      Szkoła Podstawowa - 830

-      Gimnazjum – 207

-      Gimnazjum specjalne - 73.

-      Technikum - 43

-      Szkoła Zawodowa - 0

-      Szkoła Zawodowa Specjalna -158

-      Dorośli - 113

 

Biblioteka czarnodrukowa

Stan księgozbioru na dzień 31.12.2006 r. wyniósł 24 366 woluminów o szacunkowej wartości 294 316 zł.

Księgozbiór powiększył się o:

-      996 woluminów podarowanych

-      209 woluminów zakupionych

Z Biblioteki czarnodrukowej korzystają dzieci i młodzież szkolna oraz dorośli - w tym nauczyciele, inni pracownicy, emeryci i rodziny pracowników. Ogółem placówkę tę odwiedziło 2647 czytelników.

Równocześnie z komputeryzacją nadal prowadzony jest tradycyjny system katalogowania i wypisywania kart książek: zostało wypisanych 1216 kart książek, jednocześnie poprawiono 264 kart w ramach melioracji katalogów.

Bardzo wnikliwie rozpatrywano prośby czytelników o pomoc w wyszukiwaniu informacji. Młodzieży szkół średnich pomaga się, m. in. w doborze literatury, czy sporządzaniu opisów bibliograficznych. Zorganizowano specjalne lekcje dla dzieci niewidomych, przygotowując je do korzystania z biblioteki.

W roku 2006 udzielono około 200 porad na różne tematy. Powszechną formą pomocy czytelnikom niewidomym i słabowidzącym jest czytanie, dyktowanie lub notowanie informacji ze słowników, encyklopedii czy innych publikacji związanych z zadanym tematem.

Z Czytelni, która jest integralną częścią Biblioteki, w roku 2006, skorzystało 276 czytelników.

 

Pracownia Historyczna

Wśród licznych prac związanych z przepisaniem i opracowaniem materiałów na użytek Tyflologii na szczególna uwagę zasługują:

-      Przygotowanie do druku podręcznika Pani Elżbiety Arentowicz o pracach ręcznych dziewcząt,

-      Dokończenie historii rozwoju prac ręcznych w drewnie,

-      Wydanie życiorysu Jana Szkolika,

 

Dział Darów

W roku 2006 łącznie wszystkie wpływy z darów wyniosły 6.877.109, -PLN.

Z kwesty zagranicznej uzyskaliśmy wpływy w wysokości zł 2.380.925, -PLN, a z krajowej zł 4.021.652 - PLN

Ofiarodawcy zagraniczni - 2.098 , -PLN

Ofiarodawcy krajowych - 15.791, -PLN

Razem - 17.889 , -PLN

W chwili obecnej zmniejszyły się dary zagraniczne, a o 45% wzrosły wpływy krajowe. Grono ofiarodawców zagranicznych zmniejsza się z powodu wymierania starej emigracji, a suma wpływów z powodu dewaluacji dolara.

Z dużym wysiłkiem prowadzona była akcja pozyskiwania osób wpłacających 1% podatku.

Wydrukowaliśmy nową ulotkę z fotografiami Roberta Wójcika i opracowaniem graficznym Marcina Strzembosza. Wydaliśmy kalendarz, który opracowali graficznie pracownicy z firmy „Holden”. W roku 2006 z wpłat 1% podatku zebrała się suma PLN 924.000.

Kwesta polska opiera się prawie wyłącznie na drobnych ofiarodawcach. Kontakt z nimi utrzymuje się poprzez korespondencję.

Wysyłka życzeń na teren Polski odbywa się dwukrotnie, za granicę - raz w roku. Przy wysyłce pomagają wolontariusze. Z darów opłacamy miesięcznie rachunki ZUS (częściowo), prądu, gazu i żywności.

 

Administracja

 

Stan zatrudnienia w dniu 31.12.2006 r. wynosił 514 osób (481,3 etatów).

W roku 2006 zwolniono 71 osób, przyjęto 88 osób.

Stan zatrudnienia zwiększył się ogółem o 17 osób (20,6 etatów).

W Laskach zatrudnienie zwiększyło się o 14 osób, w Rabce o 4 osoby, w Sobieszewie spadło o 1 osobę.

Wzrost nastąpił w grupie pracowników pedagogicznych: o 14 osób, w służbie zdrowia o 1 osobę, w grupie pracowników na stanowiskach robotniczych o 3 osoby i na stanowiskach administracyjnych o 1 osobę.

W Warsztatach Zatrudnienie spadło o 1 osobę oraz w CRZ również o 1 osobę.

Liczba sióstr zatrudnionych w naszych placówkach wzrosła o 2.

Wśród zatrudnionych jest 63 pracowników niepełnosprawnych.

W roku 2006, podobnie jak w latach ubiegłych, Dział Zaopatrzenia realizował swoje zadania, zaopatrując wszystkie działy w niezbędne materiały i artykuły potrzebne do sprawnego funkcjonowania Zakładu.

Dzięki staraniom specjalisty do spraw sponsoringu otrzymaliśmy bardzo dużo różnego rodzaju artykułów nieodpłatnie, między innymi mikrobus Ford Transit. Bezpłatnie otrzymywaliśmy środki czystości, worki na śmieci, pasze dla trzody chlewnej oraz witaminy i odżywki dla koni, a także niezbędne kable telefoniczne i internetowe.

Podobnie, jak w latach ubiegłych Dział służył głównie Ośrodkowi Szkolno – Wychowawczemu. Kontynuowane było dowożenie dzieci z Warszawy do Szkół w Laskach, przy czym od września 2005 dowozimy 8 wychowanków samochodem Volkswagen. Obsługiwane były wyjazdy do Ogniska Muzycznego, wyjazdy do szpitali, do różnego rodzaju specjalistów: na kontrole i badania lekarskie.

Autokar IVECO Cacciamali jest w coraz gorszym stanie technicznym. Był jednostką prototypową, od początku niedoskonały, co z biegiem lat coraz bardziej wychodzi na jaw. W roku bieżącym zostanie on wystawiony na sprzedaż i zastąpiony nowym, 20-to osobowym autobusem marki Volkswagen, finansowanym częściowo przez PFRON.

Pralnia Zakładowa świadczyła usługi dla wszystkich działów Zakładu oraz (odpłatnie) dla osób prywatnych, mieszkańców Zakładu.

W II kwartale zakończono modernizację sieci telefonicznej Zakładu. Obecnie dysponujemy ponad trzystu pięćdziesięcioma numerami wewnętrznymi, z których każdy jest dostępny z zewnątrz bez pośrednictwa telefonisty. Konieczna będzie jednak wymiana ponad 50 najstarszych i przestarzałych aparatów telefonicznych.

Nowoczesna centrala telefoniczna SIEMENS pozostaje własnością TPSA przez pięć lat, tj. do połowy 2010 roku. Przez ten czas będziemy spłacać 60% jej wartości w ramach należności za rozmowy telefoniczne. Po tym terminie centrala stanie się naszą własnością.

Płody rolne były przekazywane do kuchni, a także służyły jako pasza dla zwierząt.

W 2006 roku prowadzono hodowlę trzody chlewnej.

Dział zajmuje się również utrzymaniem koni dla potrzeb hipoterapii. Wiąże się to z karmieniem, sprzątaniem boksów, wywożeniem obornika i wyprowadzaniem na wybieg.

W roku 2006 została zrealizowana budowa trzeciego pawilonu Domu Dziewcząt. Do końca roku trwały prace związane z wykonaniem podłączenia instalacji gazowej, zakończone w pierwszej dekadzie stycznia.

Przeprowadzono wstępne ustalenia dotyczące projektu przebudowy Domu Św. Stanisława na szkołę.

W ubiegłym roku zostały rozpoczęte prace związane z odbudowa technikum, finansowane w 90% przez Fundację Polsatu. Główne prace rozbiórkowe przeprowadzono na początku bieżącego roku. Według przyjętych założeń obiekt powinien być oddany do użytku w drugiej połowie sierpnia.

Działalność Warsztatów w ich części produkcyjnej była prowadzona w dwóch obszarach: poligraficznym i drzewno-metalowym.

Przychody Warsztatów w roku 2006 wyniosły łącznie netto około 1.588.291,30 zł, z czego na poszczególne działy przypada:

-         Dział Poligrafii - około 1.301.615,63 zł

-         Dział Drzewno-Metalowy - około 286.675,67 zł

Stan zatrudnienia części produkcyjnej Warsztatów wynosił w roku 2006: 25 osób, w tym dwie, których wynagrodzenie jest refundowane z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

W roku 2006 wynik finansowy Warsztatów jest ujemny i wynosi łącznie 636.823,95 zł z czego na część drzewno-metalową przypada 571.984,17 zł

Podstawową przyczyną takiego wyniku finansowego jest trudność w osiągnięciu wzrostu sprzedaży wyrobów gotowych, jakimi są regały biblioteczne produkowane przez Warsztaty. Naszymi klientami są: małe biblioteki gminne i szkolne oraz muzea. Rynek tych odbiorców nie rozwija się. Jak wiadomo w tej grupie odbiorców środki przeznaczone na inwestycje są bardzo skromne i zmniejszają się z roku na rok. Duże biblioteki miejskie, szkół wyższych inwestują w regały jezdne, automatyczne, obrotowe itp. W obecnych warunkach nie ma możliwości produkowania takiego asortymentu u nas. W związku z tym Zarząd Towarzystwa podjął słuszną decyzję o likwidacji tego działu. Obecnie trwa proces likwidacyjny, jednak z uwzględnieniem potrzeb szkolenia i edukacji uczniów. Na słabszy wynik finansowy działu Poligrafii ma wpływ fakt, że przetarg na adaptację, druk i dostawę podręczników szkolnych dla osób niewidomych i słabowidzących był najniższy od trzech lat.

Dzięki systematycznemu udziałowi Warsztatów w przetargach publicznych dotyczących usług poligraficznych, w roku 2006 zyskano nowych klientów. Do najważniejszych należą:

-         Urząd Miasta Łańcut

-         Politechnika Radomska

-         Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Gorzowie Wlkp.

-         Ordynariat Polowy Wojska Polskiego

-         Firma Farmaceutyczna Merck

-         Urząd Miasta Lublin

-         Urząd Miasta Toruń

-         PFRON

-         Nadleśnictwo Brzeziny

Z początkiem roku 2007 podpisana została 3-letnia umowa na skład i druk dwutygodnika Kronika Sejmowa dla Kancelarii Sejmu RP. W roku 2007 w zakresie działalności poligraficznej należy zwiększyć aktywność w zakresie zdobywania zleceń z tzw. rynku komercyjnego, tj. firm prywatnych wydających katalogi, ulotki i broszury. Działalność poligraficzna oparta powinna być o zlecenia zarówno od instytucji publicznych w wyniku przetargów jak i od firm prywatnych.

 

ODDZIAŁY TOWARZYSTWA

 

Sobieszewo

Aktualnie Ośrodek Rehabilitacyjno-Wypoczynkowy w Gdańsku-Sobieszewie zajmuje około 5 ha powierzchni i obejmuje: tzw. Czerwony Domek, pawilon mieszkalny, dom mieszkalny św. Józefa, domki campingowe drewniane i murowane, jadalnię z kuchnią, świetlicą i zapleczem rehabilitacyjnym, plac zabaw, ścieżkę spacerową, parking.

W roku 2006 przyjmowano - podobnie jak w latach poprzednich — zarówno zorganizowane grupy jak i indywidualnych gości, łącznie 2300 osób, w tym 490 indywidualnych gości. Odbyło się 40 turnusów dla grup terapeutycznych i 30 turnusów dla innych grup zorganizowanych.

Wszystkie nowe inwestycje i różnego typu prace remontowe mogły być podejmowane i realizowane dzięki pomocy i życzliwości Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego „Nowa Praca Niewidomych” z Warszawy, Nowojorskiego Komitetu Pomocy Niewidomym w Polsce, władzom lokalnym Gdańska oraz indywidualnym ofiarodawcom.

Z ważniejszych wydarzeń należałoby wymienić:

- Realizację pięciu dwutygodniowych turnusów, w których wzięło udział 50 niewidomych z całej Polski. Zajęcia szkoleniowe były prowadzone w zakresie czynności życia codziennego i orientacji przestrzennej.

-    Inaugurację działalności w zakresie Wczesnego Wspomagania Rozwoju. Od czasu powołania tego Działu mamy coraz więcej zgłoszeń i jest nadzieja, że rodzice małych dzieci niewidomych znajdą w naszej placówce fachową pomoc rehabilitantów.

 

Zakład Opiekuńczo-Rehabilitacyjny dla Niewidomych Kobiet w Żułowie

Zakład funkcjonuje w strukturach DPS. Z dniem 31.12.2006 r. wygasło pozwolenie na prowadzenie domu. Wystąpiono z wnioskiem do Wojewody Lubelskiego, otrzymując pozwolenie warunkowe, z uwagi na to, że niespełnione są wszystkie ustawowe kryteria.

Aktualnie w Zakładzie przebywa 66 pań niewidomych z I-szą grupą inwalidzką. Ośrodek zatrudnia 30 pracowników- (28 etatów)- a 12 wolontariuszy pracuje bezinteresownie.

Głównym źródłem utrzymania jest dotacja Powiatu krasnostawskiego, renty lub emerytury pań (70 % wysokości) oraz dary i dotacje celowe.

Przy Zakładzie funkcjonuje: Warsztat Terapii Zajęciowej, w którym uczestniczy ok. 50 osób, i gospodarstwo przyzakładowe.

 Z ważniejszych wydarzeń:

12.05. uczestniczyliśmy w dorocznej pielgrzymce DPS do Sanktuarium Maryjnego w Chełmie. Mszy św. przewodniczył ks. Abp. Józef Życiński. Nasz chór „Słoneczny Krąg" sprawował oprawę liturgiczną.

24.06 s. Felixa Bogumiła Bunikowska i p. Anna Łukowiec brały udział w obchodzie 60 -lecia Spółdzielni Niewidomych im. M. Sękowskiego w Lublinie.

W dniach od 6-19.09 niewidome panie z przewodnikami uczestniczyły w turnusie rehabilitacyjnym nad Białym Jeziorem k/Włodawy (27 osób),

W dniu 21.11, z okazji Święta pracowników DPS, s. Felixa otrzymała medal Wojewody Lubelskiego za całokształt działalności na rzecz osób niepełnosprawnych i potrzebujących pomocy. 20.12 w naszym Zakładzie odbyło się uroczyste spotkanie Wigilijne wszystkich DPS i Domów Dziecka powiatu krasnostawskiego z udziałem władz terenowych, księży, dyrektorów i przedstawicieli placówek.

W 2006 wykonano szereg prac remontowych m.in.:

-     dokonano całkowitej wymiany stolarki okiennej w Domu Nadziei (II etap prac). Koszt realizacji zadania wyniósł 229.328 zł. Znaczną dotację otrzymaliśmy z Kontraktu Wojewódzkiego.

-         zainstalowano system przeciwpożarowy w D N za 63.665,- zł.

-         w dn. 18.12.2006r. dzięki usilnym staraniom został podpisany akt notarialny z Agencją Nieruchomości Rolnych dot. przekazania 107,4378 ha w formie darowizny o wartości 1.072.200,- zł na rzecz działalności statutowej Towarzystwa.

W 2006 r. gościliśmy m.in.: Ks. Abp. Józefa Życińskiego, Wojewodę Lubelskiego p. Wojciecha Żukowskiego, Dyrektora Wydziału Polityki Społecznej, p. Moniką Lipińską, p. Adama Tańskiego - Prezesa Polskich Młynów (b. Minister Rolnictwa).

W codziennym trudzie staramy się realizować charyzmat służby niewidomym na chwałę Trójcy Przenajświętszej.

 

Dom Niewidomych Mężczyzn w Niepołomicach

W placówce przebywa obecnie 21 niewidomych mężczyzn. W związku z tym, że w maju 2006 roku oddano do użytku trzeci pawilon, rodzi się perspektywa rozszerzenia działalności na rzecz większej liczby potrzebujących, samotnych mężczyzn niewidomych. Jednak brak ideowo oddanych osób, które zechciałyby poświęcić znacznie więcej czasu i energii niż to określają tradycyjne umowy o pracę, uniemożliwia jego uruchomienie. Wielką pomocą są siostry św. Karola Boromeusza.

Placówka ta, prowadząc świetlicę dla dzieci i młodzieży widzącej, nadal włącza się w potrzeby lokalnego środowiska.

 

ZAKOŃCZENIE

 

Na zakończenie prezentacji dokonań naszych placówek Towarzystwa chciałbym szczególnie podkreślić ogromne zaangażowanie pracowników zajmujących się dydaktyką, wychowaniem oraz rewalidacją jak również wszystkich innych osób, które codziennie troszczą się o tworzenie optymalnego środowiska rozwoju dzieci, młodzieży i dorosłych niewidomych.

Jak bardzo jest to owocne pokazuje konkretny przypadek niewidomej, która jako kilkuletnie dziecko została skierowana do naszego Domu na Saskiej Kępie. Diagnoza brzmiała: głębokie upośledzenie umysłowe, autyzm i porażenie mózgowe. Dzisiaj osoba ta kończy policealne studium muzykoterapii i najprawdopodobniej będzie pomagać innym niewidomym - być może - tak jak ona kiedyś - z rozpoznaniem nikłych możliwości rozwojowych. Oto, co znaczy cierpliwość i wiara, że nawet z najskromniej rysujących się możliwości można wyprowadzić i wykształcić jednostki naprawdę wartościowe, gotowe do dzielenia się z innymi z trudem zdobytymi osiągnięciami.

Pragniemy złożyć gorące podziękowanie wszystkim pracownikom Towarzystwa, a szczególnie tym, których dokonania nie zostały zawarte w treści niniejszego sprawozdania.

Na koniec, ustosunkowując się do wniosku z ostatniego Zebrania Ogólnego, aby czasopismo „Laski” ukazywało się także w wersji elektronicznej, informujemy, że po usunięciu pewnych usterek technicznych, każdy bieżący numer naszego czasopisma jest już dostępny pod ogólnym, internetowym adresem Towarzystwa.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

KARTKA Z CMENTARZA

 

Teresa Cwalina

 

OBRAZKI Z WYSTAWY

 

W nowo otwartym Izabelińskim Centrum Kultury do września br. można obejrzeć niezwykle interesującą ekspozycję. Prezentowane są obrazy ks. Jerzego Wolffa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie oraz  prace artystów – przyjaciół Księdza. Jesienią 1958 roku zamieszkał ks. Wolff w Laskach i pozostał tu do końca życia. Zmarł 8 grudnia 1985 roku; pochowano go na miejscowym cmentarzu.

W czerwcu 1976 roku wyznał w jednym z wakacyjnych listów z Żarnowca: Będę do Lasek wracał z pewną radością, mając wrażenie, że wracam jednak „do siebie”. Wyobraź sobie, że ten pobyt w Laskach jest najdłuższym w moim życiu pobytem na jednym miejscu; skierowany tam byłem prowizorycznie, a wypadło z tego prowizorium już prawie osiemnaście lat. Zdarzały się  jednak Księdzu i takie gorzkie słowa: ja nigdzie nie cierpiałem tak, jak w Laskach. Sąsiad z Domu św. Władysława – Michał Żółtowski tłumaczy je: Nigdy nie czuł się tu gospodarzem, nawet wobec gości – Francuzów, gdy musiał występować w roli tłumacza. Był zżyty z pejzażem, z pewnymi osobami, ale Lasek jako takich nie czuł. Był typem samotnika.

 

*

Do Lasek skierował ks. Wolffa na  rekonwalescencję Prymas Wyszyński. W Laskach po 11 latach przerwy Ksiądz wrócił do malarstwa i to go uzdrowiło.

Bliska krewna Księdza - Zofia Malanowska, którą kiedyś uczył malarstwa i której haftowane obrazy również pokazano na wystawie, napisała w katalogu: Był malarzem życia codziennego, potrafił z najdrobniejszych rzeczy stworzyć iskrzącą się, barwną kompozycję. Z sosenek laskowskich, z cegły, z kawałka starego muru czy wnętrza obory. Uważał się trochę za kapłana sztuki. Sztukę stawiał niesłychanie wysoko. Stąd nieraz jego niezadowolenie, nawet opryskliwość przy zetknięciu z ludźmi o innych zapatrywaniach na malarstwo niż jego. Jego mistrzem była natura, z właściwą sobie pedanterią wyszukiwał najdrobniejsze kolory i niuanse. Chciał nauczyć ludzi patrzeć po malarsku, żył w pogoni za umiejętnością pokazania piękna. Na codziennych spacerach umiał, jeśli miał ku temu okazję, przekazywać w rozmowie swoje widzenie świata. Uważał, że cieszenie się wszystkim, co nas otacza, odkrywanie szczęścia jest szczęściem.

 

*

Na wystawie w Izabelinie łatwo odnaleźć różne akcenty laskowskie. Moją uwagę zwróciła niewielka rzeźba autorstwa Heleny Kuszell - uczennicy ks. Wolffa, przedstawiająca postać zakonnicy siedzącej w głębokim fotelu i prowadzącej telefoniczną rozmowę; to portret s. Katarzyny Steinberg (a nie, jak głosi podpis, Siostry Teresy Landy). Znalazłam wypowiedź samej rzeźbiarki wyjaśniającą  genezę figurki: Siostra była bliską przyjaciółką mamy i prosiła mnie i moje siostry, żeby do niej mówić ciociu – nazywałyśmy ją Ciocią Kasią. Z biegiem lat początkowo dystans zmalał i nasze stosunki zacieśniły się. Uważałam ją za kogoś z rodziny, a rodzina z wyboru bywa bliższa niż krewni. Próbowałam ją rysować i rzeźbić, co nie było łatwe, jako że model był ruchliwy. Udało mi się uchwycić ją w typowej dla niej pozie, gdy telefonowała, ale nie lubiła tej figurki, twierdząc, że zrobiłam ją za grubą.

Matka Heleny - Maria Kuszell, która z s. Katarzynę (Zofię Steinberg) znała się jeszcze z czasów studenckich dopowiada: Całe życie s. Katarzyna była bardzo tęga, „grubula”, (dopiero w ostatnich miesiącach dziwnie jakoś zmalała i zeszczuplała), co Jej nie przeszkadzało docierać wszędzie tam, gdzie była potrzebna. Poruszała się dość szybko długim, posuwistym krokiem. Były momenty, kiedy Jej twarz przypominała podobizny Papieża Jana XXIII.

Gdy zajęła się kimś chorym lub potrzebującym pomocy (zachowała to do końca życia), a było takich osób mnóstwo, organizowała wokół jego osoby „atak koncentryczny”, zobowiązując wiele osób do opieki, czy pomocy, z czego wynikało spore zamieszanie, ale też i tak zwane „cuda Siostry Katarzyny”. To mogłyśmy dobrze zaobserwować! W ciągu ostatnich kilkunastu, czy 20 lat, odkąd mieliśmy telefon, miała w naszym domu i na Marszałkowskiej, i poprzednio na Karolkowej „melinę telefoniczną”. Wymagała kategorycznie, żeby Jej stale asystować; załatwiała kilka spraw jednocześnie, trzeba było wiele notować i potem to, co poleciła (o co prosiła) załatwiać. Telefon okupowała całkowicie podczas swego 2-3 godzinnego pobytu, a że przychodziła zwykle głodna i spragniona, prosiła o herbatę:„daj mi herbatę i coś do jedzenia (Helu, Marysiu), ale błagam cię, nie odchodź!”. To było niewykonalne; zawsze jednak w końcu jednej z nas udawało się wymknąć do kuchni i zająć ową herbatą. Jej przyjście to zawsze była radość dla nas (cyklon radosny), było wesoło, przepadała za słodyczami.

 

*

Warto przypomnieć kilka wspomnień o tej zakonnicy – lekarce, zapamiętanej przez wielu ze słuchawką telefoniczną przy uchu. Zaprzyjaźniony z nią psychiatra - dr Zdzisław Jaroszewski zauważa: Siostrę Katarzynę znała „POŁOWA Warszawy”, przede wszystkim jako swoiste pogotowie ratunkowe. Zajęła się każdym, ktokolwiek się do niej zwrócił o radę, o pomoc, każdym o kim się dowiedziała, że jakiejś pomocy potrzebuje. Dawniej, kiedy jej stan zdrowia jeszcze na to pozwalał, odwiedzała chorych i potrzebujących w domach i w szpitalach, jeździła do specjalistów. Znali ją chyba wszyscy kierownicy klinik i dyrektorzy szpitali warszawskich, wielu ordynatorów. Wyjednywała dla swoich chorych miejsca w szpitalach, gdy chodziło np. o przyjęcie spoza rejonu szpitalnego. Starań tych nie ułatwiał,  zwłaszcza w urzędach, jej strój zakonny, ale kto ją poznał, nie mógł się oprzeć jej prośbom (między lekarzami: ”Kolego, sprawa jest trudna, ale prosi o to s. Katarzyna”). Zajmowała się chorymi, których inni lekarze porzucili, gdy zdawało się, że nic już pomóc nie można poza podawaniem morfiny.

Dawniej, ilekroć była obecna w Laskach, a potem gdy choroba przywiązała ją do fotela, pełniła ciągły dyżur przy telefonie. Nie był on dla niej zwykłym środkiem łączności ze światem, ale niezbędnym narzędziem pracy. Jeżeli tylko udało mi się uzyskać połączenie telefoniczne z centralą w Laskach, jakoś  zawsze mogłem z nią rozmawiać albo dowiedzieć się, gdzie w tej chwili można ją osiągnąć, bo uprzedzała kogo odwiedzi, podając telefony. Z każdego telefonu odbywała zawsze kilka – kilkanaście krótkich rozmów. W ten sposób co dzień rozmawiała z niezliczonymi osobami i była jedną z osób najlepiej poinformowanych w ogóle.

Opowieści dr Marii Władyczanki dopowiadają historię telefoniczną s. Katarzyny: Jej trwające godzinami rozmowy telefoniczne – czytamy - uniemożliwiały innym korzystanie z telefonu. Dzięki p. Stanisławowi Szwalbe uzyskała na swój użytek osobną linię telefoniczną. Cóż kiedy się okazało, że Dyrekcja Zakładu dla niewidomych jest też jednym z „potrzebujących”, którym trzeba pomóc. Oddała więc telefon Zakładowi.

 

*

Powróćmy jeszcze do katalogu izabelińskiej wystawy. Ryszard Kapuściński stawia pytanie o znajomość dzisiaj postaci ks. Jerzego Wolffa: Odprawiał mszę poranną, a potem stawał przed sztalugą. Czytał brewiarz, a w chwilach wolnych rysował lub przygotowywał blejtram do następnego obrazu. Pod koniec życia często chorował, ale nie przestawał pracować. Widywano go, jak spacerował po Laskach, po Izabelinie. Nie wiem jednak, czy dziś ktoś jeszcze pamięta tę postać w sutannie – wysoką, szczupłą, lekko przygarbioną sylwetkę, którą można było spotkać na uliczkach i ścieżkach, wśród sosen i dębów Lasek i Izabelina.

Z pewnością przypomnieniem dla nas wszystkich postaci Księdza - jeśli zajrzymy do Izabelińskiego Centrum Kultury - może być wystawa.

 

[Powrót do spisu treści] 

 

ODESZŁY DO PANA

s. Rut Wosiek FSK

 

SIOSTRA ROZALIA od Miłosierdzia Bożego - Helena Stefania Świder - urodziła się 4 marca 1926 roku we wsi Pełty, powiat Ostrołęka jako jedno z jedenaściorga dzieci, z których dwoje zmarło w wieku niemowlęcym. Starsza od niej o 13 lat Franciszka - to nasza śp. s. Ksawera, zmarła w sierpniu 1995 r. Rodzice, Jan i Marianna z Kordków mieli duże gospodarstwo, ale były w nim tereny nieuprawne: las, łąki i mokradła, a rodzina do wyżywienia była liczna.

Helena ochrzczona została w kościele parafialnym w Myszyńcu 14 marca 1926 r. Tam też przyjęła sakramenty: Eucharystii i Bierzmowania. W miejscowej szkole powszechnej, w Pełtach, ukończyła 3 klasy. Potem pomagała matce w pracach domowych i wychowywaniu młodszych dzieci. W parafii, w odległym o 10 km. Myszyńcu, ówczesny proboszcz, ks. Eugeniusz Kostkowski, prowadził zebrania dla młodzieży połączone ze wspólną modlitwą, wykładami i zabawami. W roku 1936 trzy swoje parafianki interesujące się życiem zakonnym skontaktował ze zgromadzeniami: Franciszkę Świder. przyszłą s. Ksawerę, i młodszą od niej o rok Antoninę Jurczak, przyszłą s. Bernadetrę ( zmarłą w 1994 r.) z Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, a trzecią, z Siostrami rodziny Marii. Helenka miała wtedy dziesięć lat. Po śmierci ojca rolę głowy rodziny przejął starszy brat. On też wywarł największy wpływ życie duchowe swojej siostry. Sam pragnął wstąpić do seminarium, zrezygnował jednak w poczuciu odpowiedzialności za rodzinę. Uczył rodzeństwo pacierza, odmawiał z nimi różaniec, a w maju litanie do Matki Najświętszej. Mimo znacznej odległości od kościoła. nie opuszczali nigdy niedzielnej Mszy świętej.

W czasie drugiej wojny światowej został rozstrzelany przez Niemców, poszukujących również jego brata bliźniaka, żołnierza polskiego.

Helena od dzieciństwa, podobnie jak starszy brat, miała wielką potrzebę modlitwy, starała się chodzić do kościoła, a w niedzielę zostawała w nim na cały dzień, co nie było proste przy obowiązującym wówczas poście eucharystycznym. Właśnie tęsknota za częstą Komunią św. i bliskością Jezusa w Eucharystii wpłynęła na to, że zaczęła myśleć o życiu zakonnym. Napisała do Lasek i dostała pozytywną odpowiedź. Mimo początkowych oporów mamy – przyjechała do Lasek w lutym 1950 roku. Jednak po kilkumiesięcznej próbie okazało się, że jej zdrowie nie wytrzymywało ciężkiego życia w ówczesnych, powojennych Laskach. Wróciła do domu. Wkrótce jednak odezwała się tęsknota za Zgromadzeniem, napisała więc listy z prośbą o ponowne przyjęcie. Została przyjęta 4 września 1951 roku.

Pierwszą profesję złożyła 15 sierpnia 1953 r.

Profesję wieczystą - 15 sierpnia 1960 roku.

W Laskach już w nowicjacie, za specjalną zgodą księdza Prymasa Wyszyńskiego, pracowała w warsztacie tkackim, wykorzystując bogate wzornictwo kurpiowskie. Przez wiele lat bukietami z suszonych kwiatów ułożonych w piękne kompozycje ozdabiała Dom św. Franciszka. Okresowo pomagała też w oborze, przy sprzątaniu i w szwalni. Od 1962 r. do końca życia była przydzielona do obsługi i pomocy pani Zofii Morawskiej. Z największą troskliwością i dyskrecją podejmowała licznych krajowych i zagranicznych gości pani Zofii. W Laskach przeżyła śmierć s. Ksawery w 1995 r. i wstąpienie do Zgromadzenia bratanicy - s. Reginy. Dużo chorowała, ostatnie miesiące spędziła w łóżku - najpierw w swoim pokoju w Domu św. Franciszka, a od 13 kwietnia - w laskowskiej Infirmerii. Zmarła w środę 9 maja. Pogrzeb odbył się w sobotę 12 maja 2007 roku.

 

SIOSTRA TEKLA od Dobroci i Radości Bożej - Czesława Garbacz - urodziła się 16 marca 1931 r. we wsi Rachanie, pow. Tomaszów Lubelski. Tam też, 17marca 1931 r, w kościele parafialnym otrzymała sakrament Chrztu św., a potem kolejne sakramenty: Eucharystii w 1940 r. i Bierzmowania w 1948 r. Ukończyła sześć klas szkoły powszechnej.

Jej rodzice: Władysław Garbacz i Anna z Rejmanów byli miejscowymi rolnikami, mieli pięcioro dzieci. Cesia miała dwie siostry dwóch młodszych braci.

Rachanie są dużą wsią oddaloną dwadzieścia pięć kilometrów od najbliższej stacji kolejowej. Jest w niej XVII wieczny kościół parafialny i duża trzypiętrowa szkoła, w której Cesia w 1939 roku zdążyła ukończyć pierwszą klasę.

Wybuch wojny gwałtownie przerwał szczęśliwe, choć skromne, życie jej rodziny. Ojciec wyjechał na front, a pozostała rodzina była zmuszona uciekać przed toczącymi się w okolicy walkami. Po ustaniu działań wojennych wrócili do domu, wrócił też z frontu ojciec. Po kolejnych zmianach granic wojska sowieckie wycofały się za Bug i rozpoczęła się okupacja niemiecka. Szkoła została zajęta przez gestapo. W budynku i na otaczającym go nasypie Niemcy rozstrzeliwali Żydów i Polaków.

Nauka w szkole powszechnej była jednak obowiązkowa i dzieci uczyły się w izbach okolicznych domów. Wieczorami matka czytała im książki lub deklamowała z pamięci wiersze Mickiewicza i Słowackiego. Wszyscy, także małe jeszcze dziewczynki, pracowali ponad siły w polu i gospodarstwie. Ciężka praca stała się powodem choroby matki, która straciła oko.

Wtedy Cesia ze starszą siostrą musiały przejąć na siebie cały ciężar gospodarstwa domowego. Najtrudniejsze, jak wspominała po latach, było nie wyrabianie ciasta na chleba, bo łączyło się to z radością przynoszenia go potem nauczycielom do szkoły, ale pranie bielizny pościelowej w rzece, która je przy tej pracy wciągała do wody.

Kolejny front sowiecko-niemiecki przeszedł przez rodzinne strony wcześnie, bo już w lipcu 1944 roku. Mimo skrajnie trudnych warunków, głodu i zimna - nauka w szkole została przywrócona i w roku szkolnym 1944/45 Cesia ukończyła szóstą klasę. W 1948 roku odnowiony został  kościół, w którym w czasie wojny mieściły się magazyny zboża. Ze względu na dużą liczbę młodzieży na placu przed kościołem wspomniany sakrament Bierzmowania przyjęła z rąk młodego Ordynariusza lubelskiego - biskupa Stefana Wyszyńskiego.

Wtedy też rozpoczęła się droga jej powołania. Adres Lasek znalazła na liście zakonów, wywieszonej w kościele. Zafascynowała ją nazwa "Służebnice Krzyża", zgłosiła się listownie i została przyjęta. Jednak wiadomość ta wywołała ogromny sprzeciw i ból rodziców, zwłaszcza ojca, dla którego była szczególną podporą. Obie siostry poszły już do gimnazjum, bracia byli jeszcze mali (starszy miał sześć lat, młodszy - dwa ). Jak wspomina: "Byłam wszystkim: chłopcem i dziewczyną. Jeździłam furą, bronowałam pole, kosiłam zboże - robiłam wszystko, co tylko trzeba w polu i w domu." Na dodatek zachorowała matka. Po czterech latach rodzice ostatecznie się z jej decyzją pogodzili i ojciec, płacząc, sam zawiózł ją furmanką na stację kolejową, skąd samodzielnie dojechała do Lasek.

Przy okazji niedawnego ( 19-20 listopada 2005 roku) swego Jubileuszu 50-lecia Profesji tak wspomina to wydarzenie: "Do Lasek przyjechałam z niewidomym. Usłyszał, że pytałam o autobus do Lasek i powiedział: – Ja jadę do Lasek. może pani jechać razem. Niewidomy był ostatnim "aniołem" w drodze do Lasek. Wskazał mi Dom św. Franciszka. Jedna z sióstr odprowadziła mnie do postulatu, który mieścił się w baraku. Był to październik 1952 roku".

Do aspiratu została przyjęta 29 października 1952 roku.

Pierwszą Profesję złożyła 11 lutego 1955 r. - Profesję wieczystą 11 lutego 1961 r.

W pierwszych latach swego życia zakonnego pracowała w oborze i kuchni, w Domu Rekolekcyjnym i w pralni. W latach 1956-1958 pomagała s. Emmanueli Jezierskiej w pracy z głuchoniewidomą Krystyną Hryszkiewicz. W latach 1958-1967 pracowała jako pomoc wychowawcza w internacie dziewcząt. Już wtedy zaczęła poważnie chorować i we wrześniu 1967 r. została przeniesiona do szwalni-westiarni Klasztoru Matki Boskiej Pocieszenia w Warszawie, gdzie spędziła 40 lat życia, przerywanych coraz częstszymi i dłuższymi pobytami w szpitalach.

Jubilatkom z 2006r. świadomie ofiarowała swoje ostatnie zdjęcie. Napisała: Dziękuję Bogu za wszystko i przepraszam, że nie zawsze potrafiłam przyjąć Z ręki Boga to, czym mnie obdarzał. Kocham nasze Zgromadzenie. Jest mi domem i drogą w przygotowaniu do wieczności. Teraz już tylko oczekuję na ostatnią godzinę swego przeznaczenia i na Boże Miłosierdzie. Niech będzie uwielbiona Trójca Przenajświętsza. Przez Krzyż do Nieba. Pan moją mocą i tarczą, zaufało Mu moje serce…

Ostatnie tygodnie i dni życia były trudnym czasem wielkiego cierpienia. Siostra Tekla umarła 27 kwietnia 2007r. Pogrzeb odbył się w Laskach 30 kwietnia

 

[Powrót do spisu treści]